Panna młoda odc. 141: Hancer znajduje ciało Yasemin! Yonca porwana ze szpitala!

Hancer zamarła w drzwiach domu Yasemin.

„Panna młoda” Odc. 141 – streszczenie

Rozprawa dobiegła końca.

Po kilku chłodnych, formalnych słowach sędziego małżeństwo Cihana i Hancer przestało istnieć również w świetle prawa. W sali sądowej zapadła ciężka cisza, przerywana jedynie szelestem dokumentów i odsuwanych krzeseł.

Hancer wyszła pierwsza.

Powoli zeszła po schodach przed gmachem sądu, mocno ściskając pasek torebki, jakby tylko to pozwalało jej utrzymać równowagę. Twarz miała bladą, a wzrok wbity gdzieś przed siebie. Kilka kroków za nią szedł Cihan. Milczący. Sztywny. Z twarzą, na której nie było już ani gniewu, ani czułości — jedynie zmęczenie.

Zatrzymali się w połowie schodów.

Przez chwilę żadne z nich się nie odezwało. Między nimi wisiały niewypowiedziane słowa, żale i wspomnienia, których nie dało się już cofnąć.

W końcu Cihan podszedł bliżej.

— Jesteś teraz wolna — powiedział cicho, lecz chłodno. — Czy właśnie tego chciałaś? Czy czujesz się dobrze?

Hancer podniosła na niego wzrok. W jej oczach błyszczał tłumiony ból.

— Życzę nam obojgu szczęścia — odpowiedziała spokojnie. — Niech Bóg da ci wszystko, co najlepsze.

Odwróciła się, chcąc odejść, ale głos Cihana zatrzymał ją ponownie.

— Hancer…

Znieruchomiała.

— Czy o czymś nie zapomniałaś?

Spojrzała na niego niepewnie. Cihan zrobił krótką pauzę, jakby dawał jej ostatnią szansę, by sama zrozumiała.

— Rozwiedliśmy się — powiedział w końcu. — Nie zdejmiesz obrączki?

Dziewczyna mimowolnie dotknęła palcami złotego krążka na dłoni. Gest był delikatny, niemal odruchowy — jakby obrączka była ostatnią rzeczą łączącą ją z dawnym życiem.

— Zdejmę ją… — wyszeptała. — Ale później.

Ponownie próbowała odejść.

Wtedy Cihan gwałtownie chwycił ją za ramię.

— Nie później. Teraz.

Jego głos stał się twardszy.

— Na tej obrączce jest wygrawerowane moje imię.

Nie czekając na odpowiedź, ujął jej dłoń. Przez krótką chwilę ich palce zetknęły się ze sobą tak blisko jak dawniej, lecz nie było już w tym ciepła. Tylko ból.

Cihan powoli zdjął obrączkę z jej palca.

Potem spojrzał na własną dłoń i równie zdecydowanym ruchem ściągnął swoją.

Dwa złote krążki spoczęły w jego zaciśniętej dłoni.

Mięśnie na jego twarzy napięły się mocno.

— Teraz jesteś wolna — powtórzył chłodno.

Odwrócił się i bez oglądania za siebie ruszył w stronę samochodu Engina. Drzwi auta zamknęły się z głuchym trzaskiem, a po chwili pojazd odjechał sprzed sądu.

Hancer stała nieruchomo, patrząc za nim, dopóki samochód całkowicie nie zniknął za bramą.

Dopiero wtedy poczuła, jak bardzo drżą jej dłonie.

Nieoczekiwanie przed gmachem sądu pojawił się Cemil. Jego twarz pozostawała surowa i napięta, ale w oczach kryło się coś więcej niż gniew — rozczarowanie, którego nie próbował nawet ukrywać.

— Bracie… — odezwała się cicho.

Cemil patrzył na nią przez chwilę w milczeniu.

— Powiedziałem ci, że to się tak skończy — zaczął w końcu ciężkim głosem. — Ostrzegałem cię, ale nie chciałaś mnie słuchać. Teraz nie masz już męża. Nie masz nikogo, kto by cię chronił.

Hancer spuściła wzrok.

