„Panna młoda” Odc. 167 – streszczenie


***
Melih zabrał Hancer do niewielkiej stołówki położonej na uboczu. W środku było ciepło, a w powietrzu unosił się zapach świeżo ugotowanej zupy. Przy kilku stolikach siedzieli nieliczni goście, zajęci własnymi sprawami. Tutaj nikt nie zwracał na nich uwagi.
Usiedli naprzeciwko siebie przy stoliku nakrytym niebiesko-białym obrusem w kratę.
Hancer milczała. Powoli zanurzyła łyżkę w miseczce z gorącą zupą, lecz nie miała apetytu. Wpatrywała się w unoszącą się parę, próbując opanować emocje.
Wciąż słyszała w uszach słowa Deryi.
„Wynoś się stąd.”
To nie gniew bratowej bolał najbardziej. Bolała świadomość, że nie mogła nawet zobaczyć się z Cemilem. Przyjechała do jedynej osoby, którą uważała za rodzinę, a została odprawiona od drzwi jak intruz.
Łzy ponownie napłynęły jej do oczu. Melih obserwował ją przez chwilę w milczeniu.
— Hancer… proszę cię, nie płacz — powiedział łagodnie. — Wiem, że jest ci ciężko, ale teraz musisz przede wszystkim zadbać o siebie i o dziecko.
Dziewczyna spuściła wzrok.
— Nie spodziewałam się, że nawet brat nie będzie chciał mnie wysłuchać.
— To nie Cemil cię odrzucił — odparł spokojnie Melih. — Derya nie dopuściła cię do niego. Nie wiesz, jak zachowałby się, gdyby sam otworzył drzwi.
Hancer zacisnęła palce na łyżce.
— Może masz rację… ale i tak boli.
Melih skinął głową ze zrozumieniem.
— Wiem.
Przez chwilę siedzieli w ciszy.
— Mam przyjaciela z wojska — odezwał się w końcu. — Razem z żoną prowadzi niewielki motel niedaleko Kadıköy. To nie jest luksusowe miejsce, ale jest spokojne, czyste i bezpieczne. Nikt nie będzie ci tam przeszkadzał.
Hancer podniosła na niego wzrok.
— Chcesz mnie tam zabrać?
— Tak. Zostaniesz tam przez jakiś czas, dopóki wszystko trochę się nie uspokoi. Musisz zniknąć z oczu ludzi. Wiesz przecież, że pan Cihan nie odpuści. Będzie cię szukał wszędzie.
Na wspomnienie Cihana serce ścisnęło się jej boleśnie.
— A ty? — zapytała cicho. — Co będzie z tobą?
Melih odchylił się na krześle.
— Ja też wyjadę.
— Dokąd?
— Zrezygnuję z pracy na taksówce. Spakuję swoje rzeczy i zaciągnę się na statek. Jutro rano wypływam.
Hancer spojrzała na niego zaskoczona.
— Tak po prostu?
— Tak będzie najlepiej.
— Uciekasz przeze mnie.
Melih pokręcił głową.
— Nie. Podejmuję decyzję, którą i tak powinienem był podjąć wcześniej.
Na jego twarzy pojawił się słaby uśmiech.
— Poza tym morze zawsze pomagało mi uporządkować myśli.
Po chwili spoważniał.
— Ale nie wyłączaj telefonu. Będę do ciebie dzwonił, kiedy tylko będę mógł. Ty też dzwoń, jeśli będziesz czegoś potrzebowała. Nie zostaniesz sama, obiecuję.
Hancer poczuła nagły ucisk w gardle.
— Znoszę to wszystko dla dobra dziecka — wyszeptała. — Ale ty… Ludzie będą o tobie mówić. Będą cię oskarżać. Będą plotkować.
Melih wzruszył ramionami.
— Niech mówią.
— To nie jest takie proste.
— Dla mnie jest. — Spojrzał jej prosto w oczy. — Nigdy nie żyłem dla opinii innych ludzi.
