„Panna młoda” Odc. 144 – streszczenie
Nusret otworzył drzwi do niewielkiego pokoju i gestem zaprosił Mukadder do środka. W pomieszczeniu panował półmrok, rozjaśniany jedynie ciepłym światłem lampki stojącej przy łóżku. Na jego brzegu siedziała Yonca. Była już w ostatnim miesiącu ciąży. Jedną dłonią podpierała obolałe plecy, drugą gładziła ciężki brzuch, jakby próbowała uspokoić zarówno dziecko, jak i samą siebie.
Mukadder zatrzymała się w progu. Przez chwilę patrzyła na młodą kobietę w milczeniu, czując, jak gardło zaciska jej się boleśnie.
A więc do tego doszło… — pomyślała gorzko. — Ty, Mukadder Develioglu, zaakceptujesz jako własnego wnuka dziecko kobiety, której kiedyś nie chciałaś nawet otworzyć drzwi. Oto największa klęska twojego życia.
Nusret spojrzał na obie kobiety z wyraźnym zadowoleniem.
— W końcu nadeszło to długo wyczekiwane spotkanie — oznajmił spokojnym tonem. Położył dłoń na ramieniu siostry i lekko je ścisnął. — Siostro, pozwól, że przedstawię ci matkę twojego wnuka.
Wskazał Yoncę, która spuściła wzrok.
— Zostawię was same. Powinnyście porozmawiać.
Kiedy drzwi zamknęły się za Nusretem, w pokoju zapadła ciężka cisza. Słychać było jedynie nierówny oddech Yoncy.
Dziewczyna podniosła się z łóżka z wyraźnym trudem. Powoli podeszła do Mukadder, cały czas podtrzymując dłonią brzuch. W jej oczach błyszczały łzy.
— Uwierz mi… ja też nie chciałam, żeby to wszystko tak wyglądało — powiedziała drżącym głosem. — Poszłam do rezydencji, żeby powiedzieć prawdę. Chciałam wszystko wyznać. Ale Nusret się dowiedział.
Odwróciła wzrok, jakby sam dźwięk tego imienia budził w niej strach.
— Zadzwonił do mnie. Groził mi. Próbowałam uciec, naprawdę próbowałam… Od tygodni jestem więźniem w tym mieszkaniu.
Mukadder patrzyła na nią nieruchomo. W jej twarzy nie było już dawnej surowości — jedynie zmęczenie i rosnący ból.
— Wiem, że ty też nie chcesz tego dziecka — wyszeptała Yonca. — Dlatego proszę… pomóż mi. Zabiorę je i zniknę. Nigdy więcej nas nie zobaczysz. Ani mnie, ani tego dziecka.
Łzy zaczęły spływać po jej policzkach.
— Jeśli razem coś zrobimy, może jeszcze uda się uniknąć wielkiego cierpienia.
Wyciągnęła drżącą dłoń i chwyciła rękę Mukadder.
— Błagam cię… pomóż mi.


***
Mukadder i Nusret zeszli po schodach w ciężkiej, napiętej ciszy. W domu panował półmrok, a ciepłe światło lamp odbijało się od jasnych ścian i drewnianych stopni. Gdy znaleźli się na dole, Mukadder zatrzymała się nagle i odwróciła w stronę brata. W jej spojrzeniu nie było już dawnej wyniosłości — tylko zmęczenie i niepokój, którego nie potrafiła ukryć.
— Co zamierzasz zrobić z tą dziewczyną, kiedy dziecko się urodzi? — zapytała cicho, ale stanowczo. — Co się z nią stanie?
Nusret spojrzał na nią chłodno, niemal z rozbawieniem.
— To ciekawe. — Skrzywił się lekko. — Kiedyś zupełnie nie obchodził cię własny mąż, a teraz nagle martwisz się losem obcej dziewczyny?
Mukadder zacisnęła dłonie.
— Dość! — syknęła. — Przestań bez przerwy wypominać mi przeszłość.