— Moje drzwi są dla ciebie otwarte — ciągnął dalej. — Ale nie myśl, że ci wybaczyłem. Nie będę z tobą rozmawiał. Nawet nie spojrzę ci w twarz. Wróć dziś do domu. Spakuj swoje rzeczy i przyjdź.

Dziewczyna poczuła, jak gardło ściska jej wzruszenie.

— Bracie… — wyszeptała drżącym głosem. — Jeśli jesteś na mnie aż tak zły… jak mogłabym schronić się pod twoim dachem?

Cemil milczał.

— Nawet gdybyś mi wybaczył… ja sama nie potrafię wybaczyć sobie — mówiła dalej ze łzami w oczach. — Ty byłeś prawdziwym bratem. Zawsze mnie chroniłeś. A ja… nie byłam dobrą siostrą.

Oddech uwiązł jej w piersi.

— Jeśli kiedyś naprawdę zasłużę na to, by spojrzeć ci w oczy… wtedy przyjdę do twoich drzwi. Dopiero wtedy, kiedy szczerze mi wybaczysz.

Minęła brata powolnym krokiem.

Cemil odruchowo drgnął, jakby chciał ją zatrzymać, lecz ostatecznie nic nie powiedział.

Hancer odeszła samotnie ulicą, a chłodny wiatr poruszał ciemnymi pasmami jej włosów.

Tym razem naprawdę nie miała już dokąd wrócić.

Hancer, Cihan i Engin na schodach przed gmachem sądu. W tle widać stojącego przy drzwiach strażnika.

***

Derya odprowadziła Yoncę na przystanek autobusowy. Nie chciała zostawiać jej samej ani na chwilę. Musiała mieć pewność, że bezpiecznie wsiądzie do autobusu. 

Usiadły na ławce pod szklaną wiatą przystanku. Powietrze było chłodne, a ulica niemal pusta. Co jakiś czas przejeżdżały samochody, ale autobus wciąż się nie pojawiał.

Yonca siedziała skulona, obejmując dłonią brzuch. Oddychała ciężko, jakby od samego siedzenia brakowało jej sił.

Derya spojrzała na nią z niepokojem.

— Na pewno dobrze się czujesz? — zapytała cicho. — Możemy wrócić. Nie musisz nigdzie jechać sama.

— Muszę… — wyszeptała Yonca. — Im dalej będę od Tayara, tym lepiej dla mojego dziecka.

Ledwo wypowiedziała te słowa, nagle zesztywniała.

Jej twarz pobladła.

Chwyciła Deryę za rękę tak mocno, aż ta syknęła z bólu.

— Yonca? Co się dzieje?

Nagle ciało kobiety wygięło się w silnym skurczu.

— Aaah…! — krzyknęła rozpaczliwie, pochylając się do przodu.

Derya natychmiast uklękła przy niej.

— Yonca! Spójrz na mnie! Oddychaj! Spokojnie, oddychaj!

Yonca zacisnęła powieki, próbując złapać oddech, ale kolejny skurcz przeszył ją niemal natychmiast.

— Derya… ja… ja chyba rodzę… — wyszeptała drżącym głosem.

W oczach Deryi pojawiła się panika. Rozejrzała się nerwowo po ulicy, nie wiedząc, co robić.

I właśnie wtedy przy przystanku pojawił się mężczyzna ubrany na czarno.

To był ten sam człowiek, który wcześniej ukradkiem fotografował spotkanie Yoncy i Tayara.

Zatrzymał się kilka kroków od nich i zmarszczył brwi.

— Co się stało? — zapytał szybko, podchodząc bliżej.

Derya spojrzała na niego nieufnie, ale strach był silniejszy od ostrożności.

— Wygląda na to, że zaczęła rodzić — odpowiedziała zduszonym głosem. — Musimy zabrać ją do szpitala.

Mężczyzna natychmiast spojrzał na wijącą się z bólu Yoncę.

— Dobrze, zaraz zatrzymam taksówkę.

Bez chwili wahania wyszedł na skraj chodnika i zaczął gorączkowo wypatrywać samochodu.

Derya objęła Yoncę ramieniem.

