„Panna młoda” Odc. 187 — streszczenie
Sinem wyszła ze starego domu szybkim, nerwowym krokiem. Wciąż czuła w dłoni chłód klucza, a w głowie kłębiły się pytania, na które nie zdążyła znaleźć odpowiedzi. Nie uszła jednak daleko. Tuż za nią pojawiła się Beyza. Dopadła ją na ścieżce między krzewami i mocno chwyciła za ramię.
— Co robiłaś w domu Hancer? — zapytała ostro, niemal sycząc przez zęby. — Lepiej odpowiedz od razu. Jeśli będziesz kręcić, powiem Cihanowi, że się tam włamałaś.
Sinem odwróciła się powoli. Na jej twarzy nie było już wcześniejszego lęku. Zrozumiała, że została przyłapana, ale nie zamierzała pozwolić Beyzie wykorzystać tego przeciwko sobie.
— Mine zgubiła spinkę do włosów — odparła, siląc się na spokój. — Sprawdzałam, czy jej tam nie zostawiła.
Beyza prychnęła z pogardą.
— Naprawdę? Tylko na to cię stać? Nie mogłaś wymyślić czegoś bardziej przekonującego? Co niby spinka Mine miałaby robić w domu Hancer?
— Ta dziewczyna, którą trzymają u siebie, wpuściła Mine do środka — odparła Sinem. — Pomyślałam, że mogła ją tam zgubić. Jesteś już zadowolona?
Beyza zmrużyła oczy. Niemal natychmiast rozpoznawała, kiedy ma do czynienia z kłamstwem. A Sinem nie potrafiła kłamać tak bezczelnie jak ona.
— Ty naprawdę jesteś w tym fatalna — powiedziała z chłodnym uśmiechem. — No dalej. Powiedz prawdę. Czego tam szukałaś?
Sinem przez chwilę milczała. Potem spojrzała w stronę drzwi starego domu, jakby podjęła nagłą decyzję.
— Nie mogę ci powiedzieć.
— Co to znaczy: nie możesz?
— Idź i zobacz sama.
Beyza zmarszczyła brwi.
— Co mam zobaczyć?
— Powiedziałam, że nie mogę ci powiedzieć — powtórzyła Sinem cicho, ale z naciskiem.
W jej głosie było coś, co podziałało na Beyzę jak przynęta. Nie podejrzewała podstępu. Nie sądziła, że Sinem, zwykle spięta i przestraszona, potrafiłaby zastawić na nią pułapkę. Odwróciła się więc gwałtownie i ruszyła z powrotem do starego domu.
Sinem obserwowała ją bez słowa.
Beyza weszła do środka i postawiła nogę na pierwszym stopniu schodów. W tej samej chwili za jej plecami rozległ się suchy trzask zamykanych drzwi.
Zamarła.
Po sekundzie rzuciła się z powrotem do wejścia i uderzyła dłonią w drewno.
— Sinem! Odbiło ci?! Otwórz te drzwi!
Po drugiej stronie zapadła krótka cisza. Potem Sinem odezwała się spokojnie, niemal łagodnie:
— Właściciele otworzą ci, kiedy wrócą. Oczywiście Cihan też się o wszystkim dowie. Bardzo mnie ciekawi, jaką wymówkę tym razem dla niego wymyślisz.
— Teraz naprawdę przesadziłaś! — krzyknęła Beyza, szarpiąc za klamkę. — Natychmiast mnie wypuść!
Sinem uśmiechnęła się pod nosem. Po raz pierwszy od dawna to nie ona była przyparta do muru.
— Żeby poradzić sobie z kimś takim jak ty, trzeba mieć odwagę — powiedziała chłodno.
Za drzwiami rozległo się pełne wściekłości przekleństwo.
— Do diabła! — warknęła Beyza. — Dobrze. Nikomu nic nie powiem. Tylko otwórz.
Sinem przez chwilę pozwoliła jej jeszcze postać w niepewności. Dopiero potem wsunęła klucz do zamka i powoli go przekręciła.
Drzwi uchyliły się. Beyza stanęła w progu z twarzą napiętą od gniewu, ale tym razem nie odezwała się ani słowem.
