„Panna młoda” Odc. 249 — streszczenie
Hancer bardzo martwiła się o Cihana. Mimo późnej pory nie potrafiła zostać w domu. Wzięła ciepły, kraciasty koc, spakowała do reklamówki trochę jedzenia i pojechała pod dom dziecka.
Budynek wyglądał chłodno i bezosobowo. Jego jasna fasada tonęła w niebieskawym świetle nocy, a nad wejściem świecił blady szyld placówki. Przed drzwiami leżał czerwony chodnik, obok stała pusta ławka, a cały dziedziniec wydawał się martwy i obcy. Przy zaparkowanym SUV-ie stał Cihan. Opierał się o maskę samochodu, z rękami w kieszeniach płaszcza, nieruchomy i napięty. Wyglądał, jakby od wielu godzin nie ruszył się z miejsca.
Hancer podeszła ostrożnie, żeby go nie przestraszyć.
— Wiem, że nie powinnam była przychodzić — powiedziała cicho. — Ale nie mogłam dłużej wytrzymać. Martwiłam się o ciebie. Nie zaznam spokoju, dopóki cię nie przeproszę.
Cihan spojrzał na nią zmęczonym wzrokiem.
— To nie ma z tobą nic wspólnego. Nie daj się zwieść tym, którzy chcą, żebyś tak myślała, Hancer. — Dopiero wtedy zauważył reklamówkę w jej dłoni. — Co to jest?
— Ciasto, które zostało ze śniadania. Nie możesz głodować, Cihanie. Musisz być silny dla swojego syna. Wygląda na to, że zamierzasz spędzić tu noc, więc przyniosłam też koc, żebyś miał czym się okryć.

Podała mu zawiniątko i reklamówkę. Cihan przyjął je powoli, jakby dopiero ten drobny gest uświadomił mu, jak bardzo był samotny. Spojrzał na nią z wdzięcznością, której nie potrafił ubrać w słowa.
— Dobrze, pójdę już — powiedziała Hancer, cofając się o krok. — Nie powinnam być przy tobie. To nie byłoby dobre, gdyby ktoś znowu nas zobaczył. Nie chcę sprawiać ci kolejnych problemów.
— Możesz zrobić dla mnie jeszcze jedną rzecz?
Zatrzymała się.
— Oczywiście. Powiedz tylko.
Cihan przez chwilę milczał.
— Zostań ze mną.
Hancer nie potrafiła odmówić.
***
Usiedli razem w samochodzie. Na zewnątrz wciąż paliły się światła budynku, a reflektory auta przecinały ciemność pustego dziedzińca. Między nimi zaległa cisza ciężka od niewypowiedzianych myśli.
— Czekam przed domem dziecka tylko po to, żeby zobaczyć mojego syna — odezwał się w końcu Cihan. — Torturuję i ciebie, i siebie.
— Nie mów tak. Nie narzekam, że tu jestem.
Cihan zacisnął szczęki.
— Ach, Beyza… Gdyby wysłała mnie do więzienia, nie powiedziałbym ani słowa. Ale ona dotknęła mojego syna. Jak matka może oddać własne dziecko do domu dziecka? Czy jej serce w ogóle nie cierpi? Nie potrafię tego pojąć.
— Nie zadręczaj się — poprosiła Hancer. — Engin robi wszystko, co może, żebyś mógł zobaczyć syna. Znajdzie jakieś rozwiązanie. Moim jedynym pocieszeniem jest to, że Cihan Gurur jest jeszcze mały. Nie będzie tego pamiętał. Ja pamiętam każdą chwilę.
Cihan odwrócił ku niej twarz.
— Co masz na myśli?
Hancer spuściła wzrok. W świetle wpadającym przez szybę jej twarz wydawała się blada i napięta.
— Opowiadałam ci, że kiedy tata umarł, a mama odeszła, mną i moim bratem zajęła się babcia. Musiała utrzymać nas wszystkich z jednej emerytury. Dom, rachunki, szkoła, węgiel… Żeby związać koniec z końcem, chodziła sprzątać po cudzych domach. Pewnego dnia zasłabła podczas pracy. Karetka zabrała ją do szpitala. Miała zapalenie płuc. Lekarze powiedzieli, że szybko stamtąd nie wyjdzie. A ponieważ nie było nikogo, kto mógłby się nami zająć, trafiliśmy do domu dziecka.
