Panna młoda odc. 47: Cihan demaskuje kłamstwo Beyzy!

Cihan marszczy brwi. Jego twarz wyraża gniew.

„Panna młoda” Odc. 47 – streszczenie

Sekretarka wchodzi do gabinetu Cihana z niewielką paczką w dłoniach.

— Panie Cihanie, zostawił to dla pana pan Nusret. Prosił, by przekazać osobiście.

Cihan unosi wzrok znad dokumentów. W jego spojrzeniu pojawia się cień czujności. Odbiera pudełko bez słowa. Jest niewielkie, elegancko zapakowane. Zbyt staranne jak na zwykłą przesyłkę.

Otwiera je powoli.

W środku, na białej wyściółce, lśni dziesięć złotych bransoletek.

Cihan zamiera. Jego szczęka lekko się zaciska.

— Co to ma znaczyć? — mruczy pod nosem.

Przez chwilę tylko patrzy na złoto, jakby próbował zrozumieć, czy to prowokacja, czy ostrzeżenie.

***

Yonca siedzi w salonie domu Nusreta. Wnętrze jest eleganckie, ciężkie zasłony tłumią światło, a między nimi unosi się napięcie.

Siedzą naprzeciwko siebie, z filiżankami kawy na stoliku.

— Dziękuję, że przyjęłaś moje zaproszenie — mówi Nusret spokojnie, choć jego wzrok jest uważny.

— Nie mogłam odmówić, kiedy usłyszałam twój głos — odpowiada Yonca miękko. — Brzmiałeś… inaczej.

— Wydajesz się na mnie zła. — Przygląda jej się. — A może po prostu smutna?

Yonca opuszcza wzrok.

— Nie jestem zła. — Robi krótką pauzę. — Ale to, co się stało, było dla mnie trudne.

— Jesteś zbyt wyrozumiała — mówi ciszej Nusret. — Nie zapytałaś nawet, jakim prawem przeszukiwałem twoją torebkę.

Yonca wzrusza lekko ramionami.

— A czy to coś zmieni? Gdybym zapytała, odpowiedziałbyś szczerze?

Nusret nachyla się ku niej.

— Dla mnie to ma znaczenie. Nie jestem człowiekiem, który grzebie w cudzych rzeczach bez powodu. — Wzdycha. — Chciałem zrobić ci niespodziankę.

Sięga do wewnętrznej kieszeni marynarki i wyciąga małe, czerwone pudełeczko. Aksamit połyskuje w świetle lampy.

— Zamierzałem wsunąć je do twojej torebki. Ale zamiast tego znalazłem bransoletki. I wszystko potoczyło się inaczej.

Podaje jej pudełko.

— Mam nadzieję, że chociaż to naprawi mój błąd.

Yonca otwiera je powoli.

W środku spoczywa srebrny naszyjnik z dużym, głęboko czerwonym kamieniem, oprawionym w drobne, lśniące cyrkonie. Kamień przypomina kroplę rubinu — intensywną, niemal hipnotyzującą.

Na chwilę w jej oczach pojawia się autentyczny błysk zachwytu.

— Jest przepiękny… — szepcze. — To najpiękniejszy prezent, jaki kiedykolwiek dostałam.

Nusret uśmiecha się z satysfakcją.

W tej samej chwili jego telefon zaczyna dzwonić.

— Wybacz mi na moment — mówi, wstając.

Odchodzi w stronę schodów i odbiera.

— Odebrałem paczkę, którą dla mnie zostawiłeś — odzywa się chłodny głos Cihana. — Dlaczego to zrobiłeś?

Nusret opiera się o balustradę.

— Rozwiodłeś się z Beyzą, zapewniając, że będziesz za nią odpowiedzialny do końca życia. A teraz próbujesz zamknąć sprawę dziesięcioma bransoletkami?

— Beyza sama zażądała rozwodu. I sama upomniała się o posag — odpowiada Cihan spokojnie. — To jej prawo. Przekażę jej bransoletki osobiście.

— Nie możesz tak po prostu umyć rąk — syczy Nusret. — Jeśli zostawisz ją w potrzebie, poniesiesz konsekwencje.

Groźba zawisa w powietrzu.

Cihan milczy przez sekundę.

— Proszę bardzo — odpowiada lodowato. — Spróbuj.

Rozłącza się bez wahania.

Nusret przez chwilę wpatruje się w wygaszony ekran. Jego twarz twardnieje.