Sinem posłała jej zwycięskie spojrzenie.
— Ty przyłapałaś mnie, a ja przyłapałam ciebie — powiedziała cicho. — Jesteśmy kwita.
Beyza zacisnęła usta. Przez moment wyglądała, jakby miała odpowiedzieć czymś jadowitym, ale ostatecznie tylko odwróciła się gwałtownie i odeszła alejką bez słowa.
Sinem odprowadziła ją wzrokiem. Kiedy upewniła się, że Beyza znika za krzewami, ponownie zamknęła drzwi starego domu na klucz.
***
Przez chwilę między Cihanem i Hancer panowała cisza. W jasnej stołówce, przy drewnianym stoliku ustawionym pod oknami, śniadanie powoli stygło. Hancer siedziała wyprostowana, ale jej spojrzenie zdradzało napięcie. Cihan obserwował ją uważnie, jakby próbował odczytać z jej twarzy odpowiedź, której nie chciała wypowiedzieć na głos.
— Kogo musisz zapytać o pozwolenie? — zapytał w końcu, mrużąc oczy. — Swojego brata? Bratową?
Hancer uniosła wzrok.
— Moja rodzina nie ma z tym nic wspólnego, Cihanie.
— Hancer, nie zmuszaj mnie do rozwiązywania łamigłówek wcześnie rano — odparł chłodno. — Powiedz po prostu, kto to jest.
Kobieta zawahała się. Zacisnęła palce na krawędzi stolika, jakby szukała w sobie cierpliwości.
— Ktoś, kto jest bardzo blisko, a jednocześnie bardzo daleko — powiedziała cicho. — Nie martw się. To nie potrwa długo. Odpowiem ci tak szybko, jak będę mogła.
Na twarzy Cihana pojawiło się zniecierpliwienie.
— Nie mam czasu na gierki. Oboje już dawno przekroczyliśmy wiek, w którym można ukrywać się za zagadkami. Mów wprost.
Hancer chciała odpowiedzieć, ale w tej samej chwili drzwi stołówki otworzyły się gwałtownie. Do środka wbiegła sekretarka. Była wyraźnie zdenerwowana.
— Pani Hancer! — zawołała, łapiąc oddech. — Ta dziewczyna, która przyszła z panią… przed wejściem doszło do incydentu. Musi pani natychmiast zejść.
Hancer poderwała się z miejsca.
Cihan również wstał, natychmiast zapominając o niedokończonej rozmowie.
— Jaki incydent? — zapytał ostro.
Sekretarka tylko bezradnie pokręciła głową.
— Lepiej, żeby państwo sami to zobaczyli.
***
Przed siedzibą firmy panowało zamieszanie. Na betonowym podjeździe, tuż przy wejściu do Develioglu Holding, leżał przewrócony czerwono-biały pachołek. Kilku pracowników zatrzymało się na schodach i przy drzwiach, zdezorientowanych tym, co właśnie zobaczyli.
Młody mężczyzna szarpał się z ochroniarzem, który trzymał go mocno za ramiona. Poszkodowany jedną ręką dotykał głowy, jakby wciąż nie mógł uwierzyć, że przed chwilą został uderzony.
— Odpowiesz mi za to! — krzyknął w stronę Sili.
Dziewczyna stała kilka kroków dalej. Była blada, spięta i wyraźnie przerażona własnym czynem.
— To był wypadek… — tłumaczyła drżącym głosem. — Naprawdę przepraszam. Pomyliłam się.
— Pomyliłaś się?! — mężczyzna aż zachłysnął się oburzeniem. — Uderzyłaś mnie pachołkiem w głowę!
W tej chwili na podjazd wszedł Engin. Wysiadł właśnie z samochodu i, widząc zbiegowisko, przyspieszył kroku.
— Co tu się dzieje? — zapytał stanowczo.
Młody mężczyzna natychmiast wskazał Silę.
— Ona mnie zaatakowała!
Wtedy ze środka firmy wyszli Cihan i Hancer. Za nimi pojawiło się jeszcze kilka osób, przyciągniętych hałasem.
Cihan zatrzymał się na schodach, zaskoczony widokiem Sili.
