Panna młoda odc. 177: Cihan potrąca młodą kobietę! Anonimowy wróg grozi Mukadder!

Hancer i Cihan stoją obok zaparkowanego auta. Cihan pochyla się.

„Panna młoda” Odc. 177 — streszczenie

Kontynuacja rozmowy Cihana i Hancer w samochodzie.

— Co się stało? — zapytał Cihan chłodno, nie odrywając od niej wzroku. — Twój mąż poskarżył się na mnie? To bardzo do niego podobne.

Hancer zacisnęła szczękę.

— Nie znasz Meliha. — Jej głos był spokojny, ale stanowczy. — Nie jest takim człowiekiem, Cihanie.

— Naprawdę?

Na jego twarzy pojawił się ironiczny uśmiech. Nagle przekręcił kluczyk w stacyjce. Silnik zamruczał cicho.

Hancer spojrzała na niego zaskoczona.

— Co robisz?

— Wybierzemy się na małą przejażdżkę.

Wrzucił bieg i ruszył.

— Skoro twierdzisz, że nie znam twojego męża, to dobrze. Opowiesz mi o nim.

***

Samochód szybko nabierał prędkości.

Budynki i drzewa za oknami zaczęły zlewać się w rozmazane smugi.

Hancer coraz mocniej zaciskała dłonie na kolanach.

— Zatrzymaj samochód, żebym mogła wysiąść.

Cihan nawet na nią nie spojrzał. Zamiast odpowiedzieć, mocniej nacisnął pedał gazu. Silnik zawył.

— Cihanie! — podniosła głos. — Powiedziałam, żebyś się zatrzymał!

— To ja decyduję, kiedy się zatrzymamy.

Jego głos był lodowaty.

— Powinnaś była pomyśleć o tym wcześniej, zanim wsiadłaś do mojego samochodu.

Przez chwilę panowała cisza.

— No dalej — odezwał się po chwili. — Masz mnóstwo czasu. Opowiadaj mi o swoim idealnym mężu.

Hancer odwróciła wzrok ku oknu.

— Dobrze. Powiem ci.

Spojrzała przed siebie.

— Melih jest jedną z najbardziej honorowych i dumnych osób, jakie znam.

— Naprawdę? — prychnął. — Z zewnątrz nie sprawia takiego wrażenia.

— Bo nie oceniasz ludzi sercem, tylko uprzedzeniami.

Cihan zacisnął dłonie na kierownicy.

— Mów dalej.

— Jest bezinteresowny. Potrafi troszczyć się o innych, nie oczekując niczego w zamian. Kocha życie i daje spokój każdemu, kto jest obok niego.

Mięśnie szczęki Cihana napięły się niebezpiecznie.

— Dalej.

— Jest dobrym człowiekiem.

— Doprawdy?

— Tak. I właśnie dlatego nie zasługuje na to, jak go traktujesz.

Cihan zaśmiał się krótko, bez śladu rozbawienia.

— Chcę wiedzieć, ile wart jest w twoich oczach ten drań.

Hancer spojrzała na niego.

— Nie jest taki jak ty.

Te słowa uderzyły go mocniej niż cokolwiek wcześniej.

— Melih jest skromny. Życzliwy. Nigdy nikogo nie poniża. Nigdy nie wykorzystuje swojej siły przeciwko innym.

— Oczywiście, że nie jest taki jak ja! — wybuchł.

Odwrócił głowę w jej stronę. W jego oczach płonęła wściekłość.

— To największy oszust i kłamca, jakiego znam! Ja nie mam takich cech!

— Robi dla mnie wszystko i nigdy nie żąda niczego w zamian.

— A ja?!

Tym razem niemal krzyknął.

— A ja, Hancer?!

Znów spojrzał na nią zamiast na drogę.

— Robiłem dla nas wszystko! Jak możesz tego nie widzieć?!

— Cihanie…

W oczach Hancer pojawił się strach.

— Patrz na drogę!

— Jak możesz…

— Cihanie, uważaj!

Jej krzyk przeciął powietrze.

Mężczyzna gwałtownie odwrócił głowę.

Tuż przed maską samochodu pojawiła się sylwetka kobiety.

Wszystko wydarzyło się w jednej chwili.

Pisk opon.

Szarpnięcie kierownicą.

Wciśnięty do oporu hamulec.

I głuchy odgłos uderzenia.

***

Zapadła martwa cisza.

Cihan siedział nieruchomo, wpatrując się przed siebie.

Serce waliło mu jak oszalałe.

Obok niego Hancer pobladła.

— Boże…

Jej głos zadrżał.

— Uderzyliśmy kogoś.

Nie czekając ani chwili, odpięła pas i wybiegła z samochodu.

Cihan ruszył za nią.

Kilka metrów przed autem, na zimnym asfalcie, leżała młoda kobieta. Miała długie, falujące kasztanowe włosy rozsypane wokół głowy niczym ciemny wachlarz. Ubrana była w oliwkowy, dwurzędowy płaszcz przewiązany w talii oraz długą, szaroniebieską spódnicę sięgającą kostek. Szyję otulał gruby wełniany szalik w odcieniach bordo, beżu i kremowej bieli. Obok niej leżała czarna torebka, która najwyraźniej wypadła jej z ręki podczas upadku.

Kobieta nie poruszała się.

Hancer zakryła usta dłonią.

— Nie…

Cihan poczuł, jak nogi stają się dziwnie miękkie.

Kucnął przy nieznajomej. Drżącą dłonią dotknął jej ramienia.

— Proszę pani…

Delikatnie odwrócił ją na plecy.

Wtedy kobieta lekko poruszyła głową.

Hancer gwałtownie wypuściła powietrze.

— Żyje!

Na bladym policzku nieznajomej widniało krwawe otarcie. Powieki zadrżały.

Kobieta z wysiłkiem otworzyła oczy. Jej spojrzenie było zamglone i nieobecne. Przez chwilę patrzyła na nich, jakby próbowała zrozumieć, co się wydarzyło. Potem uniosła lekko rękę.

Drżała tak mocno, że ledwie mogła nią poruszyć.

— P… pomóżcie mi… — wyszeptała.

Jej głos był niemal niesłyszalny.

— Proszę…

Hancer natychmiast uklękła obok niej.

— Nic nie mów. Karetka już jedzie. Wszystko będzie dobrze.

Kobieta spojrzała na nią jeszcze raz. Jej powieki powoli opadły. Uniesiona dłoń bezwładnie osunęła się na asfalt.

— Nie! — zawołała Hancer.

Ale nieznajoma już nie odpowiadała.

Straciła przytomność.

Cihan zamarł nad nią, czując, jak zimny strach rozlewa się po całym jego ciele.

Po raz pierwszy od bardzo dawna nie wiedział, co zrobić.

Hancer i Cihan stoją obok zaparkowanego auta. Cihan pochyla się.

***

Beyza gorączkowo przeszukiwała swój pokój.