Na dole Yonca dotyka czerwonego kamienia naszyjnika, a w jej oczach pojawia się cień wyrachowania.

Gra dopiero się zaczyna.

***

Jest już późny wieczór, gdy na podjeździe rozlega się znajomy dźwięk silnika. Hancer, stojąca przy oknie starego domu, zastyga.

Samochód Cihana.

Miał wyjechać do Hereke. Nie wyjechał.

Przez krótką chwilę w jej sercu pojawia się pytanie: dlaczego?

Ale szybko odsuwa je na bok. Teraz ważniejsze jest coś innego.

Sięga po telefon i pisze krótką wiadomość:

„Możesz przyjść do starego domu?”

Odpowiedź przychodzi niemal natychmiast:

„Czy coś się stało?”

Jej palce zawisają nad ekranem.

„Proszę cię. To bardzo ważne.”

Nie mija minuta, gdy słyszy kroki na żwirze. Drzwi uchylają się. Cihan staje w progu — ale nie przekracza go.

Zatrzymuje się dokładnie na granicy.

— Powiedz tutaj, co masz mi do powiedzenia — mówi chłodno. — Ten próg jest od teraz moją granicą.

Słowa uderzają ją mocniej, niż chciałaby przyznać.

Hancer bierze głęboki oddech.

— To, o czym chcę z tobą porozmawiać, nie dotyczy mnie — odpowiada spokojnie. — W środku są Fadime i Aysu.

Cihan marszczy brwi.

— Co one tu robią?

— Zostały wyrzucone z rezydencji.

— Co? — jego głos staje się ostry.

— Z trudem przekonałam je, żeby zostały u mnie do twojego powrotu. Były gotowe odejść bez słowa.

Cihan prostuje się.

— Dlaczego zostały wyrzucone? Co się stało?

Hancer kręci głową.

— Nie znam wszystkich szczegółów. Mówią, że zostały oczernione. Że oskarżono je o coś, czego nie zrobiły. — Spogląda mu w oczy. — Fadime pracuje w tym domu od lat. Zawsze była lojalna. Nie pozwól, żeby odeszła ze spuszczoną głową tylko dlatego, że nikt nie chciał jej wysłuchać.

Cihan milczy, a jego spojrzenie twardnieje.

— Jeśli jesteś głową tego domu — dodaje cicho Hancer — to do ciebie należy rozwiązanie tego problemu.

Między nimi zapada napięta cisza.

— Poczekaj — mówi w końcu. — Zawołam je. Niech same opowiedzą ci, co się stało.

Odwraca się, by wejść do środka.

Cihan nadal stoi na progu. Granica, którą wyznaczył, nagle wydaje się mniej wyraźna.

***

Beyza bez pukania wchodzi do sypialni ciotki.

Mukadder stoi przed toaletką, powoli zdejmując kolczyki i odkładając je do aksamitnego pudełka. W lustrze dostrzega odbicie bratanicy.

— Czy wiesz, która jest godzina, Beyzo? — pyta chłodno, nie odwracając się. — Czego chcesz o tej porze?

Beyza podchodzi kilka kroków bliżej. Jej twarz jest napięta, a w oczach błyszczy coś niepokojącego.

— Chciałam tylko powiedzieć, że w starym domu pali się światło.

Mukadder wzrusza ramionami.

— I co z tego? Ta idiotka pewnie zapomniała zgasić przed wyjazdem.

— Nigdzie nie wyjechała — odpowiada Beyza powoli. — Jest w domu.

Mukadder odwraca się gwałtownie.

— Co? Nie pojechała z Cihanem? Skąd to wiesz?

Beyza zaczyna przechadzać się po pokoju, jakby układała w głowie kolejne elementy układanki.

— Gulsum dziś rano zgubiła kolczyk, kiedy zanosiła tam śniadanie. Wieczorem poszła go poszukać. Zobaczyła włączone światło i zajrzała do środka. Powiedziała, że kanapy w salonie były pościelone.

Mukadder marszczy brwi.

— I co z tego?

— Zastanów się — mówi Beyza ciszej, z wyraźną satysfakcją. — Czy Hancer, mając do dyspozycji ogromne łóżko w sypialni, spałaby na kanapie? I to na dwóch?

Zapada chwila ciszy.

— Co próbujesz mi zasugerować? — głos Mukadder staje się napięty.