— Co ona tu robi? — zapytał, patrząc na Hancer.
Hancer spuściła głos.
— To nie jest odpowiedni moment…
— To ją powinieneś trzymać, nie mnie! — krzyczał poszkodowany do ochroniarza, próbując się wyrwać. — Puść mnie! Zadzwonię na policję!
Engin uniósł dłoń w uspokajającym geście.
— Proszę pana, załatwimy to. Jestem prawnikiem tej firmy. Proszę się uspokoić, nikt nie zamierza zamiatać sprawy pod dywan.
— Ona mnie uderzyła! — powtórzył mężczyzna. — W biały dzień, przed wejściem do firmy!
Sila zrobiła krok do przodu. W jej oczach pojawiły się łzy.
— Spojrzałam przez okno i pomyliłam pana z kimś innym — powiedziała szybko. — Myślałam, że to ktoś, kogo znam. Ktoś, kto… — urwała, jakby nagle zrozumiała, że powiedziała za dużo. — To była fatalna pomyłka. Proszę mnie nie oskarżać.
— Jesteś szalona? — prychnął mężczyzna. — Rzuciłaś się na mnie z pachołkiem!
Wszyscy spojrzeli na Silę z niedowierzaniem. Hancer podeszła do niej bliżej, próbując zachować spokój, choć w jej twarzy widać było narastający lęk.
— Silo… — powiedziała cicho. — Dlaczego to zrobiłaś?
Dziewczyna zacisnęła dłonie.
— Żeby nie uciekł.
Na moment zapadła cisza. Poszkodowany parsknął z oburzenia.
— Słyszeliście?! Sama się przyznała! Jeśli macie sumienie, złożycie zeznania!
Engin szybko ocenił sytuację. Widział, że jeden nieostrożny ruch może skończyć się policją, skandalem i kolejnym problemem, którego Hancer zdecydowanie teraz nie potrzebowała.
— Puść go — powiedział do ochroniarza.
Ochroniarz niechętnie rozluźnił chwyt. Mężczyzna poprawił kurtkę i odsunął się o krok, nadal patrząc na Silę z wściekłością.
Engin zbliżył się do niego i ściszył głos.
— Bardzo pana przepraszamy. To, co się wydarzyło, jest niedopuszczalne. Rozumiem pańskie zdenerwowanie. Ale muszę powiedzieć coś ważnego. Ta dziewczyna… ma problemy. Jest chora.
Sila natychmiast odwróciła się w jego stronę.
— Jaka chora? — oburzyła się. — Nie jestem chora! To była pomyłka, rozumiecie? Zwykła pomyłka!
Engin nie spuścił wzroku z poszkodowanego.
— Widzi pan sam — powiedział spokojnie. — Nie możemy tego rozwiązywać na środku ulicy. Wejdźmy do środka. Porozmawiamy, napijemy się wody i znajdziemy rozsądne wyjście z tej sytuacji.
Mężczyzna przez chwilę jeszcze oddychał ciężko, ale widząc wokół siebie tylu świadków i słysząc opanowany ton Engina, stopniowo przestał się wyrywać.
— Dobrze — burknął. — Ale to nie znaczy, że sprawa jest zakończona.
— Oczywiście — odparł Engin. — Nikt tego nie powiedział.
Hancer spojrzała na Silę z mieszaniną troski i przerażenia. Cihan natomiast stał nieruchomo, z twarzą napiętą od gniewu i podejrzliwości. W jego spojrzeniu było jasne pytanie, którego jeszcze nie zadał: kim naprawdę była ta dziewczyna i dlaczego Hancer przyprowadziła ją do firmy?
Po chwili wszyscy weszli do budynku. Zbiegowisko powoli się rozeszło, ochroniarz podniósł przewrócony pachołek, a przed wejściem znów zapanował względny spokój.
Tylko Hancer wiedziała, że to był spokój pozorny. Sila właśnie sprowadziła na nich nowy kłopot — i tym razem nie dało się udawać, że nic się nie stało.



