Panna młoda odc. 198 i 199: Yonca wraca po zemstę! Okrada Nusreta i powala go wazonem!

Nusret rozmawia przez telefon. Yonca zakrada się za jego plecami, trzymając w ręku szklany dzbanek.

„Panna młoda” Odc. 198 — streszczenie

Cihan wyszedł z rezydencji z papierową torbą w dłoni. Za nim, wyraźnie zaskoczona, podążyła Beyza z małym Cihanem Gururem na rękach. Tuż za nią pojawiły się Sinem i Mine. Beyza odruchowo skierowała się w stronę samochodu, przekonana, że właśnie tam zmierzają, ale Cihan zatrzymał ją krótkim spojrzeniem.

— Nie jedziemy samochodem — oznajmił spokojnie. — Idziemy pieszo.

Beyza spojrzała na niego szeroko otwartymi oczami. Sinem również zamarła, nie mając pojęcia, dokąd Cihan zamierza ich zaprowadzić.

— Jak to pieszo? — zapytała Beyza z niedowierzaniem. — Z dzieckiem na rękach?

Cihan nie odpowiedział. Ruszył przed siebie, jakby decyzja zapadła już dawno i nie podlegała żadnej dyskusji.

— Dalej, Beyzo.

— Dokąd ty idziesz? — zawołała, coraz bardziej poirytowana. — Cihanie, nie żartuj sobie!

On jednak nawet się nie obejrzał. Szedł pewnym, zdecydowanym krokiem przez podwórze. Dopiero po chwili Beyza zrozumiała, dokąd zmierzają.

Do starego domu.

Na samą myśl, że ma stanąć twarzą w twarz z Hancer i jej bliskimi, zacisnęła usta. Nie chciała tam iść. Nie chciała patrzeć na tę kobietę. Nie chciała widzieć, jak Cihan i Hancer znów znajdują się w swoim pobliżu, jakby los uparcie prowadził ich ku sobie. Wiedziała jednak, że w tej chwili nie ma już miejsca na sprzeciw. Przycisnęła dziecko mocniej do siebie i ruszyła za mężem.

Sinem wciąż stała przy wejściu do rezydencji. Jej twarz pobladła. Jeśli pójdzie z nimi, zasiądzie przy jednym stole z Melihem. A na to również nie była gotowa.

— Mamo, zostajemy w tyle! — Mine pociągnęła ją za rękę. — Chodź już!

Sinem zacisnęła palce na dłoni córki i ruszyła za pozostałymi.

***

Na tarasie przed starym domem unosił się zapach dymu, pieczonego mięsa i świeżo nakrytego stołu. Pod pergolą, wśród nagich jeszcze gałęzi winorośli, ustawiono dwa stoły przykryte niebieskimi obrusami. Na jednym czekały talerze, szklanki i jedzenie, na drugim ustawiono napoje, warzywa i dodatki. Przy stole siedzieli już Engin, Sila, Cemil, Derya, Emir i Hancer. Mimo pozornej swobody w powietrzu wyczuwało się ostrożność. Każdy uśmiech był trochę wymuszony, każde spojrzenie zbyt uważne.

Melih właśnie podchodził z talerzem pełnym gorącego mięsa.

— Pierwsza porcja jest gotowa — oznajmił pogodnie. — Jedzcie, zanim wystygnie.

W tej samej chwili na podwórku pojawił się Cihan. Za nim szła Beyza z dzieckiem, a dalej Sinem i Mine. Rozmowy przy stole natychmiast ucichły. Wszyscy spojrzeli w ich stronę.

Cihan zatrzymał się na moment, jakby chciał objąć wzrokiem całą scenę.

— Jaki piękny obrazek — powiedział z nieodgadnionym spokojem. — Czy znajdzie się miejsce także dla nas?

Melih odłożył talerz na stół i wyszedł im naprzeciw z uprzejmym uśmiechem.

— Witajcie. Mięso właśnie doszło. Przygotowaliśmy dla was miejsca, licząc na to, że jednak przyjdziecie. Proszę.

Beyza spojrzała na męża, nie kryjąc oburzenia.

— Cihanie, co my mamy robić z tymi ludźmi przy jednym stole? — zapytała półgłosem, choć wystarczająco donośnie, by każdy mógł ją usłyszeć.

Cihan nawet na nią nie spojrzał.

— Sąsiedzi zaprosili nas na grilla, a my przyjęliśmy zaproszenie.

