„Panna młoda” Odc. 78 – streszczenie
Silnik cichnie, gdy samochód zatrzymuje się na podjeździe. Cihan od razu zauważa znajomy pojazd.
Samochód Nusreta.
Jego ciało momentalnie się napina. Dłoń zaciska się na kierownicy, a spojrzenie twardnieje. Bez słowa odpina pas.
Hancer natychmiast wyczuwa zmianę. Sięga do niego i chwyta go za ramię.
— Cihanie… proszę, nie rób tego — mówi drżącym głosem. — Uspokój się. Może… może coś źle zrozumiałeś…
On nawet na nią nie patrzy.
— Hancer, dość — ucina ostro. — To nie twoja sprawa.
W końcu odwraca głowę i patrzy jej prosto w oczy.
— Idź do starego domu. I nie wychodź, dopóki cię nie zawołam.
W jego głosie nie ma miejsca na sprzeciw.
Otwiera drzwi i wysiada gwałtownie. Drzwi zatrzaskują się za nim z hukiem. Wchodzi do rezydencji szybkim, ciężkim krokiem.
Mukadder i Nusret stoją naprzeciw siebie, jakby właśnie przerwali rozmowę. Na widok Cihana całego i zdrowego twarz Mukadder natychmiast mięknie.
— Synu… — wydobywa się z jej ust.
Podbiega do niego i obejmuje go ramieniem, jakby chciała upewnić się, że naprawdę stoi przed nią.
— Nic ci nie jest… — szepcze z ulgą.
Ale Cihan nie odwzajemnia gestu. Jego wzrok jest wbity w Nusreta. Ostry i nieprzejednany.
Powoli odsuwa się od matki. Zbliża się do wujka i bez ostrzeżenia wyrywa mu telefon z ręki. Rzuca nim o podłogę. Plastik i szkło roztrzaskują się z trzaskiem.
Cihan przydeptuje jeszcze telefon butem.
— Nie spodziewaliście się mnie, prawda? — mówi lodowato. — Zwłaszcza ty, wujku.
Nusret przez moment milczy, zaskoczony, ale szybko odzyskuje pozorny spokój.
— O jakich bzdurach mówisz, siostrzeńcu? — odpowiada chłodno.
Cihan robi krok bliżej.
— O siostrzeńcu, za którym wysłałeś uzbrojonego człowieka.
Cisza.
— Twój człowiek przyznał się do wszystkiego.
Na twarzy Nusreta pojawia się cień napięcia. Przełyka ślinę.
— A powiedział ci… dlaczego? — pyta spokojniej, próbując odzyskać kontrolę. — Zauważyłem na kamerach kilka podejrzanych samochodów. Dla bezpieczeństwa wysłałem za tobą człowieka.
Cihan patrzy na niego z niedowierzaniem.
— Dla bezpieczeństwa? — powtarza z ironią. — A dlaczego ja nic o tym nie wiedziałem?
Podchodzi jeszcze bliżej.
— Gdzie są te nagrania? Dlaczego nie wiem, co dzieje się wokół mnie? W moim własnym życiu?
Nusret milczy przez chwilę. Szuka odpowiedzi. W końcu unosi rękę i wskazuje na Cihana.
— Właśnie dlatego.
Krótka pauza.
— Bo nie potrafisz się kontrolować.
Jego głos twardnieje.
— A poza tym… twoja matka o wszystkim wiedziała.
Cihan odwraca się powoli.
— Mamo?
Mukadder ociera łzę, która spływa jej po policzku.
— Twój wujek mówi prawdę… — mówi cicho. — Bardzo się przestraszyłam, kiedy do mnie zadzwonił. Bałam się o ciebie…
Jej głos drży.
— Dlatego tak się ucieszyłam, kiedy wróciłeś.
Cihan patrzy na nią przez chwilę. Milczy.
W salonie zapada ciężka cisza, którą przerywa ją Nusret.
— Widzę, że znowu masz do mnie pretensje — mówi z nutą chłodnej ironii. — Po raz kolejny przekonuję się, że życzliwość nie popłaca.
Krzyżuje ręce.
— Nie zaskakujesz mnie, siostrzeńcze.
Ale tym razem to nie działa. Na twarzy Cihana nie pojawia się ani cień wahania. Tylko chłód.
— Nie ma potrzeby tych gier, wujku — mówi spokojnie, ale twardo. — Nie stoi przed tobą dziecko.
