„Panna młoda” Odc. 88 – streszczenie
Wyszli z domu Cemila i Deryi w ciężkiej, niewypowiedzianej ciszy. Powietrze na zewnątrz było ciepłe, nasycone zapachem drzew i letniego popołudnia, ale napięcie między nimi nie ustępowało ani na chwilę.
Kilka minut później zatrzymali się przy niewielkiej kawiarni położonej przy parku. W ogrodowej altanie, osłoniętej drewnianym zadaszeniem i otoczonej zielenią, panował przyjemny półcień. W tle słychać było śmiech dzieci bawiących się na kolorowym placu zabaw i szum liści poruszanych lekkim wiatrem.
Usiedli naprzeciwko siebie przy niewielkim stoliku przykrytym białym obrusem. Kelner postawił przed nimi dwie wysokie szklanki z lemoniadą, w których kostki lodu cicho zabrzęczały.
Cihan oparł łokcie o stół, splatając dłonie, jakby szukał odpowiednich słów.
— Hancer… — zaczął spokojnie, choć w jego głosie pobrzmiewało zmęczenie. — Ostatnio przeszliśmy przez wiele trudnych chwil. Sytuacja z Beyzą wszystkich nas wytrąciła z równowagi. Nie powinienem był na ciebie krzyczeć.
Hancer uniosła na niego wzrok. Jej twarz była spokojna, ale w oczach wciąż czaił się żal.
— Chciałam tylko pomóc — odpowiedziała cicho.
— Wiem — przyznał. — Ale Beyza nie myśli teraz racjonalnie. Uciekła i ślad po niej zaginął. W domu wszyscy są zdenerwowani… to wszystko przez nią.
Hancer lekko pokręciła głową.
— Dlaczego obwiniasz tylko ją? — zapytała, marszcząc brwi. — Nie zawsze winny jest ten, kto znika. Czasem ktoś inny popycha go do tego kroku.
Cihan spojrzał na nią uważnie, wyraźnie zaskoczony.
— O czym mówisz?
— O jej byłym mężu — odpowiedziała stanowczo. — O człowieku, który zachowuje się jakby nie miał za grosz odpowiedzialności.
Cihan przełknął ślinę, a jego spojrzenie na moment uciekło w bok.
— Hancer… nie znasz go — powiedział ostrzej, niż zamierzał. — Nie wiesz, co przeszedł z Beyzą. Oceniasz go zbyt pochopnie.
— Nie interesuje mnie, co było między nimi — odparła. — Rozwiedli się, to ich sprawa. Ale teraz jest dziecko. A on? Ledwo zamknął jeden rozdział, a już zaczął kolejny.
Cihan zmrużył oczy.
— Kto ci to powiedział?
— Beyza.
Na chwilę zapadła cisza, przerywana tylko odległym śmiechem dzieci i brzękiem szkła.
— Hancer… — zaczął ostrożniej. — Czy po rozwodzie człowiek nie ma prawa ułożyć sobie życia? Ja też się rozwiodłem… a potem ożeniłem się z tobą. Czy to czyni mnie kimś złym?
Hancer spojrzała mu prosto w oczy.
— To co innego. Wy nie mieliście dziecka.
— A gdyby było?
Nie zawahała się ani przez sekundę.
— Rozwiodłabym się z tobą — odpowiedziała spokojnie, ale twardo. — Bez mrugnięcia okiem.
Słowa zawisły między nimi ciężko jak ołów.
— Jeśli ta kobieta, z którą jest teraz były mąż Beyzy, ma choć odrobinę godności, powinna zrobić to samo — dodała. — Żadne uczucie nie jest ważniejsze niż życie dziecka.
Cihan spuścił wzrok, zaciskając dłonie.
— A jeśli… ona o tym nie wie? — zapytał cicho.
— To jeszcze gorzej — odparła Hancer. — To znaczy, że ten człowiek coś ukrywa. A ktoś, kto ignoruje własne dziecko, nie zasługuje na zaufanie.
Nachyliła się lekko w jego stronę.