— Już dobrze… już dobrze… — powtarzała drżącym głosem, choć sama była przerażona. — Zaraz pojedziemy do szpitala. Wytrzymaj jeszcze chwilę.

Yonca rozpłakała się cicho i oparła głowę o jej ramię.

W oddali wreszcie pojawiły się światła nadjeżdżającego samochodu.

***

Szpitalny korytarz wypełniał zapach środków dezynfekcyjnych i przytłaczająca cisza, przerywana jedynie odległymi dźwiękami aparatury medycznej. Za zamkniętymi drzwiami sali lekarka zajmowała się Yoncą, a Derya siedziała na plastikowym krzesełku, ściskając kurczowo swoją torebkę.

Była blada i wyraźnie roztrzęsiona.

Mężczyzna, który pomógł im na przystanku, chodził nerwowo w tę i z powrotem po korytarzu. Co chwilę spoglądał w stronę drzwi, marszcząc brwi z niepokojem.

Derya uniosła na niego wdzięczne spojrzenie.

— Niech Bóg cię błogosławi, bracie — powiedziała cicho. — Gdybyś się nie pojawił… nie wiedziałabym, co robić.

Mężczyzna zatrzymał się i pokręcił głową, jakby chciał umniejszyć własnej pomocy.

— To ludzki obowiązek, siostro — odparł spokojnie. — Każdy zrobiłby to samo.

Derya spuściła wzrok.

— Nie każdy — wyszeptała bardziej do siebie niż do niego.

Na chwilę między nimi zapadła cisza. Z sali dobiegł stłumiony jęk Yoncy, od którego Derya mimowolnie zacisnęła dłonie.

— Mam nadzieję, że wszystko skończy się dobrze — dodał mężczyzna ciszej, tym razem z wyraźnym napięciem w głosie.

Po chwili odszedł kilka kroków dalej, rozejrzał się uważnie po korytarzu i wyjął telefon. Jego twarz momentalnie stwardniała.

— Bracie Nusrecie — odezwał się półgłosem, gdy po drugiej stronie odebrano połączenie. — Kobieta nagle dostała bólów porodowych. Pomogłem im dostać się do szpitala.

Zamilkł na moment, słuchając odpowiedzi.

— Tak… Jest tutaj z nią jeszcze jedna kobieta. Niczego nie podejrzewa. Przyprowadzę Yoncę przy pierwszej okazji.

Jego spojrzenie mimowolnie powędrowało w stronę siedzącej Deryi.

— Dobrze. Będę czekał na dalsze instrukcje.

Rozłączył się i schował telefon do kieszeni, po czym wrócił przed salę, jakby nic się nie wydarzyło.

Derya spojrzała na niego nieświadomie, wdzięczna za pomoc człowieka, którego tak naprawdę wcale nie znała.

***

Hancer drżącą dłonią nacisnęła klamkę. Drzwi ustąpiły z cichym skrzypnięciem, a w domu uderzyła ją martwa cisza — ciężka, nienaturalna, budząca niepokój jeszcze zanim zobaczyła cokolwiek.

— Yasemin? — zawołała niepewnie.

Nagle zamarła.

Świat zatrzymał się w jednej sekundzie.

Yasemin leżała na podłodze nieruchomo, otoczona ciemną kałużą krwi. Jej bluzka była przesiąknięta czerwienią, a rozrzucone włosy przykleiły się do policzka. Obok leżał telefon i przewrócone krzesło, jakby jeszcze chwilę wcześniej próbowała się ratować.

Hancer poczuła, jak odpływa jej powietrze.

Kolana ugięły się pod nią same.

— Nie… — wyszeptała zdławionym głosem. — Nie… nie…

Rzuciła się na podłogę i drżącymi rękami dotknęła szyi Yasemin. Skóra była zimna.

Przeraźliwie zimna.

W tej samej chwili serce Hancer rozpadło się na kawałki.

— Siostro Yasemin! — krzyknęła tak głośno, że echo odbiło się od ścian domu. — Proszę… otwórz oczy… proszę…

Potrząsnęła jej ramieniem, jakby rozpaczliwie próbowała obudzić ją z koszmaru. Ale ciało pozostawało nieruchome.