Szuflady były wysunięte, wieczka pudełek pootwierane, a zawartość szkatułek porozrzucana po blacie toaletki. Stojąc przed dużym lustrem, raz po raz zaglądała do kolejnych schowków, jakby za chwilę miała odnaleźć to, czego szukała.

Jej dłonie drżały.

Otworzyła niewielkie czerwone pudełeczko, potem następne. Przesunęła wzrokiem po biżuterii rozłożonej na marmurowym blacie.

Nic.

Bransoletki nigdzie nie było.

— Nie… — wyszeptała. — Nie ma jej.

Ciężko opadła na krzesło.

Strach, który wcześniej tylko tlił się gdzieś w środku, teraz zaczął zaciskać się wokół jej serca niczym żelazna obręcz.

— To niemożliwe…

W tym momencie do pokoju weszła Gülsüm, niosąc srebrną tacę z filiżanką kawy. Zatrzymała się w drzwiach, widząc panujący wokół bałagan.

— Pani Beyzo?

Beyza gwałtownie podniosła głowę.

— Widziałaś moją bransoletkę?

Pokojówka zmarszczyła czoło.

— Jaką bransoletkę?

— Diamentową. Miałam cały komplet. Bransoletkę i naszyjnik.

Nerwowo wskazała dłonią na otwarte szkatułki.

— Nie mogę znaleźć ani jednego, ani drugiego.

Gülsüm zastygła na moment.

Natychmiast przypomniała sobie naszyjnik, który kilka tygodni wcześniej znalazła pod pufą w pokoju Beyzy. Początkowo zamierzała go odłożyć na miejsce, ale później zmieniła zdanie. Beyza posiadała tyle kosztownej biżuterii, że prawdopodobnie nawet nie zauważyłaby braku jednej ozdoby.

Dlatego schowała go.

I nikomu o tym nie powiedziała.

Teraz jednak nie zdradziła najmniejszym gestem swoich myśli. Postawiła tacę na komodzie i odpowiedziała spokojnym tonem:

— Jeśli zginęły obie rzeczy, to pewnie nie ma powodów do paniki.

Beyza spojrzała na nią niecierpliwie.

— Jak to nie ma powodów do paniki?

— Musiałaś mieć je na sobie któregoś dnia, a później gdzieś odłożyć. — Gülsüm wzruszyła lekko ramionami. — W końcu trudno uwierzyć, żebyś zgubiła jednocześnie i bransoletkę, i naszyjnik.

Słowa pokojówki sprawiły, że Beyza zamarła. Przez chwilę rozważała tę możliwość.

Potem powoli skinęła głową.

— Rzeczywiście…

Jej oddech nieco się uspokoił.

— To ma sens.

Ponownie spojrzała na rozsypaną biżuterię.

— Jak mogłabym zgubić obie rzeczy naraz?

Strach, który jeszcze przed chwilą niemal ją paraliżował, zaczął ustępować miejsca rozsądkowi.

A przynajmniej tak jej się wydawało.

— Jutro dokładnie sprawdź wszystkie moje torby, szafki i szuflady — poleciła. — Muszą się gdzieś znaleźć.

— Oczywiście, pani Beyzo.

Beyza sięgnęła po filiżankę. Jej palce wciąż były lekko napięte, ale nie drżały już tak bardzo jak wcześniej.

Gülsüm skinęła głową i skierowała się ku drzwiom.

— Jeśli coś znajdę, od razu dam pani znać.

— Dobrze.

Pokojówka wyszła, zamykając za sobą drzwi. W pokoju ponownie zapadła cisza.

Beyza upiła łyk kawy i podeszła do lustra. Przez chwilę przyglądała się swojemu odbiciu. Potem powoli wypuściła powietrze z płuc.

— Oczywiście, że nie mogłam zgubić jednocześnie bransoletki i naszyjnika — powiedziała do siebie, próbując odzyskać panowanie nad emocjami.

Postawiła filiżankę na blacie.

— Ta przeklęta Hancer doprowadza mnie do obłędu.

Jej twarz stwardniała.

— Przez nią nie potrafię już myśleć logicznie.

Przypomniała sobie ostatnie wydarzenia, rozmowy, spojrzenia, ciągłe komplikacje, które zdawały się pojawiać wszędzie tam, gdzie pojawiała się Hancer.

W oczach Beyzy błysnęła niechęć.

— Jest jak trucizna. Gdzie się nie obejrzę, tam ona.

Zacisnęła dłonie.

— Ale najpierw muszę pozbyć się problemu z Yasemin.

Na jej ustach pojawił się chłodny, niepokojący uśmiech.

— A kiedy to się skończy…

Jej spojrzenie stwardniało jeszcze bardziej.

— Wtedy zajmę się Hancer. Raz na zawsze.

***

Cemil wygodnie usiadł na kanapie i założył nogę na nogę. W niewielkim, przytulnym salonie panował spokój. Przez jasne zasłony wpadało miękkie światło dnia, odbijając się od pastelowych ścian i kwiecistych firan. Na stoliku przed nim leżała poranna gazeta, po którą odruchowo sięgnął.

W tej samej chwili do pokoju weszła Derya. W dłoniach ostrożnie niosła szklaneczkę gorącej herbaty, z której unosiła się cienka smużka pary.

— Mój mężu, przyniosłam ci świeżo zaparzoną herbatę — powiedziała z ciepłym uśmiechem i postawiła szklankę na stoliku.

Cemil odwzajemnił uśmiech.

— Dziękuję, kochanie.

Spojrzał na nią ponad gazetą.

— A gdzie jest Yonca?

Uśmiech Deryi natychmiast przygasł.

— W swoim pokoju. Od rana nie może dojść do siebie. Tęskni za dzieckiem. Płacze bez przerwy, jakby padał ulewny deszcz.

Cemil ciężko westchnął.

— Och, biedna dziewczyna… — Pokręcił głową ze współczuciem. — Żadne słowa nie są w stanie ukoić takiego bólu.

Rozłożył gazetę, chcąc odwrócić myśli od smutnych rozważań. Jednak już po sekundzie jego brwi uniosły się wysoko.

Zamarł.

Powoli odsunął gazetę od twarzy i przyjrzał jej się dokładniej.

Przez środek stron ciągnęły się dziesiątki dziwnych otworów. Ktoś bardzo starannie wyciął z niej litery, pozostawiając po sobie kwadratowe i prostokątne okienka.

Cemil zamrugał kilka razy.

— Deryo…

Jego głos zabrzmiał tak poważnie, że kobieta od razu spojrzała w jego stronę.

— Co się stało?

— Czy możesz mi wyjaśnić, dlaczego moja gazeta wygląda tak, jakby przeżyła atak szarańczy?

Derya spojrzała na gazetę i wzruszyła ramionami z niewinną miną.

— Cóż… jestem prawie pewna, że to sprawka myszy.

Cemil powoli opuścił gazetę.

— Myszy?

— Tak.

— Takich myszy, które wygryzają idealne prostokąty i kwadraty?

Derya odchrząknęła.

