Panna młoda odc. 222: Cihan mdleje na dziedzińcu! Beyza traci adwokatkę!

Zbliżenie na głowę nieprzytomnego Cihana, leżącego na bruku.

„Panna młoda” Odc. 222 — streszczenie

Adwokatka odwiedziła Beyzę w domu Yoncy. Usiadły obok siebie na turkusowej kanapie, w niewielkim, jasnym pokoju z kwiecistymi poduszkami i białymi firankami w oknie. Beyza wyglądała na spokojną, niemal lekceważącą. Beren przeciwnie — miała poważną twarz i od razu dała do zrozumienia, że nie przyszła z dobrymi wiadomościami.

— Ciekawi mnie, co wydarzyło się na komisariacie — odezwała się Beyza, jakby chodziło o zwykłą formalność.

— Nie tak się umawiałyśmy, pani Beyzo — odpowiedziała adwokatka chłodno. — Jeśli nadal będzie pani działała na własną rękę, niczego nie osiągniemy. Czy nie mówiłam, żeby nie kontaktowała się pani z mężem bez mojej wiedzy? Zgodziła się pani, a dziś mimo to umówiła się z nim na spotkanie.

Beyza uniosła brwi.

— Co się stało, pani Beren? Chyba źle mnie pani zrozumiała. To Cihan powinien się przed panią tłumaczyć, nie ja.

— Doskonale wiem, na czym polega moja praca. Ale pani najwyraźniej nie rozumie, jak bardzo własnym zachowaniem może zaszkodzić sprawie. To, co pani robi, jest skrajnie ryzykowne.

— Naprawdę przesadza pani przez taką błahostkę.

— Błahostkę? — Beren spojrzała na nią z niedowierzaniem. — Jaka osoba przy zdrowych zmysłach wpada na podobny pomysł? Jeśli pani mąż zacznie to drążyć, może pani skończyć na obserwacji psychiatrycznej.

Za uchylonymi drzwiami stała Yonca. Przysłuchiwała się rozmowie z korytarza, coraz bardziej zaniepokojona. W końcu nie wytrzymała i weszła do pokoju.

— Co znowu kombinujesz, Beyzo? — zapytała ostro.

Beyza wzruszyła ramionami.

— Nic wielkiego. Chciałam tylko trochę nastraszyć Cihana.

— Trochę? — powtórzyła Beren z oburzeniem. — Pan Cihan opowiadał o tym, jak o scenie z horroru. Kto przy zdrowych zmysłach stacza dziecięcy wózek ze stromej ulicy, wkładając do środka rzeczy dziecka?

Yonca zamarła. Wbiła w Beyzę przerażone spojrzenie.

— Co?! Oszalałaś? Jak mogłaś zrobić coś takiego?!

— Chciałam, żeby Cihan pomyślał, że dziecko jest w środku — odparła Beyza bez cienia skruchy. — Nie było świadków. Nikt mnie nie widział. Poza tym… — przeniosła wzrok na adwokatkę — nie płacę pani za dawanie mi lekcji, tylko za sprzątanie po mnie.

Beren podniosła się z kanapy.

— W takim razie nie musi mi pani już płacić. Nie mogę być pani prawnikiem na takich warunkach.

— Świetnie. Jak pani chce. W tym kraju są tysiące innych adwokatów, którzy nie będą marudzić tak jak pani.

— Przy tak niezrównoważonym zachowaniu pani mąż bardzo szybko panią rozpracuje — powiedziała Beren stanowczo. — Nie lubię tracić czasu. Nie podejmuję się spraw, które z góry skazane są na porażkę. I szczerze wątpię, by inni prawnicy mieli odmienne zdanie. Radzę pani porozumieć się z mężem. Inaczej straci pani prawo do opieki nad dzieckiem.

Spojrzała na Beyzę po raz ostatni z wyraźną naganą, po czym odwróciła się i wyszła.

Beyza prychnęła pogardliwie.

— Co za amatorka. Nie radzi sobie ze sprawą, a jeszcze próbuje mnie pouczać.

Yonca patrzyła na nią z niedowierzaniem.

— Czy ty naprawdę oszalałaś? Jak możesz wykorzystywać dziecko do swoich chorych gier?

— Dość! Ona skończyła, teraz ty zaczynasz?

— Jeśli jutro rano nadal chcesz mieć przy sobie dziecko, opamiętaj się — ostrzegła Yonca, pochylając się nad nią. — W przeciwnym razie sama zaniosę je Cihanowi. I wtedy zobaczymy, czym będziesz go szantażować.