Cihan patrzył na nią poruszony.
— Nie wiedziałem, że byłaś w domu dziecka. Dlaczego nigdy wcześniej mi o tym nie powiedziałaś?
— Nie wiem. Może dlatego, że chciałam zapomnieć. To były cztery bardzo długie miesiące. Każdego dnia czekałam, aż babcia po nas wróci. Inne dzieci bawiły się na podwórku, a ja stałam przy metalowych kratach i patrzyłam na ulicę. Wypatrywałam jej bez końca. Nie mogli mnie od tych krat oderwać.
Głos jej zadrżał. Hancer wzięła głęboki oddech, próbując powstrzymać łzy.
— Nie daj Boże, żeby jakiekolwiek dziecko zostało bez rodziców i musiało trafić w takie miejsce. Nieważne, jak dobrze państwo się tobą opiekuje. Nikt nie zastąpi matki i ojca. Przez całe życie nosi się w sobie tę pustkę.
Na moment zamilkła, po czym uśmiechnęła się słabo.
— Ale Cihan Gurur ma kogoś, kto na niego czeka. Ma ojca, który nie odejdzie. Nie zostanie sam.
***
Poranek zastał ich przed budynkiem domu dziecka. Jasna, chłodna fasada placówki powoli wyłaniała się z nocnego półmroku, a nad wejściem wisiała czerwona tablica z napisem „Çocuk Esirgeme Yuvası”. Przed drzwiami stała pusta ławka, obok niej rząd pomarańczowych słupków, a na mokrawym asfalcie zalegała cisza, którą co jakiś czas przerywał tylko odgłos przejeżdżających samochodów.
Cihan siedział za kierownicą swojego SUV-a i patrzył na śpiącą Hancer. Dziewczyna, zmęczona całonocnym czuwaniem, opierała głowę o jasny zagłówek fotela. Miała zamknięte oczy, a jej twarz, mimo smutku ostatnich godzin, wydawała się przez chwilę spokojna.
Chciałbym, żeby wszystko było inaczej — powiedział w myślach Cihan. — Żebyśmy nigdy nie przeżyli tego koszmaru. Żebyś to ty była matką mojego syna.
Hancer poruszyła się lekko. Otworzyła oczy i spojrzała na niego zaspanym, jeszcze nie do końca przytomnym wzrokiem. Przez krótką chwilę oboje uśmiechnęli się do siebie tak, jakby zapomnieli, gdzie są i dlaczego spędzili noc w samochodzie przed domem dziecka.
— Zaspałam — szepnęła, prostując się na fotelu. — Która godzina?
— Prawie wpół do dziewiątej.
Hancer od razu spojrzała w stronę budynku.
— Czy dom dziecka jest już otwarty?
— Jeszcze nie. Ale pracownicy zaczęli przychodzić. — Cihan westchnął i przesunął dłonią po kierownicy. — Męczysz się tu ze mną. Czekałaś całą noc. Zadzwonię do Yigita, żeby odwiózł cię do domu.
— Nie — zaprotestowała natychmiast. — Nie zostawię cię samego. Nie będziesz tu czekał sam.
Cihan spojrzał na nią uważniej. W jego twarzy, dotąd spiętej i zmęczonej, pojawiła się odrobina ciepła.
— Dobrze. Dwie ulice stąd jest kawiarnia. Napijmy się herbaty. Chyba że nie chcesz, nie będę nalegał.
Hancer zawahała się.
— To nie tak, że nie chcę. Engin ostrzegał nas, że nie powinniśmy być widziani razem. Nie możemy dawać drugiej stronie kolejnych argumentów. Boję się, że przeze mnie znowu narobisz sobie problemów.
