Panna młoda odc. 167: Cihan porywa i więzi Meliha! Hancer bierze winę na siebie!

Grupa osób w surowym magazynie - napięta, dramatyczna scena konfrontacji. Na czele stoją Cihan i Hancer.

„Panna młoda” Odc. 167 – streszczenie

Cihan pojawił się na postoju taksówek niespodziewanie, wzbudzając natychmiastowe zainteresowanie siedzących przy stoliku kierowców. Jego twarz była napięta, a w oczach tlił się gniew, którego nie potrafił już ukrywać.

Podszedł do dwóch mężczyzn popijających herbatę przed przyczepą służącą za biuro.

— Szukam Meliha — oznajmił bez zbędnych uprzejmości.

Obaj kierowcy spojrzeli po sobie. Ten z siwą brodą odstawił szklankę na stół i wzruszył ramionami.

— Dzisiaj go nie ma. Wziął wolne.

— Dlaczego?

— Bierze ślub.

Cihan znieruchomiał. Przez krótką chwilę patrzył na rozmówcę, jakby nie dosłyszał.

— Co powiedziałeś?

— Żeni się — powtórzył spokojnie kierowca. — Właściwie to powinien już być po ceremonii.

Mięśnie szczęki Cihana napięły się boleśnie.

— Z kim?

— Tego akurat nie wiemy. — Mężczyzna rozłożył ręce. — Nie zdradził szczegółów.

W oczach Cihana błysnęło coś niebezpiecznego.

— Muszę z nim porozmawiać. Osobiście.

— Jeśli chcesz, możesz zaczekać. Na pewno się tu pojawi, tylko trochę później.

Cihan nie odpowiedział.

Minął ich i wszedł do przyczepy. W środku panował półmrok. Rozejrzał się po niewielkim pomieszczeniu, a wtedy jego wzrok zatrzymał się na dużym kartonie stojącym przy ścianie.

Zmarszczył brwi.

Znał to pudło.

Widział je już wcześniej.

Nagle przypomniał sobie dostarczoną do starego domu przesyłkę i Hancer, która rozpaczliwie próbowała nie dopuścić go do jej otwarcia.

Wtedy odpuścił, ale teraz nie zamierzał. Powoli podszedł do kartonu.

Kucnął i jednym szarpnięciem zerwał taśmę zabezpieczającą.

Wieko odskoczyło.

Przez moment patrzył bez ruchu na zawartość.

W środku znajdowały się starannie zapakowane elementy dziecięcego łóżeczka.

Jego serce zabiło mocniej.

Wyciągnął jeden z drewnianych boków i zacisnął na nim palce.

Przed oczami natychmiast stanęły mu słowa Meliha wypowiedziane przed szpitalem.

„Jestem ojcem dziecka, które nosi Hancer.”

Twarz Cihana pociemniała. Powoli odłożył element łóżeczka i wyprostował się.

— Jaki byłem ślepy… — wyszeptał z goryczą.

Przeczesał dłonią włosy i zaczął nerwowo chodzić po ciasnym wnętrzu.

— Wszystko było przede mną. Wszystko! A ja nie chciałem tego zobaczyć.

Zatrzymał się gwałtownie.

Jego spojrzenie stwardniało.

— Ten drań przez cały czas był obok niej. Krok za krokiem. Wślizgnął się do mojego domu pod pozorem lojalności, a ja mu ufałem.

Gniew narastał z każdą sekundą.

— Patrzył mi w twarz każdego dnia. Woził Sinem, wykonywał moje polecenia, a za moimi plecami budował własne życie.

Zacisnął pięści tak mocno, że pobielały mu knykcie.

— A teraz jeszcze odważył się stanąć przede mną i powiedzieć, że jest ojcem jej dziecka…

W jego głosie zabrzmiała niebezpieczna nuta.

— Jeśli naprawdę myśli, że ujdzie mu to płazem, jest większym głupcem, niż sądziłem.

Spojrzał raz jeszcze na łóżeczko. W jego rozgorączkowanym umyśle stało się ono kolejnym dowodem potwierdzającym najgorsze przypuszczenia.