— Tak, to ja was zaprosiłem — dodał Melih spokojnie. — Nasz dom jest otwarty dla wszystkich.

Cihan usiadł obok Engina, jakby nie dostrzegał lodowatej atmosfery. Beyza zajęła miejsce z wyraźną niechęcią, po czym usiadła także Sinem. Mine natychmiast podeszła do Emira, który jadł z takim apetytem, jakby całe napięcie dorosłych w ogóle go nie dotyczyło.

Nagle Cemil gwałtownie odsunął krzesło i podniósł się z miejsca.

— Ja wychodzę — oświadczył sucho. — To był błąd, że w ogóle tu przyszliśmy, Deryo.

Emir uniósł głowę znad talerza.

— Dopiero przyszliśmy, wujku Cemilu. Zostańmy jeszcze trochę — poprosił z pełnymi ustami. — To byłoby nieładne wobec cioci Hancer.

Hancer drgnęła. Spojrzała na chłopca z wyraźnym wzruszeniem.

— Nazwałeś mnie ciocią?

Emir skinął głową, jakby to było coś zupełnie oczywistego.

— Nauczyciel opowiadał nam o krewnych. Skoro wujka Cemila kocham jak tatę, to ty jesteś dla mnie jak ciocia. Od teraz będę cię tak nazywać.

Cemil zastygł w pół ruchu. Przez chwilę milczał, zaskoczony prostotą tych słów. W końcu powoli usiadł z powrotem na krześle.

— Dobrze — mruknął, unikając spojrzenia Hancer. — Zostańmy jeszcze trochę.

Hancer opuściła wzrok, próbując ukryć wzruszenie. Derya uśmiechnęła się pod nosem, zadowolona, że jej wcześniejsze słowa jednak odniosły skutek.

Cihan postawił na stole papierową torbę, którą przyniósł z rezydencji.

— Kupiłem wam mały prezent — powiedział, zwracając się do Hancer i Meliha. — Ale otwórzcie go dopiero po kolacji.

Melih spojrzał na torbę, a potem na Cihana.

— Oczywiście. Dziękujemy.

Na zewnątrz wszystko wyglądało niemal zwyczajnie: rodzinny stół, grill, dzieci, sąsiedzi, uprzejme gesty i talerze pełne jedzenia. Ale pod tą kruchą warstwą pozorów kryło się napięcie tak gęste, że można było kroić je nożem. Każdy siedział przy tym stole z własnym sekretem, własnym żalem i własnym planem. A wspólna kolacja, która miała udowodnić normalność małżeństwa Hancer i Meliha, już od pierwszych minut bardziej przypominała pole bitwy niż rodzinne spotkanie.

***

Hancer i Derya weszły do kuchni. Za drzwiami wciąż słychać było przytłumione głosy gości siedzących na tarasie. Hancer usiadła przy stole, spięta i blada, jakby dopiero teraz dotarło do niej, jak ryzykowny był ten wieczór. Derya oparła się o blat i spojrzała na nią z niedowierzaniem.

— Hancer, co ty właściwie robisz? — zapytała cicho, ale z wyraźnym wyrzutem. — Co to wszystko ma znaczyć? Zamieniłaś własny dom w miejsce pełne intryg. Co Cihan tu robi? I to z całą rodziną?

Hancer spuściła wzrok. Przez chwilę milczała, przesuwając palcami po krawędzi stołu.

— Bratowo, mieszkamy na tym samym podwórku — odpowiedziała w końcu. — Skoro zaprosiliśmy gości, Melih uznał, że powinien zaprosić także jego.

Derya prychnęła pod nosem i pokręciła głową.

— Ten Melih też jest dziwny. Naprawdę dziwny. Zobaczymy, dokąd was to wszystko zaprowadzi. — Zmierzyła Hancer uważnym spojrzeniem. — Cihan nie jest człowiekiem, który spokojnie siada przy jednym stole z obecnym mężem swojej byłej żony. Nie po tym wszystkim. On coś kombinuje.

Hancer uniosła głowę.

— Nie wiem, co kombinuje. I szczerze mówiąc, nie chcę już o tym myśleć.

— Ale powinnaś — odparła Derya stanowczo. — Bo jeśli on wszedł w tę grę, to nie po to, żeby jeść kiełbaski i udawać dobrego sąsiada. Cihan nie robi nic bez powodu.