— To tylko herbata, Hancer. Nie ma w tym nic złego. Dlaczego mielibyśmy się bać? Zwłaszcza że prawdziwi winowajcy mają się dobrze. Ty spędziłaś tu ze mną całą noc z powodu Cihana Gurura. A gdzie jest jego matka? Nie ma jej.
— Dobrze, nie denerwuj się. Powiedziałam to tylko dla twojego dobra.
Cihan odwrócił się ku niej całym ciałem.
— Posłuchaj mnie. Jeśli chcesz, żebym wytrzymał i zachował spokój, zostań tu ze mną.
Nie zdążyła odpowiedzieć. Telefon Cihana zaczął dzwonić. Mężczyzna sięgnął do wewnętrznej kieszeni płaszcza, odebrał i natychmiast przyłożył aparat do ucha.
— Co udało ci się zrobić, Enginie? — zapytał bez wstępu.
Engin stał w korytarzu prokuratury. W jasnym płaszczu, z czarną skórzaną teczką w dłoni, wyglądał na człowieka, który od rana krążył między gabinetami i próbował przebić się przez mur procedur. Za jego plecami widać było granatową ławkę dla oczekujących, chłodne kafelki na podłodze i urzędowe plakaty wiszące na beżowych ścianach.
— Jestem w prokuraturze — odpowiedział spokojnie, choć w jego głosie słychać było zmęczenie. — Próbuję uzyskać pozwolenie.
— Jak długo to jeszcze potrwa? — Cihan coraz wyraźniej tracił cierpliwość.
— Nie wiem, stary. Uwierz mi, robię wszystko, co mogę, ale to nie jest takie proste.
— Chcę tylko zobaczyć mojego syna, rozumiesz? Przecież go nie porwę.
— Rozumiem cię. Ale są procedury. Cihan Gurur znajduje się teraz pod ochroną państwa. Bez oficjalnej zgody nikt nie pozwoli ci się z nim zobaczyć.
— Enginie, nie opowiadaj mi o procedurach! — wybuchnął Cihan. — Chcę zobaczyć mojego syna. Załatw to jak najszybciej.
Rozłączył się gwałtownie i zacisnął telefon w dłoni. Hancer obserwowała go z niepokojem. Widziała, jak gniew znów zaczyna brać nad nim górę, jak napięcie wraca do jego twarzy i odbiera mu resztki rozsądku.
***
Placówka opiekuńcza została właśnie otwarta i Cihan wreszcie mógł porozmawiać z dyrektorem. Wraz z Hancer wszedł do niewielkiego, jasnego gabinetu. Pomieszczenie było skromne, niemal surowe: białe ściany, proste biurko, kilka krzeseł, stosy dokumentów i telefon leżący tuż pod ręką. W rogu stał mały stolik z żółtymi krzesełkami i dziecięcymi zabawkami, które boleśnie przypominały Cihanowi, po co tu przyszedł. Na ścianie wisiał portret Atatürka, a obok, na wieszaku, czarny płaszcz dyrektora.
Cihan zatrzymał się przed biurkiem. Hancer stanęła tuż za nim, spięta i blada, w beżowym płaszczu przewiązanym w talii. Uważnie obserwowała każdy ruch mężczyzny, jakby bała się, że za chwilę straci nad sobą panowanie.
— Wczoraj wieczorem przywieziono tu mojego syna — oznajmił Cihan. — Cihana Gurura Develioglu. Chcę go zobaczyć.
Dyrektor uniósł na niego spokojne, ostrożne spojrzenie.
— Nie może pan widywać się z nim, kiedy tylko pan zechce. Potrzebne jest pozwolenie z prokuratury. Czy je pan uzyskał?
— Mój prawnik właśnie nad tym pracuje. Przyszedłem jednak prosić o specjalną zgodę, jeśli to możliwe.
— To niemożliwe, panie Cihanie. — Dyrektor zerknął wymownie na stojącą za nim Hancer. — Pańska żona podjęła tę decyzję, powołując się na pański niewłaściwy styl życia i jego możliwy wpływ na dziecko. W tej sytuacji nie mogę z własnej inicjatywy pozwolić panu na widzenie z synem.

