„Panna młoda” Odc. 232 — streszczenie
Engin skończył pracę późnym wieczorem. Stał na parkingu obok białego samochodu, z telefonem w dłoni, gotów wsiąść za kierownicę i pojechać po Silę, a stamtąd prosto do rezydencji na uroczystość. Noc była chłodna, a światła latarni odbijały się od maski auta i metalowego ogrodzenia zwieńczonego drutem kolczastym.
Właśnie miał otworzyć drzwi, gdy zadzwonił telefon. Odebrał. Po kilku sekundach jego twarz spoważniała. Został wezwany na komisariat w związku ze śledztwem dotyczącym śmierci Yasemin.
Najpierw zadzwonił do Sili.
— Przepraszam, spóźnię się — powiedział. — Muszę załatwić jedną sprawę. To ważne.
Rozłączył się, schował telefon do kieszeni i bez zwłoki ruszył na miejsce.
***
Kwadrans później wszedł do gabinetu komisarza. Pomieszczenie było surowe i urzędowe. Na ścianie wisiała duża mapa rejonu, obok niej tablica z dokumentami i zdjęciami, a przy biurku stała turecka flaga. Na blacie leżały teczki, policyjna czapka, telefon, laptop i starannie ułożone akta. Wszystko wskazywało na to, że sprawa Yasemin nie została odłożona ani na chwilę.
Engin usiadł naprzeciw funkcjonariusza. Starał się zachować spokój, ale napięcie było widoczne w jego spojrzeniu.
— Mam coś, co chciałbym ci pokazać — powiedział komisarz.
Otworzył szufladę biurka i wyjął przezroczysty woreczek dowodowy. W środku znajdował się srebrny naszyjnik z ozdobnym, sercowatym wisiorkiem. Kamienie połyskiwały w świetle lampy, a ciemny element w środku od razu przyciągał wzrok.


Komisarz podał woreczek Enginowi. Prawnik zamarł. Wystarczyła mu jedna chwila, by rozpoznać przedmiot.
— Ten naszyjnik… — wyszeptał, wyraźnie poruszony.
— Tak — odparł funkcjonariusz. — Pochodzi z tego samego kompletu co bransoletka, którą nam przyniosłeś.
Engin zacisnął palce na woreczku, jakby trzymał w dłoniach dowód, na który czekał od dawna.
— Gdzie go znaleźliście, komisarzu?
— W koszu na śmieci. Znalazł go człowiek zbierający makulaturę. Ktoś musiał go wyrzucić.
Komisarz pochylił się lekko nad biurkiem i spojrzał Enginowi prosto w oczy.
— Nietrudno się domyślić, że taki naszyjnik wyrzucił ktoś, kto bał się, że zostanie przy nim znaleziony.
Engin przełknął ślinę. W jego oczach pojawił się błysk nadziei, ale zaraz ustąpił miejsca ostrożności.
— Gdzie jest teraz ten człowiek?
— Tutaj. Zatrzymaliśmy go na wszelki wypadek.
Engin natychmiast się wyprostował.
— Komisarzu, czy mogę z nim porozmawiać? Tylko pięć minut. Proszę. Wiesz, jakie to dla mnie ważne.
Funkcjonariusz przez chwilę milczał. Odchylił się na oparcie fotela, jakby ważył tę prośbę. W końcu skinął głową.
— W porządku.
***
Engin podszedł do mężczyzny siedzącego w holu komisariatu. W pomieszczeniu panował zwyczajny, urzędowy ruch. Przy biurkach pracowali policjanci, na ścianach wisiały plakaty, godło policji i portret Atatürka, a za matowymi szybami drzwi co chwilę przesuwały się sylwetki funkcjonariuszy.
Zbieracz makulatury siedział na obrotowym krześle nieco zgarbiony, ze splecionymi dłońmi i wzrokiem wbitym w podłogę. Był młodym mężczyzną o zmierzwionych, opadających na czoło włosach i krótkim zaroście. Miał na sobie czarny sweter, luźne szare spodnie i ciężkie, czarne buty. Wyglądał na zmęczonego i przestraszonego, jak ktoś, kto przypadkiem znalazł się w samym środku sprawy, której nie rozumiał.