— Więc nie zachowuj się jak święta — odparł ostro Nusret. — Bo moralność nigdy nie była twoją mocną stroną.
Zrobił krok bliżej i obniżył głos.
— Zrobię to, co trzeba. Yonca skończy tak jak wszyscy zdrajcy.
Na moment zawiesił spojrzenie na twarzy siostry.
— Umrze.
***
Kamera przeniosła się na piętro.
Za zamkniętymi drzwiami sypialni Yonca gwałtownie odsunęła się od ściany. Przez cały czas stała tuż przy drzwiach i słyszała każde słowo rozmowy. Jej twarz momentalnie pobladła, a oddech stał się płytki i urywany. Odruchowo objęła obiema rękami swój brzuch, jakby próbowała ochronić dziecko przed światem.
W oczach młodej kobiety pojawiło się czyste przerażenie.
***
Retrospekcja.
Akcja cofnęła się o kilka minut.
Yonca nadal ściskała dłoń Mukadder i patrzyła na nią błagalnym wzrokiem. Łzy drżały jej pod powiekami.
Mukadder milczała przez chwilę, rozdarta między strachem a wyrzutami sumienia. W końcu ciężko westchnęła, po czym sięgnęła do swojej torebki. Wyciągnęła telefon i szybko wsunęła go w dłonie Yoncy.
— Weź go — szepnęła tak cicho, by nikt poza nimi nie mógł usłyszeć. — Zadzwoń do kogokolwiek chcesz.
Yonca spojrzała na nią z niedowierzaniem.
— Uciekaj stąd jak najdalej — dodała Mukadder drżącym głosem. — Uratuj siebie i mojego syna.
***
Teraźniejszość.
Yonca wyciągnęła telefon z tylnej kieszeni spodni. Trzymała go obiema dłońmi tak mocno, jakby był jedyną deską ratunku.
Oparta plecami o szafę, wpatrywała się w podświetlony ekran. Palce drżały jej coraz bardziej, ale nie potrafiła wybrać numeru. W głowie miała chaos. Nie wiedziała już, komu może zaufać ani kto byłby w stanie ją ocalić.
Za drzwiami panowała cisza, lecz dla Yoncy była ona jeszcze bardziej przerażająca niż krzyki.


***

***
Melih zatrzymał taksówkę na poboczu wąskiej, cichej ulicy. Silnik nadal pracował cicho, a on sam zmęczonym ruchem wsunął dłoń do kieszeni kurtki.
— Gdzie ja położyłem portfel… — mruknął pod nosem, przeszukując kolejne kieszenie.
Nachylił się między siedzeniami i wtedy jego wzrok padł na reklamówkę pozostawioną na tylnej kanapie. Rozpoznał ją od razu. Musiała należeć do Hancer.
Przez chwilę patrzył na torbę w milczeniu, jakby zastanawiał się, czy powinien do niej zaglądać. W końcu jednak sięgnął po nią ostrożnie i zajrzał do środka.
W środku leżały maleńkie, ręcznie robione skarpetki dla niemowlęcia.
Melih znieruchomiał.
Materiał był miękki, jasny, ozdobiony delikatnymi brązowymi paskami. Wyglądały tak drobno, że niemal mieściły się w jego dłoni. Przez moment tylko wpatrywał się w nie bez słowa, a potem powoli uniósł głowę.
W jego oczach pojawił się niepokój.
— Nie… to niemożliwe… — szepnął bardziej do siebie niż do kogokolwiek.
Natychmiast próbował odepchnąć od siebie tę myśl. Zacisnął szczękę i nerwowo odłożył skarpetki z powrotem do reklamówki.
Przecież Hancer mogła kupić je dla kogoś innego. Na prezent. Dla znajomej. Dla dziecka z sąsiedztwa.
Tak właśnie musiało być.
A jednak im dłużej siedział w milczeniu, tym mniej wierzył własnym tłumaczeniom.
Oparł się ciężko o fotel kierowcy i utkwił wzrok w przedniej szybie. Wspomnienia zaczęły wracać jedno po drugim — jej zmęczona twarz, ostrożne ruchy, sposób, w jaki czasem mimowolnie obejmowała się rękami.