***
Sila siedziała przy biurku Engina jak ktoś, kto znalazł się w cudzym świecie i nie wiedział, czy wolno mu oddychać zbyt głośno. Miała splecione dłonie, spuszczony wzrok i ściągnięte ramiona. Jeszcze niedawno przed wejściem do firmy krzyczała, szarpała się i była gotowa rzucić się na obcego człowieka, a teraz wyglądała jak przestraszone dziecko czekające na wyrok.
Engin siedział naprzeciwko niej, po drugiej stronie biurka. Wciąż trzymał w dłoni długopis, ale nie pisał. Przyglądał się dziewczynie uważnie, z mieszaniną irytacji, niedowierzania i troski, której sam przed sobą nie chciałby pewnie przyznać.
— Dlaczego powiedziałeś, że jestem chora? — zapytała w końcu Sila, unosząc głowę. W jej głosie pobrzmiewała urażona duma. — Dzięki Bogu, nic mi nie jest. Jestem przy zdrowych zmysłach.
Engin oparł długopis o kartkę i pochylił się lekko do przodu.
— Twoje zachowanie nie bardzo na to wskazuje.
Sila zmarszczyła brwi.
— To była pomyłka.
— Pomyłka? — powtórzył z niedowierzaniem. — Cały ranek próbowałem przekonać tamtego człowieka, żeby nie dzwonił na policję. Gdybyś uderzyła go odrobinę mocniej, mogłabyś naprawdę rozbić mu głowę. Czy ty w ogóle zdajesz sobie z tego sprawę?
Dziewczyna spuściła wzrok, ale jej twarz nie złagodniała.
— Zrozumiałam, że to nie on, dopiero kiedy go uderzyłam — powiedziała cicho, jakby tłumaczyła coś oczywistego. — Potem już nic więcej nie zrobiłam.
Engin przez chwilę patrzył na nią bez słowa. Potem odchylił się na oparcie fotela.
— Doprawdy? Czyli gdyby to naprawdę był ten człowiek, za którego go wzięłaś, nie zatrzymałabyś się?
Sila podniosła na niego oczy. Tym razem nie było w nich ani wahania, ani wstydu. Była tylko ciemna, twarda determinacja.
— Gdyby to był on, strzeliłabym mu w sam środek czoła.
W gabinecie zapadła ciężka cisza. W tej samej chwili drzwi otworzyły się i do środka weszła Hancer. Zatrzymała się na progu, wyczuwając napięcie. Jej spojrzenie natychmiast powędrowało od Engina do Sili.
Engin wskazał dziewczynę końcem długopisu, jakby właśnie przedstawił Hancer najważniejszy dowód w sprawie.
— Ta dziewczyna mówi, że zastrzeli człowieka — powiedział z niedowierzaniem. — Wiedziałaś o tym?
Hancer przymknęła na moment oczy. Była zmęczona. Nie fizycznie, ale tak głęboko, jakby od wielu dni nosiła na barkach cudzy ból, cudzy gniew i cudze sekrety.
— Sila została okrutnie oszukana przez pewnego mężczyznę — wyjaśniła spokojnie. — Przyjechała do Stambułu, żeby go odnaleźć. Wczoraj Melih odkrył, że ma przy sobie broń. Próbował ją odebrać, ale Sila nie pozwoliła.
Engin przeniósł wzrok na Silę. Jego twarz stężała.
— Miałem rację — powiedział. — Jesteś chora.
— Nie jestem chora! — oburzyła się dziewczyna.
— Jesteś. Chora z gniewu, z rozpaczy i z uporu. A to bywa jeszcze groźniejsze niż zwykłe szaleństwo. — Engin nachylił się nad biurkiem. — Czy ty wiesz, jaka jest kara za morderstwo z premedytacją? Dożywocie, Silo. Dożywocie. Jeśli zrobisz to, o czym mówisz, resztę życia spędzisz za murami więzienia. Nie będzie już powrotu, nie będzie drugiej szansy, nie będzie żadnego „pomyliłam się”.
Sila zacisnęła usta.
— To, co mi zrobił, też nie może pozostać bezkarne.
— A co, jeśli go znajdziesz i to on skrzywdzi ciebie? — zapytał ostro Engin. — Co, jeśli okaże się silniejszy, sprytniejszy, bardziej bezwzględny? Co wtedy? Pomyślałaś o tym?