— Wiem, że możesz być na mnie zły, ale przestań szukać Beyzy. Znajdź jej byłego męża. Porozmawiaj z nim. Niech się opamięta. Niech zadzwoni do niej i powie, że nie zostawi jej samej. Tylko wtedy uwierzę, że naprawdę ci na niej zależy.
Cihan zamarł.
Jak mam powiedzieć ci prawdę, Hancer…? — przemknęło mu przez myśl. — Stracę cię w tej samej chwili, gdy wyznam, że to ja jestem tym człowiekiem…
— Zamierzasz coś powiedzieć? — przerwała ciszę Hancer. — Co zrobisz? Znajdziesz go?
Cihan podniósł wzrok, ale nie odpowiedział. W jego oczach pojawił się cień decyzji… albo ucieczki.
— Chodźmy — powiedział w końcu chłodno, odsuwając krzesło. — Odwiozę cię do domu.
Hancer westchnęła ciężko. Przez moment wyglądała, jakby chciała jeszcze coś powiedzieć, ale zrezygnowała.
Wstała bez słowa i ruszyła za nim, zostawiając na stole nietkniętą lemoniadę, której lód powoli topniał — tak jak ich spokój, który właśnie bezpowrotnie się rozpływał.

***
Wieczór zapadł ciężko, przynosząc ze sobą duszną ciszę i napięcie, które zdawało się wypełniać każdy kąt niewielkiego mieszkania.
Beyza siedziała na wąskiej kanapie w przedpokoju, oparta niedbale o oparcie. Jej twarz wyrażała nie tyle zmęczenie, co czystą niechęć do wszystkiego, co ją otaczało. Rozglądała się z pogardą po skromnym wnętrzu, jakby samo przebywanie w tym miejscu było dla niej ujmą.
Drzwi do kuchni skrzypnęły cicho. Po chwili pojawiła się Derya, niosąc tacę. Postawiła ją na stole przed Beyzą. Na talerzu leżał parujący bigos, obok koszyk z pokrojoną bułką.
Beyza zmarszczyła nos, zanim jeszcze dobrze spojrzała na jedzenie.
— Co to za zapach? — zapytała, unosząc brwi i cofając się lekko.
Derya uśmiechnęła się chłodno.
— Cudowny zapach kapusty. Jedz ze smakiem.
— Kapusta? — Beyza skrzywiła się z nieskrywanym obrzydzeniem. — Zabierz to ode mnie. Na samą myśl robi mi się niedobrze.
— Jak chcesz — odparła spokojnie Derya, odsuwając tacę na bok. — Nie będę cię zmuszać.
— Nie ma nic innego? — dopytała Beyza, zerkając na nią z irytacją. — Może jakaś zupa?
— Nie. — Derya usiadła obok niej, zakładając nogę na nogę. — Ale mamy też… pieczeń — dodała z udawaną powagą, po czym wzruszyła ramionami. — Żartowałam. Jeśli chcesz jeść, musisz zadowolić się bigosem.
— Robisz to specjalnie, prawda? — Beyza spojrzała na nią podejrzliwie. — Chcesz, żebym była głodna. Poskarżę się Hancer.
Derya parsknęła cicho.
— Proszę bardzo. Poskarż się.
Wstała i sięgnęła po tacę, jakby naprawdę zamierzała ją zabrać.
— Zaczekaj! — Beyza podniosła głos, prostując się gwałtownie. — Nie pójdę przecież spać głodna.
Derya zatrzymała się i spojrzała na nią z góry.
— Gość je to, co dostanie. Nie to, na co ma ochotę.
Beyza zacisnęła usta, po czym zmieniła ton na bardziej ugodowy.
— Słuchaj… — zaczęła, udając łagodność. — Może twój mąż mógłby coś kupić po drodze? Na przykład kofty?
Derya uniosła brew.
— Bardzo chętnie bym go o to poprosiła… gdybym w ogóle go widywała.
W jej głosie zabrzmiała nuta goryczy, której nie zdołała ukryć. Beyza przyjrzała jej się uważniej. W jej oczach pojawił się błysk drapieżnej satysfakcji.
— Och… — westchnęła teatralnie. — Czyli jednak. Wpadłaś w tę samą pułapkę co ja.
Derya zesztywniała.
— O czym ty mówisz?