Serce zabiło mu szybciej.
Melih przesunął dłonią po brodzie i ponownie spojrzał na reklamówkę leżącą obok niego. Tym razem już nie potrafił pozbyć się narastającego przeczucia, że odkrył coś, co miało na zawsze zmienić życie wielu ludzi.


***
***
Gulsum od ponad godziny krążyła po dzielnicy, w której mieszkała Hancer. Wąskie uliczki pachniały wilgotną ziemią i świeżo zaparzoną herbatą, a ludzie siedzący przed domami z łatwością wdawali się w rozmowy z obcymi. Kobieta sprytnie wykorzystała ich otwartość. Udając osobę szukającą domu do wynajęcia, zaglądała do kolejnych podwórek, zadawała niewinne pytania i cierpliwie zbierała informacje.
W końcu usiadła przy prowizorycznym stoliku ustawionym pod drzewem, gdzie starsze mieszkanki dzielnicy częstowały ją herbatą i plotkami równie chętnie jak domowymi wypiekami.
W tym samym czasie Beyza niecierpliwie przechadzała się po swoim pokoju z telefonem przy uchu. Czekała na wiadomości tak długo, że w końcu sama wybrała numer Gulsum.
— Powiedziałam ci, żebyś załatwiła to szybko — odezwała się ostrym tonem, gdy tylko kobieta odebrała. — Gdzie ty jesteś?
Gulsum uśmiechnęła się pod nosem i odsunęła od ust szklankę z herbatą.
— Dotarłam prosto do źródła wszystkich plotek. Gdybyś tylko słyszała, co mówią tutejsi ludzie… — odpowiedziała z wyraźnym zadowoleniem. — Obeszłam prawie całą okolicę. Powiedziałam, że szukam domu do wynajęcia, więc wszyscy zaczęli opowiadać mi o sąsiadach. Naprawdę sympatyczni ludzie. Herbatę dostałam chyba już w trzech domach.
— Gulsum! — przerwała jej Beyza z irytacją. — Przejdź do rzeczy. Czego się dowiedziałaś? Czy ta dziewczyna nadal mieszka u swojego brata?
— Oczywiście. I to nie jest nawet najlepsza część tej historii. — Gulsum ściszyła głos teatralnie. — Hancer pracuje jako sprzątaczka.
Po drugiej stronie zapadła krótka cisza.
— Co powiedziałaś? — Beyza aż przystanęła. — Sprzątaczka? Chyba źle cię zrozumiałam.
— Nie, dokładnie to powiedziałam. Sprząta ludziom domy. Cała dzielnica o tym plotkuje. — Gulsum niemal delektowała się każdą sylabą. — Mówią, że nie potrafiła żyć jak dama w pałacu, więc teraz służy innym.
Na twarzy Beyzy pojawił się powolny, pełen satysfakcji uśmiech, który po chwili przerodził się w szczery śmiech.
— Ach, Hancer… — mruknęła z kpiną. — Los bywa naprawdę okrutny.
Nie próbowała nawet ukrywać radości. Świadomość, że jej największa rywalka sprząta w domach obcych ludzi, sprawiała jej niemal fizyczną przyjemność.
***
Wieść o bójce przed domem Cemila rozeszła się po dzielnicy z zawrotną prędkością. Ludzie wychodzili przed domy, szeptali między sobą i z przejęciem opowiadali kolejnym sąsiadom, jak były mąż Hancer rzucił się na drugiego mężczyznę na oczach wszystkich. Plotka rosła z minuty na minutę, aż w końcu dotarła także do Gulsum.
Kobieta natychmiast pojawiła się w okolicy. Ukryta za gałęziami drzew i stojącymi przy drodze samochodami, obserwowała całe zamieszanie z bezpiecznej odległości. Kiedy zauważyła Cihana stojącego obok Hancer i Meliha, szybko wyciągnęła telefon. Drżącymi z ekscytacji palcami zrobiła kilka zdjęć, starając się uchwycić wszystkich w jednym kadrze.