— Zapłacisz mi za to, Melihu — powiedział lodowatym tonem. — Za każde kłamstwo. Za każdy krok, który zrobiłeś za moimi plecami. Za wszystko.

Odwrócił się i ruszył do wyjścia.

Teraz był już bardziej zdeterminowany niż kiedykolwiek, by odnaleźć Meliha i zmusić go do odpowiedzi. W jego głowie nie było miejsca na wątpliwości. Zostały jedynie gniew, zazdrość i pragnienie zemsty.

***

Melih zabrał Hancer do niewielkiej stołówki położonej na uboczu. W środku było ciepło, a w powietrzu unosił się zapach świeżo ugotowanej zupy. Przy kilku stolikach siedzieli nieliczni goście, zajęci własnymi sprawami. Tutaj nikt nie zwracał na nich uwagi.

Usiedli naprzeciwko siebie przy stoliku nakrytym niebiesko-białym obrusem w kratę.

Hancer milczała. Powoli zanurzyła łyżkę w miseczce z gorącą zupą, lecz nie miała apetytu. Wpatrywała się w unoszącą się parę, próbując opanować emocje.

Wciąż słyszała w uszach słowa Deryi.

„Wynoś się stąd.”

To nie gniew bratowej bolał najbardziej. Bolała świadomość, że nie mogła nawet zobaczyć się z Cemilem. Przyjechała do jedynej osoby, którą uważała za rodzinę, a została odprawiona od drzwi jak intruz.

Łzy ponownie napłynęły jej do oczu. Melih obserwował ją przez chwilę w milczeniu.

— Hancer… proszę cię, nie płacz — powiedział łagodnie. — Wiem, że jest ci ciężko, ale teraz musisz przede wszystkim zadbać o siebie i o dziecko.

Dziewczyna spuściła wzrok.

— Nie spodziewałam się, że nawet brat nie będzie chciał mnie wysłuchać.

— To nie Cemil cię odrzucił — odparł spokojnie Melih. — Derya nie dopuściła cię do niego. Nie wiesz, jak zachowałby się, gdyby sam otworzył drzwi.

Hancer zacisnęła palce na łyżce.

— Może masz rację… ale i tak boli.

Melih skinął głową ze zrozumieniem.

— Wiem.

Przez chwilę siedzieli w ciszy.

— Mam przyjaciela z wojska — odezwał się w końcu. — Razem z żoną prowadzi niewielki motel niedaleko Kadıköy. To nie jest luksusowe miejsce, ale jest spokojne, czyste i bezpieczne. Nikt nie będzie ci tam przeszkadzał.

Hancer podniosła na niego wzrok.

— Chcesz mnie tam zabrać?

— Tak. Zostaniesz tam przez jakiś czas, dopóki wszystko trochę się nie uspokoi. Musisz zniknąć z oczu ludzi. Wiesz przecież, że pan Cihan nie odpuści. Będzie cię szukał wszędzie.

Na wspomnienie Cihana serce ścisnęło się jej boleśnie.

— A ty? — zapytała cicho. — Co będzie z tobą?

Melih odchylił się na krześle.

— Ja też wyjadę.

— Dokąd?

— Zrezygnuję z pracy na taksówce. Spakuję swoje rzeczy i zaciągnę się na statek. Jutro rano wypływam.

Hancer spojrzała na niego zaskoczona.

— Tak po prostu?

— Tak będzie najlepiej.

— Uciekasz przeze mnie.

Melih pokręcił głową.

— Nie. Podejmuję decyzję, którą i tak powinienem był podjąć wcześniej.

Na jego twarzy pojawił się słaby uśmiech.

— Poza tym morze zawsze pomagało mi uporządkować myśli.

Po chwili spoważniał.

— Ale nie wyłączaj telefonu. Będę do ciebie dzwonił, kiedy tylko będę mógł. Ty też dzwoń, jeśli będziesz czegoś potrzebowała. Nie zostaniesz sama, obiecuję.

Hancer poczuła nagły ucisk w gardle.