Po chwili dodał spokojniej:
— A poza tym i tak mnie tu nie będzie.
Hancer westchnęła ciężko.
— Ja też chcę już tylko odejść. Zniknąć. Zostawić wszystko za sobą.
— I właśnie to powinnaś zrobić.
Zapadła krótka cisza.
— W oczach pana Cihana sprawa jest zamknięta — powiedział ostrożnie. — Uwierzył, że dziecko ma ojca. Skupi całą swoją uwagę na mnie. Dzięki temu przynajmniej przestanie cię ścigać.
Hancer opuściła wzrok. Nie odpowiedziała.
Myśl o Cihanie nadal rozdzierała jej serce, ale wiedziała, że nie może już zawrócić z obranej drogi.
Melih przesunął w jej stronę koszyk z pieczywem.
— O resztę będziemy martwić się później. Teraz musisz coś zjeść.
— Nie jestem głodna.
— Nie pytam, czy jesteś głodna.
Na jego twarzy po raz pierwszy pojawił się cień rozbawienia.
— Pani doktor powiedziała, że masz jeść regularnie. A ja zamierzam dopilnować, żebyś stosowała się do zaleceń.
Hancer spojrzała na niego bezradnie.
Po chwili po raz pierwszy od długiego czasu na jej ustach pojawił się ledwie dostrzegalny uśmiech.
— Jesteś niemożliwy.
— Słyszałem to już wiele razy.
W końcu ponownie sięgnęła po łyżkę i nabrała trochę zupy.
Melih odetchnął z ulgą.
To nie rozwiązywało żadnego z ich problemów.
Ale było pierwszą rzeczą, jaką Hancer zrobiła tego dnia dla siebie i dla dziecka.

***
Gulsum, Fadime i Aysu przekroczyły bramę rezydencji. Na dziedzińcu panował pozorny spokój, ale napięcie między kobietami można było wyczuć w powietrzu. Każda z nich wracała z ciężarem własnych myśli, jednak tylko jedna zdawała się czerpać satysfakcję z całego zamieszania.
Gulsum poprawiła torebkę na ramieniu i spojrzała na towarzyszki z wyraźnie zadowoloną miną.
— Słyszałyście, co powiedział pan Cihan — odezwała się niemal śpiewnym tonem. — Kazał wszystkim wybrać stronę. Dzięki Bogu ja nie mam z tym problemu. Wszyscy wiedzą, po czyjej stronie stoję.
Przystanęła na moment i zmierzyła Fadime oraz Aysu badawczym spojrzeniem.
— Ale wy? To już zupełnie inna historia. Jeśli naprawdę pomagałyście Melihowi, radzę wam nie zwlekać. Spakujcie walizki i uciekajcie, póki jeszcze możecie. Pan Cihan prędzej czy później odkryje prawdę. A kiedy to się stanie, nikt was nie uratuje. Nie mówcie potem, że was nie ostrzegałam.
Fadime zatrzymała się gwałtownie. W jej oczach pojawił się niepokój.
— Aysu, zadzwoń do brata.
Dziewczyna natychmiast wyciągnęła telefon i wybrała numer. Po chwili z głośnika dobiegł chłodny, automatyczny komunikat:
Wybrany numer jest obecnie niedostępny.
Aysu zacisnęła usta.
— Nie odbiera…
— Fadime, sama słyszałaś pana Cihana — ciągnęła Gulsum, najwyraźniej doskonale bawiąc się sytuacją. — Twój syn zrobił coś niewybaczalnego.
— Co niby miał zrobić? — obruszyła się Aysu. — Jeśli już pomagał Hancer, to najwyżej przynosił jej jedzenie albo załatwiał jakieś drobiazgi. Myślisz, że nie znam własnego brata?
— Widocznie nie tak dobrze, jak ci się wydaje.
Na twarzy Gulsum pojawił się złośliwy uśmiech.
— Dawno nie widziałam pana Cihana w takim stanie. W jego oczach był taki gniew, że aż mnie przeszedł dreszcz. Gdyby znalazł winnego, rozerwałby go na kawałki.