— Mój mąż się ze mną rozwiódł i znalazł sobie nową kobietę — mówiła Beyza z lodowatym spokojem. — Ale to Cihan Develioglu. Taki mężczyzna nigdy nie siedzi długo na jednej gałęzi. — Zawiesiła głos, po czym uśmiechnęła się złośliwie. — Tobie natomiast nie udało się utrzymać nawet tego twojego… Cemila.
Słowa spadły jak policzek.
— Naprawdę mi cię żal — dodała cicho, z udawaną litością.
W następnej sekundzie Derya rzuciła się na nią.
Chwyciła Beyzę za włosy z taką siłą, że ta krzyknęła z bólu. Jednak nie pozostała bierna — natychmiast odwzajemniła atak, zaciskając palce w jej włosach.
— Zwariowałaś?! — syknęła Beyza, próbując ją odepchnąć.
— Lepiej pilnuj języka! — warknęła Derya, nachylając się nad nią z wściekłością wypisaną na twarzy.
Szarpanina przerodziła się w chaotyczną walkę — kanapa zaskrzypiała, taca spadła z hukiem na podłogę, a zapach kapusty rozlał się po pomieszczeniu jeszcze intensywniej.
W ciasnym przedpokoju zabrakło miejsca na godność — została tylko złość, upokorzenie i narastająca nienawiść.


***
Cihan wszedł do sypialni cicho, niemal bezszelestnie, jakby obawiał się, że każdy dźwięk może jeszcze bardziej napiąć i tak już kruchą atmosferę. Pokój tonął w miękkim świetle lampy stojącej przy łóżku, a wzorzysta tapeta i starannie poukładane poduszki nadawały wnętrzu pozorny spokój.
Hancer siedziała na skraju łóżka, wyprostowana, z dłońmi splecionymi na kolanach. Przez chwilę patrzyła w stronę drzwi, lecz gdy tylko Cihan wszedł, odwróciła głowę, jakby sam jego widok był dla niej trudny do zniesienia.
— Nie położyłaś się jeszcze — odezwał się cicho, zatrzymując się kilka kroków od niej.
— Czekałam na ciebie. — Jej głos był spokojny, ale chłodny. Po krótkiej chwili spojrzała na niego uważnie. — Rozmawiałeś z byłym mężem Beyzy?
Cihan zacisnął szczęki.
— Hancer… ile razy mam ci powtarzać? Trzymaj się od tego z daleka.
W jej oczach błysnęło rozczarowanie.
— Wiesz, że miałam nadzieję? — powiedziała ciszej. — Myślałam, że to niemożliwe, żebyś był aż tak nieczuły. Że jesteś tylko rozkojarzony, zmęczony… Że jeśli ci wszystko wytłumaczę, zrozumiesz. — Pokręciła lekko głową. — Ale to nie to. Ty po prostu mnie ignorujesz. Celowo.
Zapadła ciężka cisza.
— Rozmawiałem z nim — powiedział nagle Cihan.
Hancer drgnęła i spojrzała na niego z wyraźnym zaskoczeniem.
— Naprawdę? — Jej głos złagodniał. — Co powiedział?
Cihan podszedł bliżej i usiadł obok niej na łóżku. Przez moment milczał, jakby ważył każde słowo, które miał wypowiedzieć.
— Powiedział… że kocha swoją żonę — zaczął powoli. — I że nie chce jej stracić. Beyzy nigdy nie kochał. Zostali zmuszeni do małżeństwa. — Spojrzał gdzieś w bok, unikając jej wzroku. — Ten człowiek jest zakochany. Do szaleństwa. I choć chce wziąć odpowiedzialność za dziecko… nie potrafi oddać serca Beyzie. Bo wtedy straciłby to, co dla niego najważniejsze.
Zamilkł na chwilę, po czym dodał ciszej:
— Czy nie może być ojcem i jednocześnie ocalić swojej miłości? Czy naprawdę musi wybierać?
Hancer długo nic nie mówiła. Jej twarz stężała, a spojrzenie stało się twarde.