— Może były wyjątkowo utalentowane.

Cemil spojrzał na nią z niedowierzaniem.

— Deryo, w ciągu swojego życia widziałem wiele rzeczy, ale jeszcze nigdy nie spotkałem gryzonia, który znałby alfabet.

Kobieta ledwie powstrzymała uśmiech.

— Nigdy nie wiadomo. Świat ciągle nas zaskakuje.

— Nie, nie, nie. — Pokręcił głową. — To na pewno sprawka Emira.

Wskazał gazetę.

— Jestem gotów założyć się o cały czajnik herbaty, że wycinał z niej litery do jakiejś tajnej wiadomości.

Derya odwróciła wzrok, starając się ukryć rozbawienie.

— Możliwe.

— Możliwe? — powtórzył podejrzliwie. — Widzę po twojej minie, że wiesz o tym więcej, niż chcesz przyznać.

— Ja? Skądże.

Cemil zmrużył oczy, ale po chwili machnął ręką.

— Nieważne. Zresztą i tak nic mądrego już w tych gazetach nie piszą.

Starannie złożył zniszczony egzemplarz i odłożył go na stolik.

— Przynajmniej herbaty nikt jeszcze nie pociął na kawałki.

Sięgnął po szklankę z bursztynowym naparem i upił łyk, delektując się smakiem.

***

Mukadder leżała na szerokim łóżku przykrytym ciemnozieloną narzutą. Po pełnym emocji spotkaniu w firmie pozwoliła sobie na chwilę odpoczynku i nawet nie zauważyła, kiedy zapadła w krótki sen. W przestronnej sypialni panowała cisza, przerywana jedynie tykaniem zegara.

Drzwi uchyliły się bezszelestnie i do środka weszła Fadime. W jednej dłoni trzymała opakowanie lekarstw, w drugiej szklankę.

— Pani Mukadder… — odezwała się ostrożnie, nie chcąc jej przestraszyć.

Mukadder poruszyła się niespokojnie, po czym otworzyła oczy.

— Zasnęłam… — mruknęła, unosząc się lekko na poduszce. Przeciągnęła się i zmęczonym ruchem poprawiła włosy.

— Zmęczyłaś się dziś w firmie. Ale pora na lekarstwo, dlatego musiałam cię obudzić.

Pokojówka nalała wody z dzbanka stojącego na stoliku nocnym i podała jej tabletkę. Mukadder połknęła ją bez słowa, po czym popiła kilkoma łykami wody.

Fadime przyjrzała jej się z życzliwym uśmiechem.

— Z dnia na dzień wyglądasz coraz lepiej. Jeśli Bóg pozwoli, ręka wkrótce całkowicie odzyska sprawność.

Na twarzy Mukadder pojawił się cień zadowolenia.

— Obyś miała rację.

Oddała pustą szklankę i właśnie chciała znów oprzeć głowę o poduszkę, gdy jej wzrok zatrzymał się na dużym kartonie stojącym przy toaletce.

Zmarszczyła brwi.

— Co to jest?

Fadime odwróciła się w stronę pudła.

— Przyszło dziś do ciebie.

— Do mnie?

— Tak.

— Kto to przysłał?

Pokojówka bezradnie wzruszyła ramionami.

— Nie wiem. Na paczce nie było nadawcy.

Mukadder od razu się wyprostowała.

— Podaj mi to.

Fadime przyniosła karton i postawiła go na łóżku.

— Otwórz. Zobaczmy, co kryje się w środku.

Pokojówka rozcięła taśmę i rozchyliła klapy pudełka.

Obie zajrzały do środka.

W kartonie znajdował się duży, czarny plecak. Wyglądał na nowy — materiał był nieskazitelnie czysty, a metalowe zamki błyskawiczne lśniły w świetle lampy. Plecak miał kilka pojemnych kieszeni i sprawiał wrażenie solidnego, ale poza tym nie było w nim nic szczególnego.

Fadime wyjęła go z pudełka.

— To wszystko?

— Poczekaj.

Pokojówka zajrzała jeszcze raz do środka. Na samym dnie leżała złożona na pół kartka papieru.

— Jest jeszcze to.

Podała ją Mukadder.

Kobieta rozłożyła kartkę. Już po pierwszym spojrzeniu poczuła nieprzyjemny ucisk w żołądku.

Wiadomość została ułożona z liter wyciętych z gazet i magazynów. Każda litera pochodziła z innego nagłówka, przez co tekst wyglądał jak anonimowy list od szantażysty.

Mukadder przeczytała go raz.

Potem drugi.

Krew odpłynęła jej z twarzy.

„Wkrótce poniesiesz cenę za swoje grzechy. Przygotuj ten plecak. Twój dzień rozliczenia jest już blisko.”

Przez krótką chwilę nie mogła złapać oddechu.

W jej głowie natychmiast pojawiły się dziesiątki pytań.

Kto to wysłał?

Skąd wie?

O czym dokładnie wie?

Z wysiłkiem opanowała jednak emocje. Nie mogła pozwolić, by Fadime zauważyła jej strach.

Szybko złożyła kartkę i schowała ją do dłoni.

— Jak wyglądała osoba, która dostarczyła paczkę? — zapytała pozornie obojętnym tonem.

— Kurier przyjechał na motocyklu. Niczym się nie wyróżniał. Po prostu wręczył paczkę i odjechał.

— Nic więcej nie powiedział?

— Nie.

— Nie kazał podpisać odbioru?

— Nie.

Mukadder zacisnęła szczęki.

— I ty też o nic nie zapytałaś?

W jej głosie pojawiła się nuta irytacji.

— Brawo, Fadime. Naprawdę brawo.

Pokojówka speszyła się natychmiast.

— Powiedział tylko, że przesyłka jest dla ciebie. Nie przyszło mi do głowy, żeby go wypytywać.

Mukadder odwróciła wzrok.

— Oczywiście, że nie przyszło.

Przez chwilę w pokoju panowała niezręczna cisza. W końcu kobieta machnęła ręką.

— Dobrze. Wróć do swoich obowiązków.

— Tak jest.

Fadime skinęła głową i opuściła sypialnię, zamykając za sobą drzwi.

Gdy została sama, Mukadder natychmiast ponownie rozłożyła kartkę. Jej spojrzenie zatrzymało się na posklejanych literach.

Serce zaczęło bić szybciej.

Powoli przeniosła wzrok na czarny plecak stojący obok.

Nie wyglądał już jak zwykły prezent.

Wyglądał jak ostrzeżenie.

Mukadder zmrużyła oczy.

Ktoś znał jej sekrety.

A co gorsza — najwyraźniej zamierzał wykorzystać je przeciwko niej.

Fadime wręcza siedzącej na łóżku Mukadder kartkę. Obok Mukadder znajduje się otwarty karton, a na nim czarny plecak.

***

Cihan nie potrafił usiedzieć w miejscu.