Hancer westchnęła ciężko. W jej oczach pojawił się cień zmęczenia.

— Teraz boję się tylko o Cemila — przyznała. — Nie chcę, żeby poczuł się źle. I tak ledwo zgodził się zostać.

Derya popatrzyła na nią przenikliwie.

— A mnie się wydaje, że boisz się czegoś zupełnie innego.

Hancer zesztywniała, ale nie odpowiedziała. Nie chciała wypowiadać na głos tego, co Derya najwyraźniej już dostrzegła. Prawda była zbyt niebezpieczna, a jedno nieostrożne słowo mogło zburzyć wszystko, co ona i Melih próbowali zbudować.

Wstała więc bez słowa, otworzyła szafkę i wyjęła z niej talerze oraz sztućce.

— Goście czekają — powiedziała tylko, unikając wzroku bratowej.

Derya odprowadziła ją spojrzeniem. Nie potrzebowała odpowiedzi. Milczenie Hancer mówiło więcej niż jakiekolwiek wyjaśnienia.

„Panna młoda” Odc. 199 — streszczenie

Wieczór powoli zapadał nad starym domem, ale na podwórzu wciąż trwał grill. Przy stole unosił się zapach herbaty, pieczonego mięsa i ciasta, które Sila przygotowała własnymi rękami. Choć spotkanie miało wyglądać na spokojną, rodzinną kolację, pod uprzejmymi uśmiechami kryło się napięcie, którego nikt nie potrafił do końca ukryć.

Hancer spróbowała kolejnego kawałka deseru i spojrzała na Silę z ciepłym uznaniem.

– Masz złote ręce – powiedziała szczerze. – To ciasto jest naprawdę pyszne.

Sila uśmiechnęła się nieśmiało, wyraźnie zawstydzona pochwałą.

– Cieszę się, że nie kupiłaś deseru w sklepie – odezwał się Engin. – Od teraz od czasu do czasu musisz piec nam takie ciasto.

– Oczywiście, że będę piekła – odpowiedziała Sila z lekkim uśmiechem.

Cihan przełknął ostatni kęs, popił herbatą i nagle wstał od stołu. Ten ruch natychmiast zwrócił uwagę wszystkich. Cemil, jakby tylko czekał na pretekst do zakończenia niezręcznego spotkania, również poderwał się z miejsca.

– Deryo, my też już się zbierajmy – powiedział stanowczo.

Cihan spojrzał na niego spokojnie.

– Nie wstałem po to, żeby wyjść – oznajmił. – Skoro już wszyscy tu jesteśmy, pomyślałem, że zrobimy sobie wspólne zdjęcie.

Sięgnął do kieszeni płaszcza i wyjął telefon.

– Sila, możesz nam je zrobić?

Dziewczyna od razu skinęła głową.

– Oczywiście.

Po chwili wszyscy ustawili się w rzędzie przed stołem. Widok tej grupy był osobliwy: ludzie, którzy jeszcze niedawno nie potrafili wypowiedzieć do siebie spokojnego zdania, teraz stali obok siebie, udając rodzinny spokój. Cihan zachowywał kamienną powagę, Melih patrzył przed siebie z ostrożną rezerwą, Hancer miała twarz napiętą i zamyśloną, a Cemil wyglądał tak, jakby w każdej chwili mógł pożałować, że w ogóle przyszedł.

Sila uniosła telefon i zrobiła kilka zdjęć. Na twarzach zebranych trudno było jednak doszukać się radości. Tylko Derya zdołała uśmiechnąć się do obiektywu, jakby cała ta niezręczna sytuacja bawiła ją bardziej, niż powinna.

***

Yonca, ukryta za grubym pniem drzewa, obserwowała dom, w którym mieszkał Nusret. Ciemny kaptur osłaniał jej rude włosy, a twarz miała napiętą i bladą. Czekała cierpliwie, z oczami utkwionymi w wejściu, aż wreszcie mężczyzna wyszedł na zewnątrz.

Odprowadziła go wzrokiem. Dopiero gdy zniknął za bramą, wyszła z ukrycia i powoli podeszła do ogródka. Zatrzymała się dokładnie w tym miejscu, gdzie trawa wciąż nie zdążyła odrosnąć. To tutaj Nusret wykopał dla niej grób. To tutaj chciał pogrzebać ją żywcem.

Przełknęła ślinę, a jej wargi zadrżały.