— Myślę, że kanapy były przygotowane dla Fadime i Aysu. — Beyza zatrzymuje się i patrzy ciotce prosto w oczy. — Jeśli tak, oznacza to tylko jedno. Hancer wypowiedziała nam wojnę. W zuchwały sposób chce ci powiedzieć: „Wyrzuciłaś je z domu, ale ja je ochronię”.

Mukadder mruży oczy. Jej twarz twardnieje.

— Co za bezczelna dziewucha… — szepcze.

Przez moment stoi nieruchomo, jakby kalkulowała kolejne ruchy.

Potem bez słowa odkłada kolczyki, prostuje się i rusza w stronę drzwi.

— Dokąd idziesz, ciociu? — pyta cicho Beyza.

Mukadder nie odpowiada. Jej milczenie jest groźniejsze niż jakiekolwiek słowa.

Drzwi zamykają się za nią zdecydowanym ruchem.

***

Przed starym domem stoi niewielki drewniany stolik. Nad nim wisi pojedyncza żarówka, rzucająca ciepłe, lecz słabe światło. Wokół panuje cisza, przerywana tylko odległym szumem wiatru.

Cihan siedzi obok Fadime i Aysu. Hancer zajmuje miejsce naprzeciwko nich, jakby samą swoją obecnością chciała dodać im odwagi.

Fadime ściska w dłoniach brzeg chustki.

— Czy zdradziłybyśmy dom, w którym zarabiamy na chleb? — pyta drżącym głosem. — Czy po tylu latach lojalnej pracy mogłabym splamić swoje imię kradzieżą?

Jej oczy zachodzą łzami.

— W porządku… Aysu popełniła błąd. Pożyczyła pieniądze od koleżanki ze szkoły. Potem nie była w stanie ich oddać. To była głupota, młodość… — przełyka ślinę. — Ale kradzież to coś zupełnie innego. Jak można było oskarżyć ją o coś takiego?

Cihan patrzy na nią uważnie.

— Dobrze, siostro Fadime. Proszę, nie płacz — mówi łagodnie, choć jego twarz pozostaje poważna.

Aysu podnosi zapłakane oczy.

— Bracie Cihanie, przysięgam… nie ukradłam bransoletek Beyzy. Nawet ich nie widziałam. Przysięgam na wszystko, co dla mnie święte.

Cisza gęstnieje.

— Nie zostałabym tu ani chwili po tych wszystkich upokorzeniach — dodaje Fadime, z bólem ściskając serce. — Ale kiedy pani Hancer poprosiła mnie, żebym została i wszystko z tobą wyjaśniła… nie potrafiłam odmówić.

Hancer spuszcza wzrok.

— To musi być jakieś nieporozumienie — mówi cicho. — Nie miałam serca pozwolić im odejść w taki sposób.

Fadime prostuje się z godnością.

— Nie chcę wracać do rezydencji, panie Cihanie. Nie chcę już pracować w miejscu, gdzie podważono moje uczciwe imię. Chcę tylko odejść stąd z podniesioną głową.

Cihan milczy przez chwilę. Wie więcej, niż może powiedzieć. Prawda o bransoletkach pulsuje mu w skroniach, ale nie zdradza jej.

— Zrozumiałem — odpowiada spokojnie. — Teraz jednak wejdźcie do środka i odpocznijcie.

— Nie, panie Cihanie. — Fadime kręci głową. — Wysłuchałeś nas. Nie obwiniłeś. To nam wystarczy. Dziękuję.

Cihan wstaje.

— Nigdzie nie idziecie — mówi stanowczo, a w jego głosie pojawia się autorytet, którego nikt nie kwestionuje. — Rozwiążę to nieporozumienie. To moja odpowiedzialność. Idźcie spać. Dobrej nocy.

Aysu wstaje i nagle, impulsywnie, przytula go.

— Dziękuję… — szepcze.

Cihan lekko kiwa głową.

Matka i córka wracają do środka starego domu.

Hancer zostaje jeszcze chwilę. Patrzy na męża z wdzięcznością, która rozjaśnia jej twarz.

— Dziękuję, że ich wysłuchałeś.

— Zrobiłem to, co należało zrobić — odpowiada cicho. — I doprowadzę tę sprawę do końca. Nie zostawiaj ich samych.

Hancer przytakuje.

— Dobrej nocy.

Odwraca się i znika za drzwiami.