Od kilku minut przemierzał tam i z powrotem szeroki, jasny korytarz szpitalnego oddziału ratunkowego. Co kilka kroków zatrzymywał się przed rozsuwanymi drzwiami sali zabiegowej, po czym znów zawracał. Na jego twarzy malowało się napięcie, którego nie potrafił ukryć nawet pod zwyczajową maską opanowania.

Hancer siedziała na jednym z czarnych krzeseł ustawionych przy ścianie. Dłonie miała splecione na kolanach, a wzrok utkwiony w podłodze. Choć próbowała zachować spokój, wciąż wracał do niej obraz młodej kobiety leżącej na jezdni.

Nad drzwiami sali ratunkowej widniał czerwony napis „Oddział Ratunkowy”, a zza zamkniętych drzwi dochodziły przytłumione głosy personelu medycznego i odgłosy przesuwanych noszy.

Nagle na korytarzu pojawił się policjant w granatowym mundurze. Rozejrzał się uważnie, po czym skierował kroki w stronę Cihana.

— Czy to pan przywiózł tutaj młodą kobietę potrąconą dziś po południu? — zapytał rzeczowym tonem.

Cihan zatrzymał się.

— Tak. To ja.

— W takim razie poproszę dowód osobisty.

Bez słowa wyjął dokument z portfela i podał go funkcjonariuszowi. Policjant zanotował dane na formularzu, po czym podniósł wzrok.

— Proszę dokładnie opowiedzieć, jak doszło do wypadku.

Cihan westchnął ciężko.

— Jechałem drogą, kiedy nagle wybiegła przede mnie. Pojawiła się dosłownie znikąd. Wyglądała, jakby przed kimś uciekała albo była śmiertelnie przerażona. Nie miałem czasu na reakcję.

Na moment zacisnął szczęki.

— Kiedy do niej podbiegliśmy, była jeszcze przytomna. Powiedziała tylko, że potrzebuje pomocy. Potem straciła przytomność, więc natychmiast przywieźliśmy ją do szpitala.

Hancer podniosła się z miejsca i podeszła bliżej.

— To prawda, proszę pana. Wszystko wydarzyło się bardzo szybko. Dziewczyna wyglądała na przerażoną.

Policjant zanotował kolejne informacje.

— Porozmawiamy z nią, gdy lekarze wyrażą zgodę. Musimy ustalić, co dokładnie się wydarzyło.

Schował notatnik.

— Do czasu zakończenia czynności proszę pozostać do dyspozycji. Dopóki nie będziemy mieć pewności, że jej życiu nie zagraża niebezpieczeństwo, nikt związany z tym zdarzeniem nie powinien opuszczać szpitala.

— Nie ma problemu — odpowiedział Cihan. — Nigdzie się nie wybieramy.

Funkcjonariusz skinął głową i odszedł. Zapadła kolejna pełna napięcia cisza.

***

Po kilku minutach rozsuwane drzwi sali ratunkowej otworzyły się i wyszedł z nich lekarz w białym fartuchu.

Cihan natychmiast ruszył w jego stronę.

— Doktorze, co z nią?

Lekarz spojrzał na nich ze zmęczeniem.

— Miała dużo szczęścia. Naprawdę bardzo dużo. W pierwszej chwili obawialiśmy się poważnych obrażeń wewnętrznych i złamania ręki, ale badania nie potwierdziły tych przypuszczeń.

Hancer odetchnęła z ulgą.

— Więc nic jej nie będzie?

— Na razie wszystko wskazuje na to, że nie. Ma liczne stłuczenia, jest wyczerpana i przeżyła silny wstrząs. Zostawimy ją jednak na noc pod obserwacją. Przy takich urazach zawsze istnieje ryzyko późniejszych komplikacji.

— Czy możemy się z nią zobaczyć? — zapytała Hancer.

— Za jakiś czas zostanie przeniesiona na zwykłą salę. Gdy tylko będzie gotowa na odwiedziny, pielęgniarka poinformuje państwa.

— Dziękujemy, doktorze.

Lekarz skinął głową i odszedł w głąb korytarza.

Cihan i Hancer wymienili spojrzenia. Po raz pierwszy od wypadku oboje poczuli lekką ulgę.

Z sali wyszła młoda pielęgniarka ubrana w bordowy uniform. Cihan od razu ją zatrzymał.

— Siostro, lekarz powiedział nam, że pacjentka zostanie tutaj na noc. Czy udało się skontaktować z jej rodziną?

Pielęgniarka pokręciła głową.

— Pytałam ją o numer telefonu do bliskich, ale twierdzi, że nie ma nikogo, kogo moglibyśmy powiadomić.

— Nikogo? — zdziwiła się Hancer.

— Tak powiedziała.

Przez chwilę na twarzy Hancer pojawił się smutek.

— A możemy już z nią porozmawiać?

— Oczywiście. Została właśnie przeniesiona do zwykłej sali. Proszę iść korytarzem do końca, a potem skręcić w prawo.

— Dziękujemy.

Pielęgniarka odeszła.

Hancer poprawiła pasek czarnej torebki przewieszonej przez ramię i spojrzała na Cihana.

— Chcę z nią porozmawiać. Może dowiemy się, dlaczego była sama i przed kim uciekała.

Cihan przez chwilę milczał, patrząc na zamknięte drzwi oddziału.

— Idź. Ja zaczekam tutaj.

Hancer skinęła głową i ruszyła w głąb korytarza, podczas gdy Cihan pozostał pod ścianą, z rękami skrzyżowanymi na piersi. Mimo uspokajających słów lekarza nie potrafił pozbyć się niepokojącego przeczucia, że potrącona dziewczyna nie znalazła się na ich drodze przez przypadek.

***

Hancer ostrożnie weszła do sali. W pomieszczeniu panował spokój, przerywany jedynie cichym szumem szpitalnej aparatury. Dziewczyna leżała na łóżku pod granatowym kocem. Na jej policzku widniały świeże zadrapania, a zmęczone oczy zdradzały, że przeżyła coś znacznie gorszego niż sam wypadek.

Hancer zatrzymała się przy łóżku i posłała jej łagodny uśmiech.

— Życzę ci szybkiego powrotu do zdrowia.

Poszkodowana podniosła wzrok. Jej spojrzenie natychmiast zatrzymało się na torebce wiszącej na ramieniu Hancer.

— Moja torebka… — wyszeptała.

Nagle poderwała się na łokciu. Drżącą dłonią sięgnęła po nią i niemal wyrwała ją Hancer. Przycisnęła torebkę do piersi z taką siłą, jakby znajdowało się w niej całe jej życie.

Hancer zauważyła ten gest i lekko zmarszczyła brwi.

— Spokojnie. Upadła na ziemię podczas wypadku. Zabrałam ją tylko po to, żeby nikt jej nie ukradł. Nie zaglądałam do środka.

Dziewczyna odetchnęła z wyraźną ulgą.

— Dziękuję…

— To my powinniśmy cię przeprosić — odparła Hancer, siadając na krześle obok łóżka. — Przypadkowo cię potrąciliśmy. Mam nadzieję, że nic poważnego ci się nie stało?

