„Panna młoda” Odc. 179 — streszczenie
Przed wyjazdem do firmy Cihan postanowił jeszcze zajrzeć do szpitala i sprawdzić, jak czuje się Sila. Nie dawała mu spokoju myśl o dziewczynie, która z dnia na dzień została sama, bez pieniędzy, bez rodziny i bez miejsca, do którego mogłaby wrócić.
Gdy wysiadł z samochodu na parkingu przed budynkiem, od razu dostrzegł Engina. Mężczyzna stał przed wejściem z telefonem w dłoni, wpatrzony gdzieś przed siebie. Jego napięta postura i zmarszczone brwi sprawiły, że Cihan natychmiast wyczuł, że coś jest nie tak.
Przyspieszył kroku.
— Co się stało? — zapytał jeszcze zanim do niego dotarł.
Engin spojrzał na niego z wyraźnym poczuciem winy.
— Dziewczyna zniknęła.
Cihan zatrzymał się gwałtownie.
— Co masz na myśli?
— Po prostu odeszła. — Engin bezradnie rozłożył ręce. — Nie było żadnej kłótni ani problemu. Rozmawialiśmy długo w nocy. W końcu zasnęła… a potem ja też zasnąłem. Kiedy się obudziłem, łóżko było puste.
Przez chwilę między nimi zaległa cisza.
— Przeszukałeś szpital?
— Tak. Pytałem pielęgniarki, ochronę, nawet ludzi na recepcji. Nikt jej nie widział. Jakby rozpłynęła się w powietrzu.
Cihan westchnął ciężko.
— Przecież nie ma pieniędzy. Nie zna miasta. Nie ma dokąd pójść.
— Właśnie dlatego tak bardzo się martwię. — W głosie Engina pobrzmiewało szczere zaniepokojenie. — Powierzyłeś ją mojej opiece, a ja zawiodłem. Obiecałem, że jej przypilnuję.
— Nie przesadzaj. — Cihan pokręcił głową. — Byłeś przy niej przez całą noc. Nie można nikogo zatrzymać siłą. Jest dorosła i sama podjęła decyzję.
Engin spuścił wzrok.
— Mimo wszystko nie daje mi to spokoju.
Cihan przez chwilę milczał, zastanawiając się nad sytuacją.
— Wiesz… czasami życzliwość potrafi człowieka zawstydzić. Zwłaszcza kogoś, kto całe życie był zdany wyłącznie na siebie. Nie chce być ciężarem. Nie chce mieć wobec nikogo długu. Wtedy najłatwiej po prostu zniknąć.
Engin pokiwał głową.
— Dokładnie o tym pomyślałem. Sila jest bardzo zamknięta w sobie. Nieśmiała. Wycofana. Kiedy rozmawialiśmy, miałem wrażenie, że nie przywykła do tego, żeby ktoś się o nią troszczył.
Zmarszczył brwi jeszcze bardziej.
— Ale mimo wszystko nie jestem spokojny. Co jeśli coś jej się stanie? Może powinniśmy jej poszukać?
Cihan spojrzał w stronę wejścia do szpitala, jakby liczył, że dziewczyna nagle się pojawi.
— Zrobiliśmy wszystko, co mogliśmy. Zapewniliśmy jej pomoc i bezpieczeństwo. Reszta należy już do niej.
Po chwili położył dłoń na ramieniu przyjaciela.
— Chodź. Jedźmy do firmy.
Engin nie odpowiedział od razu. Skinął tylko głową.
Obaj ruszyli powoli przez parking. Cihan szedł pewnym krokiem, lecz Engin co chwilę oglądał się za siebie. Choć znał Silę zaledwie od kilkunastu godzin, nie potrafił pozbyć się niepokoju. Coś w jej smutnym spojrzeniu i ostrożnych gestach sprawiło, że poczuł się za nią odpowiedzialny.
Kamera oddaliła się, odsłaniając fragment budynku znajdujący się nieco dalej od wejścia.
Za rogiem, częściowo ukryta za ścianą, stała Sila.
Młoda kobieta mocno ściskała pasek swojej torby, jakby był jedyną rzeczą dającą jej poczucie bezpieczeństwa. Chłodny wiatr poruszał jej długimi, lekko rozczochranymi lokami, a gruby szalik szczelnie otulał szyję. Na jej twarzy malowała się mieszanina smutku, wdzięczności i niepewności.
Ostrożnie wychyliła się zza rogu i spojrzała za oddalającymi się mężczyznami.
Jej wzrok na dłużej zatrzymał się na Enginie.
Widziała jego zatroskaną twarz, gdy jeszcze przed chwilą rozmawiał z Cihanem. Słyszała część rozmowy. Wiedziała, że się martwi.
W oczach Sili pojawił się cień wzruszenia.
Przez moment wyglądała tak, jakby chciała wyjść z ukrycia i ich zawołać.
Nie zrobiła jednak ani kroku.
Pozostała w cieniu budynku, obserwując, jak Cihan i Engin wsiadają do samochodu i odjeżdżają. Dopiero gdy pojazd zniknął za bramą szpitala, opuściła wzrok.
Znów została sama. Choć tym razem samotność była już nieco trudniejsza do zniesienia.


***
Beyza stała w holu przed ogromnym, bogato zdobionym lustrem. W jego tafli z wyraźną satysfakcją przyglądała się swojemu odbiciu. Tego ranka zadbała o każdy szczegół. Miała na sobie elegancki czarny kostium, śnieżnobiałą koszulę z delikatnymi prążkami oraz ciemne okulary w grubych oprawkach, które nadawały jej powagi i sprawiały, że wyglądała bardziej jak ambitna bizneswoman niż kobieta, która całe dnie spędza w domu.
