„Panna młoda” Odc. 91 – streszczenie
Beyza wpatrywała się w Yoncę z rosnącym niezrozumieniem. Jej brwi ściągnęły się w wyraźnym grymasie irytacji, a palce nerwowo przesunęły się po miękkiej narzucie.
— Co to właściwie znaczy, że mam ci zapłacić? — zapytała powoli, akcentując każde słowo.
Yonca nie odwróciła wzroku. Siedziała wyprostowana, spokojna, jak ktoś, kto dokładnie przemyślał każdy kolejny krok.
— Wyobraź sobie — zaczęła chłodno — że Cihan mówi ci wprost, że nigdy nie zostawi swojej żony. Że nie rozwiedzie się i nie ożeni z tobą. Co wtedy?
Zrobiła krótką pauzę, po czym położyła dłoń na swoim brzuchu, w geście niemal demonstracyjnym.
— Obiecałaś mi, że w takiej sytuacji weźmiesz to dziecko.
Beyza prychnęła cicho, jakby usłyszała coś absurdalnego.
— A dlaczego miałabym przejmować się cudzym dzieckiem? — odparła z wyraźną pogardą. — Hancer będzie sobie spokojnie żyła w tej rezydencji, a ja mam wychowywać dziecko, które nawet nie jest Cihana?
Yonca natychmiast się wyprostowała, a w jej oczach pojawił się błysk gniewu.
— Właśnie tak! — rzuciła ostro. — A co ja mam z nim zrobić, Beyzo?
— To twoje dziecko — odpowiedziała tamta lodowato, wzruszając ramionami.
Yonca nachyliła się w jej stronę, a jej głos nabrał ostrej, niemal groźnej nuty.
— Posłuchaj mnie uważnie. Zawarłyśmy umowę. Przez ciebie zrezygnowałam z aborcji. A teraz próbujesz się z tego wymigać?
Jej spojrzenie było twarde, nieustępliwe.
— To niedopuszczalne. Jeśli nie przekonasz Cihana i zostanę z tym dzieckiem sama… obie poniesiemy konsekwencje.
Beyza zmrużyła oczy, ale w jej spojrzeniu pojawił się cień niepokoju.
— O jakich konsekwencjach mówisz?
Yonca odchyliła się lekko, jakby dopiero teraz przechodziła do sedna.
— O opłacie za zerwanie umowy — odpowiedziała spokojnie. — Chcę pieniędzy. To będzie moja gwarancja, że jeśli jutro zostanę sama z dzieckiem, będę miała za co je wychować.
Zatrzymała na niej wzrok i dodała ciszej:
— Dałaś Cihanowi trzy dni. Ja tobie również daję trzy dni.
W pokoju zrobiło się duszno.
— Przekonasz go, żeby zaakceptował dziecko, rozwiódł się i ożenił z tobą — kontynuowała Yonca, niemal szeptem — albo zapłacisz mi dziesięć milionów za to, że urodzę to dziecko.
Beyza aż zesztywniała. Jej oczy rozszerzyły się w niedowierzaniu.
— Co?! Dziesięć milionów? — wyrzuciła z siebie. — Ty chyba oszalałaś!
Yonca uśmiechnęła się lekko, z niepokojącym spokojem.
— Wręcz przeciwnie. Jestem całkowicie przytomna — odparła. — I sama przyznaj… to uczciwa cena. Dziecko jest warte znacznie więcej.
Powoli podniosła się z łóżka, wygładzając materiał bluzki.
— Przemyśl to, Beyzo.
Nie czekając na odpowiedź, odwróciła się i ruszyła w stronę drzwi. Jej kroki były ciche, ale zdecydowane.
Drzwi zamknęły się za nią bezszelestnie.
Beyza została sama.
Jej wzrok padł na leżącą obok protezę ciążowego brzucha. Przez chwilę patrzyła na nią nieruchomo, jakby widziała w niej coś więcej niż tylko element planu.