Odwróciła się i wyszła, zostawiając Beyzę samą.

— Nie przesadzaj — rzuciła za nią Beyza. — Dziecku nic się nie stało. Chciałam tylko dać Cihanowi nauczkę.

Po chwili ciężko westchnęła. Na jej twarzy pojawił się cień zastanowienia.

— Do diabła… Teraz ojciec będzie mnie pouczał, bo zostałam bez adwokata.

***

Cihan wciąż nie potrafił otrząsnąć się po okrutnej scenie, którą przygotowała Beyza. Obraz pustego wózka, przewróconego na ulicy po zderzeniu z samochodem, raz po raz wracał do niego jak koszmar. Do tego dochodziła rozłąka z synem i paraliżująca myśl, że może już nigdy więcej go nie zobaczyć.

Podszedł do samochodu na dziedzińcu rezydencji, ale nagle zabrakło mu tchu. Oparł dłonie o maskę auta i pochylił głowę, próbując złapać oddech. Przez chwilę walczył ze słabością, lecz napięcie okazało się silniejsze. Osunął się na bruk i stracił przytomność tuż obok samochodu.

Kilka minut później Hancer zauważyła go, gdy przechodziła alejką przez dziedziniec. Zamarła na ułamek sekundy, a potem rzuciła się biegiem w jego stronę.

— Cihanie! — krzyknęła z przerażeniem.

Upadła przy nim na kolana i pochyliła się nad jego nieruchomą twarzą. Delikatnie potrząsnęła go za ramię, po czym objęła dłońmi jego policzki.

— Cihanie, co się stało?! Proszę cię, otwórz oczy! Słyszysz mnie?

Z rezydencji wybiegła Mukadder, zaalarmowana jej krzykiem. Gdy zobaczyła syna leżącego bezwładnie na kamiennym podjeździe, zbladła i niemal straciła panowanie nad sobą.

— Cihanie! Mój synu! — zawołała rozpaczliwie.

Po chwili na dziedziniec wybiegły także Sinem i pokojówki. Jedna z kobiet zakryła usta dłonią, druga natychmiast pochyliła się nad Cihanem. Wokół zapanował chaos.

— Szybko, wezwij pogotowie! — poleciła Sinem Hancer.

Hancer drżącymi dłońmi wyciągnęła telefon. Palce ślizgały jej się po ekranie, ale zmusiła się do opanowania. Wybrała numer alarmowy, nie spuszczając wzroku z nieprzytomnego Cihana.

— Proszę przyjechać jak najszybciej do rezydencji Develioglu — powiedziała łamiącym się głosem. — Mężczyzna stracił przytomność. Nie reaguje… Proszę się pospieszyć.

***

Doktor wyszedł zza drzwi oddziału ratunkowego. Nad wejściem wisiał czerwony napis „ACIL”, a w sterylnym korytarzu czekali już Mukadder, Sinem, Hancer i Melih. Wszyscy natychmiast ruszyli w jego stronę.

— Doktorze, co z moim synem? — zapytała Mukadder z sercem podchodzącym do gardła. — Odzyskał przytomność?

Lekarz spojrzał na nich spokojnie.

— Doszło do skurczu serca wywołanego ogromnym stresem — wyjaśnił. — Na szczęście jego stan jest już stabilny. Wyniki badań są prawidłowe, ale nadal go obserwujemy.

Mukadder na moment zamknęła oczy, jakby dopiero teraz odważyła się odetchnąć. Sinem również wypuściła z ulgą powietrze.

— Czy musi zostać w szpitalu na noc? — zapytała.

— Nie sądzę. Zatrzymamy go jeszcze przez kilka godzin, a jeśli nic się nie zmieni, będzie mógł wrócić do domu.

Na twarzy Mukadder pojawiła się ulga, ale Hancer nie potrafiła stać spokojnie. Wysunęła się przed pozostałych i spojrzała prosto na lekarza.

— Muszę się z nim zobaczyć, doktorze.

Sinem i Mukadder wymieniły zaskoczone spojrzenia. Nie rozumiały, skąd w Hancer wzięła się ta nagła, nieustępliwa potrzeba rozmowy z Cihanem.

— W takich przypadkach najważniejszy jest odpoczynek i spokój pacjenta — odparł lekarz. — Zobaczy się z nim pani później. 

— Wejdę tylko na chwilę — poprosiła Hancer, nie cofając się ani o krok. — Proszę. To naprawdę ważne.

Lekarz zawahał się, po czym skinął głową.

— Dobrze. Ale tylko pięć minut.