— Znoszę to wszystko dla dobra dziecka — wyszeptała. — Ale ty… Ludzie będą o tobie mówić. Będą cię oskarżać. Będą plotkować.

Melih wzruszył ramionami.

— Niech mówią.

— To nie jest takie proste.

— Dla mnie jest. — Spojrzał jej prosto w oczy. — Nigdy nie żyłem dla opinii innych ludzi.

Po chwili dodał spokojniej:

— A poza tym i tak mnie tu nie będzie.

Hancer westchnęła ciężko.

— Ja też chcę już tylko odejść. Zniknąć. Zostawić wszystko za sobą.

— I właśnie to powinnaś zrobić.

Zapadła krótka cisza.

— W oczach pana Cihana sprawa jest zamknięta — powiedział ostrożnie. — Uwierzył, że dziecko ma ojca. Skupi całą swoją uwagę na mnie. Dzięki temu przynajmniej przestanie cię ścigać.

Hancer opuściła wzrok. Nie odpowiedziała.

Myśl o Cihanie nadal rozdzierała jej serce, ale wiedziała, że nie może już zawrócić z obranej drogi.

Melih przesunął w jej stronę koszyk z pieczywem.

— O resztę będziemy martwić się później. Teraz musisz coś zjeść.

— Nie jestem głodna.

— Nie pytam, czy jesteś głodna.

Na jego twarzy po raz pierwszy pojawił się cień rozbawienia.

— Pani doktor powiedziała, że masz jeść regularnie. A ja zamierzam dopilnować, żebyś stosowała się do zaleceń.

Hancer spojrzała na niego bezradnie.

Po chwili po raz pierwszy od długiego czasu na jej ustach pojawił się ledwie dostrzegalny uśmiech.

— Jesteś niemożliwy.

— Słyszałem to już wiele razy.

W końcu ponownie sięgnęła po łyżkę i nabrała trochę zupy.

Melih odetchnął z ulgą.

To nie rozwiązywało żadnego z ich problemów.

Ale było pierwszą rzeczą, jaką Hancer zrobiła tego dnia dla siebie i dla dziecka.

***

Gulsum, Fadime i Aysu przekroczyły bramę rezydencji. Na dziedzińcu panował pozorny spokój, ale napięcie między kobietami można było wyczuć w powietrzu. Każda z nich wracała z ciężarem własnych myśli, jednak tylko jedna zdawała się czerpać satysfakcję z całego zamieszania.

Gulsum poprawiła torebkę na ramieniu i spojrzała na towarzyszki z wyraźnie zadowoloną miną.

— Słyszałyście, co powiedział pan Cihan — odezwała się niemal śpiewnym tonem. — Kazał wszystkim wybrać stronę. Dzięki Bogu ja nie mam z tym problemu. Wszyscy wiedzą, po czyjej stronie stoję.

Przystanęła na moment i zmierzyła Fadime oraz Aysu badawczym spojrzeniem.

— Ale wy? To już zupełnie inna historia. Jeśli naprawdę pomagałyście Melihowi, radzę wam nie zwlekać. Spakujcie walizki i uciekajcie, póki jeszcze możecie. Pan Cihan prędzej czy później odkryje prawdę. A kiedy to się stanie, nikt was nie uratuje. Nie mówcie potem, że was nie ostrzegałam.

Fadime zatrzymała się gwałtownie. W jej oczach pojawił się niepokój.

— Aysu, zadzwoń do brata.

Dziewczyna natychmiast wyciągnęła telefon i wybrała numer. Po chwili z głośnika dobiegł chłodny, automatyczny komunikat:

Wybrany numer jest obecnie niedostępny.

Aysu zacisnęła usta.

— Nie odbiera…

— Fadime, sama słyszałaś pana Cihana — ciągnęła Gulsum, najwyraźniej doskonale bawiąc się sytuacją. — Twój syn zrobił coś niewybaczalnego.

— Co niby miał zrobić? — obruszyła się Aysu. — Jeśli już pomagał Hancer, to najwyżej przynosił jej jedzenie albo załatwiał jakieś drobiazgi. Myślisz, że nie znam własnego brata?