Pół godziny później wpadła do pokoju Beyzy niczym burza.
Drzwi otworzyły się gwałtownie, aż siedząca w fotelu kobieta poderwała głowę.
— Nie wiem nawet, jak mam to powiedzieć… — wydyszała Gulsum. — Pan Cihan pokłócił się z Melihem przez Hancer.
Beyza zmarszczyła brwi i od razu pokręciła głową.
— To absurd. Cihan jest za granicą. Musiałaś pomylić go z kimś innym.
— Na początku też tak myślałam, ale to naprawdę był on. Mam dowód.
Szybko podała jej telefon.
Beyza wyrwała urządzenie z jej dłoni i spojrzała na ekran. W jednej chwili cała krew odpłynęła jej z twarzy. Na zdjęciu wyraźnie było widać Cihana stojącego przed domem Cemila — obok Hancer i Meliha.
— Niech to szlag! — wrzasnęła.
W przypływie furii cisnęła telefonem o podłogę. Urządzenie roztrzaskało się z głośnym trzaskiem, a plastikowe elementy rozsypały się po parkiecie.
Gulsum spojrzała na szczątki telefonu z autentycznym przerażeniem.
— Mój telefon…
— Mam się przejmować twoim telefonem?! — syknęła Beyza, podrywając się z fotela. — Rozumiesz w ogóle, co przeżywam? Cihan miał być za granicą!
Zaczęła nerwowo chodzić po pokoju, przeczesując palcami włosy.
— Nie… To niemożliwe. Musiałaś widzieć kogoś podobnego do niego…
Nagle zatrzymała się i gwałtownie chwyciła Gulsum za kurtkę.
— Jesteś pewna? Powiedz mi prawdę!
— Tak… sama widziałaś zdjęcie — wyjąkała przestraszona kobieta.
Beyza puściła ją dopiero po chwili.
— O czym rozmawiali?
— Nie słyszałam dokładnie. Stałam daleko, żeby mnie nie zauważyli. Ale jej brat był wściekły. Wyrzucił ich wszystkich sprzed domu. Powiedział, że nie chce ich tam widzieć.
Beyza zacisnęła dłonie w pięści.
— Kiedy Cihan wrócił? Dlaczego do mnie nie zadzwonił? I co Melih robił przy Hancer?
— Nie wiem. Widziałam tylko, że pan Cihan bardzo się zdenerwował. Powiedział, że Hancer nie będzie już pracować jako sprzątaczka.
Te słowa uderzyły Beyzę mocniej niż wszystko wcześniej.
Powoli opadła na fotel, jakby nagle zabrakło jej sił. Wpatrywała się w przestrzeń rozszerzonymi oczami, a w jej głowie zaczynały układać się wszystkie obawy, które od dawna próbowała od siebie odsunąć.
— Boże… — wyszeptała drżącym głosem. — Moje najgorsze koszmary właśnie zaczynają się spełniać…
Po chwili podniosła wzrok na Gulsum i jej twarz ponownie stwardniała.
— Nie stój tak nade mną, jakbyś przyniosła mi dobre wiadomości. Wynoś się stąd!
Gulsum nie czekała ani chwili dłużej. Szybko pozbierała resztki godności i niemal wybiegła z pokoju, bojąc się, że gniew Beyzy za moment wybuchnie jeszcze silniej.



Powyższy tekst stanowi autorskie streszczenie i interpretację wydarzeń z serialu Gelin. Inspiracją do jego stworzenia były filmy Gelin 105.Bölüm i Gelin 106.Bölüm dostępne na oficjalnym kanale serialu w serwisie YouTube. W artykule zamieszczono również zrzuty ekranu pochodzące z tych odcinków, które zostały użyte wyłącznie w celach informacyjnych i ilustracyjnych. Wszystkie prawa do postaci, fabuły i materiału źródłowego należą do ich prawowitych właścicieli.