Nieznajoma spuściła wzrok.

— Przepraszam. Narobiłam wam tylko problemów.

— Nie mów tak. — Hancer pokręciła głową. — Nie moglibyśmy sobie wybaczyć, gdyby stała ci się krzywda.

Dziewczyna milczała przez chwilę, nerwowo przesuwając palcami po pasku torebki.

Wtedy rozległo się pukanie.

Drzwi uchyliły się i do środka wszedł Cihan.

Przez moment zatrzymał się w progu, dając pacjentce czas, by oswoiła się z jego obecnością.

— Mogę wejść? — zapytał spokojnie.

Dziewczyna spojrzała na niego nieufnie.

— Kim pan jest?

— To ja kierowałem samochodem, który cię potrącił — odpowiedział, podchodząc bliżej. — Później ja i Hancer zawieźliśmy cię do szpitala.

Stanął obok łóżka i przez chwilę przyglądał się jej uważnie.

— Czy jest ktoś, kogo powinniśmy powiadomić? Rodzina? Przyjaciele? Wystarczy, że podasz adres albo numer telefonu. Przyjadę po nich osobiście.

Na twarzy dziewczyny pojawił się niepokój.

— Nie trzeba.

— Jesteś pewna?

— Tak. Naprawdę nic mi nie jest.

Odpowiedziała zbyt szybko. Cihan i Hancer wymienili krótkie spojrzenia. Oboje zauważyli ten sam lęk w jej oczach.

— Policjant powiedział nam, że wspomniałaś o jakichś mężczyznach — odezwał się ostrożnie Cihan. — O ludziach, przed którymi uciekałaś w parku.

Dziewczyna zesztywniała.

— Nic ci nie zrobili? — dopytywał łagodnie. — Nie musisz się bać. Jeśli potrzebujesz pomocy, pomożemy ci. 

Hancer skinęła głową.

— Znam tę okolicę. Nie jest tam bezpiecznie. Co robiłaś sama w takim miejscu?

Dziewczyna spuściła wzrok. Jej palce jeszcze mocniej zacisnęły się na torebce. Przez dłuższą chwilę w sali panowała cisza.

— Ja… — zaczęła niepewnie.

Przełknęła ślinę.

— Mieszkam tam.

— W parku? — zdziwiła się Hancer.

Dziewczyna powoli skinęła głową.

— Od trzech dni.

Słowa zawisły w powietrzu.

Hancer patrzyła na nią z niedowierzaniem. Cihan również zamilkł. Na jego twarzy pojawiło się szczere zdumienie.

Jeszcze przed chwilą sądzili, że mają przed sobą zwykłą ofiarę wypadku.

Teraz zaczynali rozumieć, że historia tej młodej kobiety jest znacznie bardziej skomplikowana, niż mogło się wydawać.

Cihan i Hancer stoją przy łóżku pacjentki.

***

Yonca i Derya siedziały blisko siebie na różowej kanapie w salonie. Przez wysokie okna wpadało jasne, popołudniowe światło, ale żadna z nich nie zwracała na nie uwagi. Obie były skupione na planie, który miał przynieść im ogromne korzyści. 

Na twarzy Deryi błąkał się zadowolony uśmiech.

— Mukadder na pewno przeczytała już wiadomość — stwierdziła z satysfakcją. Sięgnęła po telefon komórkowy leżący obok niej. — Czas odpalić prawdziwą bombę.

Yonca natychmiast spoważniała.

— Zaczekaj! — powiedziała nerwowo. — Jeśli zadzwonisz ze swojego telefonu, od razu domyślą się, że to ty.

Derya wybuchnęła śmiechem.

— Kochanie, naprawdę masz mnie za amatorkę?

Unosząc brew, spojrzała na nią z rozbawieniem.

— Myślisz, że pierwszy raz robię coś takiego? Dziewczyno, mam w tym znacznie większe doświadczenie, niż ci się wydaje.

Yonca pokręciła głową, wciąż niespokojna.

— Mimo wszystko uważaj.

— Spokojnie. Niczego nie udowodnią.

Derya wyciągnęła spod bluzki niewielką chustkę i owinęła nią telefon.

— A teraz zobaczysz, jaka jestem sprytna.

— Po co ci to?

— Żeby zmienić głos.

Puściła do Yoncy oko. Ta nie odpowiedziała. Obserwowała ją z mieszaniną podziwu i niepokoju.

Derya wybrała numer rezydencji Develioglu i przyłożyła telefon owinięty chustką do ust.

Po kilku sygnałach połączenie zostało odebrane.

— Rezydencja Develioglu, słucham? – z drugiej strony dobiegł głos Gulsum.

Derya natychmiast zmieniła ton głosu na niższy i bardziej nosowy.

— Dzień dobry. Czy mogłabym rozmawiać z panią Mukadder?

— Kto mówi?

Derya rzuciła Yoncy triumfalne spojrzenie.

— Dzwonię ze sklepu. Wysłałam dziś pani Mukadder zamówiony plecak i chciałam upewnić się, że przesyłka dotarła.

Gulsum nie wyczuła niczego podejrzanego.

— Rozumiem.

— To ważne. Potrzebuję potwierdzenia odbioru.

— Dobrze, proszę chwilę zaczekać.

Derya odsunęła telefon od ust i z szerokim uśmiechem spojrzała na Yoncę. W jej oczach błysnęła determinacja.

— Mukadder przez lata niszczyła życie innym. Teraz sama poczuje, jak smakuje strach.

Obie zamilkły, czekając, aż po drugiej stronie słuchawki odezwie się pani Develioglu. W salonie zapadła napięta cisza, przerywana jedynie cichym szumem połączenia.

***

Mukadder stała pośrodku sypialni, opierając dłonie o siebie tak mocno, że pobielały jej knykcie. Dopiero niedawno odzyskała siły, by samodzielnie chodzić, lecz teraz nie myślała o swoim zdrowiu. Jej wzrok raz po raz zatrzymywał się na czarnym plecaku stojącym obok toaletki, tuż przy wózku inwalidzkim.

Przedmiot wydawał się zwyczajny, ale dla niej był niczym groźba, która materializowała się na jej oczach.

— Jakbym miała mało problemów… — mruknęła przez zaciśnięte zęby. — Teraz jeszcze to.

Zmarszczyła brwi i spojrzała na plecak z rosnącą niechęcią.

— Kto go przysłał? Co kombinuje? Czego ode mnie chce?

Nerwowo zaczęła spacerować po pokoju. W głowie wciąż brzmiały słowa anonimowego listu.

Nagle rozległo się pukanie.

— Wejść! — rzuciła ostro.

Drzwi uchyliły się i do środka weszła Gulsum. W dłoni trzymała bezprzewodową słuchawkę telefonu.

— Pani Mukadder… telefon do pani.

Mukadder odwróciła się gwałtownie.

— Do mnie?

— Tak.