Cihan oparł dłonie o blat biurka i pochylił się nad mężczyzną. Jego głos stwardniał, ale wciąż próbował nad sobą panować.
— Panie dyrektorze, mój syn jest bardzo mały. Powinien być w domu, przy swoim ojcu, a znalazł się w miejscu, którego w ogóle nie zna. Nie wiem, co je, co pije, czy śpi, czy płacze. Proszę pozwolić mi zobaczyć go choć przez pięć minut. Tylko pięć minut. Potem od razu odejdę. Wierzę, że może mi pan pomóc.
— Rozumiem pana — odparł dyrektor ciszej — ale naprawdę nie mogę. Przykro mi.
Hancer zrobiła krok do przodu.
— Panie dyrektorze, proszę. Czy Cihan naprawdę nie może zobaczyć syna choć przez chwilę? Tylko pięć minut. Nic więcej.
Mężczyzna pokręcił głową.
— Nie mogę ryzykować. To mogłoby mieć dla mnie poważne konsekwencje.
Po chwili Cihan i Hancer wyszli na korytarz. Ściany były jasne, podłoga wyłożona chłodnymi kafelkami, a po jednej stronie stała granatowa ławka dla oczekujących. Naprzeciwko rozciągała się wielka patriotyczna grafika z Atatürkiem i turecką flagą. W tym urzędowym, obcym miejscu gniew Cihana wydawał się jeszcze bardziej bezradny.

Mężczyzna zatrzymał się tuż za drzwiami, położył dłonie na biodrach i zacisnął szczęki.
— Zaczynam wariować — wysyczał. — Tym razem naprawdę zabiję Beyzę.
— Cihanie, uspokój się — powiedziała Hancer łagodnie, ale stanowczo. — Spróbuj zapanować nad gniewem.
Nie potrafił. Nie teraz, nie dopóki nie zobaczył syna. Wyjął telefon i natychmiast wybrał numer Engina.
— Gdzie jest pozwolenie, Enginie? Dlaczego jeszcze go nie załatwiłeś? Dyrektor nie pozwala mi zobaczyć się z moim synem. Ile mam jeszcze czekać?
— Bracie, jeśli chcesz, żeby wszystko się udało, musisz uzbroić się w cierpliwość — odpowiedział Engin. — Czekam na panią Beren. Prokurator chce z nią porozmawiać. Ja też spróbuję go przekonać.
— Enginie, ja chcę rozwiązania! Jak najszybciej przynieś mi ten papier!
— Cihanie, mówiłem ci, to nie jest takie proste. Złożono na ciebie skargę. Bez zgody drugiej strony nie możesz spotkać się z dzieckiem.
Cihan zmarszczył brwi.
— Co to ma znaczyć? Nie będę mógł zobaczyć własnego syna, jeśli Beyza na to nie pozwoli?
— Niestety tak. Na razie nie ma innej drogi. Obiecuję, że zrobię wszystko, żeby zdobyć zgodę. Proszę cię tylko, nie działaj pochopnie. To zadanie i tak jest trudne. Nie utrudniaj mi go jeszcze bardziej. Wytrzymaj dla swojego syna. Sprawa jest poważniejsza, niż myślisz. Jeden zły krok może doprowadzić cię do ruiny. Zaufaj mi i daj mi trochę czasu.
Cihan rozłączył się. Od razu chciał wybrać kolejny numer, lecz Hancer chwyciła go za rękę.
— Do kogo chcesz zadzwonić? — zapytała z niepokojem.
— Do Beyzy. Zapłaci mi za to, że postanowiła zemścić się na mnie przy pomocy mojego syna.
— Proszę, bądź rozsądny. Jeśli powiesz coś niewłaściwego, dasz jej kolejnego asa do ręki. Czy naprawdę warto?
Cihan zamknął oczy i wziął głęboki oddech. Przez chwilę wyglądał jak człowiek, który resztką sił powstrzymuje się przed eksplozją.
— Tracę rozum — przyznał w końcu. — Sam już nie wiem, co robię. Ale dobrze, że tu jesteś. Jesteś ze mną.
Hancer spojrzała na niego ze smutkiem.
— Chciałabym móc zrobić więcej.