Tym razem nie uśmiechała się.

***
Beyza chodziła nerwowo po pokoju, jak drapieżnik zamknięty w klatce. Jej oddech był szybki, urywany, a dłonie drżały od narastającej frustracji.
— Ona ciągle mi grozi! — wybuchła w końcu, zaciskając pięści. — Jakby to wszystko było takie proste! Jakbym siedziała z założonymi rękami i nic nie robiła!
Zatrzymała się gwałtownie przy łóżku, patrząc w pustkę.
— Zrobiłam już wszystko… — wyszeptała przez zaciśnięte zęby. — Wykorzystałam każdy możliwy sposób, każdy argument… Co jeszcze mam zrobić?!
Jej spojrzenie padło na leżącą obok protezę ciążowego brzucha. Sięgnęła po nią nagle, niemal instynktownie — i z całej siły cisnęła nią w stronę toaletki.
Uderzenie było gwałtowne. Proteza trafiła w stojący na blacie szklany dzbanek. Naczynie zachwiało się, po czym spadło na podłogę i roztrzaskało się z głośnym trzaskiem.
— Niech to szlag! — krzyknęła Beyza, oddychając ciężko.
Przez chwilę stała nieruchomo, wpatrując się w rozsypane odłamki szkła. Potem, jakby chcąc odzyskać kontrolę nad sytuacją, uklękła i zaczęła je zbierać.
Jej ruchy były szybkie, nerwowe — zbyt szybkie.
Nagle syknęła cicho.
Ostry kawałek szkła przeciął jej dłoń. Na skórze natychmiast pojawiła się cienka linia, która w ułamku sekundy wypełniła się krwią. Krople zaczęły spływać po palcach, jedna za drugą, aż w końcu skapnęły na podłogę.
Beyza zacisnęła zęby, próbując powstrzymać ból. Jej oddech przyspieszył jeszcze bardziej.
Spojrzała na swoją dłoń.
Krew.
Dużo krwi.
I wtedy… coś się zmieniło.
Jej twarz, jeszcze przed chwilą wykrzywiona gniewem, nagle się rozluźniła. W oczach pojawił się błysk — zimny, przenikliwy, niepokojący.
Beyza powoli uniosła zakrwawioną dłoń, przyglądając się jej z uwagą, jakby widziała w niej rozwiązanie wszystkich swoich problemów.
Na jej ustach pojawił się powolny, niemal niezauważalny uśmiech.
— No tak… — wyszeptała cicho.
W jej głowie właśnie narodził się plan.


***
Derya weszła do gabinetu bez pukania. Jej kroki były pewne, zdecydowane — jakby od dawna wiedziała, co chce powiedzieć i nie zamierzała się wycofać. Cihan uniósł wzrok znad dokumentów, zaskoczony jej nagłym pojawieniem się.
— Czy z Cemilem wszystko w porządku? — zapytał odruchowo, marszcząc lekko brwi.
— Tak, ma się świetnie — odpowiedziała krótko. — Ale nie o tym przyszłam rozmawiać.
Cihan odchylił się w fotelu, jakby próbował zyskać chwilę na oddech.
— Jeśli to nie jest nic pilnego, możemy porozmawiać innym razem?
— Nie — odpowiedziała mu stanowczo. — Porozmawiamy teraz.
W jej głosie było coś, co natychmiast kazało mu zamilknąć.
Po chwili ciszy Cihan opadł ciężko na oparcie fotela.
— Dobrze — westchnął. — O co chodzi?
Derya podeszła bliżej i bez zaproszenia usiadła naprzeciwko niego. Jej spojrzenie było chłodne, przenikliwe.
— O twoją byłą żonę — powiedziała spokojnie. — O Beyzę.
Cihan zesztywniał. Na ułamek sekundy jego twarz straciła wyraz, jakby ktoś usunął mu grunt spod nóg.
— Skąd… — zaczął, po czym urwał. — Skąd wiesz, że Beyza jest moją byłą żoną? Hancer ci powiedziała?