Jej ciemne włosy były gładko zaczesane i upięte w nisko osadzony kok. Staranny makijaż podkreślał regularne rysy twarzy i ciemne oczy, w których błyszczała pewność siebie. Beyza poprawiła okulary na nosie, wygładziła mankiet koszuli i uśmiechnęła się do własnego odbicia.
— Idealnie — mruknęła pod nosem.
Po chwili usiadła w fotelu ustawionym przy konsoli i założyła nogę na nogę, jakby oczekiwała na ważnego gościa.
W tym samym czasie ze schodów zeszła Sinem. Ubrana w płaszcz i gotowa do wyjścia, pewnym krokiem skierowała się ku drzwiom wejściowym.
— Sinem! — zawołała Beyza słodkim głosem. — Wypijmy razem poranną kawę.
Sinem zatrzymała się w pół kroku. Przez kilka sekund stała nieruchomo, nie odwracając się. Potem powoli spojrzała przez ramię, a na jej twarzy pojawił się wyraz nieufności.
W końcu podeszła bliżej.
— Jeżeli zamierzasz przekonywać mnie, żebym oddała na ciebie głos podczas zebrania akcjonariuszy, oszczędź sobie wysiłku — powiedziała chłodno. — I mnie również.
Beyza uśmiechnęła się lekko.
— Cóż… kandydaci podczas kampanii odwiedzają wyborców od drzwi do drzwi. Rozmawiają, przekonują, budują poparcie. Czy to coś niezwykłego?
— Nie mam czasu na twoją kampanię. — Sinem spojrzała na zegarek. — Mine czeka już w samochodzie. Muszę zawieźć ją do szkoły.
— Jaka szkoda. — Beyza westchnęła teatralnie. — Liczyłam, że uda nam się dojść do porozumienia w przyjaznej atmosferze.
Jej uśmiech powoli zniknął.
— Widzę jednak, że pozostaje mi mniej elegancka metoda.
Sinem zmarszczyła brwi.
— O czym ty mówisz?
— O szantażu.
W holu zapadła cisza. Sinem spojrzała na nią z niedowierzaniem.
— Czym niby chcesz mnie szantażować?
Beyza powoli wstała z fotela. Zdjęła okulary i zaczęła obracać je w dłoniach. Następnie zrobiła kilka kroków i stanęła tuż przed Sinem.
— Zastanawiam się… — zaczęła spokojnie. — Jak zareagowałby Cihan, gdyby dowiedział się, że flirtowałaś z Melihem?
Sinem pobladła.
— Co?
— Słyszałaś.
Na twarzy Beyzy pojawił się triumfalny uśmiech.
— Może powinnam mu o tym opowiedzieć? W końcu szczerość jest bardzo ważna w rodzinie.
— Nie waż się.
— To zależy wyłącznie od ciebie.
Beyza założyła okulary z powrotem na nos i spojrzała na Sinem ponad oprawkami.
— Jeśli nie chcesz, żeby Cihan usłyszał tę historię, pójdziesz teraz ze mną do pokoju i spokojnie wypijesz kawę.
— To żałosne.
— Być może. Ale skuteczne.
Sinem zacisnęła szczęki.
— Mine czeka.
— Nie martw się o Mine. — Beyza wzruszyła ramionami. — Aysu pojedzie z nią wraz z kierowcą. Wszystko zostało już załatwione.
Przez chwilę patrzyły sobie prosto w oczy.
Sinem wiedziała, że Beyza nie rzuca słów na wiatr i bez skrupułów wykorzysta tę informację przeciwko niej.
Milczała. A Beyza odebrała to dokładnie tak, jak chciała. Na jej ustach pojawił się szeroki, zadowolony uśmiech.
— Twoje milczenie uznaję za zgodę.
Odwróciła się w stronę kuchni.
— Gulsum! — zawołała głośno. — Przygotuj nam dwie kawy!
Po czym ponownie spojrzała na Sinem.
— Mądry wybór. Naprawdę bardzo mądry.
Sinem nie odpowiedziała. Stała nieruchomo na środku czerwonego dywanu przecinającego przestronny, jasny hol rezydencji. Patrzyła na Beyzę z rosnącym niesmakiem.
Tymczasem Beyza wyglądała na wyjątkowo zadowoloną z siebie. W eleganckim garniturze, z idealnie upiętymi włosami i okularami dodającymi jej pozorów profesjonalizmu, sprawiała wrażenie kobiety przygotowującej się do objęcia ważnego stanowiska.
Sinem widziała jednak coś zupełnie innego.
Nie przyszłą prezeskę stowarzyszenia.
Widziała kobietę, która desperacko walczyła o swoje małżeństwo. Dla Beyzy fotel prezeski nie miał znaczenia sam w sobie — liczyło się tylko to, by Hancer nie zajęła miejsca, które mogłoby ponownie zbliżyć ją do Cihana.
***
Cihan wszedł do swojego przestronnego gabinetu, a zaraz za nim pojawił się Engin. Pomieszczenie, utrzymane w nowoczesnym stylu, tonęło w jasnym świetle wpadającym przez duże okna. Na biurku piętrzyły się dokumenty, ale myśli Cihana krążyły dziś wokół zupełnie innych spraw.
Usiadł w fotelu za biurkiem i splótł dłonie przed sobą. Engin opadł na krzesło naprzeciwko, wciąż zamyślony po wcześniejszej rozmowie o Sili.