— Widocznie nie tak dobrze, jak ci się wydaje.

Na twarzy Gulsum pojawił się złośliwy uśmiech.

— Dawno nie widziałam pana Cihana w takim stanie. W jego oczach był taki gniew, że aż mnie przeszedł dreszcz. Gdyby znalazł winnego, rozerwałby go na kawałki.

— Ugryź się w język! — syknęła Fadime.

Jednak Gulsum nie zamierzała przestać. Wręcz przeciwnie.

— Przynajmniej wszystko stało się jasne — rzuciła z udawaną niewinnością. — Teraz już wiadomo, dlaczego Melihowi nie podobały się żadne wolne dziewczyny. Najwyraźniej interesują go wyłącznie kobiety z bagażem doświadczeń. Wdowy, rozwódki… najlepiej takie, które mieszkają w rezydencji… 

Aysu spojrzała na nią z niedowierzaniem.

— Co ty wygadujesz?!

— Czy powiedziałam coś nieprawdziwego?

Gulsum rozłożyła ręce.

— A to przecież nie wszystko.

Pochyliła się lekko w stronę Fadime.

— Gdyby pan Cihan dowiedział się jeszcze o Sinem…

Nie zdążyła dokończyć.

Fadime zatrzymała się jak wryta. Przez długą chwilę patrzyła na Gulsum w milczeniu. Jej twarz pozostawała nieruchoma, ale w oczach pojawił się błysk furii.

— Powiedz jeszcze jedno słowo — ostrzegła cicho.

— Dlaczego? Bo prawda boli? — zakpiła Gulsum. — Jestem pewna, że gdyby pan Cihan poznał całą historię, Melih nie miałby gdzie się schować…

Miarka się przebrała.

Fadime rzuciła się na nią z całą furią. Jedną ręką chwyciła ją za włosy, drugą za kołnierz kurtki.

— Ty podła kobieto!

Gulsum wrzasnęła z bólu.

— Puść mnie! Zwariowałaś?!

— Ostrzegałam cię!

Fadime szarpała ją z całej siły.

— Spróbuj tylko otworzyć usta i wspomnieć o moich dzieciach, a wtedy zobaczysz, co naprawdę znaczy strach!

— Aaa! Puść mnie!

Aysu natychmiast podbiegła do matki.

— Mamo! Mamo, wystarczy!

Próbowała odciągnąć ją od Gulsum, ale Fadime była oślepiona gniewem.

— Jeszcze jedno słowo! Jedno jedyne słowo! — krzyczała. — A sama cię zniszczę!

W końcu, ciężko dysząc, puściła przeciwniczkę.

Gulsum zachwiała się i odskoczyła kilka kroków do tyłu, przyciskając dłonie do rozczochranych włosów.

Po jej policzkach płynęły łzy.

Fadime rzuciła jej ostatnie, pełne pogardy spojrzenie.

— Trzymaj się z dala od mojej rodziny.

Potem odwróciła się i ruszyła przed siebie.

Aysu pospieszyła za matką.

Gulsum została sama na środku dziedzińca.

Patrzyła za nimi z mieszaniną szoku, upokorzenia i wściekłości, po czym rozpłakała się jeszcze głośniej.

***

Fadime siedziała na skraju łóżka, nerwowo ściskając dłonie. Po bójce z Gulsum jej emocje wcale nie opadły. Wręcz przeciwnie — z każdą kolejną minutą niepokój stawał się coraz silniejszy. Melih nie odbierał telefonu, a słowa Cihana nie przestawały dźwięczeć jej w uszach.

Aysu po raz kolejny spojrzała na ekran telefonu i westchnęła ciężko.

— Nadal nic… — mruknęła. — Telefon jest wyłączony.

Fadime poderwała głowę.

— Spróbuj jeszcze raz.

— Mamo, próbowałam już chyba dziesięć razy.

W pokoju zapadła cisza. Nagle Aysu zmarszczyła brwi, jakby przyszła jej do głowy pewna myśl.

— Chwileczkę…

— Co takiego?