— Cihanie, przesadzasz — wtrąca Mukadder, z wyrzutem. — Twój wujek robi wszystko, żeby cię chronić, a ty go atakujesz.
Nusret wzdycha teatralnie.
— Twój syn i tak nie zrozumie. Nie marnuj słów.
Schyla się i podnosi rozbity telefon.
— Nieważne. Nawet jeśli mnie nie doceniasz, i tak będę robił to, co słuszne.
Odwraca się, jakby chciał odejść. Ale nie zdąży. Cihan mocno chwyta go za ramię i zatrzymuje go w miejscu. Ich spojrzenia się krzyżują.
— Jutro rano bądź w firmie — mówi cicho, ale jego głos nie znosi sprzeciwu. — Muszę podjąć pewne decyzje.
Nusret patrzy na niego przez chwilę. Nic nie mówi.
Cihan puszcza jego ramię, pozwalając mu odejść. W powietrzu zostaje coś, czego nie da się już cofnąć.
Otwarte starcie.
***
Drzwi zamykają się z głuchym trzaskiem, a echo kroków Nusreta jeszcze przez chwilę niesie się po przestronnym salonie. Cihan stoi nieruchomo, jakby wciąż czuł jego obecność. Po chwili powoli odwraca głowę i wbija w matkę przenikliwe, twarde spojrzenie — takie, które nie pozostawia miejsca na sprzeciw.
— Mamo, nie mieszaj się więcej — mówi cicho, ale z wyraźnym naciskiem, jakby każde słowo było ostatecznym ostrzeżeniem.
Mukadder prostuje się, urażona tonem syna. Jej dłonie drżą lekko, lecz w oczach pojawia się znajoma, nieustępliwa determinacja.
— Jak mogę się nie mieszać? — odpowiada, unosząc głos. — Jesteśmy rodziną. Każda decyzja, która dotyczy twojego wujka, dotyczy również mnie!
Cihan zaciska szczękę, a jego spojrzenie staje się jeszcze chłodniejsze.
— Może dla ciebie wciąż jest bratem, ale dla mnie nic już nie znaczy.
Słowa te uderzają Mukadder jak policzek. Kobieta robi krok w jego stronę, jakby chciała wyrwać go z tej decyzji siłą.
— Jak możesz tak mówić?! — jej głos łamie się na moment, lecz zaraz odzyskuje ostrość. — Jak możesz ignorować wszystko, co dla nas zrobił? Kiedy twój ojciec nas zostawił, to właśnie on był obok. To mój brat trzymał nas wszystkich przy życiu! Chronił ciebie, mnie, twojego brata… Dzięki niemu w ogóle mamy dziś to życie!
— Mamo… — próbuje wejść jej w słowo, ale Mukadder nie pozwala mu dokończyć.
— Nie pozwolę na to! — przerywa gwałtownie, a w jej głosie pobrzmiewa desperacja zmieszana z gniewem. — Masz go przeprosić. Słyszysz? Masz przeprosić swojego wujka!
Zapada ciężka cisza. Cihan przez chwilę patrzy na nią bez słowa, jakby ważył coś w myślach. W końcu odzywa się spokojniej, ale jeszcze bardziej stanowczo — i to właśnie ten spokój jest najbardziej niepokojący.
— Przykro mi, mamo… ale to się nie wydarzy. — Robi krótką pauzę, po czym dodaje ciszej: — Może dla ciebie zawsze będzie twoim bratem. W porządku. Ale dla mnie wszystko skończyło się w chwili, gdy przekroczył granicę.
Jego spojrzenie twardnieje.
— Po tym wszystkim, co wydarzyło się z Beyzą, nie chcę mieć z nim nic wspólnego. Nie widzę w nim wujka. I on też już nie widzi we mnie siostrzeńca. Nie ma między nami żadnej więzi.
Mukadder patrzy na niego z niedowierzaniem, jakby traciła grunt pod nogami.
— Cihanie…
— Skończę to — przerywa jej. — Raz na zawsze.
Odwraca się i odchodzi bez kolejnego słowa. Jego kroki są ciężkie, zdecydowane, niosą w sobie coś nieodwracalnego. Mukadder zostaje sama pośrodku salonu, z dłonią przyciśniętą do ust, jakby próbowała powstrzymać narastający lęk.