— Nie. — Derya pokręciła głową. — Hancer nadal nic nie wie.
Zawiesiła na nim spojrzenie, jakby ważyła każde kolejne słowo.
— Ja dowiedziałam się już dawno. W noc henny.
Cihan milczał. W jego oczach pojawiło się napięcie.
— Przez cały ten czas robiłam wszystko, żeby Hancer nie poznała prawdy — kontynuowała Derya spokojniej, ale z wyraźnym ciężarem w głosie. — Związałeś jej ręce tym kontraktem, a mnie zmusiłeś do milczenia.
Uśmiechnęła się gorzko.
— Jak to mówią… biednego człowieka nie stać na dumę. Nie mogliśmy pozwolić sobie na zapłatę pięciu milionów odszkodowania. Nie wtedy, gdy mój mąż walczył o życie w szpitalu.
Na moment jej głos zadrżał, ale szybko odzyskała kontrolę.
— Musiałam milczeć. Nawet jeśli to było wbrew mnie.
Cihan odwrócił wzrok.
— A potem… — ciągnęła — zakochałeś się w Hancer. A ona w tobie.
Jej spojrzenie złagodniało na ułamek sekundy.
— W pewnym sensie… to ja was połączyłam. Ale nigdy nie przestałam się bać. Wiedziałam, że ta prawda kiedyś wyjdzie na jaw.
Westchnęła ciężko.
— I gryzło mnie sumienie. Każdego dnia.
Podniosła wzrok i spojrzała mu prosto w oczy.
— A teraz… Beyza jest w ciąży.
W gabinecie zapadła cisza, ciężka i duszna.
Derya wypuściła powietrze, jakby wreszcie zrzuciła z siebie ciężar.
— Masz poważny problem, Cihanie Develioglu — powiedziała w końcu cicho, ale stanowczo. — Bardzo poważny.
Cihan przymknął oczy, jakby próbował uporządkować myśli. Potarł skroń i pokręcił głową.
— Nie mam rozwiązania — przyznał w końcu. — Żadnego.
Na jego twarzy pojawiło się zmęczenie, jakiego wcześniej nie pokazywał.
Derya przez chwilę przyglądała mu się uważnie. A potem… niespodziewanie się uśmiechnęła.
Nie był to jednak ciepły uśmiech.
— Ja mam — powiedziała spokojnie.
Pochyliła się lekko w jego stronę.
— Jest sposób, żebyś się z tego wydostał.
Jej oczy błysnęły znacząco.
— I zamierzam ci go pokazać.


***
Hancer wróciła do rezydencji szybkim, niespokojnym krokiem. Marmurowe schody zdawały się dziś dłuższe niż zwykle, a cisza panująca w domu — cięższa, niemal przytłaczająca. Gdy znalazła się na piętrze, zatrzymała się na korytarzu i odruchowo spojrzała w stronę drzwi do pokoju Beyzy.
Obiecała. Cihanowi. Deryi. Samej sobie.
Miała trzymać się od niej z daleka.
Zacisnęła dłonie, jakby chciała powstrzymać własne ciało przed kolejnym krokiem. Coś jednak nie dawało jej spokoju — cichy niepokój, który ściskał serce i nie pozwalał odejść.
— To nie moja sprawa… — wyszeptała do siebie.
Odwróciła się i zrobiła dwa kroki w stronę swojego pokoju.
Wtedy rozdarł powietrze krzyk.
Przenikliwy. Pełen bólu. Rozpaczliwy.
Hancer zamarła tylko na ułamek sekundy, po czym ruszyła biegiem.
Wpadła do pokoju Beyzy jak burza — i stanęła jak wryta.
Beyza siedziała na łóżku, zgięta wpół. Jej ciało drżało w spazmach bólu. Dłonie miała splamione krwią, a palce kurczowo wbijały się w materiał sukni na brzuchu.