Pokojówka podeszła bliżej i wyciągnęła słuchawkę.

— Kto dzwoni?

Gulsum zawahała się.

— Powiedział tylko, że jest nadawcą plecaka. Dodał, że pani będzie wiedziała, o kogo chodzi.

Serce Mukadder zabiło mocniej. Przez krótką chwilę patrzyła nieruchomo na słuchawkę, jakby była jadowitym wężem.

— Dobrze — powiedziała w końcu chłodno, odbierając telefon. — Możesz wrócić do swoich obowiązków.

— Oczywiście.

Gulsum wyszła i zamknęła za sobą drzwi. Mukadder odczekała, aż kroki pokojówki ucichną na korytarzu, po czym przyłożyła słuchawkę do ucha.

— Kim jesteś? — zapytała bez żadnych uprzejmości.

Po drugiej stronie zapadła krótka cisza. Potem odezwał się zniekształcony, trudny do rozpoznania głos.

— Czy policzyłaś już swoje grzechy?

Mukadder zesztywniała.

— Co?

— Zważyłaś je? Wyliczyłaś ich wartość? — ciągnął rozmówca spokojnym, niemal szyderczym tonem. — A może ten plecak okazał się za mały? Jeśli nie mieścisz w nim ciężaru swoich win, mogę wysłać ci większą torbę.

Mukadder zacisnęła palce na słuchawce.

— Czy ty jesteś szalona? — syknęła. — Nie mam pojęcia, o czym mówisz. Znajdź sobie inne zajęcie i przestań mnie niepokoić.

Jej głos stawał się coraz ostrzejszy.

— Wygląda na to, że nie wiesz, z kim rozmawiasz!

Po drugiej stronie rozległ się cichy śmiech.

— Nie. To właśnie ja doskonale wiem, z kim rozmawiam.

Mukadder zamarła.

— Za to ty nie masz pojęcia, kim jestem.

Głos stał się jeszcze bardziej lodowaty.

— Ale nie martw się. Bardzo szybko się dowiesz.

Mukadder otworzyła usta, chcąc odpowiedzieć, lecz w tej samej chwili połączenie zostało przerwane.

— Halo?

Spojrzała na słuchawkę.

— Halo?!

W odpowiedzi usłyszała jedynie jednostajny, głuchy sygnał. Jej twarz poczerwieniała ze złości.

— Co za bezczelna osoba! — wybuchnęła.

Opuściła rękę i z furią odłożyła słuchawkę na stolik. Przez chwilę ciężko oddychała, patrząc na plecak stojący pod ścianą. Tym razem nie widziała już zwykłego przedmiotu.

Widziała ostrzeżenie.

A może początek czegoś znacznie gorszego.

***

Cihan i Hancer siedzieli na drewnianej ławce przed szpitalem. Nad wejściem widniał czerwony napis „Hastane”, a przez rozsuwane drzwi co chwilę przechodzili pacjenci, pielęgniarki i odwiedzający. Mimo ruchu wokół nich oboje byli pogrążeni we własnych myślach.

Cihan siedział pochylony, opierając przedramiona na kolanach. Jego twarz pozostawała poważna i zamyślona. Hancer, otulona ciemnym płaszczem, wpatrywała się w brukowany plac przed budynkiem.

— Powiedziała, że od trzech dni mieszka w parku — odezwał się w końcu Cihan. W jego głosie pobrzmiewało niedowierzanie. — Trzy dni pośród bezdomnych, złodziei i ludzi, którzy tylko czekają na okazję, żeby kogoś skrzywdzić.

Hancer westchnęła ciężko.

— Dzięki Bogu nic złego jej się nie stało. To przecież jeszcze bardzo młoda dziewczyna. — Pokręciła głową. — Nie mogę przestać się zastanawiać, dlaczego znalazła się sama na ulicy. Może uciekła z domu? Może pokłóciła się z rodziną?

— To możliwe.

— Jeśli tak, jej bliscy pewnie teraz odchodzą od zmysłów. Wyobrażam sobie matkę, która od trzech dni nie wie, gdzie jest jej córka…

Cihan spojrzał przed siebie.

— Policja ma już jej dane. Jeśli ktoś jej szuka, wkrótce zostanie powiadomiony.

— Mam nadzieję.

Na chwilę zapadła cisza. Hancer zacisnęła dłonie w kieszeniach płaszcza.

— Ale tej nocy i tak zostanie sama. W obcym miejscu, bez rodziny, bez przyjaciół… Nie potrafię przestać o tym myśleć.

Cihan odwrócił się w jej stronę.

— Nie martw się tym.

— Jak mam się nie martwić?

— Ponieważ od chwili, gdy znalazła się pod kołami mojego samochodu, stała się moją odpowiedzialnością. — Jego głos zabrzmiał stanowczo. — Nie opuszczę tego miejsca, dopóki nie będę miał pewności, że jest bezpieczna.

Hancer spojrzała na niego z uznaniem, ale nic nie odpowiedziała.

Siedziała twarzą zwróconą ku wejściu do szpitala, dlatego pierwsza zauważyła znajomą sylwetkę.

Jej oczy nagle się rozszerzyły.

— Cihanie…

— Co się stało?

— Spójrz.

Wskazała ręką w stronę drzwi. Mężczyzna odwrócił głowę.

Z budynku wychodziła właśnie młoda pacjentka. Szła powoli, niepewnie, jakby każdy krok sprawiał jej wysiłek. Była blada, a jej ciało chwiało się lekko na boki.

— Dokąd ona idzie? — zapytała z niedowierzaniem Hancer, natychmiast podnosząc się z ławki.

Cihan również zerwał się na nogi. Oboje ruszyli w jej stronę.

— Co ty robisz? — zapytał stanowczo Cihan, zastępując jej drogę. — Lekarz wyraźnie powiedział, że masz zostać na noc pod obserwacją.

Dziewczyna spuściła wzrok.

— Muszę odejść.

— Dokąd?

— To nieważne.

— Owszem, ważne.

Przez chwilę milczała, jakby walczyła sama ze sobą.

— Nie mam ubezpieczenia — przyznała w końcu cicho. — Nie stać mnie na pobyt w szpitalu.

Hancer spojrzała na nią ze zdumieniem.

— Dlatego chciałaś uciec?

Dziewczyna skinęła głową.

— Nie chcę nikomu sprawiać problemów.

Cihan zmarszczył brwi.

— Posłuchaj mnie uważnie. Nie musisz za nic płacić.

— Ale…

— Ja pokryję wszystkie koszty.

Na twarzy dziewczyny pojawiło się jeszcze większe zakłopotanie.

— Nie mogę przyjąć takiej pomocy.

— Możesz.

— Nie znam pana.

— To nie ma znaczenia.

Dziewczyna zrobiła kolejny krok w tył.

— Naprawdę nie mogę…

Cihan westchnął z rezygnacją i spojrzał na Hancer.

— Zabierz ją z powrotem do środka.