Gdy odszedł, Mukadder natychmiast ruszyła w stronę Hancer.

— Dość! — wybuchła, niemal rzucając się na nią. — Zostaw mojego syna w spokoju!

Sinem złapała ją za ramię i próbowała odciągnąć.

— Spokojnie, mamo, proszę…

— Mam być spokojna?! — Mukadder wbijała w Hancer pełne gniewu spojrzenie. — Czy ty nigdy się nie zatrzymasz? Czego jeszcze chcesz? Odebrać mu życie? Dopiero wtedy będziesz zadowolona?

Melih stanął bliżej Hancer, wyraźnie zaniepokojony.

— Hancer, chodźmy stąd — powiedział cicho. — To nie jest odpowiedni moment.

Ona jednak nawet na niego nie spojrzała. Jej twarz była blada, ale w oczach pojawiła się determinacja, której nikt nie był w stanie złamać.

— Nigdzie nie pójdę, dopóki nie zobaczę Cihana — oznajmiła stanowczo.

Odwróciła się i ruszyła w stronę drzwi oddziału ratunkowego. Mukadder próbowała jeszcze chwycić ją za ramię, lecz Hancer wyrwała się jej i weszła do środka, nie oglądając się za siebie.

***

Hancer weszła za parawany oddzielające łóżko Cihana od reszty oddziału. W niewielkiej szpitalnej sali panowała przytłumiona cisza. Nad łóżkiem świeciła chłodna lampa, obok stał stojak z kroplówką, a Cihan leżał blady i wyczerpany, przykryty jasnoniebieskim kocem. Mimo zmęczenia w jego spojrzeniu wciąż tlił się gniew.

— Cihanie… — odezwała się Hancer ostrożnie.

Mężczyzna otworzył oczy i natychmiast zmarszczył brwi.

— Co ty tutaj robisz? — zapytał szorstko. — Najpierw zrujnowałaś mi życie, a potem je uratowałaś. Przyszłaś powiedzieć, że jesteśmy kwita?

Hancer zacisnęła dłonie. Bolały ją jego słowa, ale tym razem nie przyszła się bronić.

— Dość. Nie rób tego. Nie rań mnie. Przyszłam ci coś powiedzieć.

— Cokolwiek chcesz powiedzieć, nie obchodzi mnie to. Wyjdź.

— Musisz mnie wysłuchać.

— Hancer, powiedziałem, żebyś wyszła.

Spojrzała na niego z napięciem. Wiedziała, że ma tylko chwilę.

— Błagam cię, wysłuchaj mnie. Wiem, gdzie jest twój syn.

Gniew natychmiast zniknął z twarzy Cihana. Uniósł się lekko na poduszce, jakby nagle zapomniał o bólu i osłabieniu. Jego spojrzenie stało się czujne, ostre, pełne desperackiej nadziei.

Hancer zrobiła krok bliżej.

— Twój syn jest u Yoncy.

***

Na korytarzu Mukadder nie potrafiła usiedzieć w miejscu. Siedziała na krześle, nerwowo pochylając się raz do przodu, raz do tyłu. Sinem siedziała obok niej i próbowała zachować spokój, choć sama co chwilę spoglądała w stronę drzwi oddziału.

— Mamo, wystarczy. Uspokój się — powiedziała cicho. — Ciśnienie ci skoczy.

— Jak mam się uspokoić, Sinem? — syknęła Mukadder. — Czy ty nie widzisz, co ta żmija robi mojemu synowi? Krąży wokół niego jak Anioł Śmierci.

W tej samej chwili drzwi oddziału rozsunęły się gwałtownie. Cihan wyszedł szybkim krokiem, jedną ręką przyciskając pierś. Był blady, ale w jego oczach pojawiła się determinacja silniejsza niż ból.

— Cihanie! — zawołała Mukadder, zrywając się z krzesła.

Nie zatrzymał się. Minął ją, jakby jej nie słyszał, i ruszył prosto do wyjścia ze szpitala.

Mukadder przez sekundę patrzyła za nim osłupiała, po czym odwróciła się do Hancer. Jej twarz zalała kolejna fala gniewu.

— Ty żmijo! — warknęła. — Czym tym razem doprowadziłaś go do szaleństwa?!

Hancer nie spuściła wzroku.

— Powiedziałam mu, gdzie jest Beyza.

Mukadder natychmiast ruszyła do wyjścia. Sinem poszła za nią, lecz przed szpitalem po Cihanie nie było już śladu.