— Od dawna zastanawiałam się, dlaczego brat nagle zmienił numer. — Spojrzała na matkę. — A jeśli zostawił stary telefon Hancer?

Fadime natychmiast wyprostowała się na łóżku.

— Myślisz?

— Nie wiem. Ale nic nie stracimy, jeśli spróbujemy.

Bez dalszej zwłoki Aysu odnalazła dawny numer Meliha i nacisnęła zieloną słuchawkę.

Telefon zadzwonił raz.

Drugi.

Trzeci.

Po chwili ktoś odebrał.

— Halo? To ty, Melihu?

Fadime i Aysu natychmiast rozpoznały głos Hancer.

— To nie Melih! — wykrzyknęła Fadime, wyrywając córce telefon z ręki.

Hancer zamarła.

— Siostro Fadime…

— Mój syn zniknął! — przerwała jej. — Odszedł i nie daje znaku życia! Nie wiem, co się między wami wydarzyło. Nie wiem, dlaczego wciągnęłaś go w swoje problemy. Wiem tylko jedno — pan Cihan jest wściekły.

Głos Fadime załamał się.

— Powiedział, że Melih za to zapłaci.

Hancer zamknęła oczy.

Każde słowo wbijało się w nią niczym kolejne ostrze.

— Bardzo mi przykro — wyszeptała. — Przysięgam, nie chciałam, żeby do tego doszło.

— Ale doszło! — odpowiedziała Fadime. — I teraz tylko ty możesz to naprawić.

Aysu patrzyła na matkę ze smutkiem. Nigdy wcześniej nie widziała jej tak bezradnej.

— Hancer… — ciągnęła Fadime już znacznie ciszej. — Mój syn jest dobrym człowiekiem. Pomagał ci, bo nie potrafił odwrócić wzroku od czyjegoś nieszczęścia. Nie zasłużył na to, żeby płacić za cudze błędy.

Po policzku kobiety spłynęła łza.

— Błagam cię jako matka. Zrób coś. Idź do pana Cihana. Porozmawiaj z nim. Powiedz mu prawdę, cokolwiek to jest. Spraw tylko, żeby zostawił mojego syna w spokoju.

Po drugiej stronie słuchawki zapanowało długie milczenie.

Hancer zacisnęła palce na telefonie.

Myśl o spotkaniu z Cihanem budziła w niej lęk, ale jeszcze bardziej przerażała ją świadomość, że przez nią Melih może znaleźć się w niebezpieczeństwie.

***

Hancer wpadła do gabinetu Cihana jak burza. Drzwi uderzyły o ścianę, a ona sama stanęła przed nim, dysząc ciężko po biegu przez korytarze firmy. W dłoni wciąż ściskała telefon. Jej oczy płonęły gniewem i strachem.

— Dałeś upust swojej złości. Uderzyłeś go i upokorzyłeś — powiedziała, patrząc mu prosto w oczy. — Czego jeszcze od niego chcesz? Nie masz problemu z Melihem. Masz problem ze mną. Więc jestem. Pytaj. Odpowiem na wszystko, co chcesz wiedzieć.

Cihan oparł dłonie o biurko i przyjrzał jej się uważnie.

— Widzę, że jesteś zdenerwowana. — Na jego ustach pojawił się gorzki uśmiech. — Czyżby twój ukochany zniknął? Mężczyzna, któremu oddałaś serce, zostawił cię samą?

Hancer pobladła.

— Co powiedziałeś?

— Widziano go w porcie. Podobno miał wejść na statek i odpłynąć. Wygląda na to, że postanowił ratować własną skórę.

— Skąd o tym wiesz? — zapytała gwałtownie. — Kto ci powiedział? Gdzie go widziałeś?

Zrobiła krok w jego stronę.

— Nic mu nie zrobiłeś, prawda? Odpowiedz mi! Gdzie jest Melih? Co mu zrobiłeś?!

Cihan nie odpowiedział od razu.

— Najpierw ty opowiesz mi waszą historię.

Hancer bezradnie rozłożyła ręce.