— Jestem zdecydowana — odparła, choć jej głos zadrżał. — On zabrał mi wszystko. Nie mogę udawać, że nic się nie stało.
Engin wypuścił powietrze z płuc i przetarł dłonią twarz. Przez moment wyglądał, jakby miał przed sobą sprawę, której żaden kodeks nie potrafiłby rozwiązać.
Hancer podeszła bliżej. Stanęła obok Sili, ale nie dotknęła jej od razu. Wiedziała, że przy takim bólu zbyt szybki gest potrafi przestraszyć bardziej niż krzyk.
— Sam widzisz — powiedziała cicho do Engina. — Nie mogę spuścić jej z oczu nawet na chwilę. Boję się, że zrobi coś, czego potem nie da się cofnąć. Cihan nie chce jej w firmie. W domu też nikt nie patrzy na nią spokojnie. A ja… — urwała, bo głos nagle ją zawiódł. — Ja naprawdę nie wiem już, co robić.
Engin spojrzał na nią uważnie. W jego oczach pojawiło się coś łagodniejszego. Zrozumienie.
Przez chwilę milczał. Potem odłożył długopis i powiedział stanowczo:
— Ja wiem.
Hancer uniosła głowę.
— Co masz na myśli?
— Zostanie ze mną.
Sila aż wyprostowała się na krześle.
— Co?!
Hancer spojrzała na Engina z zaskoczeniem, ale po chwili w jej oczach pojawiła się ulga. Cicha, ostrożna, jakby bała się uwierzyć, że właśnie znalazło się rozwiązanie.
— Enginie…
Sila nie dała jej dokończyć.
— Co ty mówisz, adwokacie? — rzuciła z oburzeniem. — Nie potrzebuję niańki ani ochroniarza.
— Właśnie widzieliśmy, jak bardzo nie potrzebujesz — odparł Engin sucho. — Ledwie zostałaś sama, a już zaatakowałaś niewinnego człowieka pachołkiem.
— Pomyliłam go!
— Tym gorzej.
Sila odwróciła wzrok, urażona.
Engin wstał zza biurka i obszedł je powoli. Nie podnosił głosu, ale każde jego słowo brzmiało stanowczo.
— Posłuchaj mnie uważnie. Melih pracuje dniami i nocami, jeździ taksówką, żeby utrzymać dom. Hancer ma fundację na głowie, Cihana, firmę, rodzinne wojny i jeszcze ciebie. Nie pozwolę, żeby cała odpowiedzialność spadła na nią. Dopóki się nie uspokoisz, dopóki nie zrozumiesz, że zemsta nie jest rozwiązaniem, będziesz pod moją opieką.
— Niczego od was nie chcę! — Sila gwałtownie wstała z krzesła. — Zostawcie mnie w spokoju!
Hancer natychmiast zrobiła krok w jej stronę.
— Nie możemy cię zostawić samej — powiedziała łagodnie. — Nie po tym, co się stało. Nie wtedy, kiedy nosisz w sobie tyle gniewu.
— To mój gniew! — zawołała Sila. — Moje życie! Moja sprawa!
— Wiem — odparła Hancer. — Ale czasem człowiek jest tak zraniony, że sam przestaje widzieć przepaść przed sobą. Wtedy ktoś musi złapać go za rękę. Nawet jeśli on tego nie chce.
Sila zamilkła. Jej oczy błyszczały od łez, lecz nie pozwoliła im spłynąć.
Engin stanął obok biurka i spojrzał na nią spokojniej.
— Jestem prawnikiem, Silo. I jeśli naprawdę chcesz sprawiedliwości, to znam lepszą drogę niż broń. Pomogę ci znaleźć tego człowieka. Sprawdzimy, kim jest, gdzie przebywa, jakich nazwisk używał. Postaram się odzyskać twoje pieniądze. Zrobimy to tak, żebyś nie trafiła do więzienia i nie zniszczyła sobie życia przez drania, który już raz ci je zrujnował.
Sila spojrzała na niego niepewnie. Na jej twarzy po raz pierwszy pojawiło się coś innego niż bunt. Słaba iskra nadziei.
— Naprawdę możesz go znaleźć?