— Posłuchał tej żmii i pojechał — prychnęła Mukadder. — Dlaczego za nim nie poszłaś? Czy ja muszę ci wszystko mówić? Nie patrz tak na mnie, znajdź taksówkę! Może uda nam się go dogonić.

Sinem spojrzała w stronę drogi, na której zniknął Cihan, a potem odwróciła się do matki.

— Cihan pojechał do swojej żony — powiedziała spokojnie. — Rozwiążą swój problem. Po co my mamy tam jechać? Cihan nie jest dzieckiem. Poczekaj tutaj, pójdę po wypis.

***

Cihan stanął na zadaszonym ganku starego domu Yoncy. Pod drewnianym daszkiem panował półmrok, a chłodne światło późnego popołudnia padało na białe ogrodzenie, plastikowe krzesła i pusty stolik stojący pod ścianą. Mężczyzna nie zwracał jednak uwagi na otoczenie. Zatrzymał się przy drzwiach i zaczął uderzać w nie pięścią.

– Otwórz, Beyzo! Wiem, że tam jesteś! – zawołał podniesionym głosem. Uderzył jeszcze kilka razy, coraz mocniej. – Otwieraj! Nie zmuszaj mnie, żebym wyważył te drzwi!

Beyza nie miała wyjścia. Po chwili powoli uchyliła drzwi i stanęła w progu. Miała na sobie domowy, jasny komplet i narzuconą na ramiona kolorową, kraciastą chustę. Jej twarz była spięta, ale mimo to próbowała zachować chłodny spokój.

– Gdzie jest mój syn? – zapytał Cihan ostro.

– W środku. Śpi. Gdyby naprawdę ci na nim zależało, nie krzyczałbyś tak, żeby go przestraszyć.

Cihan nawet nie próbował się uspokoić.

– Zejdź mi z drogi.

Położył dłoń na jej ramieniu, chcąc odsunąć ją z przejścia, lecz Beyza ani drgnęła.

– Zrób jeszcze jeden krok, a wystąpię o sądowy zakaz zbliżania się – ostrzegła.

– Śmiało. Nie wahaj się.

Odsunął ją stanowczo i wszedł do środka. W niewielkim pokoju zobaczył Yoncę oraz dziecko leżące na łóżku, owinięte w miękki, szary kocyk.

– Ciszej. Nie przestrasz go – upomniała go Yonca.

Cihan Gurur wcale jednak nie spał. Leżał spokojnie z otwartymi oczami i patrzył prosto na ojca. Cihan podszedł do niego, wziął go na ręce i przez chwilę wpatrywał się w jego twarzyczkę, jakby chciał się upewnić, że naprawdę nic mu się nie stało. Potem pocałował syna z czułością i ostrożnie odłożył go z powrotem na łóżko.

– Beyza, przygotuj jego rzeczy – powiedział tonem, który nie znosił sprzeciwu. – Wracamy do domu.

– Dlaczego miałabym z tobą jechać? – zapytała. – Co się zmieni, jeśli wrócimy do rezydencji?

– Dziecko powinno mieszkać z ojcem i matką. To ci nie wystarcza?

– Nie. Nie wystarcza. Mam dość życia pod twoje dyktando.

– Czego chcesz?

Beyza uniosła głowę i spojrzała mu prosto w oczy.

– Powiem to Hancer, nie tobie.

Cihan zesztywniał.

– To sprawa między nami. Hancer nie ma z tym nic wspólnego.

– Naprawdę? – zapytała z kpiącym spokojem. – Czy to nie ona powiedziała ci, gdzie jestem? Jestem tutaj właśnie przez jej oszczerstwa. Skoro chcesz mieszkać ze mną i dzieckiem pod jednym dachem, przyprowadź tu Hancer.

Cihan milczał. Patrzył na żonę z napiętą twarzą, jakby dopiero teraz zrozumiał, że Beyza zastawiła na niego kolejną pułapkę.

***

Melih wszedł do pokoju i usiadł na różowej kanapie, naprzeciwko Hancer. Miał na sobie niebieską koszulę w kratę i dżinsy, ale jego zwykle spokojna twarz była teraz napięta. Siedział z pochyloną głową, splótł dłonie i przez dłuższą chwilę nie patrzył na Hancer. W jasnym, cichym pokoju, przy zasłoniętych białych firankami oknach, jego milczenie wybrzmiewało wyjątkowo ciężko.

Hancer, ubrana w bordową, dzianinową sukienkę i domowe kapcie, siedziała na szarej sofie. Zaniepokojona przyjrzała mu się uważniej.