— Dzień dobry. Jestem adwokat Engin Onder — przedstawił się Engin, wyciągając do niego rękę.


Mężczyzna uniósł głowę i spojrzał na niego nieufnie.
— Adwokat? — powtórzył, wyraźnie zaniepokojony. — Przecież ja nie jestem oskarżony. Od razu oddałem naszyjnik. Czego pan ode mnie chce?
— Spokojnie, niczego złego — odparł Engin łagodnie. — Chcę cię zapytać tylko o jedno. Powiedz mi, gdzie dokładnie znalazłeś ten naszyjnik.
— Już powiedziałem policji — mruknął mężczyzna. — Znasz tę ulicę z willami? Był w koszu na śmieci.
Engin pochylił się lekko, nie spuszczając z niego wzroku.
— W porządku. Ale pamiętasz dokładne miejsce?
Mężczyzna nie zastanawiał się długo.
— To było obok rezydencji Develioglu.
Engin zmarszczył brwi.
— Jesteś pewien?
— Oczywiście, że tak. Często tam chodzę. Wyrzucają dużo przydatnych rzeczy.
Te słowa uderzyły Engina z większą siłą, niż chciał po sobie pokazać. Naszyjnik znaleziony tuż obok rezydencji na nowo rozpalił podejrzenia Engina wobec Beyzy. Trop, który przez chwilę wydawał się niepewny, nagle stał się znacznie bardziej realny.
Prawnik zacisnął szczękę, próbując zachować spokój. W tej samej chwili zadzwonił jego telefon. Engin odsunął się kilka kroków i odebrał.
— Słucham, Cihanie?
— Gdzie jesteś, Enginie? — zapytał Cihan. — Nie chcę, żebyś przegapił mój ślub.
Engin spojrzał przed siebie ponurym wzrokiem. Po tym, czego właśnie się dowiedział, uroczystość w rezydencji nabrała zupełnie innego znaczenia.
— Nie martw się — odpowiedział poważnie. — Nie zamierzam go przegapić.
Rozłączył się, schował telefon do kieszeni płaszcza i ciężko westchnął. Wiedział już, że tego wieczoru nie jedzie do rezydencji tylko jako gość. Jechał tam z tropem, który mógł poruszyć całą sprawę śmierci Yasemin.
***
Hancer szła wąską alejką prowadzącą do starego domu. Noc okryła ogród chłodnym cieniem, a białe ściany budynku połyskiwały w bladym świetle lamp. Nagie gałęzie drzew splatały się nad dziedzińcem jak ciemna sieć, a przy wejściu, pod zielonkawym blaskiem lampy, stały dwie znajome sylwetki.
Hancer zatrzymała się gwałtownie i cofnęła za róg ściany. Przy drzwiach stali Melih i Sinem. Rozmawiali cicho, przekonani, że nikt ich nie usłyszy. W rezydencji trwały przygotowania do uroczystości, wszyscy czekali na odnowienie przysięgi Cihana i Beyzy, więc właśnie to miejsce wydawało się im najbezpieczniejsze. Nie wiedzieli, że Hancer znalazła się zaledwie kilka kroków od nich.
— Sinem, jeśli się boisz, jak mamy zostawić wszystko i wyjechać? — zapytał Melih z niepokojem.
Sinem spuściła wzrok. W świetle padającym z wnętrza domu jej twarz wyglądała na bladą i pełną wahania.
— Melihu, właśnie miałam ci powiedzieć, że nie zamierzam cię zawieść, ale mam obawy — odparła cicho. — Jak możemy zostawić Hancer samą, kiedy jest w ciąży? Jak możemy wyjechać i budować własne szczęście na jej nieszczęściu? Jak zdołamy żyć z takim grzechem?
Melih ciężko westchnął. Przez chwilę milczał, jakby każde słowo Sinem trafiało prosto w miejsce, które sam próbował zagłuszyć.
— Myślałem o tym samym, ale bałem się ci powiedzieć — przyznał w końcu. — Sinem, bardzo cię kocham. Bardziej niż cokolwiek innego. Ale złożyłem Hancer obietnicę. Nie mogę jej zawieść. Może istnieje inny sposób?