— Wujek wpadł dziś rano na śniadanie — zaczął Cihan z wyraźnym znużeniem. — I od razu przeszedł do rzeczy. Chce, żeby Beyza została prezeską stowarzyszenia. A Beyza… — pokręcił głową — jest tym pomysłem zachwycona. Chodzi po domu, jakby już nią była.
Engin skrzywił się nieznacznie. Ta wiadomość była ostatnią, jaką chciał usłyszeć.
— Cihanie, wiesz przecież, ile serca moja siostra włożyła w to stowarzyszenie. — Jego głos stwardniał. — Pracowała dniami i nocami, żeby je rozwijać. A teraz mam wrażenie, że jej ostatnia wola jest po prostu ignorowana. Nie ukrywam, że bardzo mnie to boli.
Cihan westchnął ciężko.
— Nie patrz na mnie w ten sposób. Nie popieram tego pomysłu. To inicjatywa Beyzy i jej ojca. Gdyby zależało to ode mnie, nikt nie odważyłby się podważać decyzji Yasemin. Znasz mnie wystarczająco dobrze, żeby o tym wiedzieć.
Engin skinął głową, ale jego twarz nie złagodniała.
— Znam cię. Dlatego z tobą rozmawiam. Ale kiedy sprawa dotyczy Yasemin, trudno mi zachować dystans. — Na moment odwrócił wzrok. — I szczerze? Uważam, że Beyza nie nadaje się na to stanowisko. Przykro mi, ale będę głosował przeciwko kandydaturze twojej żony.
— I bardzo dobrze. — Cihan oparł się wygodniej w fotelu. — Bo ja również nie zamierzam jej poprzeć. Powiedziałem to dziś wszystkim przy śniadaniu. Wujek jednak uparł się na głosowanie. Mój głos jest przesądzony, a bratowa myśli podobnie.
— Moja decyzja także się nie zmieniła — odparł Engin. — Chcę jeszcze raz porozmawiać z Hancer. Spróbuję przekonać ją do przyjęcia stanowiska.
Cihan natychmiast uniósł brwi.
— Enginie, dlaczego tak bardzo się tego trzymasz? Hancer jasno powiedziała, że nie chce zostać prezeską. Po co ciągnąć tę sprawę i tworzyć kolejne zamieszanie?
— Bo chodzi o moją siostrę. — Engin pochylił się lekko do przodu. — To było jej ostatnie życzenie. Nie mogę po prostu wzruszyć ramionami i udawać, że nic się nie stało. Powiedz mi szczerze… gdyby chodziło o twojego brata, nie zrobiłbyś dokładnie tego samego?
Pytanie zawisło między nimi.
Cihan przez chwilę milczał. Wiedział, że na miejscu Engina prawdopodobnie postąpiłby identycznie.
— Może tak — przyznał w końcu. — Ale to niczego nie zmienia. Hancer się nie zgodzi. Jestem tego pewien.
— Być może. — Engin wzruszył ramionami. — Ale dopóki sam tego nie usłyszę po raz ostatni, nie odpuszczę. Jeśli ponownie odmówi, zaakceptuję wynik głosowania. Bez względu na to, jaki będzie.
Cihan spojrzał na niego uważnie. W oczach Engina dostrzegł ten sam upór, który kiedyś tak bardzo podziwiała Yasemin.
— Dobrze — powiedział cicho. — Spróbuj. Ale przygotuj się na to, że odpowiedź będzie taka sama.
Engin nie odpowiedział. Skinął jedynie głową, a w gabinecie na chwilę zapadła cisza.
***
Hancer siedziała na jasnoróżowej kanapie w salonie, trzymając telefon przy uchu. Za szerokimi oknami panował spokojny, chłodny poranek, ale ona nie potrafiła znaleźć w sobie spokoju. Od chwili, gdy usłyszała historię Sili, nieustannie o niej myślała. Dziewczyna była sama, zagubiona i bezradna, a ten obraz nie dawał jej spokoju.
W końcu westchnęła i wybrała numer Engina.
— Powinnam była zadzwonić wcześniej — powiedziała, gdy odebrał. — Ale wahałam się przez Cihana. Nie chciałam stawiać cię w niezręcznej sytuacji. Powiedz mi… jak ma się Sila? Wszystko z nią w porządku?
Słuchała przez chwilę, a na jej twarzy pojawiło się zaskoczenie.
— Jak to, jesteś tutaj?
Natychmiast podniosła się z kanapy. Jej długie, czarne włosy opadły na ramiona, gdy szybkim krokiem ruszyła do drzwi. Otworzyła je i stanęła na progu.
Przed domem czekał Engin. Miał na sobie jasnoszary płaszcz i wyglądał na zmęczonego oraz przygnębionego. Najwyraźniej wydarzenia ostatniej nocy nie dawały mu spokoju.
— Dzień dobry — powiedział z lekkim, niepewnym uśmiechem. — Przepraszam, że przyjechałem bez zapowiedzi.
Hancer spojrzała na niego uważnie.
— Nie przeszkadzasz. Po prostu mnie zaskoczyłeś. — Zeszła jeden stopień niżej i zmarszczyła brwi. — Nie było cię w szpitalu? Czy coś stało się Sili?
Engin spuścił wzrok.
— Wszystko było w porządku… przynajmniej wtedy, gdy widziałem ją ostatni raz. Rozmawialiśmy długo w nocy. W pewnym momencie zasnęła. Ja chyba też musiałem przysnąć. A kiedy się obudziłem… już jej nie było.