— Ugryź się w język! — syknęła Fadime.
Jednak Gulsum nie zamierzała przestać. Wręcz przeciwnie.
— Przynajmniej wszystko stało się jasne — rzuciła z udawaną niewinnością. — Teraz już wiadomo, dlaczego Melihowi nie podobały się żadne wolne dziewczyny. Najwyraźniej interesują go wyłącznie kobiety z bagażem doświadczeń. Wdowy, rozwódki… najlepiej takie, które mieszkają w rezydencji…
Aysu spojrzała na nią z niedowierzaniem.
— Co ty wygadujesz?!
— Czy powiedziałam coś nieprawdziwego?
Gulsum rozłożyła ręce.
— A to przecież nie wszystko.
Pochyliła się lekko w stronę Fadime.
— Gdyby pan Cihan dowiedział się jeszcze o Sinem…
Nie zdążyła dokończyć.
Fadime zatrzymała się jak wryta. Przez długą chwilę patrzyła na Gulsum w milczeniu. Jej twarz pozostawała nieruchoma, ale w oczach pojawił się błysk furii.
— Powiedz jeszcze jedno słowo — ostrzegła cicho.
— Dlaczego? Bo prawda boli? — zakpiła Gulsum. — Jestem pewna, że gdyby pan Cihan poznał całą historię, Melih nie miałby gdzie się schować…
Miarka się przebrała.
Fadime rzuciła się na nią z całą furią. Jedną ręką chwyciła ją za włosy, drugą za kołnierz kurtki.
— Ty podła kobieto!
Gulsum wrzasnęła z bólu.
— Puść mnie! Zwariowałaś?!
— Ostrzegałam cię!
Fadime szarpała ją z całej siły.
— Spróbuj tylko otworzyć usta i wspomnieć o moich dzieciach, a wtedy zobaczysz, co naprawdę znaczy strach!
— Aaa! Puść mnie!
Aysu natychmiast podbiegła do matki.
— Mamo! Mamo, wystarczy!
Próbowała odciągnąć ją od Gulsum, ale Fadime była oślepiona gniewem.
— Jeszcze jedno słowo! Jedno jedyne słowo! — krzyczała. — A sama cię zniszczę!
W końcu, ciężko dysząc, puściła przeciwniczkę.
Gulsum zachwiała się i odskoczyła kilka kroków do tyłu, przyciskając dłonie do rozczochranych włosów.
Po jej policzkach płynęły łzy.
Fadime rzuciła jej ostatnie, pełne pogardy spojrzenie.
— Trzymaj się z dala od mojej rodziny.
Potem odwróciła się i ruszyła przed siebie.
Aysu pospieszyła za matką.
Gulsum została sama na środku dziedzińca.
Patrzyła za nimi z mieszaniną szoku, upokorzenia i wściekłości, po czym rozpłakała się jeszcze głośniej.



***
Fadime siedziała na skraju łóżka, nerwowo ściskając dłonie. Po bójce z Gulsum jej emocje wcale nie opadły. Wręcz przeciwnie — z każdą kolejną minutą niepokój stawał się coraz silniejszy. Melih nie odbierał telefonu, a słowa Cihana nie przestawały dźwięczeć jej w uszach.
Aysu po raz kolejny spojrzała na ekran telefonu i westchnęła ciężko.
— Nadal nic… — mruknęła. — Telefon jest wyłączony.
Fadime poderwała głowę.
— Spróbuj jeszcze raz.
— Mamo, próbowałam już chyba dziesięć razy.
W pokoju zapadła cisza. Nagle Aysu zmarszczyła brwi, jakby przyszła jej do głowy pewna myśl.
— Chwileczkę…
— Co takiego?
— Od dawna zastanawiałam się, dlaczego brat nagle zmienił numer. — Spojrzała na matkę. — A jeśli zostawił stary telefon Hancer?
Fadime natychmiast wyprostowała się na łóżku.
— Myślisz?