***
Wieczór zapadł cicho i ciężko, jakby nawet powietrze w starym domu było przesiąknięte niedopowiedzianymi słowami. W salonie panował półmrok, rozpraszany jedynie miękkim światłem lampy. Hancer siedziała nieruchomo na skraju kanapy, z dłońmi splecionymi na kolanach, wpatrzona gdzieś przed siebie. Kiedy Cihan wszedł do środka, jej spojrzenie drgnęło, ale nie podniosła głowy od razu.
Mężczyzna podszedł bez słowa i usiadł obok niej. Oparł dłonie na udach, jakby szukał w sobie odpowiednich słów. Przez chwilę panowała cisza — gęsta, niezręczna.
— Wybacz mi — odezwał się w końcu, ciszej niż zwykle. — Zachowałem się… nie tak, jak powinienem. Sytuacja była napięta. Nie chciałem cię w to wciągać. To sprawy rodzinne.
Hancer powoli odwróciła głowę i spojrzała na niego. W jej oczach nie było gniewu — tylko ciche rozczarowanie.
— Więc… nie jestem częścią tej rodziny? — zapytała spokojnie, ale w jej głosie pobrzmiewała nuta bólu.
Cihan zmarszczył brwi, wyraźnie zaskoczony.
— Skąd ci to przyszło do głowy? — odparł, prostując się lekko. — Nie zamierzasz robić z tego problemu, prawda?
Na twarzy Hancer pojawił się cień gorzkiego uśmiechu.
— A czy mam do tego prawo? — zapytała, patrząc mu prosto w oczy. — Czy mam prawo cokolwiek czuć, skoro i tak zawsze powinnam robić to, co mi każesz?
Cihan westchnął ciężko, odwracając na moment wzrok.
— Hancer… nie przekręcaj tego, proszę.
— Naprawdę? — jej głos zadrżał, choć starała się nad nim panować. — „Nie wysiadaj z samochodu, Hancer… Zostań w domu, Hancer…” — powtórzyła cicho jego słowa, które wciąż w niej rezonowały. — Nawet nie pozwalasz mi się o ciebie martwić. Jak mam być obok ciebie, skoro ciągle mnie odsuwasz?
Zapadła cisza. Cihan spojrzał na nią uważniej, jakby dopiero teraz dostrzegł, jak bardzo ją to dotknęło.
— Ja… — zawahał się, po czym jego głos złagodniał. — Ja po prostu próbuję cię chronić.
Hancer nie odpowiedziała od razu. Jej spojrzenie zmiękło, ale nie zniknęła z niego niepewność.
— Chronić… czy kontrolować? — zapytała cicho.
Słowa zawisły między nimi jak coś kruchego i niebezpiecznego jednocześnie.
Cihan nie znalazł odpowiedzi. Wstał nagle, jakby uciekał przed tym pytaniem, przed własnymi myślami.
— Przygotuj się. Idziemy — powiedział już bardziej stanowczo, wracając do swojego zwykłego tonu.
Hancer skinęła głową. Nie protestowała.
— Dobrze, jak chcesz.
Wstała powoli i ruszyła za nim. Szli obok siebie, ale między nimi wyczuwało się dystans, którego wcześniej nie było. Cisza towarzyszyła im aż do drzwi — cicha, lecz znacząca, jak zapowiedź tego, że ich relacja właśnie wkroczyła w zupełnie nowy, trudniejszy etap.
***
Cihan siedział za biurkiem w swoim gabinecie, pochylony lekko nad rozrzuconymi dokumentami, ale jego uwaga była całkowicie skupiona na rozmowie telefonicznej. Jego głos był niski, twardy, pozbawiony wahania — jakby decyzja, którą właśnie podejmował, zapadła w nim już dawno temu.
— Wyślij mi wszystkie umowy, jakie mamy podpisane z moim wujkiem — powiedział chłodno. — I zleć natychmiastową wycenę jego udziałów.
Po drugiej stronie zapadła chwila ciszy.
— Dobrze, ale powiesz mi, o co chodzi? — odezwał się w końcu Engin, wyraźnie zaskoczony. — Skąd taka nagła decyzja?
Cihan oparł się o fotel, przesuwając dłonią po brodzie.
— Chcę zamknąć wszystko, co łączy go z firmą. Jutro rano przyjdź do mnie. Przygotujemy protokół i zaczniemy działać.