Hancer pobladła.
— O Boże… — wyszeptała. — Przecież ona nie ma dokąd pójść. Nie zna miasta, nie ma pieniędzy, nie ma nikogo.
— Właśnie dlatego tak bardzo się martwię. — Engin oparł dłonie w kieszeniach płaszcza. — Nie zostawiła żadnej wiadomości. Niczego nie wyjaśniła. Po prostu zniknęła.
Przez chwilę oboje milczeli.
— Ale zaraz… — odezwał się w końcu Engin, marszcząc czoło. — Skąd wiedziałaś, że zostałem z nią w szpitalu?
— Cihan odwiózł mnie wczoraj do domu i wspomniał o tym. Powiedział, że zostałeś przy niej na noc. — Hancer spojrzała na niego pytająco. — A ty? Po co właściwie przyjechałeś?
Na twarzy Engina pojawił się cień zakłopotania.
— Szczerze? Bo wiedziałem, że jeśli zadzwonię, od razu mnie odrzucisz. Dlatego uznałem, że lepiej będzie porozmawiać twarzą w twarz.
Hancer od razu domyśliła się, dokąd zmierza ta rozmowa.
— O stowarzyszeniu? — zapytała.
Engin nie odpowiedział od razu, ale jego spojrzenie powiedziało wszystko.
— Tak. O stowarzyszeniu.
Hancer westchnęła cicho. Wiedziała, że ten temat prędzej czy później wróci.
— Dobrze. Skoro już tu jesteś, porozmawiajmy. Usiądź na tarasie. Przygotuję kawę.
— Dziękuję.
Engin skinął głową i usiadł przy stole przed domem. Hancer przez chwilę obserwowała go z progu. W jego twarzy było coś, co przypominało jej Yasemin — ten sam upór i tę samą determinację, gdy chodziło o ludzi, których kochał.
Po chwili wróciła do środka, zostawiając go samego z myślami. Engin patrzył przed siebie w milczeniu, wiedząc, że za kilka minut będzie musiał po raz kolejny spróbować przekonać Hancer do spełnienia ostatniej woli swojej siostry.
***
Hancer wróciła z domu po kilku minutach, niosąc na srebrnej tacy dwie filiżanki gorącej kawy. Postawiła ją na dużym ogrodowym stole stojącym pod pergolą oplecioną nagimi już niemal winoroślami. Między gałęziami wciąż wisiały pojedyncze żółte liście, poruszane lekkim wiatrem. Atmosfera była spokojna, lecz oboje czuli, że rozmowa, która miała się za chwilę odbyć, do łatwych należeć nie będzie.
Usiadła naprzeciwko Engina i przesunęła w jego stronę filiżankę.
— Proszę.
Engin podziękował skinieniem głowy. Przez moment obracał filiżankę w dłoniach, jakby zbierał myśli.
— Chciałem jeszcze raz z tobą porozmawiać, Hancer — zaczął cicho. — Wiesz, jak ważna była dla mnie moja siostra. Była całym moim światem. A i ciebie kochała jak własną siostrę.
Hancer spuściła wzrok na ciemną powierzchnię kawy.
— Ja też kochałam Yasemin jak siostrę. — Na jej twarzy pojawił się smutny uśmiech. — Kiedy zostałam sama, otworzyła przede mną drzwi swojego domu. Dała mi schronienie, wsparcie i poczucie, że nie jestem sama. Nigdy o tym nie zapomnę.
Engin pokiwał głową.
— Taka właśnie była. Zawsze stawiała innych przed sobą. — Uśmiechnął się gorzko. — Młodsze rodzeństwo zwykle dorasta pod opieką starszych braci albo sióstr. Dla mnie tą osobą była Yasemin. Była jak góra, na której mogłem się oprzeć. Przy niej zawsze czułem się bezpieczny.
Zawiesił głos i spojrzał gdzieś w dal.
— A ona sama nigdy nie miała prawdziwego dzieciństwa. Od najmłodszych lat opiekowała się mną, troszczyła się o mnie, chroniła mnie przed wszystkim. Nigdy nie narzekała. Nigdy. — Westchnął ciężko. — Człowiek żyje w przekonaniu, że ci, których kocha, będą przy nim zawsze. Nie dopuszcza do siebie myśli, że pewnego dnia obudzi się i ich zabraknie.
Hancer poczuła, jak ściska ją w gardle.
— Siostra Yasemin była pełna życia — powiedziała cicho. — Miała tyle planów, tyle marzeń… A potem nagle jej zabrakło. — Potrząsnęła głową. — Nadal nie potrafię się z tym pogodzić.
— Więc wyobraź sobie, co czuję ja. — Engin spojrzał jej prosto w oczy. — Mam wrażenie, że za jej życia nie zrobiłem dla niej wystarczająco dużo. A teraz ten list… ten list dał mi ostatnią szansę, żeby zrobić dla niej coś ważnego.
Jego głos lekko zadrżał.
— Nie mogę zignorować jej ostatniej woli, Hancer. Nie mogę udawać, że jej słowa nic nie znaczą. Ty rozumiesz to lepiej niż ktokolwiek inny. Pamiętasz, jak walczyłaś o życie swojego brata. Byłaś gotowa poświęcić własne szczęście. Zgodziłaś się poślubić człowieka, którego nie znałaś, tylko po to, żeby go uratować.
Hancer milczała.