— Gdyby ktoś kiedyś powiedział mi, że zostanę żoną Cihana o kamiennym sercu… roześmiałabym się — odezwała się w końcu, z gorzkim uśmiechem. — Masz rację. Miłość jest słabością. — Jej głos nagle stwardniał. — Niech będzie przeklęta taka miłość, która każe porzucić własne dziecko.
Odwróciła się do niego gwałtownie.
— A jeśli ty pochwalasz jego zachowanie, to niczym się od niego nie różnisz.
Cihan spojrzał na nią ostro, z niedowierzaniem i narastającą złością.
— Jak ty się do mnie odzywasz? Dlaczego mnie z nim porównujesz?
— Dlaczego? — Hancer uniosła głos. — Sam mi opowiadałeś, jak twoja matka cierpiała, kiedy twój ojciec odszedł! Chcesz, żeby dziecko Beyzy przeżyło to samo? Żeby dorastało z poczuciem odrzucenia? Żeby kiedyś znienawidziło własnego ojca?
— Hancer, wystarczy! — wybuchł Cihan, zrywając się na równe nogi.
Ona również wstała, nie cofając się ani o krok.
— Nie! To ty posłuchaj! — Jej oczy płonęły. — Zamiast stanąć po stronie bezbronnej kobiety i dziecka, ty go bronisz? Usprawiedliwiasz go? Nie mamy o czym rozmawiać!
W jego oczach pojawił się cień bólu, którego nie potrafił już ukryć.
Straciłem ostatnią szansę… — przemknęło mu przez myśl. — Nigdy nie będę mógł powiedzieć jej prawdy… że to ja jestem tym człowiekiem…
— Możesz wyjść — powiedziała Hancer chłodno, odwracając wzrok. — Chcę się położyć.
Cihan przez moment jeszcze na nią patrzył, jakby chciał coś dodać, coś naprawić… ale słowa nie przyszły.
Skinął tylko głową, odwrócił się i wyszedł, zamykając za sobą drzwi cicho — jak ktoś, kto właśnie zamknął coś znacznie ważniejszego niż pokój.

***
Nazajutrz poranek przyniósł niepokój zamiast ulgi.
Gdy Derya weszła do sypialni, zatrzymała się gwałtownie w progu. Łóżko było puste. Po Beyzie nie było śladu — ani torebki, ani rzeczy, ani nawet śladu obecności. Tylko nienaturalna cisza, która natychmiast wzbudziła w niej lęk.
Bez chwili wahania sięgnęła po telefon.
— Hancer… Beyza zniknęła — powiedziała, ledwo panując nad głosem. — Nie ma jej. Po prostu wyszła.
***
Niedługo potem telefon Hancer zawibrował. Wiadomość od Beyzy.
„Dziękuję za wszystko. Kiedy wszyscy mnie opuścili, ty jedna byłaś przy mnie. Ale nie mam wyboru. Zdobyłam pieniądze… idę do położnej. Wybacz mi.”
Serce Hancer zamarło. Natychmiast wybrała jej numer.
— Beyzo, nie waż się tego zrobić! — wyrzuciła z siebie, gdy tylko usłyszała jej głos.
Po drugiej stronie zapadła krótka cisza.
— Właśnie dlatego napisałam wiadomość, a nie zadzwoniłam — odpowiedziała Beyza chłodno. — Nie próbuj mnie zatrzymać. Podjęłam decyzję. Nie ma już odwrotu.
— Gdzie jesteś? — głos Hancer zadrżał. — Powiedz mi, a przyjdę do ciebie. Porozmawiamy, znajdziemy jakieś wyjście…
Klik.
Połączenie zostało przerwane.
***
Hancer nie traciła czasu. Kilkanaście minut później była już w dzielnicy. Biegła niemal bez tchu, rozglądając się nerwowo po cichej, słonecznej ulicy, gdzie zwyczajne życie toczyło się jak gdyby nigdy nic.
I wtedy ją zobaczyła.
Beyza szła powoli wzdłuż drogi, z opuszczoną głową, jak ktoś przygnieciony ciężarem własnych myśli.
Nie wiedziała tylko jednego — że Beyza czekała właśnie na nią.
— Beyzo! — zawołała Hancer i podbiegła do niej. — Dzięki Bogu… znalazłam cię!