— Cihanie… — głos Engina złagodniał, ale było w nim napięcie. — Takich rzeczy nie robi się pod wpływem emocji. Musimy to spokojnie przeanalizować. To poważna sprawa.
— Nie analizuj — uciął krótko. — Zrób to, o co proszę.
— Nie rozumiem — naciskał Engin. — Jeszcze wczoraj wszystko było w porządku. Dlaczego nagle chcesz wszystko przekreślić?
Cihan zamilkł na moment, jakby ważył słowa. W końcu powiedział cicho, ale z wyraźną goryczą:
— Mój wujek wysłał za mną uzbrojonego człowieka.
Po drugiej stronie zapadła cisza — tym razem cięższa, niemal niewiarygodna.
— Co ty mówisz…? — wydusił Engin. — To niemożliwe.
— A jednak — odparł sucho Cihan. — I właśnie dlatego nie chcę mieć z nim nic wspólnego. Ani prywatnie, ani zawodowo. Jutro kończę wszystko, co nas łączy.
Engin westchnął ciężko.
— Rozumiem twoją reakcję… naprawdę. Każdy by tak zareagował. Ale to nie jest tylko sprawa rodzinna. To może zachwiać całą firmą. Musimy działać rozsądnie.
— Nie interesuje mnie to — przerwał mu Cihan bez cienia wahania. — Zajmij się tym.
Nie czekając na odpowiedź, rozłączył się. Przez chwilę siedział nieruchomo, wpatrzony w ciemny ekran telefonu, jakby próbował uspokoić narastające w nim napięcie.
W tym momencie drzwi gabinetu otworzyły się cicho. Do środka weszła Hancer. Na jej twarzy pojawił się delikatny, ostrożny uśmiech, który jednak zgasł niemal natychmiast, gdy tylko dostrzegła wyraz twarzy męża.
— Chciałaś czegoś? — zapytał szorstko, nie podnosząc się z miejsca.
Hancer zmarszczyła lekko brwi, zaskoczona jego tonem.
— Czy potrzebuję powodu, żeby do ciebie przyjść? — odpowiedziała spokojnie, choć w jej głosie pojawiła się nuta zawodu.
Cihan odsunął od siebie dokumenty, jakby były tylko kolejną przeszkodą.
— Hancer, nie mam teraz nastroju na twoje… subtelności — powiedział chłodno. — Mam poważne problemy w firmie. Powiedz, o co chodzi.
Dziewczyna przez chwilę patrzyła na niego w milczeniu, po czym odparła cicho:
— Kolacja jest gotowa. Przyszłam ci to powiedzieć.
— Teraz nie przyjdę — odpowiedział bez wahania. — Może później. Smacznego.
Te słowa zawisły między nimi jak coś ostrego i nieprzyjemnego. Hancer przełknęła ślinę, ale nie odwróciła wzroku.
— W takim razie poczekam — powiedziała spokojnie. — Zjemy razem.
Zrobiła krok w stronę krzesła, jakby chciała usiąść i po prostu być obok niego. Wtedy Cihan podniósł wzrok i spojrzał na nią ostro, niemal ostrzegawczo.
— Hancer… zejdź na dół — powiedział stanowczo. — Nawet jeśli nie będziesz jadła, usiądź przy stole.
— Ale ja chciałam… — zaczęła cicho.
— Proszę — przerwał jej, tym razem nieco łagodniej, choć wciąż napięty. — Pokłóciłem się z mamą. Nie chcę, żeby pomyślała, że to przez nią nie przyszedłem na kolację.
Hancer zamilkła. Przez chwilę patrzyła na niego, jakby chciała coś jeszcze powiedzieć, ale ostatecznie tylko skinęła głową.
— Dobrze… jak chcesz.
Odwróciła się powoli i wyszła z gabinetu. Drzwi zamknęły się cicho za jej plecami, zostawiając Cihana samego — z decyzjami, które właśnie podjął, i z ciszą, która nagle stała się cięższa niż wcześniej.
***
Hancer weszła do jadalni nieco wolniejszym krokiem niż zwykle, jakby już od progu przeczuwała ciężar, który na nią tam czeka. Usiadła obok Sinem, splatając dłonie na kolanach i unikając spojrzeń. Stół był bogato zastawiony, ale atmosfera przy nim była chłodna i napięta, jakby każdy z obecnych czekał na coś, co nieuchronnie musi się wydarzyć.