— Jeśli teraz nic nie zrobię dla mojej siostry, ten ciężar zostanie ze mną na zawsze — ciągnął Engin. — Będzie wracał każdego dnia. Każdego ranka i każdej nocy. Nie pozwól, żeby tak było. Proszę cię. Pozwól mi wykorzystać tę ostatnią szansę, którą dało mi życie. Jeśli zgodzisz się spełnić jej wolę, będę miał poczucie, że chociaż tym razem jej nie zawiodłem.
Przez dłuższą chwilę słychać było jedynie szum wiatru poruszającego gałęziami nad ich głowami.
W końcu Hancer odezwała się cicho:
— Enginie, uwierz mi… gdyby sytuacja wyglądała inaczej, nie zastanawiałabym się ani chwili. Zrobiłabym to dla Yasemin bez wahania. Ale znasz sytuację między mną a Cihanem. On nie chce mnie nawet widzieć. Jak miałabym pracować w tej samej firmie? Jak miałabym codziennie go spotykać?
— Wiem. — Engin skinął głową. — Wiem o tym wszystkim i naprawdę cię rozumiem. Ale mimo wszystko proszę cię, żebyś jeszcze raz się zastanowiła. To było ostatnie życzenie mojej siostry.
Urwał na chwilę, po czym dodał:
— Jeśli odmówisz, ktoś inny zajmie jej miejsce.
— Kto? — zapytała Hancer.
— Beyza.
Hancer natychmiast uniosła głowę.
— Beyza?
— Tak. — Na twarzy Engina pojawił się wyraźny niesmak. — Nusret forsuje jej kandydaturę. Oboje próbują zdobyć większość głosów. Chodzą od osoby do osoby i przekonują wszystkich do swojego pomysłu.
Oczy Hancer rozszerzyły się ze zdumienia.
— Beyza chce zostać prezeską stowarzyszenia?
— Tak. A szczerze mówiąc… — Engin gorzko się uśmiechnął. — moja siostra nie mogła jej znieść. Dlatego nawet nie chcę myśleć o tym, co by było, gdyby to właśnie Beyza zajęła jej miejsce.
Spojrzał na Hancer błagalnie.
— Nie proszę cię o odpowiedź teraz. Proszę tylko, żebyś jeszcze raz wszystko przemyślała. Dla Yasemin. I dla mnie.
Po chwili sięgnął do kieszeni płaszcza i wyjął telefon.
— Jest jeszcze coś.
Odblokował ekran i pokazał Hancer zdjęcie bransoletki.
— Widziałaś ją kiedyś?
Hancer przyjrzała się fotografii. Zmarszczyła lekko brwi, po czym pokręciła głową.
— Nie. Nigdy wcześniej jej nie widziałam. Nie należy do mnie. Skąd ją masz?
— Znalazłem ją w domu siostry podczas pakowania jej rzeczy. Yasemin nigdy nie nosiła takiej biżuterii, więc wydało mi się to dziwne. Pomyślałem, że może mieć jakiś związek ze sprawą, dlatego przekazałem ją policji.
— I myślisz, że może być ważna?
— Mam taką nadzieję. — Schował telefon. — Może pomoże odkryć coś, czego jeszcze nie wiemy.
Po tych słowach podniósł się od stołu.
— Chyba już pójdę.
Hancer również wstała.
— Enginie…
Mężczyzna zatrzymał się i spojrzał na nią pytająco.
— Obiecuję, że przemyślę wszystko, co powiedziałeś.
Po raz pierwszy od początku rozmowy na jego twarzy pojawiła się szczera ulga.
— Dziękuję.
Skinął głową i odszedł w stronę wyjścia. Hancer została sama pod pergolą. Patrzyła za nim przez dłuższą chwilę, a słowa o Beyzie i ostatniej woli Yasemin nie dawały jej spokoju. Im dłużej o nich myślała, tym bardziej czuła, że podjęcie tej decyzji będzie znacznie trudniejsze, niż początkowo przypuszczała.
***
Gulsum stała przed dużym lustrem w łazience, nie mogąc oderwać wzroku od swojego odbicia. Jasne światło odbijało się od cienkiego srebrnego naszyjnika, który trzymała w dłoniach. Delikatny łańcuszek zakończony był elegancką zawieszką wysadzaną drobnymi, połyskującymi kamieniami. Biżuteria wyglądała subtelnie, ale jednocześnie na tyle kosztownie, że od razu przyciągała uwagę.
Ostrożnie założyła naszyjnik na szyję i poprawiła go na kołnierzyku swojej białej koszuli. Przechyliła głowę w jedną stronę, potem w drugą, podziwiając efekt. W lustrze widziała kobietę, która – przynajmniej w swojej wyobraźni – doskonale pasowała do luksusowych wnętrz rezydencji.
— Jaki piękny naszyjnik… — westchnęła z zachwytem. Na jej ustach pojawił się szeroki uśmiech. — Jakby został stworzony specjalnie dla mnie.
Wyprostowała się i wygładziła koszulę.
— Spójrz tylko na siebie, Gulsum — powiedziała do własnego odbicia. — Urodzona dama. Kobieta stworzona do pałaców i wielkich salonów. Szkoda tylko, że nikt jeszcze nie poznał się na twojej wartości.
Obróciła się lekko bokiem, po czym ponownie spojrzała w lustro, wyraźnie zadowolona z tego, co widzi.
— Pewnego dnia wszyscy będą żałować, że tak długo mnie nie doceniali — dodała z przekonaniem.
W tej samej chwili zza drzwi rozległ się donośny głos Fadime:
— Gulsum!
Kobieta drgnęła i niechętnie odwróciła się od lustra.
— Pani Beyza cię woła! Lepiej idź do niej szybko, zanim całkiem straci cierpliwość!