Martwe.

Hancer cofnęła dłonie, patrząc na krew, która zabrudziła jej palce. Wstrząs odebrał jej siły. Łzy zaczęły spływać po jej twarzy jedna za drugą.

***

Kiedy Cihan przyjechał pod dom Yasemin, okolica była już pełna radiowozów. Migające światła policyjne odbijały się w oknach sąsiednich domów, a przed bramą zgromadzili się gapie, szepczący między sobą z przejęciem.

Ledwie wysiadł z samochodu, Hancer wybiegła mu naprzeciw.

Była blada jak ściana. Oczy miała zaczerwienione od płaczu, a całe ciało drżało tak mocno, jakby nie była w stanie ustać na nogach.

Wtuliła twarz w jego pierś i rozpłakała się jeszcze bardziej.

— Siostra Yasemin… — wydusiła przez łzy. — Nie zdążyłam… Cihanie, nie zdążyłam…

Cihan zamknął oczy.

Ból przeszył go gwałtownie, ale stłumił go natychmiast. Musiał być silny. Dla niej.

Objął Hancer mocniej i pogładził ją po włosach.

— Jestem tutaj — powiedział cicho, choć własny głos wydawał mu się obcy. — Opowiedz mi, co się stało.

Hancer próbowała nabrać powietrza, ale szloch ściskał jej gardło.

— Otworzyłam drzwi… a ona… ona leżała na ziemi… cała we krwi… — Jej głos załamał się całkowicie. — Gdybym przyszła wcześniej… może jeszcze by żyła…

— Nie mów tak — przerwał jej stanowczo, choć sam ledwo panował nad emocjami. — To nie twoja wina.

Ale Hancer już go nie słyszała.

W jej głowie wciąż tkwił obraz zimnego ciała Yasemin.

Jej nieruchomych dłoni.

Jej otwartych oczu.

Nagle przed domem zatrzymał się samochód Engina.

Mężczyzna wyskoczył z auta niemal w biegu. Rozpięty krawat zwisał luźno z szyi, a jego twarz była pełna panicznego strachu.

— Gdzie jest moja siostra?! — krzyknął jeszcze z daleka.

Spojrzał na zapłakaną Hancer i na twarz Cihana.

I już wiedział.

W jednej chwili cały kolor odpłynął z jego twarzy.

— Nie… — wyszeptał. — Nie…

Nie czekał na odpowiedź. Popchnął drzwi domu i wbiegł do środka.

W salonie panowała cisza tak ciężka, że aż bolała.

Na środku pomieszczenia leżało ciało przykryte białą płachtą. Spod materiału wystawały nieruchome dłonie Yasemin. Na drewnianej podłodze wciąż widniały ślady krwi.

Engin zatrzymał się gwałtownie. Jakby coś złamało się w nim na zawsze.

— Yasemin… — wydobyło się z jego ust ledwie słyszalnym szeptem.

Podszedł chwiejnie bliżej i osunął się na kolana obok ciała siostry.

— Nie… nie zostawiaj mnie… — rozpłakał się rozpaczliwie. — Proszę… siostro… otwórz oczy…

Jego krzyk rozdarł cały dom.

Nie był to zwykły płacz.

To był dźwięk człowieka, któremu właśnie odebrano część duszy.

Człowieka, który stracił ostatnią bliską osobę.

Jedyne rodzeństwo.

Engin pochylił się nad ciałem Yasemin, drżąc tak mocno, że ledwo łapał oddech. Łzy spadały na białą płachtę, gdy bezradnie chwytał jej zimną dłoń przez materiał.

Cihan wszedł do salonu chwilę później. Widząc rozpadającego się Engina, poczuł ścisk w sercu.

Powoli kucnął obok niego i objął go ramieniem.

Ale w takim momencie nie istniały żadne słowa.

Nie było pocieszenia, które mogłoby ukoić taki ból.

Była tylko rozpacz.

I cisza po człowieku, który już nigdy nie wróci.

***

Beyza stała przed dużym lustrem w swojej sypialni. Miękkie światło lamp odbijało się w srebrnej ramie, a ona kołysała się powoli z boku na bok, jak matka usypiająca niemowlę. Na jej twarzy malował się delikatny, niemal błogi uśmiech.