W oczach Sinem pojawiło się wzruszenie. Spojrzała na niego łagodniej, z cichą ulgą, jakby właśnie usłyszała odpowiedź, na którą w głębi duszy czekała.
— Oto mężczyzna, w którym się zakochałam — powiedziała. — Wiedziałam, że nie mógłbyś tego zrobić. Zamiast uciekać i zostawiać za sobą chaos, zostańmy i walczmy. Bóg usłyszy naszą modlitwę, zobaczy nasze serca i nam pomoże. Wierzę w to.


Hancer stała nieruchomo w cieniu ściany. Jej twarz zastygła w zaskoczeniu, a serce ścisnęło się boleśnie. Wszystko nagle ułożyło się w całość.
Melih miał na myśli Sinem, gdy mówił, że ktoś jest w jego sercu — pomyślała z przejęciem. — Boże, co ja zrobiłam? Jak mogłam tego nie zauważyć? Jak mogłam stanąć na drodze ich szczęściu?
Nie chciała, by ją zobaczyli. Cofnęła się bezszelestnie, a potem odeszła alejką w stronę rezydencji. W jej spojrzeniu nie było już tylko bólu. Pojawiło się również poczucie winy, które ciążyło bardziej niż wszystko, co dotąd usłyszała.
***
Beyza weszła do salonu w długiej, lśniącej sukni ślubnej. Biały welon spływał jej na ramiona, a w dłoniach trzymała niewielki bukiet. Salon, jeszcze niedawno pełen codziennego gwaru, zmienił się w salę uroczystości. Pod kryształowymi żyrandolami ustawiono rzędy białych, ażurowych krzeseł przewiązanych fioletowymi wstęgami. Wokół okrągłego dywanu płonęły smukłe świece w złotych świecznikach, a przy stole przykrytym białym obrusem czekały dwa wysokie, różowe fotele. Goście siedzieli po jednej stronie sali, obserwując każdy ruch państwa młodych.
Beyza podeszła do Cihana. Uśmiechała się, ale w jej spojrzeniu czaiło się napięcie.
— Gdzie jest urzędnik? Nie zaprosiłeś go?
— Nie jest nam potrzebny przy odnowieniu przysięgi — odparł Cihan spokojnie. Obejrzał się na zebranych. — Wszyscy, którzy powinni tu być, już są.
— Nie zaczekamy na Engina? — zapytała Sila, która przyjechała do rezydencji na własną rękę.
— Engin wkrótce przyjedzie. Myślę, że nie powinniśmy dłużej zwlekać. — Cihan spojrzał prosto na Beyzę. — Jestem niecierpliwy.
Beyza odetchnęła głęboko. Ekscytacja rozlała się po jej twarzy. Była przekonana, że właśnie nadchodzi chwila jej triumfu. Cihan sięgnął po eleganckie pudełko przewiązane kokardą, mniej więcej wielkości książki.
— Nie możemy odnowić naszego małżeństwa bez prezentu.
— Dasz mi prezent przy wszystkich? — zapytała Beyza z zaskoczeniem, ale i wyraźną przyjemnością. — Szkoda, że nie poczekałeś, aż zostaniemy sami.
— Czy nie zaprosiliśmy wszystkich po to, żeby byli świadkami naszego szczęścia?
Pociągnął za kokardę i otworzył pudełko. Na czarnym aksamicie leżały różowe, dziergane buciki dziecięce ozdobione czerwonymi pomponami i zielonymi listkami. Beyza wzięła jeden z nich do ręki. Jej twarz natychmiast złagodniała.
— To buciki dla dziewczynki — powiedziała wzruszona. — Chcesz, żeby nasze drugie dziecko było dziewczynką?


Cihan zamarł. Na moment wrócił myślami do spotkania z Fusun Kabą w firmie. W głowie znów zabrzmiały jej słowa: „Twoja żona kocha cię bardziej od wszystkiego. Wystarczająco, by zabić własne dziecko”.
Uśmiech Beyzy wciąż trwał, ale twarz Cihana zmieniła się nie do poznania. Nagle cisnął pudełkiem o podłogę z taką siłą, że wszyscy obecni drgnęli. Różowe buciki wypadły na środek dywanu.
— Nigdy! — wykrzyczał, patrząc na żonę z pogardą. — Jeśli tak się stanie, zabijesz także ją!