— Pomóż mi, Hancer! — krzyknęła ochrypłym głosem. — Straciłam moje dziecko… straciłam je!
Jej oczy były szeroko otwarte, dzikie, pełne paniki.
Hancer podbiegła do niej bez wahania.
— Spokojnie… spokojnie, jestem tutaj — powiedziała drżącym głosem, chwytając ją za ramiona. — Oddychaj, proszę…
Do pokoju wbiegły kolejne osoby — Mukadder, Sinem, Gülsüm i Fadime. Zatrzymały się na moment w progu, zszokowane widokiem krwi i wijącej się z bólu Beyzy.
— Na Boga… — wyszeptała Fadime.
— Szybko! — krzyknęła Mukadder, odzyskując rezon. — Dzwońcie po doktor Yasemin! Natychmiast!
— Nie! — Beyza poderwała głowę. Jej głos był pełen desperacji. — Nie dzwońcie do nikogo! Nie chcę nikogo!
Zacisnęła oczy, jakby walczyła z bólem — albo z własnymi myślami.
— I tak ojciec tego dziecka go nie chce… — wyszeptała, a potem niemal krzyknęła: — Niech umrze!
— Ugryź się w język! — wybuchnęła Mukadder, podchodząc bliżej. — To dziecko się urodzi, czy ci się to podoba, czy nie! Dzwońcie do Cihana! Niech natychmiast tu przyjedzie z Yasemin!
— Nie chcę! — Beyza potrząsnęła głową. Łzy spływały jej po policzkach. — Nie rozumiecie? Zrezygnowałam z tego dziecka! Jeśli jego ojciec go nie chce… ja też nie chcę!
— Beyzo… — Hancer ścisnęła jej dłoń, próbując przywrócić jej spokój. — Będziesz matką. Nie możesz tak mówić. To twoje dziecko!
— Dlaczego tak stoicie?! — Mukadder odwróciła się gwałtownie do pokojówek. — Przynieście jej coś do ubrania!
— Nie słyszysz mnie?! — Beyza wbiła w nią rozpaczliwe spojrzenie. — Ojciec tego dziecka go nie chce! Mam pozwolić, żeby przyszło na świat i cierpiało?!
Mukadder zadrżała, jakby coś w niej pękło.
— Czy ty siebie słyszysz?! — wyrzuciła z siebie. — Jak możesz zrezygnować z mojego wnuka?!
Zapadła cisza.
Ciężka. Nienaturalna.
Hancer uniosła głowę.
Mukadder zbladła, jakby dopiero teraz zrozumiała, co powiedziała.
— Wnuk… mojego brata… jest moim wnukiem — dodała szybko, nerwowo, unikając spojrzeń. — O to mi chodziło.
Odwróciła się gwałtownie.
— Przygotuj się, Beyzo. Zadzwonię do Cihana.
Wyszła z pokoju niemal uciekając.
Beyza opadła ciężko na poduszki, oddychając nierówno. Jej wzrok przesunął się po twarzach zebranych — zatrzymał się na Hancer.
— Podajcie mi telefon — powiedziała słabo, wskazując drżącą dłonią w stronę toaletki. — Zadzwonię do mojego ojca. On mnie zawiezie do szpitala.
Jej głos był cichy, ale w oczach pojawił się błysk — ledwie dostrzegalny, ukryty pod warstwą bólu.


***
Derya nie odrywała wzroku od Cihana. Jej spojrzenie było przenikliwe, niemal bezlitosne — jakby próbowała zmusić go, by w końcu przestał uciekać przed prawdą.
— Powiedz mi szczerze — zaczęła powoli, akcentując każde słowo. — Chcesz, żeby Hancer została z tobą, kiedy dowie się wszystkiego?
Cihan uniósł głowę. W jego oczach błysnęła determinacja.
— Oczywiście, że chcę — odpowiedział stanowczo. — Zrobię wszystko, żeby jej nie stracić. Wszystko.