Objęła ją mocno, jakby bała się, że jeśli puści, ta znów zniknie.
Beyza drgnęła lekko, po czym odwzajemniła uścisk.
— Jak mnie znalazłaś? — zapytała, udając zaskoczenie. — Ach… powiedziałam ci wczoraj o tej położnej… Jaka ja jestem głupia…
— Nie jesteś głupia — odpowiedziała cicho Hancer, odsuwając się i ujmując jej dłonie. — Jesteś załamana. To wszystko. Daj sobie czas. Proszę. Wszystko się jeszcze ułoży. Urodzisz to dziecko. Zobaczysz, będziesz wspaniałą matką.
Na twarzy Beyzy pojawił się cień bólu.
— Dokąd mam pójść, Hancer? — wyszeptała, a jej głos zadrżał. — Nie mogę wrócić do ojca. Nie mogę pokazać się ludziom. wszyscy mnie znają. Zniszczą mnie plotkami. — Jej oczy zaszkliły się. — Chcę zniknąć. Po prostu… zniknąć gdzieś, gdzie nikt mnie nie znajdzie.
Hancer przyciągnęła ją do siebie jeszcze raz, tym razem delikatniej, kołysząc ją lekko jak dziecko.
W jej spojrzeniu pojawiła się nagle determinacja.
Znała takie miejsce.
I była gotowa zrobić wszystko, by Beyza tam trafiła.


***
Wieczór w rezydencji upływał w ciężkiej, niemal namacalnej ciszy.
Przy długim, elegancko nakrytym stole siedzieli Mukadder, Cihan, Sinem i mała Mine. Biała zastawa połyskiwała w świetle lamp, a zapach świeżo podanej zupy unosił się w powietrzu, lecz nikt nie wydawał się mieć apetytu. Fadime krzątała się obok, zbierając naczynia z mechaniczną dokładnością.
Cihan odłożył łyżkę i uniósł wzrok.
— Gdzie jest Hancer? — zapytał, a w jego głosie zabrzmiała nutka zniecierpliwienia.
Fadime zatrzymała się na moment.
— Panna młoda nie będzie dziś jadła — odpowiedziała spokojnie, spuszczając wzrok.
Mukadder prychnęła cicho, odkładając serwetkę.
— To zaczyna być jej zwyczajem — rzuciła chłodno, po czym spojrzała na syna. — Mówiłam ci, że jest zbyt uparta.
— Mamo, nie naciskaj na Hancer — odparł Cihan, choć jego ton zdradzał napięcie.
— Nie naciskam — ucięła ostro. — Mamy poważniejsze problemy. Nadal nie wiemy, gdzie jest Beyza. — Jej głos stwardniał. — Z moim wnukiem pod sercem. I wiedz, że jestem na ciebie zła. Wyrzuciłeś tę dziewczynę z domu. Nie posłuchałeś mnie. Módl się, żeby nic jej się nie stało.
Przy stole zapadła cisza.
Sinem spojrzała nerwowo na córkę, wyczuwając ciężar rozmowy.
— Kochanie, już zjadłaś — powiedziała łagodnie do Mine, uśmiechając się blado. — Chodź, pójdziemy do twojego pokoju. Narysujemy coś razem, dobrze?
— Dobrze, mamo — odpowiedziała dziewczynka cicho.
Obie wstały i odeszły, zostawiając za sobą napięcie, które natychmiast zgęstniało jeszcze bardziej.
Teraz przy stole zostali tylko Cihan i Mukadder.
Mężczyzna odczekał chwilę, po czym spojrzał na matkę z wyraźną irytacją.
— Ile razy mam ci mówić, żebyś uważała na słowa przy dziecku? — zapytał chłodno.
Mukadder westchnęła ciężko, jakby dźwigała na barkach cały ciężar tej sytuacji.
— Dobrze, synu. Nie powiem już nic przy niej. — Zawahała się, po czym dodała ciszej: — Ale to nie rozwiązuje problemu. Cokolwiek zrobię, nie naprawię twojego błędu. Powiedz mi… jak zamierzasz z tego wyjść?
Cihan zacisnął szczękę.