Mukadder od razu skierowała na nią wzrok.
— Gdzie Cihan? — zapytała, unosząc lekko brwi. — Nie przyjdzie na kolację?
— Ma pracę — odpowiedziała spokojnie Hancer. — Dlatego nie przyszedł.
Na twarzy Mukadder pojawił się cień uśmiechu, w którym nie było ani odrobiny ciepła.
— Naprawdę? — rzuciła z lekką drwiną. — A jeszcze niedawno nie mógł oderwać od ciebie wzroku. Co takiego się zmieniło, że nie potrafiłaś namówić własnego męża, żeby usiadł z nami przy stole?
Hancer podniosła wzrok, choć w jej oczach pojawiło się napięcie.
— Nie nalegałam — odpowiedziała cicho. — Skoro powiedział, że ma pracę, uznałam, że to ważne.
Mukadder oparła się wygodniej na krześle, przyglądając jej się z rosnącą surowością.
— Więc mówisz, że gdybyś tylko chciała, przyprowadziłabyś go tutaj? — zapytała, przechylając głowę. — Posłuchaj mnie uważnie. Mężczyzna szuka w domu spokoju. A ten dom… — rozejrzała się powoli po jadalni — był kiedyś pełen życia. Śmiechu. Głosów.
Zawiesiła na chwilę głos, po czym dodała ciszej, ale boleśniej:
— Odkąd ty się tu pojawiłaś, zrobiło się tu jak w grobowcu.
Słowa zawisły w powietrzu ciężkie i ostre. Hancer zesztywniała, a jej palce mimowolnie zacisnęły się na materiale sukienki.
— Cihan też zaczyna to rozumieć — ciągnęła Mukadder bezlitośnie. — Wszyscy mężczyźni są tacy sami. Najpierw gonią za tym, czego nie mogą mieć. A kiedy już to zdobędą… tracą zainteresowanie.
Nachyliła się lekko w stronę Hancer. Jej spojrzenie stało się przenikliwe.
— Zapamiętaj to dobrze. Ten, który dziś obraża się na matkę i nie siada z nami do stołu, jutro może nie przyjść do twojego łóżka. I wtedy zobaczymy, czy nadal będziesz siedzieć przede mną z tak podniesioną głową.
Cisza po tych słowach była niemal ogłuszająca.
Mukadder odsunęła talerz.
— Straciłam apetyt. Smacznego.
Wstała i wyszła z jadalni, zostawiając po sobie chłód, który zdawał się przenikać całe pomieszczenie.
Przy stole zostały tylko Hancer i Sinem.
Hancer wpatrywała się w stół, jakby nagle przestała widzieć cokolwiek wokół siebie. Przełknęła ślinę, próbując opanować drżenie warg, ale oczy zaczęły jej wilgotnieć.
Sinem pochyliła się lekko w jej stronę.
— Hancer, nie zwracaj na nią uwagi — powiedziała łagodnie. — Jest dzisiaj rozdrażniona. Pokłóciła się z bratem i z Cihanem. Wyładowuje swoją złość na tobie.
Hancer pokręciła głową, a w jej głosie zabrzmiał ból.
— To przeze mnie… — wyszeptała. — Gdyby mnie tu nie było, nic z tego by się nie wydarzyło.
— Nie mów tak — odparła stanowczo Sinem, kładąc dłoń na jej ręce. — To nie ma z tobą nic wspólnego. To ich konflikt. Nie możesz brać na siebie wszystkiego.
Ale dla Hancer było już za późno. Słowa Mukadder zdążyły wniknąć zbyt głęboko.
Podniosła się nagle z krzesła.
— Przepraszam, siostro Sinem… — powiedziała drżącym głosem.
Nie czekając na odpowiedź, odwróciła się i niemal uciekła z jadalni.
W swoim pokoju zamknęła za sobą drzwi i usiadła na skraju łóżka. Przez chwilę próbowała jeszcze zachować kontrolę, zaciskając dłonie na kolanach, ale to było daremne.
Łzy popłynęły same — ciche, gorące, nie do zatrzymania.
Pochyliła się, zakrywając twarz dłońmi, a jej ciało zadrżało od tłumionego szlochu. W przestronnym, eleganckim pokoju jej samotność wydawała się jeszcze większa — jakby każdy przedmiot wokół przypominał jej, że jest tu obca.