***
Mukadder weszła do gabinetu dyrektora ośrodka, w którym ukryła Metina. Pomieszczenie było urządzone chłodno i oficjalnie: ciężkie, drewniane biurko zajmowało niemal cały środek pokoju, za nim stał wysoki skórzany fotel, a na ścianie wisiał portret Atatürka. Obok znajdowała się flaga, półki z pamiątkami i starannie poukładane dokumenty. Wszystko miało sprawiać wrażenie porządku i powagi, choć Mukadder od progu czuła, że za tą fasadą kryło się rażące niedbalstwo.
Była blada i spięta. Beżowy płaszcz ciasno otulał jej sylwetkę, a zaciśnięte dłonie zdradzały, że ledwo panowała nad gniewem. Dyrektor, elegancki mężczyzna w ciemnym garniturze, na jej widok natychmiast wstał zza biurka i ukłonił się uprzejmie.
— Dzień dobry, pani Mukadder.
— Zostaw teraz te grzeczności — przerwała mu ostro. — Powierzyłam ci mojego syna, a ty nie dopełniłeś swojego zadania. Co to ma znaczyć? Czy za taką amatorszczyznę płacę fortunę?
Mężczyzna spoważniał. Widać było, że spodziewał się tej rozmowy, ale mimo to nie potrafił znaleźć właściwych słów.
— Pani Mukadder, tym razem on nie uciekł sam…
Mukadder zmrużyła oczy.
— Co masz na myśli?
— Wczoraj część pacjentów sprawiających problemy opuściła swoje pokoje. Zaniepokoił ich alarm przeciwpożarowy. W ośrodku zapanował chaos. Ledwo udało nam się wszystkich uspokoić i sprowadzić z powrotem do sal. Brakowało tylko pani syna. To wyglądało tak, jakby ktoś otworzył mu drzwi i pomógł mu wyjść.
— Chcesz powiedzieć, że pomógł mu ktoś ze środka?
— To właśnie podejrzewamy.
— Podejrzenia nic nam nie dadzą! — syknęła Mukadder. — Czy sprawdziliście nagrania z kamer?
Dyrektor spuścił wzrok.
— Niestety, wczoraj doszło do awarii monitoringu. Nagrania z tego dnia się nie zachowały.
— Jak to możliwe? — zapytała lodowatym tonem. — Ani jednego nagrania? Nie wiecie nawet, kto wchodził do pokoju mojego syna?
— Nie mamy tylko zapisów z wczoraj. Wcześniejsze nagrania są dostępne.
Mukadder wskazała na laptop.
— Dobrze. Pokaż mi je.
Dyrektor podszedł do biurka, otworzył laptop i przez chwilę klikał w klawiaturę. Potem odwrócił ekran w stronę Mukadder. Na nagraniu widać było długi, szpitalny korytarz: blade kafelki, szare drzwi, białe plastikowe krzesła pod ścianą, czerwone szafki przeciwpożarowe i plakaty wiszące przy wejściach do sal. Obraz z kamery był chłodny, bezduszny, jakby cała placówka patrzyła na ludzi z góry.
Na ekranie pojawiła się młoda kobieta w niebieskim stroju medycznym. Szła korytarzem z rękami w kieszeniach, spokojna, skupiona, pozornie zupełnie niegroźna.
Mukadder nagle zesztywniała.
— Zatrzymaj.
Dyrektor zatrzymał nagranie.
— Ta dziewczyna… — Mukadder pochyliła się nad laptopem. — Ona kogoś mi przypomina. Możesz powiększyć obraz?
Mężczyzna wykonał polecenie. Twarz Sili wypełniła większą część ekranu. Mukadder wpatrywała się w nią przez kilka sekund, a jej spojrzenie stało się ciężkie i niebezpieczne.
— To opiekunka — wyjaśnił dyrektor. — Pracowała u nas krótko, a potem zrezygnowała. Czy coś jest nie tak?
— Więc ona tu pracowała… — mruknęła Mukadder bardziej do siebie niż do niego.
— Mam włączyć dalszą część nagrania?