– Pochowałeś mnie żywcem – wyszeptała, patrząc w ziemię. – Cokolwiek ci zrobię, i tak będzie za mało, ty psychopato.

Zacisnęła dłonie w pięści i ruszyła w stronę mieszkania. Weszła po schodkach, zatrzymała się przed drzwiami i wyciągnęła z kieszeni plastikową kartę. Wsunęła ją w szczelinę między drzwiami a futryną, po czym szarpnęła za klamkę. Widziała podobne sceny w filmach. Tam wszystko wyglądało prosto. Drzwi ustępowały po kilku sekundach.

Tutaj jednak nawet nie drgnęły.

Yonca zaklęła pod nosem. Przez chwilę rozglądała się nerwowo, aż jej wzrok padł na balkon. Przypomniała sobie zepsute drzwi, których Nusret do tej pory nie naprawił. To właśnie przez nie udało jej się dostać do środka.

Gdy tylko znalazła się w mieszkaniu, nie traciła czasu. Zaczęła otwierać szafki, szuflady i półki. Nie dbała o porządek ani ciszę. Wyrzucała na podłogę wszystko, co wpadło jej w ręce. W salonie połączonym z aneksem kuchennym szybko zapanował chaos.

W końcu natrafiła na skrytkę z pieniędzmi.

Zamarła na sekundę, po czym wyciągnęła pęk banknotów i spojrzała na nie z gorzką satysfakcją.

– To zabieram – powiedziała cicho. – I to nie jest kradzież, ty łajdaku. Nawet gdybym wyniosła stąd wszystko, co masz, nie wyrównałoby to rachunku za moje cierpienie. Gdybym nie musiała, nawet nie spojrzałabym na twoje pieniądze. Ale muszę.

Wrzuciła banknoty do plecaka i zaczęła dalej przeszukiwać mieszkanie. Tym razem znalazła drogie zegarki. One również trafiły do plecaka.

Nagle zamarła.

Z korytarza dobiegł głos Nusreta. Mężczyzna wrócił wcześniej, niż się spodziewała, i rozmawiał przez telefon. Yonca poczuła, jak serce podchodzi jej do gardła. Było za późno na ucieczkę. Nie miała też gdzie się ukryć. Bałagan w salonie natychmiast zdradziłby, że ktoś włamał się do mieszkania.

Rozejrzała się rozpaczliwie i chwyciła z komody duży szklany wazon. Przycisnęła go do piersi, po czym schowała się za ścianą, czekając na właściwy moment.

Nusret wszedł do salonu i stanął jak wryty. Jego wzrok przesuwał się po porozrzucanych rzeczach, otwartych szafkach i bałaganie na podłodze. Od razu zrozumiał, że doszło do włamania, ale nawet przez myśl mu nie przeszło, że sprawca wciąż może być w środku.

– Sejf! – rzucił nagle do siebie i pobiegł na górę.

Yonca wstrzymała oddech. Po chwili usłyszała jego kroki na schodach. Nusret zszedł na dół, wyciągnął telefon z kieszeni i wybrał numer. Właśnie przykładał aparat do ucha, gdy Yonca wyskoczyła zza ściany.

Zamachnęła się i uderzyła go wazonem w tył głowy.

Nusret osunął się na podłogę jak kłoda. Telefon wypadł mu z dłoni i stuknął o panele.

Yonca przez chwilę stała nieruchomo, oddychając ciężko. Potem kucnęła przy nim i zbliżyła palce do jego nosa.

– Umarłeś? – syknęła. – No co, zdechłeś, ty karo boska?

Poczuła ciepły oddech na skórze. Żył. Na jej twarzy pojawił się grymas pogardy.

– Powinieneś umrzeć – powiedziała cicho. – Ale nie jesteś wart tego, żebym przez ciebie została morderczynią. Ty gnido.

Wyciągnęła portfel z tylnej kieszeni jego spodni i zabrała z niego kolejne banknoty. Potem wstała, kopnęła go z wściekłością i zarzuciła plecak na ramię.

Nie obejrzała się już ani razu.

Głównymi drzwiami opuściła mieszkanie, zostawiając za sobą nieprzytomnego Nusreta, roztrzaskany wazon i chaos, który był zaledwie cieniem tego, co on sam zrobił z jej życiem.

***

Cihan wyciągnął z papierowej torby prezent owinięty w białą, połyskującą folię ze srebrnymi zdobieniami. Na środku błyszczała mała, granatowa kokarda. Położył pakunek na stole, jakby nie przyniósł zwykłego upominku, lecz kolejną próbę.