Engin wzruszył ramionami, ale w jego głosie pobrzmiewała pewność.
— Mam kontakty. I nie jestem najgorszym adwokatem.
Hancer uśmiechnęła się lekko, widząc, że twarda skorupa Sili zaczyna pękać.
Dziewczyna usiadła z powrotem, wolniej niż wcześniej. Zacisnęła palce na materiale spodni.
— Ale… — zawahała się. — Nie mogę mieszkać z mężczyzną pod jednym dachem.
Engin otworzył usta, jakby chciał coś powiedzieć, ale Hancer uprzedziła go spokojnym głosem:
— Ręczę za Engina. Gdybym mu nie ufała, nigdy bym się na to nie zgodziła. To rozwiązanie tymczasowe. Tylko do czasu, aż znajdziemy inne wyjście. Nie mogę pozwolić, żebyś znów została sama na ulicy. Nie po tym wszystkim, co przeszłaś.
Sila patrzyła na nią długo. W jej spojrzeniu nadal było dużo nieufności, ale obok niej pojawiło się też zmęczenie. Tak wielkie, że nie dało się go dłużej ukrywać.
W końcu westchnęła.
— Dobrze — powiedziała cicho. — Zgadzam się.
Hancer odetchnęła z ulgą.
Sila natychmiast uniosła palec, jakby chciała odzyskać choć odrobinę kontroli nad sytuacją.
— Ale mam jeden warunek.
Engin zmrużył oczy.
— Słucham.
— Pomożesz mi znaleźć tego człowieka, adwokacie.
Engin skinął głową.
— Obiecuję. Zrobię wszystko, co mogę. Ale ty też coś mi obiecasz.
— Co takiego?
— Nie będziesz działać na własną rękę. Żadnego śledzenia, żadnego rzucania się na obcych ludzi, żadnego pachołka, żadnej broni. Jeśli coś sobie przypomnisz, jeśli go zobaczysz albo pomyślisz, że go widzisz — najpierw przyjdziesz z tym do mnie. Zrozumiałaś?
Sila przez chwilę patrzyła na niego z uporem, ale potem jej twarz złagodniała. Kąciki ust drgnęły nieznacznie.
— Dobrze — powiedziała. — Obiecuję.
Hancer usiadła obok niej i położyła dłoń na jej splecionych palcach. Tym razem Sila się nie odsunęła.
A Engin, choć wciąż wyglądał na człowieka, który właśnie przyjął na siebie kłopot większy niż wszystkie sprawy sądowe razem wzięte, pierwszy raz tego dnia uśmiechnął się lekko.
— No dobrze — mruknął. — Skoro mamy już umowę, zacznijmy od początku. Powiesz mi wszystko, co wiesz o tym człowieku. Każde imię, każde miejsce, każdy szczegół. Nawet taki, który wydaje ci się nieważny.
Sila otarła kącik oka i skinęła głową.
— Powiem. Wszystko.



***
Wieczór zapadł powoli, przynosząc rezydencji pozorny spokój. W korytarzach ucichły kroki domowników, za drzwiami pokojów przygasły rozmowy, a miękkie światło nocnych lampek rozlało się po ścianach ciepłą poświatą.
Mukadder siedziała na brzegu łóżka w swojej sypialni. Miała na sobie ciemną bluzkę w czerwono-czarny wzór, ale nawet jej mocne barwy nie były w stanie ukryć napięcia na twarzy kobiety. Palce zaciskała na materiale spódnicy, jakby próbowała w ten sposób uspokoić rozbiegane myśli.
Od kilku godzin wracało do niej jedno pytanie.
Czy szantażystką mogła być Derya?
Mukadder zmrużyła oczy i utkwiła spojrzenie w podłodze.
Założyłam, że Derya nigdy się o tym nie dowie — pomyślała z niepokojem. — Ale ta kobieta jest nieprzewidywalna. Pojawiła się razem z Hancer, zaczęła krążyć wokół rezydencji i bardzo szybko odkryła, że Beyza była żoną Cihana. Jest ciekawska. Zbyt ciekawska. I przebiegła bardziej, niż wygląda.