Derya skinęła lekko głową, jakby właśnie tego się spodziewała.
— W takim razie istnieje tylko jeden sposób.
Cihan zmarszczył brwi.
— Jaki?
Na jej ustach pojawił się cień uśmiechu — chłodnego, wyrachowanego.
— Musisz wyrównać sytuację — powiedziała spokojnie. — Dziecko Hancer… przeciwko dziecku Beyzy.
Zapadła cisza.
— Jeśli Hancer zajdzie w ciążę — kontynuowała, nachylając się lekko — pozycja Beyzy natychmiast się osłabi. Nie będzie mogła już naciskać na rozwód. Przestanie mieć nad tobą przewagę.
Cihan milczał. W jego oczach widać było napięcie — analizował każde słowo.
W tym momencie jego telefon zaczął dzwonić. Nawet nie spojrzał na ekran. Bez wahania odrzucił połączenie i odłożył urządzenie na biurko.
— Co to właściwie znaczy? — zapytał w końcu, powoli. — Hancer nie jest w ciąży.
Derya uniosła brwi.
— Właśnie o to pytam, szwagrze. Dlaczego nie jest?
Cihan westchnął ciężko, jakby to pytanie go zirytowało.
— Co to za pytanie? Dopiero zaczęliśmy razem mieszkać. To nie jest coś, co się… planuje w ten sposób.
— A jednak powinieneś — przerwała mu ostro. — Jeśli chcesz ją zatrzymać, nie masz innego wyjścia.
Zrobiła krótką pauzę, patrząc mu prosto w oczy.
— Hancer zostanie z tobą tylko wtedy, gdy zajdzie w ciążę. I to jak najszybciej. To dziecko… to jedyna rzecz, która może cię teraz uratować.
Cihan odchylił się lekko, krzyżując ręce. Na jego twarzy pojawił się cień sprzeciwu.
— I co to zmieni? — zapytał chłodno. — Poza tym, że postawi Hancer w jeszcze trudniejszej sytuacji?
Derya pokręciła głową, jakby nie mógł pojąć czegoś oczywistego.
— Nie rozumiesz. Własne dziecko zawsze znaczy więcej niż cudze. Zawsze. — Jej głos złagodniał, ale pozostał stanowczy. — Jeśli choć trochę znam Hancer, to wiem jedno. Nie pozwoli swojemu dziecku dorastać bez ojca.
Zamilkła na chwilę, dając mu czas, by to przemyślał.
— Nie będzie miała serca, żeby odejść — dodała ciszej. — Nawet jeśli będzie na ciebie wściekła. Nawet jeśli ją zranisz. Zostanie.
Nachyliła się bliżej.
— Przyznaj, to doskonały plan.
Cihan zmrużył oczy. Jego spojrzenie stało się ciężkie, zamglone myślami.
Nie odpowiedział od razu.
Siedział nieruchomo, pogrążony w głębokim milczeniu — jak człowiek stojący na granicy, który wie, że każdy kolejny krok zmieni wszystko.
***
W cieniu rozłożystych drzew, w ogrodowej kawiarni skąpanej w miękkim, popołudniowym świetle, panował pozorny spokój. Liście szumiały lekko na wietrze, a między stolikami krążył kelner z tacą, jakby nic złego nie mogło się tu wydarzyć.
Beyza siedziała wygodnie w czerwonym fotelu, odchylona lekko do tyłu, z nogą założoną na nogę. Na jej twarzy malował się spokój — a nawet cień zadowolenia. Naprzeciwko niej Nusret trzymał filiżankę kawy, lecz jego dłoń była napięta, a spojrzenie niespokojne.
— Wspaniale — powiedziała Beyza z lekkim uśmiechem, bawiąc się łyżeczką. — Ciocia na pewno właśnie wpada w panikę. Już widzę, jak desperacko próbuje dodzwonić się do Cihana.
Nusret nie odwzajemnił jej uśmiechu. Zamiast tego zmrużył oczy i pochylił się lekko do przodu.