Hancer natychmiast wyciągnęła rękę, chcąc ją podtrzymać.

— Chodź. Porozmawiamy o wszystkim później.

Jednak zanim zdążyła jej dotknąć, dziewczyna nagle pobladła jeszcze bardziej. Jej spojrzenie stało się nieobecne. Zachwiała się.

— Uważaj! — krzyknęła Hancer.

Kolana odmówiły posłuszeństwa. Ciało dziewczyny osunęło się bezwładnie do przodu.

Cihan błyskawicznie podtrzymał ją, zanim upadła na ziemię. Hancer przytrzymała ją z drugiej strony.

— Jest nieprzytomna! — zawołała przerażona.

— To wyczerpanie — powiedział Cihan, obejmując dziewczynę ramieniem. — Od kilku dni nie miała normalnego życia, a teraz jeszcze ten wypadek.

W tej samej chwili podbiegła do nich pielęgniarka, która zauważyła całe zajście.

— Szybko, do środka!

Cihan i Hancer, podtrzymując bezwładną dziewczynę z obu stron, odprowadzili ją z powrotem do szpitala.

Drzwi rozsunęły się przed nimi automatycznie.

Tym razem nie było już mowy o żadnej ucieczce. Dziewczyna była zbyt słaba, by walczyć sama ze swoim losem. A Cihan coraz mocniej utwierdzał się w przekonaniu, że nie może zostawić jej samej.

***

Pacjentka zemdlała z wycieńczenia i głodu. Dopiero po porządnym posiłku wróciły jej siły. Na szpitalnym stoliku piętrzyły się puste pojemniki po jedzeniu, kawałki pieczywa i niemal opróżniona butelka soku. Na twarzy dziewczyny, która jeszcze niedawno była śmiertelnie blada, pojawił się wreszcie kolor.

Hancer siedziała obok łóżka i obserwowała ją z wyraźną ulgą. Widok uśmiechu na twarzy dziewczyny sprawiał, że sama czuła się spokojniejsza.

— Spójrz, tam jeszcze zostało ciasto. — Wskazała kartonowe pudełko stojące na brzegu stolika. — Podobno jest bardzo smaczne.

Sila roześmiała się cicho i poklepała się po brzuchu.

— Nie, dziękuję. Jeśli zjem choć jeden kęs więcej, chyba naprawdę pęknę.

— To dobrze. — Hancer odwzajemniła uśmiech. — Wyglądasz już znacznie lepiej.

— Bo czuję się znacznie lepiej. Pierwszy raz od wielu dni jestem najedzona.

Przez chwilę między nimi panowała cisza.

— Tak właściwie… — odezwała się w końcu dziewczyna. — Mam na imię Sila.

— Miło mi cię poznać. Ja jestem Hancer.

Wyciągnęła rękę. Sila uścisnęła ją lekko, a potem obie obdarzyły się ciepłymi uśmiechami.

— Masz bardzo piękne imię — powiedziała Hancer.

Na twarzy Sili pojawił się cień smutku.

— Kiedy rodzi się dziecko, rodzice wybierają imię z nadzieją, że przyniesie mu szczęście. Życzą mu pięknego życia i dobrej przyszłości. — Opuściła wzrok. — Nie zawsze jednak wszystko układa się tak, jak sobie wyobrażają.

Hancer od razu wyczuła ból kryjący się za tymi słowami.

— Dlaczego znalazłaś się w parku? — zapytała delikatnie. — Nie miałaś dokąd pójść?

Sila przez chwilę milczała.

— Miałam. Przynajmniej przez jakiś czas. Pracowałam w małej kawiarni. W zamian za pomoc właściciel pozwalał mi nocować na zapleczu, w kuchni. — Uśmiechnęła się gorzko. — Potem stwierdził, że już mnie nie potrzebuje. Zwolnił mnie i nie wypłacił ani liry wynagrodzenia.

— To okropne…

— Za oszczędności wynajęłam pokój w tanim motelu. Wystarczyło na kilka dni. Kiedy skończyły się pieniądze, właściciel po prostu wystawił moje rzeczy za drzwi.

Hancer słuchała w milczeniu.

— Szukałam pracy wszędzie. — Sila wzruszyła ramionami. — Ale znalezienie czegokolwiek nie jest takie łatwe.

— Przykro mi.

Ku jej zaskoczeniu dziewczyna nagle się uśmiechnęła.

— Nie patrz tak na mnie. Dziś wydarzyło się też coś dobrego.

— Co takiego?

— Jestem syta, mam dach nad głową i nie muszę tej nocy spać na ławce w parku. — Jej oczy rozbłysły. — Ludzie mówią, że w każdej złej rzeczy można znaleźć odrobinę dobra. Może mają rację.

Uśmiech Hancer szybko jednak zgasł.

— Ale jutro rano zostaniesz wypisana.

Sila westchnęła.

— Właśnie. Jutro wszystko zacznie się od początku.

Po chwili spojrzała na Hancer z wdzięcznością.

— Naprawdę nie musisz tu ze mną siedzieć. Masz własne życie i obowiązki. Rano będę czuła się jeszcze lepiej. Poradzę sobie.

— Nie jestem tego taka pewna.

— Uwierz mi. Od kilku dni radzę sobie sama.

Hancer spojrzała na jej wychudzoną twarz i zadrapania na policzku.

— Właśnie dlatego się martwię.

Sila nie odpowiedziała.

— Odpocznij. — Hancer wstała z krzesła. — Wyjdę na chwilę na korytarz. Jeśli będziesz czegoś potrzebowała, wystarczy, że mnie zawołasz. 

— Dobrze.

— I żadnych prób ucieczki.

Na twarzy Sili pojawił się rozbawiony uśmiech.

— Obiecuję.

Hancer odwzajemniła uśmiech i opuściła salę.

Na korytarzu panował względny spokój. Pod ścianą czekał Cihan, a obok niego stał Engin, który właśnie przyjechał do szpitala. Obaj natychmiast zwrócili się w jej stronę.

— I jak się czuje? — zapytał Cihan.

— Dużo lepiej. — Hancer odetchnęła z ulgą. — Rozmawiałyśmy trochę. Nazywa się Sila.

— Dowiedziałaś się czegoś więcej?

— Tak. I szczerze mówiąc, jeszcze bardziej mi jej żal. Nie ma rodziny, nie ma pieniędzy, nie ma nawet miejsca, do którego mogłaby wrócić po wypisie.

Na twarzy Cihana pojawił się niepokój.

— Naprawdę nie ma nikogo?

— Nikogo.

Zapadła ciężka cisza. W końcu odezwał się Engin.

— Może zabrzmi to dziwnie, ale dobrze, że trafiła właśnie na was.

Hancer i Cihan spojrzeli na niego pytająco.

— Pomyślcie tylko. Ilu ludzi na świecie zatrzymałoby samochód, wzięło odpowiedzialność za obcą osobę i siedziało przy jej łóżku przez pół dnia? — Pokręcił głową. — Większość nawet nie obejrzałaby się za siebie. Wcisnęliby gaz i odjechali, udając, że nic się nie stało.