— Beyza zachowuje się nierozsądnie — powiedział twardo. — Wykorzystuje dziecko, żeby wymusić na mnie to, czego chce. Nie mogę tego zaakceptować. Niech zachowa się jak dorosła i sama rozwiąże swoje problemy.
Mukadder nagle wyprostowała się, a w jej oczach pojawił się gniew.
— Tym „problemem” jest mój wnuk, a twój syn! — podniosła głos. — Odkąd ta dziewczyna pojawiła się w twoim życiu, przestałeś myśleć trzeźwo. Niczego nie widzisz! Inaczej zrozumiałbyś, że mam rację. Ten związek prowadzi donikąd. — Nachyliła się ku niemu. — Musisz się rozwieść i poślubić Beyzę, zanim dziecko się urodzi. Jej miejsce jest tutaj. W tym domu. Przy mężu.
Słowa zawisły w powietrzu jak wyrok.
Cihan gwałtownie uderzył dłonią w stół. Szkło zadźwięczało, a jego spojrzenie pociemniało.
— Mamo — powiedział niskim, ostrym głosem — jeśli jeszcze raz to powiesz… stracisz mnie.
Wstał powoli, nie odrywając od niej wzroku.
— Beyza nigdy nie przekroczy progu tego domu. Moją żoną jest Hancer. I dopóki żyję, nic tego nie zmieni.
Nie czekając na odpowiedź, odwrócił się i odszedł, zostawiając matkę samą przy stole — w ciszy, która była głośniejsza niż jakiekolwiek słowa.
***
Noc spowiła rezydencję ciszą, która zdawała się tłumić każdy dźwięk.
Po gwałtownej rozmowie z matką Cihan wyszedł na zewnątrz, próbując opanować narastający gniew. Chłodne powietrze nie przynosiło ulgi. Przechadzał się wzdłuż fasady budynku, gdy nagle jego uwagę przykuł nikły blask w jednym z okien na górze starego domu — tam, gdzie o tej porze nikt nie powinien przebywać.
Zatrzymał się. W szybie przemknął cień.
Zmarszczył brwi i bez wahania skierował się w stronę drzwi. Otworzył je kluczem, niemal bezszelestnie, po czym wszedł do środka. Wnętrze pogrążone było w półmroku, przerywanym jedynie drgającym światłem świecy. Cihan ruszył po schodach na górę. Jego kroki odbijały się głuchym echem.
W chwili, gdy stanął na korytarzu, drzwi jednego z pokoi skrzypnęły cicho.
Z wnętrza wyszła Beyza.
Trzymała w dłoni zapaloną świecę, której płomień oświetlał jej twarz, nadając jej rysom niemal upiornej miękkości. Zamarła na widok Cihana. Przez moment patrzyli na siebie w milczeniu — napięcie było niemal namacalne.
Cihan zrobił krok do przodu, a jego spojrzenie pociemniało.
— Co ty tutaj robisz? — zapytał ostro, z trudem hamując gniew. — Jak śmiałaś tu przyjść?
Beyza otworzyła usta, ale nie zdążyła odpowiedzieć.
Z boku rozległ się spokojny, lecz stanowczy głos.
— Ona nie jest winna.
Cihan odwrócił się gwałtownie.
Z półmroku wyłoniła się Hancer. Stała kilka kroków dalej. Jej twarz była napięta, ale spojrzenie — pewne. Podeszła bliżej, zatrzymując się obok Beyzy, jakby chciała ją osłonić.
— Beyza nie chciała tu przyjść — dodała cicho, lecz wyraźnie. — To ja ją tu przyprowadziłam.
Słowa zawisły w powietrzu, ciężkie jak wyrok.


Powyższy tekst stanowi autorskie streszczenie i interpretację wydarzeń z serialu Gelin. Inspiracją do jego stworzenia był film Gelin 63.Bölüm dostępny na oficjalnym kanale serialu w serwisie YouTube. W artykule zamieszczono również zrzuty ekranu pochodzące z tego odcinka, które zostały użyte wyłącznie w celach informacyjnych i ilustracyjnych. Wszystkie prawa do postaci, fabuły i materiału źródłowego należą do ich prawowitych właścicieli.