— Nie wiem. Ale nic nie stracimy, jeśli spróbujemy.
Bez dalszej zwłoki Aysu odnalazła dawny numer Meliha i nacisnęła zieloną słuchawkę.
Telefon zadzwonił raz.
Drugi.
Trzeci.
Po chwili ktoś odebrał.
— Halo? To ty, Melihu?
Fadime i Aysu natychmiast rozpoznały głos Hancer.
— To nie Melih! — wykrzyknęła Fadime, wyrywając córce telefon z ręki.
Hancer zamarła.
— Siostro Fadime…
— Mój syn zniknął! — przerwała jej. — Odszedł i nie daje znaku życia! Nie wiem, co się między wami wydarzyło. Nie wiem, dlaczego wciągnęłaś go w swoje problemy. Wiem tylko jedno — pan Cihan jest wściekły.
Głos Fadime załamał się.
— Powiedział, że Melih za to zapłaci.
Hancer zamknęła oczy.
Każde słowo wbijało się w nią niczym kolejne ostrze.
— Bardzo mi przykro — wyszeptała. — Przysięgam, nie chciałam, żeby do tego doszło.
— Ale doszło! — odpowiedziała Fadime. — I teraz tylko ty możesz to naprawić.
Aysu patrzyła na matkę ze smutkiem. Nigdy wcześniej nie widziała jej tak bezradnej.
— Hancer… — ciągnęła Fadime już znacznie ciszej. — Mój syn jest dobrym człowiekiem. Pomagał ci, bo nie potrafił odwrócić wzroku od czyjegoś nieszczęścia. Nie zasłużył na to, żeby płacić za cudze błędy.
Po policzku kobiety spłynęła łza.
— Błagam cię jako matka. Zrób coś. Idź do pana Cihana. Porozmawiaj z nim. Powiedz mu prawdę, cokolwiek to jest. Spraw tylko, żeby zostawił mojego syna w spokoju.
Po drugiej stronie słuchawki zapanowało długie milczenie.
Hancer zacisnęła palce na telefonie.
Myśl o spotkaniu z Cihanem budziła w niej lęk, ale jeszcze bardziej przerażała ją świadomość, że przez nią Melih może znaleźć się w niebezpieczeństwie.
***
Hancer wpadła do gabinetu Cihana jak burza. Drzwi uderzyły o ścianę, a ona sama stanęła przed nim, dysząc ciężko po biegu przez korytarze firmy. W dłoni wciąż ściskała telefon. Jej oczy płonęły gniewem i strachem.
— Dałeś upust swojej złości. Uderzyłeś go i upokorzyłeś — powiedziała, patrząc mu prosto w oczy. — Czego jeszcze od niego chcesz? Nie masz problemu z Melihem. Masz problem ze mną. Więc jestem. Pytaj. Odpowiem na wszystko, co chcesz wiedzieć.
Cihan oparł dłonie o biurko i przyjrzał jej się uważnie.
— Widzę, że jesteś zdenerwowana. — Na jego ustach pojawił się gorzki uśmiech. — Czyżby twój ukochany zniknął? Mężczyzna, któremu oddałaś serce, zostawił cię samą?
Hancer pobladła.
— Co powiedziałeś?
— Widziano go w porcie. Podobno miał wejść na statek i odpłynąć. Wygląda na to, że postanowił ratować własną skórę.
— Skąd o tym wiesz? — zapytała gwałtownie. — Kto ci powiedział? Gdzie go widziałeś?
Zrobiła krok w jego stronę.
— Nic mu nie zrobiłeś, prawda? Odpowiedz mi! Gdzie jest Melih? Co mu zrobiłeś?!
Cihan nie odpowiedział od razu.
— Najpierw ty opowiesz mi waszą historię.
Hancer bezradnie rozłożyła ręce.
— Czego jeszcze ode mnie oczekujesz? Ile razy mam ci powtarzać to samo? Co mam powiedzieć, żebyś wreszcie uwierzył?
Jej głos zadrżał.