— Czego jeszcze ode mnie oczekujesz? Ile razy mam ci powtarzać to samo? Co mam powiedzieć, żebyś wreszcie uwierzył?

Jej głos zadrżał.

— Zostaw mnie w spokoju, Cihanie. Mnie i Meliha.

Na twarzy mężczyzny pojawił się grymas.

— Od kiedy to trwa? — zapytał lodowato. — Spotykaliście się za moimi plecami, kiedy byłem w pracy? A może nocami?

Nagle podszedł bliżej i chwycił ją mocno za ramiona.

— Kiedy do mnie strzeliłaś… — wycedził przez zaciśnięte zęby. — Kiedy leżałem w szpitalu i walczyłem o życie… wtedy też był przy tobie?

Potrząsnął nią.

— Odpowiedz!

Jego oczy płonęły bólem.

— Kiedy pojawił się w twoim życiu? Kiedy zaszłaś z nim w ciążę?!

Hancer spojrzała na niego długo. W jej oczach nie było już gniewu. Było tylko zmęczenie.

— Wtedy, kiedy zrozumiałam, że nie powinnam cię kochać — odpowiedziała cicho. — Wtedy, kiedy musiałam z ciebie zrezygnować.

Przez moment czas jakby się zatrzymał.

Cihan puścił jej ramiona i cofnął się o krok. Na jego twarzy pojawił się szok.

Potem szok ustąpił miejsca furii.

Zacisnął pięści tak mocno, że pobielały mu knykcie.

— Zabiję go — wycharczał. — Przysięgam, że go zabiję!

Odwrócił się gwałtownie i ruszył do wyjścia.

— Cihanie! — krzyknęła Hancer.

Wybiegła za nim.

Dogoniła go dopiero przed budynkiem.

— Nie rób tego! — zawołała. — Przestań wreszcie!

Ale Cihan zdawał się jej nie słyszeć. Podszedł do samochodu i otworzył drzwi kierowcy.

Hancer rzuciła się przed pojazd. Oparła dłonie o maskę i stanęła nieruchomo.

— Nie ruszysz stąd!

Cihan spojrzał na nią przez przednią szybę.

— Zejdź mi z drogi.

— Nie.

— Hancer…

— Nie zejdę!

Zacisnął dłonie na kierownicy.

— Ostatni raz cię ostrzegam.

— A ja ostatni raz proszę. Zostaw Meliha w spokoju.

Przez chwilę mierzyli się wzrokiem.

W końcu Cihan gwałtownie otworzył drzwi i wysiadł z samochodu. Stanął tuż przed nią.

— Powiedziałem ci, żebyś zeszła mi z drogi.

— A ja powiedziałam, że będę tu stała tak długo, jak będzie trzeba.

— Naprawdę? — zaśmiał się gorzko. — Tak bardzo się o niego martwisz?

Hancer nie spuściła wzroku.

— Tak.

To jedno słowo uderzyło go mocniej niż policzek.

— Zostaw go w spokoju — dodała. — Jeśli ktoś ma zostać ukarany, ukarz mnie.

Przez twarz Cihana przemknął cień.

— Rozumiem.

Kiwnął głową.

— Chcesz go chronić za wszelką cenę.

Nagle chwycił ją za ramię.

— Dobrze. W takim razie zabiorę cię do niego.

Hancer znieruchomiała.

— Co?

— Sama zobaczysz.

Pociągnął ją w stronę samochodu.

— Powiem ci tylko jedno — dodał chłodno. — To, co zobaczysz, bardzo ci się nie spodoba.

Otworzył drzwi pasażera i niemal siłą posadził ją w środku. Potem obszedł samochód, usiadł za kierownicą i uruchomił silnik.

Hancer spojrzała na jego kamienną twarz. Po raz pierwszy od chwili, gdy weszła do gabinetu, poczuła prawdziwy strach. Nie o siebie.

O Meliha.

***

Cihan pchnął ciężkie drzwi magazynu i wszedł do środka. Hancer podążyła za nim, czując, jak serce wali jej w piersi coraz mocniej. W półmroku ogromnego pomieszczenia unosił się zapach kurzu, drewna i smaru. Między stosami skrzyń oraz metalowych elementów panowała grobowa cisza.