– Co się stało, Melihu? – zapytała cicho. – Dlaczego jesteś taki przygnębiony? Jesteś na mnie zły?

Pokręcił głową, lecz w jego geście nie było ulgi.

– Widzę, że nadal nie rozumiesz…

Hancer nachyliła się w jego stronę i zmarszczyła brwi.

– Czego nie rozumiem? Nieświadomie cię zraniłam? Zrobiłam coś złego?

Melih wreszcie uniósł na nią wzrok.

– Żałuję, że nie zachowujesz większej ostrożności w miejscach publicznych. Zawsze cię szanowałem. Osobiście zawiozłem cię do rezydencji pana Cihana. Zawsze byłem przy tobie jako przyjaciel, jako ktoś bliski.

– I jestem ci za to wdzięczna – odpowiedziała Hancer.

– Nie oczekuję wdzięczności. Nie oczekuję niczego. Ale gdzieś w głębi duszy liczyłem choć na odrobinę szacunku. Dzisiaj, kiedy mnie zlekceważyłaś, zrozumiałem, że nie powinienem był na to liczyć. Prosiłem cię, żebyś nie szła do Cihana. A ty co zrobiłaś? Poniżyłaś mnie przed panią Mukadder i panią Sinem.

Hancer spuściła głowę. Dopiero teraz naprawdę dotarło do niej, jak musiała wyglądać ta sytuacja z boku.

– Przez chwilę zrobiło mi się żal samego siebie – mówił dalej Melih. – One nie wiedzą, że nasze małżeństwo jest tylko farsą. Ale ty wiesz.

– Masz rację – przyznała cicho. – Zachowałam się samolubnie. Nie pomyślałam o tobie. Najbardziej boli mnie to, że aż do tej chwili nie zdawałam sobie z tego sprawy. Przepraszam cię, Melihu. Naprawdę bardzo cię przepraszam. Nie mam usprawiedliwienia. Po prostu… kocham cię jak brata i wiem, że mi ufasz. Dlatego nie pomyślałam, do czego mogą doprowadzić moje decyzje.

Melih odetchnął ciężko.

– W porządku. Nie rozmawiajmy już o tym. Wierzę, że następnym razem będziesz ostrożniejsza.

Hancer podniosła głowę.

– Chciałam zobaczyć Cihana, bo dowiedziałam się, gdzie jest Beyza. Yonca przeprowadziła się do naszej dzielnicy i otworzyła salon fryzjerski. Spotkałam się z nią, a kiedy tam byłam, zadzwoniła do niej Beyza. Dlatego uznałam, że muszę powiedzieć Cihanowi prawdę.

– Nie prosiłem o wyjaśnienia – odparł spokojniej Melih. – Proszę cię tylko o jedno: więcej nie mieszaj się w sprawy Cihana i Beyzy. Niech robią, co chcą. To ich małżeństwo, ich problem.

– Jeśli właśnie tak o mnie myślisz, jest mi przykro.

– Nie mówię tego, żeby cię zranić. – Melih złagodniał. – Przejdziemy przez to razem. Inaczej mój mały siostrzeniec będzie miał do mnie pretensje, że denerwuję jego mamę.

Spojrzał na zaokrąglony brzuch Hancer, a w jego głosie pojawiło się ciepło.

– Nie będzie miał – zapewniła Hancer. – Jesteś dla mnie jak brat. I dla niego też będziesz kimś bardzo ważnym.

– W takim razie obiecaj mi coś teraz. Nie będziesz już ingerować w związek Cihana i Beyzy.

– Obiecuję – odpowiedziała bez wahania. – Masz rację. Nie powinnam się wtrącać.

Wypowiedziała te słowa pewnie, lecz gdzieś w jej spojrzeniu pozostał cień niepokoju. Bo choć chciała dotrzymać obietnicy, trudno było uwierzyć, że zdoła tak po prostu wyrwać Cihana z serca i przestać reagować na jego cierpienie. Tym bardziej że to właśnie on był ojcem dziecka, które nosiła pod sercem.

Powyższy tekst stanowi autorskie streszczenie i interpretację wydarzeń z serialu Gelin. Inspiracją do jego stworzenia były filmy Gelin 164.Bölüm i Gelin 165.Bölüm dostępne na oficjalnym kanale serialu w serwisie YouTube. W artykule zamieszczono również zrzuty ekranu pochodzące z tych odcinków, które zostały użyte wyłącznie w celach informacyjnych i ilustracyjnych. Wszystkie prawa do postaci, fabuły i materiału źródłowego należą do ich prawowitych właścicieli.

Podobne wpisy