Obejmowała pustkę.

Układała ręce tak ostrożnie, jakby naprawdę trzymała w nich dziecko.

— To wszystko dla ciebie, moje maleństwo — wyszeptała czule, pochylając głowę, jakby mówiła prosto do małej istoty wtulonej w jej ramiona. — Wszystko, co zrobiłam… każdy krok… był po to, żebyś przyszedł na świat zdrowy i bezpieczny.

Przymknęła oczy, kołysząc się jeszcze wolniej.

— Już niedługo będziesz tutaj… ze mną. — Na jej ustach pojawił się drżący uśmiech. — A twój ojciec także będzie przy nas. Zobaczysz… stworzymy prawdziwą rodzinę. Szczęśliwą rodzinę.

Spojrzała w lustro, jakby widziała w nim przyszłość, o której marzyła obsesyjnie od miesięcy.

— On w końcu zrozumie, że należymy do siebie — dodała półgłosem. — Ty, ja i on… Już nikt nas nie rozdzieli.

Delikatnie pogładziła własne ramiona, udając, że uspokaja płaczące dziecko.

W tej samej chwili uchylone drzwi skrzypnęły cicho.

W progu zatrzymała się Gulsum.

Pokojówka patrzyła na Beyzę z rosnącym przerażeniem. Serce ścisnęło jej się ze strachu, gdy zobaczyła kobietę mówiącą do pustych ramion z takim przekonaniem, jakby naprawdę trzymała niemowlę.

Beyza niczego nie zauważyła. Wciąż uśmiechała się do własnego odbicia.

— Będę najlepszą matką na świecie — wyszeptała. — A twój tata będzie mnie kochał. Musi mnie pokochać…

Gulsum poczuła chłód przebiegający po plecach. Nigdy wcześniej nie widziała Beyzy w takim stanie. W jej oczach nie było już smutku ani rozpaczy.

Było coś znacznie gorszego.

Obłęd.

Pokojówka mimowolnie cofnęła się o krok i przyłożyła dłoń do ust.

— Ona całkiem oszalała… — mruknęła pod nosem drżącym głosem. — Przysięgam, ta kobieta skończy w domu dla obłąkanych…

Spojrzała jeszcze raz na Beyzę, która z czułością „całowała” niewidzialne dziecko.

— Oby tylko wcześniej nie wciągnęła mnie w swoje szaleństwo — dodała nerwowo Gulsum. — Bo przy niej każdy może skończyć w katastrofie…

***

Lekarka przesuwała chłodną głowicę po brzuchu Yoncy, w milczeniu obserwując obraz pojawiający się na monitorze. W gabinecie słychać było jedynie ciche buczenie aparatury i przyspieszony oddech kobiety.

Yonca nerwowo zacisnęła dłonie na prześcieradle.

— Co z dzieckiem? — zapytała drżącym głosem. — Wszystko jest dobrze, prawda?

Lekarka jeszcze przez chwilę wpatrywała się w ekran, po czym spojrzała na nią łagodnie.

— Nie widzę żadnych nieprawidłowości. Proszę się uspokoić. Dziecko jest całkowicie zdrowe.

Yonca zamknęła oczy i wypuściła z płuc powietrze, jakby dopiero teraz mogła naprawdę oddychać.

— Dzięki Bogu… — wyszeptała.

Po chwili jednak niepokój znów wrócił na jej twarz.

— To dlaczego tak bardzo bolało? Myślałam, że już rodzę… Bałam się, że coś się stało mojemu dziecku.

Lekarka odłożyła głowicę i wytarła żel z jej brzucha.

— W ostatnich miesiącach ciąży takie skurcze mogą się pojawiać — wyjaśniła spokojnie. — Zwłaszcza jeśli kobieta żyje w silnym stresie. Organizm reaguje szybciej, mocniej. Musi pani odpoczywać i unikać napięcia.

Na wspomnienie stresu Yonca odwróciła wzrok. W jej oczach natychmiast pojawił się cień strachu.

— Więc… naprawdę nie ma zagrożenia? — upewniła się cicho. — Moje dziecko jest bezpieczne?