— Dlaczego nie potrafisz choć przez chwilę usiedzieć spokojnie? — zapytał surowo. — Bawisz się ogniem. Co zrobisz, jeśli ktoś odkryje prawdę? Jeśli Cihan zacznie nalegać na wizytę u lekarza?
Beyza wzruszyła ramionami, jakby to wszystko było drobiazgiem.
— Właśnie dlatego zadzwoniłam do ciebie wcześniej. — Spojrzała mu prosto w oczy. — Jestem przygotowana na każdą ewentualność.
— Niebezpieczne gry zawsze wymykają się spod kontroli — mruknął Nusret. — Po co to wszystko?
Beyza przechyliła głowę i uśmiechnęła się chłodno.
— Przez twoją ukochaną.
— Przez Yoncę? — Uniósł brwi. — Przecież mówiłem ci, że to już przeszłość. Nic mnie z nią nie łączy.
— W takim razie — odparła spokojnie — twoja przeszłość właśnie stała się naszym największym problemem.
Nusret wyprostował się gwałtownie.
— Co masz na myśli?
Beyza nachyliła się lekko nad stolikiem, obniżając głos.
— Yonca przyszła do rezydencji. Groziła mi. — Jej oczy błysnęły. — Powiedziała, że jeśli nie przekonam Cihana, żeby się ze mną ożenił, zostanie sama z dzieckiem. I chce gwarancji.
— Jakiej gwarancji? — zapytał ostro.
— Dziesięciu milionów.
— Co?! — Nusret niemal poderwał się z miejsca, aż filiżanka zadźwięczała o spodek. — Zwariowała?!
— Niestety nie — odpowiedziała chłodno Beyza. — Jest bardzo przytomna. Dała mi trzy dni… dokładnie tyle, ile ja dałam Cihanowi. To dotyczy nas obojga, tato. Jeśli jej nie uciszymy, wciągnie nas w poważne kłopoty.
Nusret zacisnął szczękę.
— Nie pozwolę, żeby jakaś dziewczyna żądała od nas takich pieniędzy. Odpowie mi za to.
— Uspokój się — przerwała mu spokojnie Beyza. — Potrzebujemy Yoncy i jej dziecka.
Zapadła krótka cisza.
— Po części ma rację — dodała ciszej. — To przeze mnie nie dokonała aborcji.
Nusret ciężko westchnął i odchylił się w fotelu.
— W takim razie nie mamy wyjścia — powiedział po chwili. — Musimy doprowadzić do tego, żeby Cihan uznał to dziecko. Stał się jego ojcem. Innej drogi już nie ma.
— Dokładnie — przytaknęła Beyza, a na jej ustach znów pojawił się cień uśmiechu. — Dzisiejsze przedstawienie to dopiero początek. Niech ciocia zrobi swoje… niech przyciśnie Cihana.
W tym momencie telefon Nusreta zawibrował na stoliku. Spojrzał na ekran i parsknął cicho.
— A więc zaczyna się — mruknął. — Twoja ciocia.
Nie odebrał.
Beyza obserwowała to z wyraźną satysfakcją.
— I bardzo dobrze — powiedziała spokojnie. — Niech się boją. Niech poczują, że tracą kontrolę. Chcę, żeby sytuacja wymknęła się im z rąk… żeby Cihan został przyparty do muru.
Po chwili podniosła rękę i skinęła na kelnera.
— Czy mogę prosić o tiramisu?
— Oczywiście, proszę pani — odpowiedział uprzejmie i oddalił się pospiesznie.
Beyza oparła się wygodniej w fotelu, zadowolona.
— Mam dziś wyjątkowy apetyt — powiedziała lekko. — Można powiedzieć… że przechodzę ciążę psychiczną.
Nusret zaśmiał się cicho, kręcąc głową z niedowierzaniem. Podniósł filiżankę i upił łyk kawy, wciąż jednak nie spuszczając z niej uważnego, czujnego spojrzenia.