– Mały prezent na parapetówkę – powiedział spokojnie.

Melih spojrzał na paczkę, po czym przeniósł wzrok na Cihana.

– Dziękujemy. Nie trzeba było.

– To prawda – wtrąciła Beyza z jadowitym uśmiechem. – Dostaliście już wystarczająco dużo prezentów. Dom, udziały w firmie, stanowisko prezesa fundacji…

Cihan nawet na nią nie spojrzał.

– To nie jest prezent materialny. Bądź jeszcze chwilę cierpliwa, Beyzo. Skończę przemowę i wszystko stanie się jasne. – Dopiero wtedy zwrócił się do Hancer. – Trochę zabawy, trochę romantyzmu i trochę edukacji. Chodzi o to, żeby miło spędzić czas.

Melih uniósł brwi, wyczuwając w jego głosie ukryty podtekst.

– Skoro jest to coś romantycznego, to pasuje do nas idealnie.

– Właśnie dlatego pomyślałem, że powinniście otworzyć go razem. – Cihan podał paczkę Deryi. – Proszę, przekaż im.

Derya, niepewna, czy powinna się wtrącać, podała prezent Hancer i Melihowi. Melih zerwał papier. Spod folii wyłoniło się czerwone pudełko w kształcie serca.

– To gra planszowa – odezwała się Sila, od razu rozpoznając opakowanie. – Uwielbiam ją.

– Świetna gra dla małżeństw – wyjaśnił Cihan. – Dzięki niej można sprawdzić, jak dobrze mąż i żona naprawdę się znają.

Przy stole zapadła krótka cisza. Nikt nie miał wątpliwości, że nie był to niewinny prezent.

– Dziękujemy – powiedział Melih, zachowując uprzejmy ton. – Zagramy, gdy będziemy mieli trochę czasu. Skoro to gra o miłości, rzeczywiście jest dla nas odpowiednia.

Cihan oparł się wygodniej na krześle.

– Moim zdaniem teraz jest idealny moment. Chętnie zobaczę, jakie pytania kryją się w środku. Ty nie jesteś ciekaw, Melihu?

Melih spojrzał na Hancer. Doskonale wiedział, co Cihan próbuje zrobić. To był kolejny test. Kolejna próba podważenia ich małżeństwa na oczach wszystkich. Nie mogli odmówić, bo odmowa wyglądałaby jak strach.

– Oczywiście, że jestem ciekaw – odparł w końcu.

Hancer i Melih wstali od stołu. Oboje próbowali zachować spokój, ale nie byli przygotowani na taką grę. Nie ustalili wspólnej historii. Nie mieli gotowych odpowiedzi na pytania, które dla prawdziwej pary powinny być najprostsze na świecie.

Cihan sięgnął po pierwszą kartę.

– Zacznijmy więc. Pierwsze pytanie: gdzie odbyła się wasza pierwsza randka?

Między Hancer i Melihem zapadła cisza. Wymienili szybkie, zakłopotane spojrzenia.

Beyza uśmiechnęła się kpiąco.

– To chyba oczywiste. Na podwórku pod palmami. Gdzie indziej mogliby się spotykać?

Melih odwrócił głowę w stronę Cihana.

– Widzisz? Twoja żona ma lepszą pamięć od nas.

– Nie minęło aż tak dużo czasu, żebyście mogli zapomnieć – odparł Cihan i utkwił spojrzenie w Hancer. – Na pewno pamiętasz.

Hancer zacisnęła palce na brzegu krzesła.

– Kiedy tak nagle pytasz…

– To była jakaś kawiarnia – wtrącił Melih, próbując przyjść jej z pomocą. – Nie ma to większego znaczenia.

– Kawiarnia? Ciekawe. – Cihan wyciągnął kolejną kartę. – Następne pytanie: o co pokłóciliście się po raz pierwszy?

Melih zamilkł. W jednej chwili jego myśli uciekły do Sinem. Przypomniał sobie dzień, w którym uczył ją prowadzić samochód, jej złość, swoje uwagi i tamtą bliskość, której nie potrafił tak po prostu wymazać z pamięci.

Po chwili wrócił do rzeczywistości.

– Nigdy się nie pokłóciliśmy – odpowiedział. – Prawda, Hancer?