***

Cihan szybkim krokiem zmierza w stronę rezydencji. Noc jest chłodna, a światła ogrodu rzucają długie cienie na kamienną ścieżkę.

Drzwi otwierają się nagle. Na schodach pojawiają się Mukadder i Beyza.

— Cihanie, synu… — odzywa się Mukadder, wyraźnie zaskoczona. — Czy nie miałeś być teraz w Hereke?

Cihan zatrzymuje się kilka kroków od nich. Jego twarz jest spokojna, ale spojrzenie czujne.

— Mówią, że w każdym zdarzeniu kryje się coś dobrego — odpowiada powoli. — Dobrze, że tam nie pojechałem.

Mukadder marszczy brwi.

— Dlaczego tak mówisz?

Przez chwilę milczy. Jakby ważył każde słowo. Jakby już wiedział więcej, niż chce ujawnić.

— Zostawmy to — ucina w końcu. — Dokąd wybieracie się o tej porze?

Mukadder prostuje się.

— Kiedy zobaczyłam, że w starym domu pali się światło, zmartwiłam się. Chciałam sprawdzić, czy wszystko w porządku.

— Nie musisz się martwić — odpowiada Cihan chłodno. — Właśnie stamtąd wracam. Wszystko jest pod kontrolą.

Jego wzrok powoli przesuwa się na Beyzę. Zatrzymuje się na jej twarzy.

— A ty? — pyta ciszej, ale ostrzej. — Dlaczego wyszłaś?

Beyza przełyka ślinę.

— Ja… — zawiesza głos, szukając wymówki. — Jest ciemno. Wyszłam z ciocią, żeby… żeby się nie bała.

W oczach Cihana pojawia się cień ironii.

— Bała? Na terenie własnej rezydencji? — Robi krok do przodu. — Czy mamy tu jakieś psy, które mogłyby ją przestraszyć? A może… — jego spojrzenie twardnieje — złodziei?

Słowo zawisa w powietrzu jak ostrze.

Beyza blednie.

— Co masz na myśli? — pyta, a w jej głosie wyraźnie słychać drżenie.

Cihan patrzy na nią jeszcze chwilę. Zbyt długo.

— Dowiesz się jutro rano — mówi w końcu surowo. — Teraz jest późno. Idźcie spać.

Nie czeka na odpowiedź. Mija je i wchodzi do środka.

Mukadder i Beyza zostają na schodach. Wymieniają zaniepokojone spojrzenia.

Po raz pierwszy od dawna to nie one kontrolują sytuację.

***

Następnego ranka w jadalni rezydencji panuje napięta cisza. Słońce wpada przez wysokie okna, oświetlając długi stół nakryty do śniadania, ale atmosfera jest ciężka, jak przed burzą.

Cihan wchodzi jako ostatni. Bez słowa zajmuje miejsce na czele stołu. W dłoni trzyma niewielkie, eleganckie pudełeczko. Kładzie je spokojnie przed sobą.

— Co to jest, wujku? — pyta zaciekawiona Mine, pochylając się do przodu. — Prezent dla mnie?

— Nie dla ciebie — odpowiada Cihan chłodno. — Dla Beyzy.

Beyza drga, jakby ktoś dotknął jej lodowatą dłonią.

— A gdzie Fadime? — dodaje Cihan, rozglądając się po sali.

Mukadder splata dłonie.

— Synu… stało się coś strasznego. Nie chciałam mówić wczoraj wieczorem, żebyś nie szedł spać zdenerwowany.

Cihan unosi wzrok.

— W takim razie wyjaśnij mi teraz. Słucham.

Beyza prostuje się, choć jej głos lekko drży.

— Córka Fadime, Aysu, ukradła mój posag. Narobiła długów w szkole. Została wyrzucona. Potrzebowała pieniędzy.

Cihan patrzy na nią bez mrugnięcia.

— Ukradła twoje bransoletki, żeby spłacić dług? To chcesz powiedzieć?

— Tak. Bransoletki zniknęły. A ona była w trudnej sytuacji.

— Czy każdy, kto ma problemy finansowe, staje się od razu złodziejem? — jego ton nabiera ostrości.

— Była jedyną obcą osobą w tym domu!

— Aysu nie jest obca — ucina stanowczo. — Jest córką Fadime. Dorastała tutaj. Masz jakikolwiek dowód?

— Jeśli ich nie ukradła, to gdzie są? Myślisz, że nie wiem, gdzie je zostawiłam?