Im dłużej o tym myślała, tym mocniej zaciskała usta. Do tej pory wierzyła, że ma nad sytuacją kontrolę. Teraz jednak każdy szczegół zaczynał układać się w niepokojącą całość. Głos szantażystki był zmieniony, ale słowa… sposób nacisku… zachłanność… złote bransoletki… To wszystko mogło pasować do Deryi.
Nagle rozległo się krótkie pukanie.
Mukadder drgnęła. Zanim zdążyła odpowiedzieć, drzwi uchyliły się i do pokoju wszedł Cihan.
Na jego widok natychmiast się wyprostowała. Próbowała przybrać spokojny wyraz twarzy, ale napięcie nie zniknęło z jej oczu.
Cihan wszedł kilka kroków w głąb pokoju. Miał na sobie ciemny garnitur, a jego twarz była poważna. Zatrzymał się przy łóżku, poprawił marynarkę i usiadł obok matki.
— Jak się czujesz, mamo? — zapytał, przyglądając jej się uważnie.
Mukadder odwróciła ku niemu głowę. Nie spodobał jej się ten ton. Zbyt spokojny. Zbyt ostrożny. Cihan nie przyszedł tylko po to, by zapytać o zdrowie.
— Zwykle nie przychodzisz do mnie o tej porze — zauważyła. — Coś się stało?
Cihan przez chwilę milczał. Potem pochylił się lekko, jakby chciał od razu przejść do sedna.
— Chciałem porozmawiać z tobą już wczoraj wieczorem, ale spałaś. Dziś rozmawiałem z agentem nieruchomości.
Mukadder znieruchomiała.
— Z agentem? — powtórzyła, choć doskonale wiedziała, o co chodzi.
— Tak. Powiedział mi, że chcesz sprzedać część ziemi w Isparcie. — Cihan nie spuszczał z niej wzroku. — Dlaczego?
Kobieta odwróciła twarz z wyraźnym niezadowoleniem.
— Od razu przyszedł do ciebie, choć poprosiłam go o dyskrecję — burknęła. — Nikt już nie szanuje cudzych spraw. Nikt nie wie, co to etyka zawodowa.
— Mamo, ten człowiek od lat zajmuje się naszym majątkiem. Dba o nasze interesy. Jeśli widzi, że podejmujesz ryzykowną decyzję, ma obowiązek mnie o tym poinformować.
— Ryzykowną? — Mukadder uniosła brwi.
— Tak. Powiedział, że to zły moment na sprzedaż. Rynek jest słaby. Jeśli będziesz nalegać na szybką transakcję, ziemia pójdzie znacznie poniżej wartości. A mimo to kazałaś mu sprzedać ją jak najszybciej. — Głos Cihana stwardniał. — Chcę wiedzieć dlaczego.
Mukadder wzięła głębszy oddech. Musiała mówić spokojnie. Nie mogła pozwolić, by syn dostrzegł choć cień paniki.
— Cihanie, jestem twoją matką — powiedziała z wymuszoną godnością. — Ty jesteś moim dzieckiem. Nieważne, ile masz lat i jak wielką firmą zarządzasz. Nie możesz przesłuchiwać mnie tak, jakbym była twoją pracownicą.
— Nie przesłuchuję cię. Martwię się.
— Niepotrzebnie.
— Więc wyjaśnij mi to.
Mukadder opuściła wzrok, udając zmęczenie. Chwilę milczała, jakby zastanawiała się, czy powinna mu się zwierzyć. W rzeczywistości gorączkowo układała kłamstwo, które zabrzmi wystarczająco szlachetnie.
— Pokonałam poważną chorobę — odezwała się w końcu ciszej. — Człowiek po czymś takim zaczyna inaczej patrzeć na życie. Zrozumiałam, że powinnam zrobić coś dobrego. Chcę przekazać darowiznę. To mój sposób podziękowania Bogu za to, że nadal tu jestem.
Cihan patrzył na nią bez słowa. Nie wyglądał na całkowicie przekonanego, ale nie od razu zaprzeczył.
— Dobrze — powiedział po chwili. — Rozumiem. W takim razie powiedz, o jaką kwotę chodzi. Jutro przeleję ci pieniądze z firmowego konta.
Mukadder natychmiast zesztywniała.