***
Mukadder weszła do gabinetu cicho, niemal bezszelestnie, jakby nie chciała zakłócać skupienia syna. W dłoniach trzymała tacę — na niej szklankę gorącej herbaty, talerz z daniem głównym i kilka drobnych przekąsek. Na jej twarzy gościł łagodny, niemal matczyny uśmiech, który jednak nie sięgał oczu.
Cihan siedział za biurkiem, pochylony nad laptopem. Nawet nie podniósł głowy, gdy weszła.
— Dlaczego nie zszedłeś na kolację? — zapytała miękko, stawiając tacę na biurku.
Dopiero wtedy spojrzał na nią przelotnie.
— Hancer ci nie powiedziała?
Mukadder usiadła naprzeciwko, wygładzając spódnicę.
— Powiedziała — przyznała spokojnie. — Ale jestem twoją matką. Musiałam zobaczyć to na własne oczy. Smacznego, synu.
Cihan odchylił się lekko na oparciu krzesła i zmrużył oczy.
— Oboje wiemy, że nie przyszłaś tu tylko z kolacją — powiedział chłodno. — Powiedz, co chcesz powiedzieć.
Uśmiech zniknął z twarzy Mukadder. Jej spojrzenie stwardniało.
— Postępujesz pochopnie — zaczęła bez wahania. — Twój wujek na to nie zasłużył. Zapomniałeś, co mu obiecaliśmy? Kiedy rozwodziłeś się z Beyzą, obiecałeś, że zostanie pod naszą opieką. Że nie zostawimy jej samej. A ty… wyrzuciłeś ją z domu w pierwszym miesiącu.
Cihan zacisnął szczękę, ale milczał.
— A mimo to — ciągnęła Mukadder — twój wujek nie odwrócił się od ciebie. Nadal próbuje cię chronić. Nawet teraz.
— Mamo, przestań — przerwał jej ostro. — Nie broń nikogo. Drogi moje i Beyzy dawno się rozeszły. Każde z nas zaczęło nowe życie. Mam żonę. I dobrze wiesz, że Hancer i Beyza nie mogą mieszkać pod jednym dachem.
Mukadder odwróciła wzrok, jakby przez chwilę coś rozważała, po czym powiedziała ciszej, ale z wyraźną nutą oskarżenia:
— To wszystko przez nią. Widzę, co się z tobą dzieje. Jesteś nią zauroczony.
***
Na zewnątrz panowała cisza. Chłodne powietrze otulało Hancer, która wyszła na balkon, próbując uspokoić myśli. Oparła dłonie o balustradę i zamknęła oczy, jakby chciała na chwilę odciąć się od wszystkiego.
Z uchylonego okna gabinetu dobiegł jednak głos Mukadder — wyraźny, ostry, nie do zignorowania.
— Ona nie jest odpowiednia ani dla ciebie, ani dla nas — mówiła bezlitośnie. — Nie pasuje do naszej rodziny. Dlaczego tego nie widzisz? Czy sprowadziłabym ją tutaj, gdybym wiedziała, że będziesz ją trzymał za rękę jak równą sobie?
Hancer zamarła. Jej palce zacisnęły się na zimnej balustradzie.
Po chwili usłyszała odpowiedź Cihana.
— Mamo, jestem wszystkiego świadomy — powiedział twardo. — Myślisz, że tego nie widzę? Nasze wychowanie, nasze środowisko… to zupełnie inne światy. Wiem, że Hancer nie jest na moim poziomie.
Te słowa uderzyły ją jak cios.
Jej oddech przyspieszył, a w oczach natychmiast pojawiły się łzy. Przez moment stała nieruchomo, jakby nie była w stanie się poruszyć, jakby coś w niej właśnie pękło.
Nie chciała słyszeć więcej.
Odwróciła się gwałtownie i niemal uciekła do środka, zamykając za sobą drzwi. Każdy kolejny krok był cięższy od poprzedniego.
***
W gabinecie zapadła chwila ciszy. Cihan odwrócił wzrok od matki i przez moment patrzył w przestrzeń, jakby sam próbował uporządkować własne myśli.
— Ale ona jest wyjątkowa — powiedział w końcu spokojniej. — Szczera. Sprawiedliwa. Czysta. Podoba mi się… naprawdę.