— Zostaw mnie w spokoju, Cihanie. Mnie i Meliha.
Na twarzy mężczyzny pojawił się grymas.
— Od kiedy to trwa? — zapytał lodowato. — Spotykaliście się za moimi plecami, kiedy byłem w pracy? A może nocami?
Nagle podszedł bliżej i chwycił ją mocno za ramiona.
— Kiedy do mnie strzeliłaś… — wycedził przez zaciśnięte zęby. — Kiedy leżałem w szpitalu i walczyłem o życie… wtedy też był przy tobie?
Potrząsnął nią.
— Odpowiedz!
Jego oczy płonęły bólem.
— Kiedy pojawił się w twoim życiu? Kiedy zaszłaś z nim w ciążę?!
Hancer spojrzała na niego długo. W jej oczach nie było już gniewu. Było tylko zmęczenie.
— Wtedy, kiedy zrozumiałam, że nie powinnam cię kochać — odpowiedziała cicho. — Wtedy, kiedy musiałam z ciebie zrezygnować.
Przez moment czas jakby się zatrzymał.
Cihan puścił jej ramiona i cofnął się o krok. Na jego twarzy pojawił się szok.
Potem szok ustąpił miejsca furii.
Zacisnął pięści tak mocno, że pobielały mu knykcie.
— Zabiję go — wycharczał. — Przysięgam, że go zabiję!
Odwrócił się gwałtownie i ruszył do wyjścia.
— Cihanie! — krzyknęła Hancer.
Wybiegła za nim.
Dogoniła go dopiero przed budynkiem.
— Nie rób tego! — zawołała. — Przestań wreszcie!
Ale Cihan zdawał się jej nie słyszeć. Podszedł do samochodu i otworzył drzwi kierowcy.
Hancer rzuciła się przed pojazd. Oparła dłonie o maskę i stanęła nieruchomo.
— Nie ruszysz stąd!
Cihan spojrzał na nią przez przednią szybę.
— Zejdź mi z drogi.
— Nie.
— Hancer…
— Nie zejdę!
Zacisnął dłonie na kierownicy.
— Ostatni raz cię ostrzegam.
— A ja ostatni raz proszę. Zostaw Meliha w spokoju.
Przez chwilę mierzyli się wzrokiem.
W końcu Cihan gwałtownie otworzył drzwi i wysiadł z samochodu. Stanął tuż przed nią.
— Powiedziałem ci, żebyś zeszła mi z drogi.
— A ja powiedziałam, że będę tu stała tak długo, jak będzie trzeba.
— Naprawdę? — zaśmiał się gorzko. — Tak bardzo się o niego martwisz?
Hancer nie spuściła wzroku.
— Tak.
To jedno słowo uderzyło go mocniej niż policzek.
— Zostaw go w spokoju — dodała. — Jeśli ktoś ma zostać ukarany, ukarz mnie.
Przez twarz Cihana przemknął cień.
— Rozumiem.
Kiwnął głową.
— Chcesz go chronić za wszelką cenę.
Nagle chwycił ją za ramię.
— Dobrze. W takim razie zabiorę cię do niego.
Hancer znieruchomiała.
— Co?
— Sama zobaczysz.
Pociągnął ją w stronę samochodu.
— Powiem ci tylko jedno — dodał chłodno. — To, co zobaczysz, bardzo ci się nie spodoba.
Otworzył drzwi pasażera i niemal siłą posadził ją w środku. Potem obszedł samochód, usiadł za kierownicą i uruchomił silnik.
Hancer spojrzała na jego kamienną twarz. Po raz pierwszy od chwili, gdy weszła do gabinetu, poczuła prawdziwy strach. Nie o siebie.
O Meliha.


***
Cihan pchnął ciężkie drzwi magazynu i wszedł do środka. Hancer podążyła za nim, czując, jak serce wali jej w piersi coraz mocniej. W półmroku ogromnego pomieszczenia unosił się zapach kurzu, drewna i smaru. Między stosami skrzyń oraz metalowych elementów panowała grobowa cisza.