Lekarka pokiwała głową i uśmiechnęła się uspokajająco.

— Tak. Na tę chwilę wszystko jest w porządku.

Yonca przyłożyła dłoń do brzucha i po raz pierwszy od wielu godzin na jej twarzy pojawił się szczery, pełen ulgi uśmiech.

***

Kilka minut później wyszła z gabinetu i ciężko usiadła obok Deryi na szpitalnym korytarzu. Jej twarz była blada, ale w oczach widać było ulgę.

Derya natychmiast pochyliła się ku niej.

— I co powiedziała lekarka?

Yonca delikatnie pogładziła brzuch.

— Ze mną i z dzieckiem wszystko dobrze… Dzięki Bogu nic mu nie jest.

Na twarzy Deryi pojawiło się wyraźne rozluźnienie.

— Widzisz? Mówiłam ci, że będzie dobrze.

Yonca jednak nie odwzajemniła uśmiechu. Opuściła wzrok.

— Nie, Deryo… Nic nie jest dobrze. — Jej głos zadrżał. — Mój mąż nadal mnie szuka. Jeśli mnie znajdzie… zabierze mi dziecko.

Derya ścisnęła jej dłoń.

— Posłuchaj mnie. Zachowaj spokój. Wsiądziesz w najbliższy autobus i wyjedziesz stąd jak najdalej. Jeśli się pospieszymy, zdążymy przed nim.

Yonca pokiwała głową, choć strach wciąż nie znikał z jej oczu.

— Nie mam już innego wyjścia — wyszeptała. — Muszę uciekać.

Próbowała wstać, ale Derya natychmiast ją zatrzymała.

— Nie ruszaj się. Ja zajmę się formalnościami. Ty odpocznij choć chwilę. Potem zamówimy taksówkę i pojedziemy na dworzec.

Yonca spojrzała na nią z wdzięcznością.

— Nie wiem, co bym bez ciebie zrobiła…

Derya uśmiechnęła się lekko i ruszyła w stronę rejestracji.

Yonca została sama. Objęła ramionami brzuch i oparła głowę o ścianę, próbując uspokoić oddech. Wtedy obok niej pojawił się mężczyzna, który wcześniej pomógł im dotrzeć do szpitala.

Spojrzała na niego z zaskoczeniem.

— Ty nadal tutaj jesteś?

Mężczyzna skinął głową.

— Chciałem upewnić się, że nic ci nie będzie.

Na twarzy Yoncy pojawił się cień wdzięczności.

— Tak źle się wtedy czułam, że nawet ci nie podziękowałam… Naprawdę uratowałeś mnie i moje dziecko.

Mężczyzna przez chwilę patrzył na nią w milczeniu. Potem rozchylił marynarkę.

Yonca zamarła. Za jego paskiem połyskiwał pistolet.

Serce momentalnie podeszło jej do gardła.

— Brat Nusret cię pozdrawia — powiedział spokojnym, chłodnym tonem.

Uśmiech zniknął z twarzy Yoncy.

— Nie… — wyszeptała, cofając się na krześle.

Mężczyzna mocno chwycił ją za ramię i zmusił do wstania.

— Pozwól, że zabiorę cię do niego.

Yonca pobladła.

— Proszę… błagam… — wydusiła drżącym głosem.

— Ani słowa. — Ścisnął jej ramię jeszcze mocniej. — Idź spokojnie obok mnie. Nie próbuj uciekać i nie rób nic głupiego.

Przyłożył dłoń do jej pleców, zmuszając ją do ruszenia z miejsca.

— Dalej.

Powyższy tekst stanowi autorskie streszczenie i interpretację wydarzeń z serialu Gelin. Inspiracją do jego stworzenia był film Gelin 103.Bölüm dostępny na oficjalnym kanale serialu w serwisie YouTube. W artykule zamieszczono również zrzuty ekranu pochodzące z tego odcinka, które zostały użyte wyłącznie w celach informacyjnych i ilustracyjnych. Wszystkie prawa do postaci, fabuły i materiału źródłowego należą do ich prawowitych właścicieli.

Podobne wpisy