— Nie. Nie ma takiej potrzeby.
Odwróciła się od laptopa. Przez chwilę milczała, jakby w jej głowie zaczęły układać się kolejne elementy układanki. Potem spojrzała na dyrektora z pogardliwą surowością.
— Znajdź mojego syna, jak tylko potrafisz. I módl się, żeby nic mu się nie stało.
Nie czekając na odpowiedź, odwróciła się na pięcie i wyszła z gabinetu. Dyrektor został przy biurku, z nieruchomą twarzą i ekranem laptopa, na którym wciąż widniała zatrzymana sylwetka Sili.


***
Adwokatka Beren pojawiła się w prokuraturze z wyraźnym opóźnieniem, ale bez cienia zakłopotania na twarzy. Korytarz był chłodny i urzędowy: beżowe ściany, ciemne płytki na podłodze, granatowa ławka pod plakatem Ministerstwa Sprawiedliwości i otwarte drzwi prowadzące w głąb budynku nadawały miejscu surowy, bezosobowy charakter.
Engin czekał na nią przy ścianie. W jasnoszarym płaszczu, z aktówką w dłoni, wyglądał spokojnie, ale jego napięta postawa zdradzała, że od dłuższego czasu walczył z narastającą irytacją. Beren zatrzymała się przed nim. Miała na sobie ciemny płaszcz i sukienkę w drobne czerwone kropki, a na ramieniu przewieszoną elegancką torebkę. Na jej twarzy malowała się chłodna pewność siebie.
Wymienili krótki, oficjalny uścisk dłoni.
— Czy mogę zająć pani dwie minuty, zanim wejdziemy do prokuratora? — zapytał Engin.
— Proszę, słucham — odpowiedziała obojętnie.
— Nie wiem, co Beyza pani powiedziała, ale jestem pewien, że nie była to cała prawda. Spory rozwodowe, odszkodowania i cała reszta… Jesteśmy gotowi walczyć do końca. Ale jeśli próbujecie zdobyć przewagę, wykorzystując niewinne dziecko, proszę, niech pani choć przez chwilę pomyśli rozsądnie. Naprawdę chce pani wciągać je w taką wojnę? Proszę porozmawiać z Beyzą i przekonać ją, żeby wyraziła zgodę na spotkanie. Nie może pani chcieć, by Cihan w tak trudnym procesie pozostawał oddzielony od syna.
Beren patrzyła na niego bez większego zainteresowania. Jej twarz pozostała zamknięta, niemal znudzona.
— Skończył pan? — zapytała chłodno. — Jeśli tak, porozmawiajmy teraz o tym, czego Beyza doświadczyła w tamtym domu.
Engin spojrzał na nią uważniej. Jego cierpliwość zaczęła się kończyć.
— Zdaje się, że mnie pani nie zrozumiała, pani Beren. Albo to ja nie wyraziłem się wystarczająco jasno. Przepraszam. Być może pieniądze, które pani otrzyma, przesłoniły pani trzeźwy ogląd sytuacji, ale nie zdaje sobie pani sprawy, w jakie kłopoty się pani wpakowała. Czy Beyza powiedziała pani, dlaczego naprawdę rozwodzi się z Cihanem? Myślę, że nie.
Beren drgnęła nieznacznie, lecz nadal milczała.
Engin zrobił krok bliżej i ściszył głos.
— W takim razie ja pani powiem. Beyza była w piątym miesiącu ciąży. Nosiła zdrowe dziecko, a mimo to usunęła ciążę, nie informując ani rodziny, ani Cihana.

Twarz Beren stężała. Na moment odwróciła wzrok, jakby dopiero teraz dotarło do niej, że sprawa, którą przyjęła, nie była tak prosta, jak przedstawiała ją jej klientka.
— Oczywiście nic pani o tym nie wiedziała — ciągnął Engin. — Dlatego proszę, niech nie pozwoli pani, by pieniądze przesłoniły pani rozsądek. Niech pani dobrze się zastanowi, kogo chce reprezentować. Żeby później nie miała pani problemów w swojej karierze.