Nagle jej wzrok zatrzymał się na postaci siedzącej pośrodku magazynu.

Melih był przywiązany do krzesła grubymi linami. Głowę miał opuszczoną, a na twarzy widniały ślady brutalnego pobicia — rozcięta warga, siniec pod okiem i zaschnięta krew na policzku.

Gdy usłyszał kroki, uniósł głowę.

— Hancer…? — wyszeptał z niedowierzaniem. Jego oczy rozszerzyły się ze zdumienia. — Co ty tutaj robisz?

Hancer pobladła.

Przez chwilę nie mogła wydobyć z siebie głosu. Patrzyła tylko na jego posiniaczoną twarz, a w jej oczach natychmiast pojawiły się łzy.

— Boże… — szepnęła. — Co oni ci zrobili?

Ruszyła ku niemu, lecz zaraz odwróciła się do Cihana. W jej spojrzeniu nie było już strachu — tylko gniew.

— Natychmiast go uwolnij!

Cihan pozostał niewzruszony. Stał z rękami opuszczonymi wzdłuż ciała, jakby widok skrępowanego człowieka nie robił na nim najmniejszego wrażenia.

— Obawiam się, że to nie jest takie proste — odparł chłodno. — Najpierw pan Melih opowie nam swoją wielką historię miłosną. Od początku do końca. A jeśli w którymś momencie zabraknie mu słów albo zacznie się mylić… — spojrzał na Hancer — ty dokończysz za niego.

— To ze mną masz problem! — warknął Melih, szarpiąc więzy. — Zostaw Hancer w spokoju! Jeśli chcesz się na kimś wyładować, wyładuj się na mnie!

Na twarzy Cihana pojawił się cień gorzkiego uśmiechu. Powoli zdjął marynarkę i podał ją jednemu ze swoich ludzi. Następnie podwinął rękawy koszuli.

Hancer poczuła, jak lodowaty dreszcz przebiega jej po plecach.

— Cihanie… — zaczęła ostrzegawczo.

Ale było już za późno.

Pierwszy cios uderzył w szczękę Meliha z taką siłą, że krzesło zachwiało się niebezpiecznie.

Drugi sprawił, że z rozciętej wargi trysnęła świeża krew.

Trzeci odrzucił jego głowę do tyłu.

— Cihanie, przestań! — krzyknęła Hancer.

Jej głos odbił się echem od ścian magazynu.

— To kłamstwo!

W pomieszczeniu zapadła cisza.

Pięść Cihana zatrzymała się w pół ruchu. Powoli odwrócił głowę i spojrzał na nią.

Hancer oddychała ciężko, walcząc ze łzami.

— To wszystko jest kłamstwem — powiedziała drżącym głosem. — Melih nic nie zrobił.

Cihan zmrużył oczy.

— Nic nie zrobił?

— Nie. — Pokręciła głową. — To ja jestem winna. Ja zrobiłam pierwszy krok. Ja go w to wciągnęłam.

Jej głos załamał się, ale zmusiła się, by mówić dalej.

— Jeśli szukasz winnego, patrz na mnie. Jeśli chcesz kogoś ukarać, ukarz mnie. Ale zostaw Meliha w spokoju.

Przez kilka długich sekund nikt się nie odezwał.

Cihan patrzył na nią nieruchomo.

A im dłużej milczał, tym bardziej niebezpieczny stawał się wyraz jego twarzy.

Powyższy tekst stanowi autorskie streszczenie i interpretację wydarzeń z serialu Gelin. Inspiracją do jego stworzenia były filmy Gelin 122.Bölüm i Gelin 123.Bölüm dostępne na oficjalnym kanale serialu w serwisie YouTube. W artykule zamieszczono również zrzuty ekranu pochodzące z tych odcinków, które zostały użyte wyłącznie w celach informacyjnych i ilustracyjnych. Wszystkie prawa do postaci, fabuły i materiału źródłowego należą do ich prawowitych właścicieli.

Podobne wpisy