Mukadder zacisnęła usta.
— I dlatego nie obchodzi mnie jej pochodzenie ani majątek — dodał stanowczo. — Moje uczucia są ważniejsze.
— Synu… — westchnęła ciężko. — To mówi zakochany mężczyzna. Jeszcze niedawno nie chciałeś nawet dzielić z nią łóżka. Unikałeś jej. Co się nagle zmieniło?
Cihan wzruszył lekko ramionami, jakby sam nie do końca potrafił to wyjaśnić.
— Nie wiem — przyznał szczerze. — Też się tego nie spodziewałem. Na początku była mi obojętna. Mogła zostać w starym domu na zawsze, nie obchodziło mnie to. Chciałem tylko dać ci wnuka.
Na jego twarzy pojawił się cień uśmiechu — pierwszy od dłuższego czasu.
— Ale teraz… wszystko jest inne. Ja też tego chcę. Bardzo chcę. Ale tylko z nią.
Te słowa zawisły w powietrzu.
Mukadder spuściła wzrok. Jej dłonie zacisnęły się na kolanach. Po raz pierwszy tego wieczoru nie miała już nic do powiedzenia.
Zrozumiała jedno — że tym razem nie będzie w stanie wyrwać Hancer z serca swojego syna.
***
Hancer zasnęła, nie gasząc światła. Leżała na boku, wtulona w poduszkę, z dłońmi złożonymi pod policzkiem, jakby próbowała ochronić się przed całym ciężarem dnia. Na jej twarzy wciąż malowało się zmęczenie, a delikatnie zaciśnięte powieki zdradzały, że nawet sen nie przyniósł jej ukojenia.
Drzwi otworzyły się niemal bezszelestnie. Cihan wszedł do środka powoli, ostrożnie, jakby bał się zakłócić tę kruchą ciszę. Zatrzymał się na chwilę w progu, patrząc na nią z oddali. Coś w jego spojrzeniu złagodniało — napięcie, które nosił w sobie przez cały dzień, ustąpiło miejsca cichej, trudnej do nazwania czułości.
Podszedł bliżej i usiadł na skraju łóżka. Materac ugiął się lekko, ale Hancer nawet się nie poruszyła. Cihan odwrócił się w jej stronę, opierając łokcie na kolanach. Przez dłuższą chwilę po prostu na nią patrzył — na jej spokojną twarz, na delikatne rysy, na włosy rozsypane na poduszce.
Powoli, niemal nieśmiało, uniósł dłoń i odgarnął kosmyk włosów z jej policzka, jakby chciał zobaczyć ją wyraźniej, zapamiętać każdy szczegół. Jego palce zatrzymały się na moment przy jej skroni, ale nie odważył się na więcej.
Nie złość się na mnie… — przemknęło mu przez myśl. — Proszę, nie pozwól, żebym zobaczył smutek w twoich oczach. Nie chciałem cię zranić.
Westchnął cicho, odwracając na chwilę wzrok, jakby sam przed sobą próbował się wytłumaczyć.
Chcę trzymać cię z dala od tego wszystkiego… od tej walki, która dopiero się zaczyna. Gdybyś tylko wiedziała, z czym się mierzę…
Jego spojrzenie znów wróciło do jej twarzy, tym razem bardziej zdecydowane.
Ale rozwiążę to. Wszystko. Dla ciebie… i dla naszego dziecka.
Po tych cichych, niewypowiedzianych słowach zdjął buty i ostrożnie położył się obok niej, zostawiając między nimi niewielki dystans — jakby wciąż nie był pewien, na ile może sobie pozwolić.
Zamknął oczy.
W pokoju panowała cisza, przerywana jedynie ich spokojnym oddechem — dwojga ludzi, którzy leżeli obok siebie tak blisko… a jednocześnie wciąż jeszcze nie do końca razem.
Powyższy tekst stanowi autorskie streszczenie i interpretację wydarzeń z serialu Gelin. Inspiracją do jego stworzenia był film Gelin 55.Bölüm dostępny na oficjalnym kanale serialu w serwisie YouTube. W artykule zamieszczono również zrzuty ekranu pochodzące z tego odcinka, które zostały użyte wyłącznie w celach informacyjnych i ilustracyjnych. Wszystkie prawa do postaci, fabuły i materiału źródłowego należą do ich prawowitych właścicieli.