Gulsum przewróciła oczami.
— Oczywiście. Bo przecież cały świat kręci się wokół pani Beyzy — mruknęła pod nosem.
Jeszcze raz spojrzała tęsknie na swoje odbicie. Potem zdjęła naszyjnik z szyi, ostrożnie złożyła delikatny łańcuszek i schowała go do kieszeni spódnicy. Upewniwszy się, że biżuteria jest bezpieczna, westchnęła ciężko.
— Dobrze, już idę! — odkrzyknęła z wyraźną niechęcią.
Po chwili opuściła łazienkę, zostawiając za sobą lustro i marzenia o życiu godnym królowej rezydencji.


***
Cemil siedział samotnie na wysłużonej kanapie w salonie, wpatrując się z podejrzliwością w kartonową paczkę zaadresowaną do Deryi. Pudełko leżało na stoliku niczym tajemniczy skarb, który nie dawał mu spokoju. Przez dłuższą chwilę walczył ze sobą, bębniąc palcami o wieko.
— Nie powinienem tego robić… — mruknął pod nosem.
Spojrzał jeszcze raz na etykietę.
— Ale przecież jestem jej mężem. Co złego może tam być?
Ciekawość ostatecznie zwyciężyła. Zerwał taśmę, otworzył karton i zajrzał do środka. Po chwili wyciągnął miękki, jasny przedmiot przypominający wielką poduszkę.
Zmarszczył brwi.
— Co to za dziwadło?
Obracał przedmiot w dłoniach, przyglądając mu się ze wszystkich stron. Zwisały z niego długie paski, a jego zaokrąglony kształt nie przypominał niczego, co znał.
— Poduszka? Ale jakaś dziwna… — mruknął.
Dla pewności wsunął ją sobie pod plecy i oparł się wygodnie.
— Nie. Kompletnie bez sensu.
Po chwili położył się na kanapie i spróbował oprzeć na niej głowę.
— Jeszcze gorzej.
Westchnął ciężko, po czym usiadł i ponownie zaczął oglądać znalezisko.
— Może to jakiś nowoczesny kapelusz?
Z rozbawieniem założył przedmiot na głowę, próbując przeciągnąć paski pod brodą.
— Nie… To też nie działa.


Pokręcił głową i bezradnie rozłożył ręce.
— Oszaleję. Co to właściwie jest? I po co Derya wydaje pieniądze na takie głupoty?
W końcu, zmęczony bezowocnymi próbami, ułożył się na kanapie, wykorzystując tajemniczy przedmiot jako poduszkę. Przymknął oczy i zamyślił się.
Właśnie wtedy usłyszał trzask otwieranych drzwi.
Do domu wróciła Derya. W rękach niosła siatki pełne owoców i warzyw. Kiedy tylko przekroczyła próg salonu, jej wzrok padł na otwarty karton.
Potem na Cemila.
A na końcu na przedmiot, który trzymał w rękach.
Zamarła.
— O Boże…
Siatki niemal wypadły jej z rąk. Rzuciła je na stolik i błyskawicznie podbiegła do męża.
— Co ty robisz?!
Wyrwała mu przedmiot tak gwałtownie, że Cemil aż się cofnął.
— Zwariowałaś? — oburzył się. — Najpierw powiedz, co to jest!
— Nic ważnego.
— Nic ważnego? — uniósł brwi. — To dlaczego chowasz to przede mną?
Derya gorączkowo szukała odpowiedzi.
— To… gorset.
— Gorset?
— Tak. Specjalny gorset ortopedyczny.
Cemil spojrzał na nią z niedowierzaniem.
— Ten wielki naleśnik?
— Lekarz mi go polecił — skłamała bez mrugnięcia okiem. — Wiesz przecież, jak bardzo bolą mnie plecy. Mam go zakładać na noc.
Żeby uwiarygodnić swoją historię, przyłożyła sztuczny brzuch do pleców i zawiązała paski z przodu.
— Widzisz? Właśnie tak.
Cemil przyglądał się jej z coraz większym sceptycyzmem.
— Przecież w tym nie da się spać.
— Da się.
— Wygląda jak narzędzie tortur.
— Nie oceniaj po wyglądzie.
— To jakieś oszustwo. Ktoś cię naciągnął.
— Nieprawda. To naprawdę pomaga. Dzięki temu wyzdrowieję i wrócę do pracy.
Cemil nadal nie wyglądał na przekonanego.
W tej chwili do salonu weszła Yonca. Rudowłosa dziewczyna usiadła na sąsiedniej kanapie i od razu zorientowała się, że trafiła na kryzysowy moment.
— Co się dzieje?
— Cemil uważa, że mój gorset to oszustwo — poskarżyła się Derya.
Yonca bez wahania przyjęła jej stronę.
— Ależ skąd! To świetny produkt.
Cemil spojrzał na nią podejrzliwie.
— Naprawdę?
— Oczywiście. Słyszałam o nim wiele dobrego. Ludzie są zachwyceni efektami.
— Właśnie! — podchwyciła Derya. — Zięć Hatice miał identyczny problem z kręgosłupem. Ledwo chodził. Założył taki gorset i od razu poczuł ulgę.
— Od razu? — dopytał Cemil.
— Natychmiast — potwierdziła Yonca z kamienną twarzą.
Mężczyzna spojrzał kolejno na jedną i drugą kobietę.
— Cóż… skoro tak mówicie…
Nie brzmiał jednak ani trochę przekonująco. Derya szybko zmieniła temat.