Fadime zakryła dłonią usta. Melih i Hancer wymienili poruszone spojrzenia. Sinem, Nusret i Mukadder podnieśli się z kanapy, a w salonie zapadła ciężka, przerażająca cisza.
— O czym ty mówisz, Cihanie? — zapytała Beyza, choć po jej twarzy przemknął cień paniki.
— Zabiłaś naszą córkę! — wyrzucił jej prosto w twarz. — Nigdy nie będziesz moją żoną!
Beyza stała nieruchomo, jakby straciła władzę nad własnym ciałem. Melih, Hancer, Sila i Yonca również wstali. Fadime odsunęła dłoń od ust i przyłożyła ją do serca. Gulsum, stojąca obok niej, zbladła tak bardzo, jakby za chwilę miała zemdleć.

Tylko Sila nie wyglądała na wstrząśniętą. Patrzyła na Beyzę pewnie, z chłodną satysfakcją, jakby właśnie na tę chwilę czekała. Podobny błysk pojawił się w oczach Yoncy. Znała sekrety Beyzy, wiedziała, do czego była zdolna, i widok jej upadku sprawiał jej niemal okrutną ulgę.
Beyza jednak nie zamierzała się poddać.
— Nie wiem, od kogo to usłyszałeś, ale to straszne oszczerstwo! — powiedziała stanowczo. — Jak mogłeś uwierzyć w takie kłamstwo?
Cihan nawet nie mrugnął.
— Fusun Kaba. To nazwisko coś ci mówi?
Beyza zachwiała się, jakby te dwa słowa uderzyły ją w twarz.
— Ona cię zna — ciągnął Cihan. — I to ona powiedziała mi wszystko. Mieliśmy mieć dziecko… — Głos mu zadrżał, a w oczach zalśniły łzy. — Kiedy dowiedziałaś się, że to będzie dziewczynka, zabiłaś ją bez mrugnięcia okiem.
Wstrząśnięta Mukadder zrobiła dwa kroki naprzód.
— Czy to prawda, Beyzo? Usunęłaś moją wnuczkę?
— Beyzo, co ty zrobiłaś? — zapytał Nusret ostrym, lodowatym tonem.
Łzy spłynęły po policzkach Beyzy. Przez krótką chwilę wyglądała na złamaną, ale zaraz jej twarz stwardniała.
— Zrobiłam to ze względu na wasze nazwisko! — rzuciła z wściekłością do Cihana. — Żeby nie zawieść cioci. Zrobiłam to, żeby was uszczęśliwić!
— Nie próbuj zrzucać winy na mnie! — warknęła Mukadder. — Nawet nie wiedziałam, że byłaś w ciąży. Gdybym wiedziała, czy kazałabym ci ją usunąć? Kiedy dowiedzieliśmy się, że Sinem spodziewa się dziewczynki, czy kazałam jej pozbyć się dziecka? Spójrz, jaką piękną mam teraz wnuczkę!
— Gdybym urodziła dziewczynkę, byłabym taka jak Sinem! — odpowiedziała Beyza, stając z ciotką twarzą w twarz. — Obrażałabyś mnie przy każdej okazji. Upokarzałabyś mnie. Czy Mine naprawdę jest dla ciebie aż tak cenna? Dlaczego więc nigdy nie uwzględniłaś jej w planach holdingu? Zniszczyłaś Cihana i mnie przez te wszystkie lata, bo tak bardzo pragnęłaś wnuka! Od lat próbowałam cię zadowolić. W końcu urodziłam wnuka, ale nadal byłam dla ciebie niewystarczająca!
— Beyza! — głos Cihana przeciął salon jak ostrze. — Dlaczego zabiłaś nasze dziecko? Miało prawie pięć miesięcy… — Urwał, bo głos znów mu się załamał. — Gdybyś zaczekała, urodziłoby się zdrowe.
Rozejrzał się po milczących gościach. Wszyscy stali jak sparaliżowani, wśród przewróconego pudełka, płonących świec i ślubnych dekoracji, które nagle stały się ponurą scenografią upadku Beyzy.
— Przyjaciele — powiedział w końcu Cihan głuchym głosem — ta ceremonia dobiegła końca. Niech każdy idzie do siebie.