— Nie trzeba.
— Trzeba. Skoro zależy ci na darowiźnie, nie ma powodu, żebyś sprzedawała ziemię za bezcen.
Kobieta zacisnęła palce na kolanie.
— To moja decyzja.
— A ja mówię, że nie pozwolę ci podjąć jej pochopnie. — Cihan pochylił się bliżej. — Jeśli naprawdę chcesz pomóc, wesprzyj naszą fundację. Po tym, jak wycofali się darczyńcy, jest w trudnej sytuacji. Potrzebuje pieniędzy bardziej niż kiedykolwiek.
Twarz Mukadder natychmiast stężała. W jej oczach pojawił się chłód.
— Nigdy — ucięła. — To niemożliwe, dopóki ta dziewczyna siedzi na miejscu, które do niej nie należy.
— Mówisz o Hancer.
— A o kim innym? — Mukadder zadarła dumnie podbródek. — Modlę się, żeby jak najszybciej odeszła, a ty chcesz, żebym jeszcze wspierała fundację, którą ona zarządza? Nie ma mowy.
Cihan przez moment zaciskał szczękę. Widać było, że z trudem powstrzymuje ostrzejszą odpowiedź.
— Ta fundacja nie należy do Hancer — powiedział powoli. — Pomaga kobietom i dzieciom. To dla nich istnieje.
— Nie obchodzi mnie to. Nie dam ani jednej liry na coś, co wzmocni pozycję tej dziewczyny.
Cihan odsunął się nieco. Jego spojrzenie stało się cięższe, bardziej przenikliwe.
— Dobrze — powiedział po chwili. — Skoro nie chcesz wesprzeć naszej fundacji, podaj nazwę organizacji albo cel, na który chcesz przekazać darowiznę. Jutro zajmę się przelewem.
Mukadder zawahała się ledwie na ułamek sekundy, ale Cihan to zauważył.
— Mam na myśli kilka organizacji — odparła szybko. — Jeszcze nie zdecydowałam.
— W takim razie zdecyduj.
— Cihanie. — Spojrzała na niego z urazą. — Nie możesz kontrolować każdego mojego kroku, jakbym była niesamodzielna. Nie jestem dzieckiem. Nie jestem kobietą, która nie wie, co robi.
— Nie powiedziałem tego.
— Ale tak się zachowujesz.
Między nimi zapadła cisza. Cihan patrzył na matkę długo, jakby próbował odczytać z jej twarzy prawdę, której nie chciała powiedzieć. Mukadder wytrzymała jego spojrzenie, choć serce biło jej szybciej, niżby sobie tego życzyła.
W końcu Cihan wstał.
— Dobrze. Porozmawiamy o tym później.
Mukadder odetchnęła niemal niedostrzegalnie.
— Jak chcesz.
— Dobrej nocy, mamo.
— Dobrej nocy, synu.
Cihan ruszył do drzwi, lecz jeszcze na moment zatrzymał się przy progu. Odwrócił głowę i spojrzał na nią raz jeszcze. W jego oczach nadal czaiła się podejrzliwość.
Mukadder nie drgnęła. Siedziała wyprostowana, z twarzą kobiety, która nie ma nic do ukrycia.
Dopiero gdy drzwi zamknęły się za Cihanem, pozwoliła sobie na głębszy oddech.
Przymknęła oczy i przyłożyła dłoń do piersi.
Udało się. Przynajmniej na razie uśpiła czujność syna.
Ale wiedziała, że to nie potrwa długo. Cihan zaczął pytać. A kiedy Cihan zaczynał pytać, nie przestawał, dopóki nie dotarł do prawdy.

Powyższy tekst stanowi autorskie streszczenie i interpretację wydarzeń z serialu Gelin. Inspiracją do jego stworzenia był film Gelin 138.Bölüm dostępny na oficjalnym kanale serialu w serwisie YouTube. W artykule zamieszczono również zrzuty ekranu pochodzące z tego odcinka, które zostały użyte wyłącznie w celach informacyjnych i ilustracyjnych. Wszystkie prawa do postaci, fabuły i materiału źródłowego należą do ich prawowitych właścicieli.