— Byłam na targu. Chciałam kupić ziemniaki i cebulę, ale przez ból pleców nie dałabym rady ich przynieść.
Tym razem Cemil od razu zmiękł.
— To po co się przemęczałaś? Powinnaś była zadzwonić.
Wstał z kanapy i sięgnął po kurtkę.
— Nie dźwigaj takich rzeczy. Pójdę i kupię wszystko sam.
— Naprawdę?
— Oczywiście.
Po chwili wyszedł z domu.
Derya odczekała kilka sekund po zamknięciu się drzwi. Następnie odwróciła się do Yoncy i pogroziła jej palcem.
— Przez ciebie Cemil prawie nas przyłapał!
Yonca przewróciła oczami.
— To nie moja wina. Kurier nawet nie przyszedł do domu — odparła oburzona. — Spotkał Cemila na ulicy i wręczył mu paczkę. Skąd miałam wiedzieć, że tak będzie?
Derya prychnęła.
— O mały włos wszystko by się wydało.
— Ale się nie wydało — odpowiedziała Yonca. — Przekonałaś go. Uwierz mi, twój mąż nadal nie ma pojęcia, co trzymał w rękach.
Wstała z kanapy.
— Naprawdę nie wiem, dlaczego zawsze obwiniasz mnie za wszystko.
— Bo zawsze pakujesz mnie w kłopoty!
— Jasne. Oczywiście.
Yonca machnęła ręką i obrażona ruszyła do swojego pokoju. Derya patrzyła za nią z irytacją.
— Jeszcze się obraża… — syknęła pod nosem.
Spojrzała na leżący obok sztuczny brzuch ciążowy i uśmiechnęła się z satysfakcją.
— Na razie jesteś mi potrzebna, Yonco. Ale kiedy dostanę pieniądze od Mukadder, wszystko się zmieni.
Jej oczy błysnęły chciwie.
— Wtedy pokażę wszystkim, gdzie ich miejsce.

***
Kierowca Cihana zatrzymał niebieskiego sedana przed starym domem. Hancer siedziała samotnie przy ogrodowym stole pod pergolą oplecioną nagimi już winoroślami. Na metalowej konstrukcji wciąż wisiały pojedyncze żółte liście, a na tacy przed nią stały niedopite filiżanki po kawie.
Młody mężczyzna wysiadł z auta i zdecydowanym krokiem podszedł do stołu. W dłoni trzymał telefon.
— Pan Cihan chce z panią porozmawiać — powiedział krótko, wyciągając aparat.
Hancer zmarszczyła brwi, ale odebrała połączenie.
— Słucham?
Po drugiej stronie odezwał się dobrze znany, chłodny głos.
— Engin przyszedł dziś do ciebie.
— Tak.
— I powiedziałaś mu, że się zastanowisz.
— Powiedziałam.
— A jednak wcześniej, w firmie, odrzuciłaś tę propozycję bez chwili namysłu. Wygląda na to, że sama nie wiesz, czego chcesz.
Hancer zacisnęła palce na telefonie.
— Nie mogłam pozostać obojętna. Engin cierpi po śmierci siostry. To nie była rozmowa o biznesie.
Przez chwilę w słuchawce panowała cisza.
— Wsiądź do samochodu.
— Dokąd mam jechać?
— Po prostu wsiądź. Resztą się nie przejmuj. Na miejscu dostaniesz odpowiedzi na swoje pytania.
Połączenie zostało przerwane.
***
Samochód opuścił miasto i przez długi czas jechał wąskimi drogami prowadzącymi między wzgórzami. Gdy w końcu się zatrzymał, Hancer zobaczyła stojącego nieopodal Cihana.
Mężczyzna czekał przy swoim aucie ubrany na czarno. Wiatr poruszał poły jego płaszcza.
Hancer wysiadła i powoli podeszła bliżej.
Przez kilka długich sekund patrzyli na siebie w milczeniu.
— Dlaczego mnie tu wezwałeś? — zapytała w końcu.
Cihan nie odpowiedział od razu.
— Chodź za mną.
Odwrócił się i ruszył przed siebie.
Niechętnie poszła za nim.
***
Dopiero po kilku minutach zrozumiała, dokąd ją prowadzi.
Cmentarz.
Między nagrobkami rozciągał się widok na błękitne wody Bosforu. W oddali majaczył most, a wokół panowała niemal uroczysta cisza.
Stanęli przed świeżym grobem Yasemin.
Oboje unieśli dłonie do modlitwy.
Przez chwilę słychać było jedynie szum wiatru poruszającego gałęziami drzew.
Gdy modlitwa dobiegła końca, Hancer spojrzała na Cihana.
— Dlaczego mnie tu przyprowadziłeś?
Mężczyzna nie odrywał wzroku od nagrobka.
— Chciałem, żeby Yasemin zobaczyła nową Hancer.
Słowa zabrzmiały tak chłodno, że kobieta zesztywniała.
— Co masz na myśli?
Cihan odwrócił się w jej stronę.
— Kobieta, którą Yasemin wybrała na swoją następczynię, była kimś zupełnie innym. Znałem tamtą Hancer. Była silną i dumną kobietą, która zarabiała na chleb z honorem i nigdy nie pozwalała nikomu podważyć swojej godności. Walczyła o swoje imię i swoją uczciwość.
Spojrzenie Hancer stwardniało.
— Taka byłam. Taka jestem. I taka pozostanę.
Na ustach Cihana pojawił się gorzki uśmiech.
— Naprawdę w to wierzysz?
Hancer milczała.