Po chwili salon zaczął pustoszeć. Nawet Nusret spojrzał na córkę z pogardą, odwrócił się do niej plecami i wyszedł bez słowa. Beyza została sama pośrodku sali, w białej sukni i z rozmazanymi łzami na twarzy, podczas gdy jej wymarzony triumf rozsypał się na oczach wszystkich.

***
Nusret wyszedł z rezydencji gwałtownym krokiem. Na dziedzińcu panował chłodny wieczór, a fasada domu tonęła w miękkim świetle lamp. Nad wejściem wciąż zwisały pastelowe girlandy kwiatów, po obu stronach drzwi stały białe dekoracje i latarnie, a przy lampach kołysały się fioletowo-białe balony. Na środku brukowanego placu szumiała podświetlona fontanna, której blask odbijał się od mokrych kamieni. Uroczysta sceneria, przygotowana z myślą o odnowieniu przysięgi, teraz wyglądała niemal szyderczo.
Yonca zdążyła już odejść kilka kroków od wejścia. Miała na sobie niebieską sukienkę i czarny płaszcz. Szła szybko, z wysoko uniesioną głową, jakby chciała jak najszybciej zostawić za sobą rezydencję i wszystko, co wydarzyło się w środku.
— Yonca! — zawołał Nusret.
Kobieta zatrzymała się przy fontannie i odwróciła powoli. Na jej twarzy nie było strachu. Patrzyła na niego spokojnie, niemal wyzywająco.
Nusret zbliżył się do niej. Ciemny płaszcz i czerwony krawat dodawały mu surowości, a jego twarz była napięta od gniewu.
— Wiedziałaś o tym, prawda?
Yonca nawet nie spuściła wzroku.
— Powiedziała mi, że idzie do lekarza. Poprosiła, żebym była przy niej. Nie chciała być sama.
Nusret zmrużył oczy.
— Wiesz, co robię z tymi, którzy mnie okłamują?
— Jakie kłamstwo? — odpowiedziała chłodno. — O tym, że zamierza usunąć ciążę, dowiedziałam się dopiero wtedy, gdy z nią poszłam. Twoja córka podjęła już decyzję. Ostrzegałam ją, ale mnie nie słuchała. Stałam się wspólniczką jej grzechu, choć wcale tego nie chciałam.
— I całkiem wygodnie żyło ci się z tą wiedzą — odparł Nusret z pogardą. — Trzymałaś ją w garści i od czasu do czasu prosiłaś o pieniądze, czy tak? Dlatego przez lata trzymałaś się blisko nas. Jedno dziecko zabrałaś, drugie oddałaś. Oto twoja sprawiedliwość, pani Yonco.
W oczach Yoncy pojawił się błysk. Tym razem to ona zrobiła krok w jego stronę.
— Jeśli na tym świecie naprawdę istnieje sprawiedliwość, jestem bardzo ciekawa, jaką karę pan otrzyma, panie Nusrecie. Żyję właśnie dla tego dnia.
Nie czekała na odpowiedź. Odwróciła się na pięcie i odeszła szybkim, zdecydowanym krokiem, mijając oświetloną fontannę i weselne dekoracje, które w nocnej ciszy wyglądały jak pozostałość po uroczystości zakończonej katastrofą.
Nusret został sam na dziedzińcu. Odprowadził Yoncę wzrokiem, marszcząc brwi. Przez chwilę stał nieruchomo, jakby jej słowa utkwiły mu głęboko pod skórą. Potem zacisnął szczękę, odwrócił się i ruszył w stronę samochodu. Wsiadł bez słowa, zatrzasnął drzwi i odjechał spod rezydencji.
Powyższy tekst stanowi autorskie streszczenie i interpretację wydarzeń z serialu Gelin. Inspiracją do jego stworzenia był film Gelin 172.Bölüm dostępny na oficjalnym kanale serialu w serwisie YouTube. W artykule zamieszczono również zrzuty ekranu pochodzące z tego odcinka, które zostały użyte wyłącznie w celach informacyjnych i ilustracyjnych. Wszystkie prawa do postaci, fabuły i materiału źródłowego należą do ich prawowitych właścicieli.