Cihan pokiwał głową, ale w jego spojrzeniu nie było ani odrobiny wiary.

– Dobrze. W takim razie następne pytanie jest naprawdę interesujące. Właściwie jestem pewien, że wszyscy przy tym stole chcieliby usłyszeć odpowiedź. – Podniósł kartę i przeczytał powoli: – Kiedy po raz pierwszy przyznaliście, że się w sobie zakochaliście?

Hancer zamarła.

Beyza natychmiast wykorzystała jej milczenie.

– Mów, sierotko. Grałaś na dwa fronty, byłaś z dwoma mężczyznami jednocześnie, więc teraz nie udawaj niewiniątka.

– Odpowiesz? – zapytał Cihan cicho, nie spuszczając wzroku z Hancer. – Kiedy wyznaliście sobie miłość?

Hancer poczuła, jak coś ściska ją w gardle. Przed oczami stanął jej inny wieczór, inny pokój i inny Cihan. Ten, który trzymał jej dłonie w sypialni udekorowanej czerwonymi płatkami róż. Ten, który odgarnął jej włosy za ucho i powiedział: „To rezydencja Develioglu. A ty jesteś jej panią. Witaj w swoim domu. Witaj w moim sercu”.

Mrugnęła szybko, odpędzając wspomnienie.

– Tak naprawdę miłość nie istnieje – powiedziała w końcu, spokojniej, niż sama się spodziewała. – Jest przywiązanie. Jest wsparcie. Jest troska, szczerość i bycie przy drugim człowieku, kiedy naprawdę tego potrzebuje. To jest warte więcej niż wielkie słowa. Małżeństwa nie podtrzymuje sama miłość, tylko wszystko to, co zostaje, kiedy słowa przestają wystarczać.

Przy stole zrobiło się jeszcze ciszej. Hancer podeszła do Cihana i stanowczym ruchem zabrała mu karty z ręki.

– Myślę, że gra dobiegła końca.

Cihan powoli wstał. Przez długą chwilę patrzył jej prosto w oczy, ale nie powiedział ani słowa.

Jej odpowiedź uderzyła go mocniej, niż chciałby przyznać.

***

Kolacja dobiegła końca. Goście rozeszli się do swoich domów, a stary dom, jeszcze przed chwilą pełen głosów, napiętych spojrzeń i wymuszonych uprzejmości, nagle pogrążył się w ciszy.

Hancer i Melih siedzieli obok siebie na różowej kanapie w salonie. Noc rozsiadła się za oknami na dobre, ciężka i nieruchoma. Światło było przygaszone, miękkie, ale atmosfera między nimi pozostała ciężka. Hancer trzymała dłonie splecione na kolanach i wpatrywała się w telefon, choć tak naprawdę niczego nie widziała. Myślami wciąż była przy stole, przy spojrzeniu Cemila, przy pytaniach Cihana i przy grze, która omal nie zburzyła ich kruchej przykrywki.

– Niepotrzebnie zorganizowaliśmy tę kolację – odezwała się cicho. W jej głosie pobrzmiewało zmęczenie i żal. – Chcieliśmy udowodnić, że nasze małżeństwo jest prawdziwe, a tylko się ośmieszyliśmy. Zwłaszcza przed moim bratem.

Melih spojrzał na nią uważnie, ale nie przerwał.

– Czy nasze spotkanie naprawdę miało tak wyglądać? – ciągnęła Hancer. – Nigdy nie zapomnę rozczarowania na twarzy Cemila. Nie wiem, czy jeszcze kiedykolwiek spojrzy mi w oczy.

Melih westchnął cicho.

– Hancer, moim zdaniem wcale nie poszło nam tak źle.

Odwróciła ku niemu twarz, jakby nie mogła uwierzyć, że mówi poważnie.

– Naprawdę tak uważasz?

Nie zdążył odpowiedzieć. Leżący między nimi telefon zawibrował krótko na kanapie. Melih sięgnął po niego, spojrzał na ekran i od razu spoważniał.

– Wiadomość od Cihana.

Hancer zesztywniała.

– Co napisał?

Melih przesunął palcem po ekranie.

– Wysłał zdjęcie. Pamiątkę po dzisiejszej kolacji.

Podał jej telefon. Hancer spojrzała na fotografię i poczuła, jak ściska ją w żołądku. Wszyscy stali obok siebie, jak jedna rodzina, ale na ich twarzach nie było ani spokoju, ani radości. Był dystans, napięcie i coś jeszcze — fałsz, który Cihan próbował teraz rozgryźć kawałek po kawałku.