Cihan spuścił wzrok.

— Nie mogliśmy jej zostawić.

— Wiem. — Engin skinął głową. — I właśnie dlatego miała szczęście.

Hancer spojrzała przez szybę w drzwiach sali na uśmiechniętą Silę. Miała wrażenie, że los tej dziewczyny może jeszcze się odmienić.

Powyższy tekst stanowi autorskie streszczenie i interpretację wydarzeń z serialu Gelin. Inspiracją do jego stworzenia były filmy Gelin 130.Bölüm i Gelin 131.Bölüm dostępne na oficjalnym kanale serialu w serwisie YouTube. W artykule zamieszczono również zrzuty ekranu pochodzące z tych odcinków, które zostały użyte wyłącznie w celach informacyjnych i ilustracyjnych. Wszystkie prawa do postaci, fabuły i materiału źródłowego należą do ich prawowitych właścicieli.

Podobne wpisy

  • Panna młoda odc. 13 i 14: Cihan i Hancer trzymają się za ręce!

    Derya z entuzjazmem informuje Hancer, że Beyza zaprosiła ją do znajomych w mediach społecznościowych i widzi w tym szansę na zbliżenie z rodziną Develioglu. Beyza, ogarnięta zazdrością, zjawia się niespodziewanie w domu Hancer, by sprawdzić, co naprawdę łączy ją z Cihanem. Podczas rozmowy sugeruje rozwiązanie problemu mieszkania: wspólne życie w rezydencji. Za namową Deryi Hancer umawia się z Cihanem na spotkanie w kawiarni, nie wiedząc, że Beyza wszystko obserwuje z ukrycia. Rozmowa szybko przeradza się w konflikt – Cihan jasno stawia granice i odrzuca wizję „rodziny”, a Hancer uświadamia sobie, jak zimna jest ta relacja. Upokorzona, wraca do domu, podczas gdy Beyza planuje zemstę i zleca Yoncy wywołanie medialnego skandalu. Na koniec Mukadder zabiera Hancer do salonu sukien, gdzie celowo wybiera dla niej używaną, poniżającą kreację.

  • Panna młoda odc. 108: Cihan budzi się! Nie obwinia Hancer o strzał!

    Hancer, więziona w chacie, dzwoni do szpitala i słyszy, że stan Cihana jest krytyczny, a lekarze rozważają oddanie organów. Załamana, traci nadzieję. Mukadder i Nusret słyszą od lekarza, że Cihan może umrzeć w każdej chwili. Zrozpaczona matka wraca do chaty, obwinia Hancer i celuje do niej z broni, gotowa ją zabić. W ostatniej chwili nie potrafi jednak pociągnąć za spust. Nusret przejmuje pistolet, lecz nagle dowiaduje się, że Cihan odzyskał przytomność. W szpitalu Cihan natychmiast pyta o Hancer i żąda jej odnalezienia, nie wierząc w jej winę.

  • Panna młoda odc. 36: Cihan zamyka się z Hancer w starym domu!

    Aysu dowiaduje się od Mine, że Mukadder znęca się nad Sinem i chce powiedzieć o tym Cihanowi, lecz Fadime stanowczo ucisza córkę, zaprzeczając i zmuszając ją do milczenia, mimo że sama zna prawdę. Beyza odkrywa, że Yonca zyskała pełne zaufanie Nusreta i umocniła swoją pozycję w jego firmie, a w rezydencji nikt już o niej nie wspomina. Tymczasem Hancer szykuje się na wizytę u Yasemin, lecz Cihan blokuje jej wyjście, zamyka dom i wyrzuca klucz, zmuszając ją do rezygnacji z terapii. Beyza otrzymuje informację, że Fusun Kaba została zatrzymana za nielegalne aborcje i może obciążyć ją podczas przesłuchań. Beyza uświadamia sobie, że grozi jej skandal, a Yonca staje się jedyną osobą, która zna skalę zagrożenia.

  • Panna młoda odc. 35: Hancer buntuje się przeciwko kontroli Cihana!

    Hancer wraca do domu po wizycie u doktor Yasemin i natychmiast konfrontuje się z Cihanem, który zarzuca jej samowolę i brak lojalności. Między małżonkami dochodzi do ostrej kłótni o kontrolę, decyzje i rozpoczęcie terapii. Hancer jasno deklaruje, że następnego dnia rozpocznie leczenie – niezależnie od jego zgody. Cihan opuszcza dom w gniewie i zjawia się w gabinecie Yasemin, próbując zablokować terapię. Lekarka stawia ultimatum: jeśli Hancer przyjdzie, leczenie ruszy. Yonca odwiedza Nusreta w jego domu i zaskakuje Beyzę. Tymczasem Derya informuje Cihana o pogarszającym się stanie Cemila, prosząc o pomoc i milczenie wobec Hancer. Cihan nie wie, że Hancer zna prawdę, a choroba Cemila jest elementem ukrytego planu, którego celem jest szybka ciąża Hancer i korzyści dla Deryi.

  • Panna młoda odc. 31: Lekarstwa i zastrzyki! Hancer pod pełną kontrolą!

    Beyza, przekonana, że jej plan z udziałem lekarki przebiega zgodnie z założeniami, uspokaja czujność Mukadder i zyskuje jej pełne poparcie. Hancer, przygotowująca się do procedury in vitro, nie potrafi wykonać pierwszego zastrzyku hormonalnego i zmaga się z narastającym lękiem. Fadime próbuje zmusić ją do jedzenia, obawiając się reakcji Mukadder. Gdy ta odkrywa, że Hancer nie przyjęła leków, reaguje gniewem i groźbą hospitalizacji. Ostatecznie nakazuje Sinem przejąć pełną kontrolę nad leczeniem Hancer i osobiście podawać jej zastrzyki.

  • Panna młoda odc. 37: Łóżko obsypane płatkami róż czeka na Cihana i Hancer!

    Cihan i Hancer są nadal uwięzieni w starym domu. Przypadkowa rozmowa o wzorze swetra Hancer prowadzi do odkrycia jej talentu i inspiruje Cihana, który fotografuje i szkicuje jej projekt. Między nimi dochodzi do kolejnego konfliktu, gdy Hancer prosi o zgodę na wyjście na otwarcie sklepu brata. Kłótnia dotyka bolesnych wspomnień Cihana o zmarłym bracie. Wkrótce mężczyzna otrzymuje dramatyczną informację: Cemil jest śmiertelnie chory. Pod wpływem diagnozy Cihan zmienia decyzję i zabiera Hancer na uroczystość. Derya ukrywa pieniądze i cynicznie planuje wykorzystać chorobę męża. Beyza spotyka się potajemnie z doktor Fusun, a Yonca zdobywa kompromitujące zdjęcia. Wieczorem Cihan i Hancer zostają zaproszeni na noc do domu Cemila, gdzie Derya realizuje własny, ryzykowny plan.