— Ostatnio zrobiłaś rzeczy, których tamta Hancer nigdy by nie zrobiła. Rozczarowałaś wszystkich. Mnie. Moją rodzinę. Nawet samą siebie.
— Nie masz prawa mnie osądzać.
— Nie?
W jego głosie zabrzmiały silne emocje.
— Fundacja Yasemin pomaga kobietom, które walczą o godne życie. Powiedz mi, Hancer… czy ty mogłabyś dziś stanąć przed nimi jako przykład?
Kobieta odwróciła wzrok.
— Nie znasz całej prawdy.
— Może nie. Ale znam wystarczająco dużo.
Cihan spojrzał na zdjęcie Yasemin umieszczone na nagrobku.
— Gdyby zobaczyła cię teraz… czy nadal uważałaby cię za godną swojego miejsca?
Pytanie zawisło między nimi niczym ciężar nie do uniesienia. Hancer poczuła, jak ściska ją w gardle.
— Zanim odpowiesz Enginowi, pomyśl o tym.
Zrobił krok w tył.
— I nie łudź się, że bez walki pozwolę ci objąć stanowisko w fundacji.
Spojrzał jej prosto w oczy.
— Ale jeśli uważasz, że masz dość siły, by stanąć przeciwko mnie… spróbuj.
Po tych słowach odwrócił się i odszedł.
Hancer została sama przy grobie Yasemin. Patrzyła za oddalającą się sylwetką Cihana, a potem na świeżą mogiłę kobiety, która kiedyś bezgranicznie w nią wierzyła.



***
Mukadder siedziała w swoim pokoju, w ciężkim, rzeźbionym fotelu obitym czerwonym aksamitem. Na stoliku obok niej stała szklanka mleka, a u jej stóp leżał właśnie otwarty karton. Kobieta wyjęła z niego dziwny, miękki przedmiot i zmarszczyła brwi.
Przez chwilę obracała go w dłoniach, próbując zrozumieć, na co patrzy. Gdy dostrzegła charakterystyczny kształt i paski do mocowania, krew odpłynęła jej z twarzy.
Sztuczny brzuch ciążowy. Serce zabiło jej mocniej.
— Nie… — wyszeptała, wpatrując się w przedmiot z niedowierzaniem. — To niemożliwe…
Dokładnie w tej samej chwili telefon leżący na stoliku zaczął dzwonić.
Mukadder drgnęła. Przez moment tylko patrzyła na wyświetlacz, jakby już wiedziała, kto znajduje się po drugiej stronie. W końcu odebrała.
— Halo?
W słuchawce rozległ się zniekształcony, sztucznie zmieniony głos.
— Czy już wiesz, z kim masz do czynienia?
Mukadder zacisnęła palce na telefonie.
— Czy ty się ze mną bawisz? — syknęła. — Kim jesteś?
Po drugiej stronie rozległ się cichy, pozbawiony emocji śmiech.
— Chyba już zrozumiałaś, że to nie jest zabawa.
Kobieta spojrzała na leżący na jej kolanach sztuczny brzuch. Nagle wydał jej się cięższy niż przed chwilą.
— Czego ode mnie chcesz?
— Jeśli nie chcesz, żeby ta paczka trafiła do twojego syna, zrobisz dokładnie to, co ci każę.
Na twarzy Mukadder pojawił się cień niepokoju.
— Dlaczego to robisz? Dlaczego mnie prześladujesz?
— Naprawdę muszę ci odpowiadać? — odparła szantażystka z drwiącą nutą w głosie. — Doskonale wiesz, czego chcę. Zastanawiam się jedynie nad kwotą.
— Ty bezwstydna pijawko! — wybuchła Mukadder. — Pasożytujesz na cudzym strachu!
— Uważaj na słowa.
Głos po drugiej stronie momentalnie stwardniał.
— Każda taka obelga podnosi cenę. Gdybym była na twoim miejscu, zastanowiłabym się dwa razy, zanim znów otworzę usta.
Mukadder zamilkła. Po raz pierwszy zabrakło jej odpowiedzi.
— Wkrótce skontaktuję się ponownie — powiedziała szantażystka. — A wtedy będziesz gotowa mnie wysłuchać.
Połączenie zostało przerwane. W pokoju zapadła ciężka cisza.
Mukadder powoli opuściła telefon i jeszcze raz spojrzała na sztuczny brzuch. Jej dłonie zaczęły lekko drżeć. Teraz nie miała już żadnych wątpliwości — ktoś znał prawdę. Ktoś wiedział o wszystkim.
Ciężko przełknęła ślinę.
Na skroniach pojawiły się drobne kropelki potu, a serce waliło jej tak mocno, że niemal słyszała jego rytm.
— Kim jesteś…? — wyszeptała drżącym głosem.
Nie otrzymała odpowiedzi.
W dłoniach wciąż ściskała przedmiot, który był czymś więcej niż zwykłym kawałkiem gąbki. Był ostrzeżeniem. Dowodem. Zapowiedzią katastrofy, która mogła zniszczyć wszystko.


Powyższy tekst stanowi autorskie streszczenie i interpretację wydarzeń z serialu Gelin. Inspiracją do jego stworzenia był film Gelin 132.Bölüm dostępny na oficjalnym kanale serialu w serwisie YouTube. W artykule zamieszczono również zrzuty ekranu pochodzące z tego odcinka, które zostały użyte wyłącznie w celach informacyjnych i ilustracyjnych. Wszystkie prawa do postaci, fabuły i materiału źródłowego należą do ich prawowitych właścicieli.