Bo nawet w tej sielskiej scenerii było jasne jedno — gra, którą rozpoczęli, mogła zakończyć się katastrofą.

***
Kilka godzin później ciężkie drzwi rezydencji otworzyły się z cichym skrzypnięciem. Do środka wszedł Nusret, prowadząc Beyzę pod rękę. W jasnym, eleganckim przedpokoju natychmiast zgromadzili się Mukadder, Cihan i Hancer — jakby od dawna czekali na ten moment.
Beyza wyglądała na zmęczoną, lecz spokojną. Jej twarz była blada, ale w oczach czaił się cień czegoś więcej — czegoś, co trudno było nazwać zwykłym wyczerpaniem.
— Dzięki Bogu… — westchnęła Mukadder, przykładając dłoń do piersi. — Wejdź, córko. Powiedz tylko… czy z maleństwem wszystko w porządku?
— Proszę, proszę… — odezwał się Nusret chłodno, zatrzymując się w progu. Jego spojrzenie zatrzymało się na Cihanie. — Jakie serdeczne powitanie. Szkoda tylko, że trochę spóźnione, panie Cihanie.
W powietrzu zawisło napięcie, ale Cihan nawet nie drgnął. Zignorował uszczypliwość i skierował wzrok wyłącznie na Beyzę.
— Jak się czujesz? — zapytał spokojnie, choć w jego głosie pobrzmiewała powaga. — Co z dzieckiem?
Beyza uniosła lekko podbródek.
— Na razie wszystko jest w porządku — odpowiedziała cicho.
Mukadder natychmiast uniosła ręce ku górze.
— Dzięki Ci, Panie… — wyszeptała z ulgą. — A co powiedział lekarz? Skąd to krwawienie?
Beyza westchnęła lekko, jakby wspomnienie wciąż było świeże.
— To przez stres. — Jej głos stał się miękki, niemal bezbronny. — Lekarz kazał mi odpoczywać. Dużo odpoczywać.
— I tak właśnie będzie — zapewniła Mukadder stanowczo.
Hancer, która przez cały czas stała tuż obok, zrobiła krok naprzód. Jej spojrzenie było pełne troski.
— Chodź, pomogę ci — powiedziała łagodnie i objęła Beyzę ramieniem.
Beyza pozwoliła się poprowadzić. Oparła się lekko o Hancer, a ich sylwetki powoli oddaliły się w głąb korytarza.
Nusret jeszcze przez chwilę stał w miejscu, po czym bez słowa skinął głową i wyszedł, zostawiając za sobą ciężką ciszę.
Mukadder nie zwlekała ani chwili — ruszyła w stronę pokoju Beyzy, wyraźnie zaniepokojona.
Po chwili Hancer wróciła do przedpokoju. Jej twarz była napięta, a dłonie lekko drżały. Zatrzymała się tuż przy Cihanie.
— Bardzo się przestraszyłam — powiedziała cicho, z trudem łapiąc oddech. — Kiedy ją zobaczyłam… łóżko było całe we krwi.
Na moment odwróciła wzrok, jakby próbowała wyrzucić ten obraz z pamięci.
— Teraz wszystko jest dobrze, ale… — zawahała się — czy nie powinieneś zadzwonić do jej byłego męża?
Cihan spojrzał na nią uważnie. Przez krótką chwilę milczał, jakby ważył każde słowo.
— On już wie, Hancer — powiedział w końcu spokojnie. — Jej były mąż wie o wszystkim.
W jego głosie było coś, co sprawiło, że w powietrzu znów zawisło napięcie — ciężkie, niewypowiedziane, gotowe w każdej chwili opaść na nich z całą siłą.
***
W sypialni panował półmrok rozproszony ciepłym światłem lampki nocnej. Zasłony były lekko zasunięte, a ciężkie powietrze zdawało się wciąż nosić ślad niedawnych emocji. Beyza leżała nieruchomo na szerokim, bogato zdobionym łóżku, wsparta na poduszkach, z dłońmi splecionymi na brzuchu.