Nagle jej wzrok zatrzymał się na postaci siedzącej pośrodku magazynu.
Melih był przywiązany do krzesła grubymi linami. Głowę miał opuszczoną, a na twarzy widniały ślady brutalnego pobicia — rozcięta warga, siniec pod okiem i zaschnięta krew na policzku.
Gdy usłyszał kroki, uniósł głowę.
— Hancer…? — wyszeptał z niedowierzaniem. Jego oczy rozszerzyły się ze zdumienia. — Co ty tutaj robisz?
Hancer pobladła.
Przez chwilę nie mogła wydobyć z siebie głosu. Patrzyła tylko na jego posiniaczoną twarz, a w jej oczach natychmiast pojawiły się łzy.
— Boże… — szepnęła. — Co oni ci zrobili?
Ruszyła ku niemu, lecz zaraz odwróciła się do Cihana. W jej spojrzeniu nie było już strachu — tylko gniew.
— Natychmiast go uwolnij!
Cihan pozostał niewzruszony. Stał z rękami opuszczonymi wzdłuż ciała, jakby widok skrępowanego człowieka nie robił na nim najmniejszego wrażenia.
— Obawiam się, że to nie jest takie proste — odparł chłodno. — Najpierw pan Melih opowie nam swoją wielką historię miłosną. Od początku do końca. A jeśli w którymś momencie zabraknie mu słów albo zacznie się mylić… — spojrzał na Hancer — ty dokończysz za niego.
— To ze mną masz problem! — warknął Melih, szarpiąc więzy. — Zostaw Hancer w spokoju! Jeśli chcesz się na kimś wyładować, wyładuj się na mnie!
Na twarzy Cihana pojawił się cień gorzkiego uśmiechu. Powoli zdjął marynarkę i podał ją jednemu ze swoich ludzi. Następnie podwinął rękawy koszuli.
Hancer poczuła, jak lodowaty dreszcz przebiega jej po plecach.
— Cihanie… — zaczęła ostrzegawczo.
Ale było już za późno.
Pierwszy cios uderzył w szczękę Meliha z taką siłą, że krzesło zachwiało się niebezpiecznie.
Drugi sprawił, że z rozciętej wargi trysnęła świeża krew.
Trzeci odrzucił jego głowę do tyłu.
— Cihanie, przestań! — krzyknęła Hancer.
Jej głos odbił się echem od ścian magazynu.
— To kłamstwo!
W pomieszczeniu zapadła cisza.
Pięść Cihana zatrzymała się w pół ruchu. Powoli odwrócił głowę i spojrzał na nią.
Hancer oddychała ciężko, walcząc ze łzami.
— To wszystko jest kłamstwem — powiedziała drżącym głosem. — Melih nic nie zrobił.
Cihan zmrużył oczy.
— Nic nie zrobił?
— Nie. — Pokręciła głową. — To ja jestem winna. Ja zrobiłam pierwszy krok. Ja go w to wciągnęłam.
Jej głos załamał się, ale zmusiła się, by mówić dalej.
— Jeśli szukasz winnego, patrz na mnie. Jeśli chcesz kogoś ukarać, ukarz mnie. Ale zostaw Meliha w spokoju.
Przez kilka długich sekund nikt się nie odezwał.
Cihan patrzył na nią nieruchomo.
A im dłużej milczał, tym bardziej niebezpieczny stawał się wyraz jego twarzy.


Powyższy tekst stanowi autorskie streszczenie i interpretację wydarzeń z serialu Gelin. Inspiracją do jego stworzenia były filmy Gelin 122.Bölüm i Gelin 123.Bölüm dostępne na oficjalnym kanale serialu w serwisie YouTube. W artykule zamieszczono również zrzuty ekranu pochodzące z tych odcinków, które zostały użyte wyłącznie w celach informacyjnych i ilustracyjnych. Wszystkie prawa do postaci, fabuły i materiału źródłowego należą do ich prawowitych właścicieli.