Beren nie odpowiedziała. Jej pewność siebie wyraźnie osłabła, a spojrzenie, jeszcze przed chwilą lodowate, stało się niespokojne.
— Chodźmy — powiedział Engin.
Ruszył w stronę gabinetu prokuratora. Beren poszła za nim, ale nie wyglądała już tak pewnie jak wtedy, gdy weszła do budynku.
***
Sinem przyszła do parku, w którym na ławce czekał już na nią Melih. Dookoła panowała chłodna, wiosenna cisza. Między nagimi jeszcze gałęziami drzew przebijała się blada zieleń, a trawnik przy ścieżce był usiany drobnymi, żółtymi kwiatami. Melih podniósł wzrok, gdy tylko ją zobaczył. Siedział pochylony lekko do przodu, wyraźnie przejęty, jakby od dawna układał w głowie słowa, które chciał jej powiedzieć.
Sinem usiadła obok niego. Jej twarz była poważna, a spojrzenie zmęczone. Melih od razu wyczuł, że coś ją dręczy.
— To już ostatnie dni, kiedy spotykamy się w parku — powiedział cicho, próbując dodać jej otuchy. — Wkrótce wprowadzimy się do naszego mieszkania. Obiecuję.
— Mam taką nadzieję… — odpowiedziała Sinem przygaszonym głosem.
Melih zmarszczył brwi.
— Wszystko w porządku? Coś się stało?
— Niby nic mi nie jest, ale… — Sinem westchnęła ciężko i spuściła wzrok na dłonie. — Wczoraj do rezydencji przyjechała policja. Zabrali Cihana Gurura do domu dziecka. Beyza złożyła skargę. Nie zrozumiałam dokładnie wszystkich szczegółów, ale chodziło o to, że Cihan rzekomo prowadzi niemoralny tryb życia i może źle wpływać na psychikę dziecka. Cihan nic nie mógł zrobić. Zabrali mu syna na jego oczach.
Melih poruszył się niespokojnie.
— Zrobiła to z zemsty. Znasz Beyzę. Ale Cihan na pewno znajdzie rozwiązanie. Odzyska syna.
— Odzyska go, oczywiście — przyznała Sinem, lecz jej głos wciąż brzmiał niepewnie. — Tylko że problem nie dotyczy już wyłącznie Cihana. Wczoraj mama Mukadder odebrała telefon i zaraz potem zemdlała. Od tamtej chwili zachowuje się dziwnie.
Melih spojrzał na nią uważniej.
— Co masz na myśli? Zemdlała nie dlatego, że zabrano jej wnuka, tylko po rozmowie telefonicznej? Kto dzwonił?
— Właśnie tego chciałam się dowiedzieć. Oddzwoniłam pod ten numer. Odezwał się automat z jakiegoś domu opieki. — Sinem pokręciła głową, zagubiona. — Nie rozumiem, co mama Mukadder może mieć z tym wspólnego, ale mam złe przeczucie. Jakby coś ukrywała.
Melih zacisnął usta. Przez chwilę milczał, patrząc przed siebie.
— Gry tej kobiety są nieprzewidywalne — powiedział w końcu. — Ale zostaw to. Patrzmy przed siebie. Zaczęliśmy coś razem i nie możemy teraz znów oglądać się za siebie. Podjęliśmy decyzję, Sinem. Nie wolno nam jej ciągle kwestionować. Niech inni robią, co chcą. My musimy skupić się na sobie. Jeśli jeszcze raz pozwolimy szczęściu wymknąć się nam z rąk, możemy już nigdy go nie dogonić.
Powyższy tekst stanowi autorskie streszczenie i interpretację wydarzeń z serialu Gelin. Inspiracją do jego stworzenia były filmy Gelin 184.Bölüm i Gelin 185.Bölüm dostępne na oficjalnym kanale serialu w serwisie YouTube. W artykule zamieszczono również zrzuty ekranu pochodzące z tych odcinków, które zostały użyte wyłącznie w celach informacyjnych i ilustracyjnych. Wszystkie prawa do postaci, fabuły i materiału źródłowego należą do ich prawowitych właścicieli.