Cihan powoli otwiera pudełeczko.

— Bransoletki znalazły swojego właściciela.

Odwraca je i wysypuje na stół dziesięć złotych bransoletek. Metal uderza o drewno z chłodnym, dźwięcznym brzękiem.

Zapada cisza.

Beyza blednie. Mine spogląda zdezorientowana, a Sinem szybko podnosi się z miejsca.

— Gulsum, zabierz Minę do pokoju — mówi cicho, wyczuwając nadchodzącą burzę.

Pokojówka ujmuje rączkę dziewczynki i razem odchodzą.

— Beyzo — odzywa się Cihan lodowatym tonem. — Czy to są te „skradzione” bransoletki?

Beyza milczy. Jej ramiona opadają, jakby nagle stały się zbyt ciężkie.

— Gdzie je znalazłeś, synu? — pyta Mukadder, nagle pobladłszy.

— Nie mnie pytaj, mamo. Niech Beyza wyjaśni, co z nimi zrobiła.

— Gdzie… gdzie je znalazłeś? — powtarza Beyza z trudem.

— Twój ojciec zostawił je w moim biurze.

Mukadder gwałtownie odwraca się do bratanicy.

— Były u twojego ojca?! Jak się tam znalazły? Odpowiedz!

— Ja… nie wiem…

— Znowu kłamiesz! — głos Mukadder drży z gniewu. — Przez ciebie nazwałam niewinne osoby złodziejami! Wciągnęłaś mnie w swoją brudną grę!

— Ktoś okazał się rozsądny i naprawił twój błąd — mówi Cihan twardo.

— Od kogo się dowiedziałeś? — pyta Mukadder ciszej.

— Od mojej żony. — Akcentuje to słowo wyraźnie. — Zatrzymała Fadime i Aysu, gdy miały odejść. Wiedziała, że takie decyzje konsultuje się z głową domu.

Spogląda po kolei na matkę i byłą żonę.

— Teraz wychodzę. Gdy wrócę wieczorem, Fadime ma być tutaj. Nie wiem, w jaki sposób ją przeprosicie, ale macie to naprawić. Dziś wieczorem Fadime i Aysu mają wrócić do rezydencji.

Robi krótką pauzę.

— W przeciwnym razie to wy poniesiecie konsekwencje.

Wstaje powoli od stołu. W jadalni robi się jeszcze chłodniej, mimo wpadającego przez okna słońca.

Drzwi zamykają się za nim z cichym, ale stanowczym kliknięciem.

***

Derya coraz wyraźniej czuje, że trzymanie pieniędzy w domu to tykająca bomba. Każda chwila zwiększa ryzyko, że Cemil przypadkiem je odkryje. A nawet jeśli nie — gotówka leżąca w doniczce z dnia na dzień traci na wartości. Inflacja pożera ją po cichu, bez litości.

— Leżą i topnieją… — mruczy do siebie, ściskając plik banknotów. — Jak śnieg na słońcu.

Myśl dojrzewa w niej szybko. Skoro już podjęła ryzyko, musi pójść o krok dalej. Samo ukrywanie pieniędzy to za mało. Trzeba je wprawić w ruch. Sprawić, by zaczęły pracować.

Nie analizuje długo zagrożeń. Wizja szybkiego zysku działa na nią jak magnes. W jej wyobraźni pieniądze zaczynają się mnożyć, rosnąć, zmieniać jej życie.

— Jeśli mam ryzykować, to dla czegoś większego — mówi zdecydowanie.

Jak nietrudno się domyślić — choć ona, zaślepiona wizją szybkiego zysku, zupełnie tego nie dostrzega — ta decyzja wkrótce przyniesie jej nie fortunę, lecz bolesne rozczarowanie i łzy, których nie zdoła już tak łatwo ukryć.

Powyższy tekst stanowi autorskie streszczenie i interpretację wydarzeń z serialu Gelin. Inspiracją do jego stworzenia były filmy Gelin 29.Bölüm i Gelin 30.Bölüm dostępne na oficjalnym kanale serialu w serwisie YouTube. W artykule zamieszczono również zrzuty ekranu pochodzące z tych odcinków, które zostały użyte wyłącznie w celach informacyjnych i ilustracyjnych. Wszystkie prawa do postaci, fabuły i materiału źródłowego należą do ich prawowitych właścicieli.

Podobne wpisy