– Co my zrobimy, Melihu? – zapytała bezradnie. – Cihan wkrótce wszystko zrozumie.

Melih zabrał telefon i przez chwilę patrzył na zdjęcie w milczeniu.

– Opieramy się, jak możemy – powiedział w końcu. – Ale jeśli tak dalej pójdzie, odkryje prawdę.

Hancer spuściła wzrok. Cisza, która zapadła między nimi, była gorsza niż wszystkie pytania zadane tego wieczoru.

***

Do pokoju dziecięcego weszła Gulsüm. Była blada, roztrzęsiona i zdesperowana. Gdy tylko zobaczyła Beyzę, padła przed nią na kolana i objęła ją za nogi, jakby w tym geście widziała ostatnią szansę ratunku.

– Pani Beyzo, popełniłam błąd – powiedziała łamiącym się głosem. – Błagam, nie wyrzucaj mnie. Proszę…

Beyza spojrzała na nią z góry lodowatym wzrokiem. Nie było w nim ani współczucia, ani wahania.

– Możesz błagać, ile chcesz. To niczego nie zmieni – odparła chłodno. – Wstawaj.

Chwyciła pokojówkę za rękę i szarpnęła ją do góry. Gulsüm zachwiała się, ale nie przestała płakać.

– Zawiniłam, wiem. Ale miej serce i wybacz mi, proszę. Ten dom jest całym moim życiem. Gdzie mam pójść? Kto mnie przyjmie? Przysięgam, zrobię wszystko, o co poprosisz. Każ mi umrzeć, a umrę… ale nie mogę odebrać komuś życia. Nawet jeśli ta osoba jest moim wrogiem.

Beyza zmrużyła oczy, jakby te słowa tylko bardziej ją rozdrażniły.

– Czy ty naprawdę jesteś taka głupia? – syknęła. – Kto powiedział, że masz zabić Hancer?

Sięgnęła do kieszeni i wyjęła małą, ciemną buteleczkę. Gulsüm natychmiast cofnęła wzrok, jakby sam widok przedmiotu budził w niej odrazę.

– Chciałam tylko, żebyś zabiła tego bachora, którego nosi w brzuchu – powiedziała Beyza bez cienia skruchy. – Chciałam, żeby Hancer udusiła się we własnej rozpaczy. Żeby raz na zawsze zapomniała o Cihanie i o wszystkim, co mogłoby ją jeszcze trzymać przy życiu. Ale po co ja ci to tłumaczę? Moja oferta jest już nieaktualna. Wynoś się stąd.

Gulsüm zamarła. Przez chwilę walczyła sama ze sobą. Strach mieszał się w niej z obrzydzeniem, desperacja z resztkami sumienia. W końcu, jakby wypowiedziała wyrok na samą siebie, wyszeptała:

– Dobrze. Zrobię to.

Beyza uniosła brwi.

– Co powiedziałaś?

– Zrobię to – powtórzyła Gulsüm, tym razem wyraźniej. – Ale… Hancer nic się nie stanie, prawda?

Beyza parsknęła cicho, z pogardą.

– Czy ja wyglądam na szaloną? Gdyby Hancer coś się stało, kogo Cihan obwiniłby w pierwszej kolejności? Oczywiście mnie. Po co miałabym narażać się na takie ryzyko? Wszystko skończy się cicho. Nikt niczego nie zauważy. Nikt niczego nie będzie podejrzewał.

Wyciągnęła rękę z buteleczką. Gulsüm patrzyła na nią jeszcze przez moment, blada jak ściana. W końcu drżącymi palcami ujęła fiolkę. Jej twarz zdradzała, że właśnie przekroczyła granicę, za którą nie było już łatwego powrotu.

Powyższy tekst stanowi autorskie streszczenie i interpretację wydarzeń z serialu Gelin. Inspiracją do jego stworzenia były filmy Gelin 147.Bölüm i Gelin 148.Bölüm dostępne na oficjalnym kanale serialu w serwisie YouTube. W artykule zamieszczono również zrzuty ekranu pochodzące z tych odcinków, które zostały użyte wyłącznie w celach informacyjnych i ilustracyjnych. Wszystkie prawa do postaci, fabuły i materiału źródłowego należą do ich prawowitych właścicieli.

Podobne wpisy