Mukadder usiadła w fotelu obok niej, pochylając się lekko do przodu. Jej twarz, zwykle surowa, teraz zdradzała niepokój.
— Czy coś cię boli? — zapytała ciszej niż zwykle, jakby bała się usłyszeć odpowiedź.
Beyza pokręciła głową.
— Nie. Czuję się dobrze — odparła, lecz jej głos był pusty, pozbawiony życia.
Mukadder westchnęła z ulgą, choć napięcie w jej ramionach nie zniknęło.
— To dobrze. Bardzo się bałam — przyznała, spoglądając na nią uważnie. — Tylko… nie patrz na mnie tak smutno, proszę.
Beyza odwróciła wzrok, jakby te słowa tylko pogłębiły jej rozpacz.
— Co mam zrobić, ciociu? — zapytała drżącym głosem. — Z czego mam się cieszyć? Nawet nie potrafię się cieszyć z tego, że moje dziecko żyje…
Mukadder zacisnęła usta, jakby te słowa uderzyły ją prosto w serce.
— Masz rację… — przyznała po chwili ciężko. — Ale wybacz mi, córko. Zrozumiałam swój błąd… tylko że teraz jest już za późno.
Na moment zawiesiła głos, zbierając myśli.
— To ja sprowadziłam ją do tego domu. Własnymi rękami. A razem z nią… całe to nieszczęście. — Jej spojrzenie stwardniało. — Myślałam, że pozbędziemy się jej bez problemu. Nie przewidziałam tylko jednego… że Cihan się do niej przywiąże.
Beyza spojrzała na nią z cieniem goryczy.
— Mówiłam ci. Ja i tata mówiliśmy. Ale nas nie słuchałaś. Widziałaś w nas wrogów.
Mukadder odwróciła wzrok, jakby nie mogła znieść tego oskarżenia.
— Nie przypominaj mi tego — powiedziała cicho. — Dzisiejszy dzień już wystarczająco mnie ukarał. To był dla mnie kubeł lodowatej wody.
Zamilkła na chwilę, po czym dodała z determinacją:
— Teraz liczy się tylko jedno. Mój wnuk. Czekam na niego bardziej niż na cokolwiek innego.
Beyza uśmiechnęła się blado, niemal ironicznie.
— Tobie nic nie jest, ciociu — powiedziała cicho. — To ja cierpię. Ja i moje dziecko.
— Nie mów tak! — Mukadder poderwała się gwałtownie z fotela. — Naprawię wszystko, co zepsułam. Przysięgam ci. Mój wnuk nie będzie dorastał bez ojca.
Zrobiła krok w stronę łóżka i pochyliła się nad Beyzą. Z niezwykłą ostrożnością położyła dłoń na jej brzuchu.
I wtedy zamarła.
Jej palce zastygły w bezruchu. Na twarzy pojawiło się coś, czego nie dało się ukryć — cień zdziwienia, niepokój… a może nawet przebłysk podejrzenia.
Jakby pod jej dłonią nie było tego, czego się spodziewała.
Mukadder uniosła wzrok, patrząc na Beyzę inaczej niż dotąd.
Czy właśnie zaczęła rozumieć?
Odpowiedź miała dopiero nadejść… w kolejnym rozdziale tej historii.

Powyższy tekst stanowi autorskie streszczenie i interpretację wydarzeń z serialu Gelin. Inspiracją do jego stworzenia były filmy Gelin 65.Bölüm i Gelin 66.Bölüm dostępne na oficjalnym kanale serialu w serwisie YouTube. W artykule zamieszczono również zrzuty ekranu pochodzące z tych odcinków, które zostały użyte wyłącznie w celach informacyjnych i ilustracyjnych. Wszystkie prawa do postaci, fabuły i materiału źródłowego należą do ich prawowitych właścicieli.






