Panna młoda odc. 107: Beyza demaskuje szantażystkę! Nusret przejmuje władzę!

Beyza jest zszokowana. Otwiera szeroko oczy i usta.

„Panna młoda” Odc. 107 – streszczenie

Drzwi chaty otworzyły się z hukiem.

Tayar wpadł do środka i bezceremonialnie pchnął Hancer do przodu. Dziewczyna straciła równowagę i upadła na cienki materac, a powietrze uciekło jej z płuc. Włosy opadły jej na twarz, dłonie drżały, ale natychmiast spróbowała się podnieść.

Za nimi weszli Nusret i Mukadder.

Wnętrze przecięły ostre smugi światła wpadające przez szczeliny w oknach, rozcinając półmrok i wydobywając z niego kurz unoszący się w powietrzu. Wszystko wydawało się ciężkie, duszne — jakby sama przestrzeń sprzysięgła się przeciwko niej.

Nusret zatrzymał się w progu i spojrzał na Tayara z lodowatą pogardą.

— Jesteś kompletnie bezużyteczny — powiedział cicho, ale w jego głosie brzmiała stal. — Nie potrafisz upilnować jednej kobiety?

Tayar spuścił wzrok.

— Panie Nusrecie, ja…

— Porozmawiamy później — przerwał mu ostro. — A teraz… wynoś się.

— Ale…

— WYNOŚ SIĘ! — jego głos uderzył o ściany jak trzask bicza.

Tayar zamilkł natychmiast. Zacisnął szczękę i, kulejąc, wyszedł z chaty, rzucając Hancer krótkie, wrogie spojrzenie. Jego rana na nodze wciąć krwawiła.

Zapadła cisza.

Mukadder ruszyła powoli w stronę dziewczyny.

Każdy jej krok był spokojny, wyważony… i przez to jeszcze bardziej niepokojący.

Zatrzymała się tuż przed nią i spojrzała z góry — chłodno, bez cienia współczucia.

— Myślałaś, że uciekniesz? — zapytała cicho.

Nachyliła się bliżej. Jej twarz znalazła się tuż przy twarzy Hancer.

— Próbowałaś zabić mojego syna… — wyszeptała, a w jej oczach zapłonął gniew. — Naprawdę uwierzyłaś, że zostawię cię przy życiu?

Hancer podniosła na nią spojrzenie.

Nie było w nim strachu.

— Czy coś mu się stało? — zapytała drżącym głosem. — Powiedz mi… czy Cihan żyje?

Mukadder nawet nie mrugnęła.

Jakby to pytanie w ogóle do niej nie dotarło.

Wyprostowała się.

— W dniu, w którym się pobraliście… straciłam syna — powiedziała powoli. — Od tamtej chwili go nie poznaję. Patrzy na mnie jak na obcą. Jak na wroga.

Zacisnęła dłonie.

— Tak samo traktuje matkę swojego nienarodzonego dziecka. A wszystko przez ciebie. — Jej głos się zaostrzył. — Zatrułaś mu umysł.

— Nie wiedziałam… — Hancer pokręciła głową, a łzy napłynęły jej do oczu. — Przysięgam, nigdy o nic go nie prosiłam…

— Ale strzeliłaś do niego — przerwała ostro Mukadder. — Uznałaś, że jeśli nie będzie twój… to nie będzie niczyj.

— To nieprawda… — wyszeptała. — To był wypadek… przysięgam…

Na twarzy Mukadder pojawił się cień bólu — surowego, głębokiego.

— Prawie pochowałam mojego jedynego syna — powiedziała drżącym głosem. — Moją duszę… część mnie.

Jej spojrzenie stało się ciężkie, przytłaczające.

— Myślałaś, że pozwolę ci odejść? Że ten ogień… — przyłożyła dłoń do piersi — …nie spali cię do końca?

Hancer opuściła głowę. Łzy spływały po jej policzkach, ale jej głos, choć słaby, był spokojny.

— Zrób ze mną, co zechcesz… — powiedziała. — To już nie ma znaczenia.

Podniosła na nią wzrok.

— Ale błagam… pozwól mi najpierw zobaczyć Cihana. Chcę go przeprosić… chcę, żeby usłyszał to ode mnie, kiedy się obudzi.

Jej głos się załamał.

— Przysięgam… to ostatnia rzecz, o którą proszę. Zabierz mnie do niego…

Mukadder zmrużyła oczy, a na jej ustach pojawił się cień pogardliwego uśmiechu.

— Bez cienia wstydu chcesz stanąć przed nim i prosić o przebaczenie? — zapytała lodowatym tonem. — On ci nie wybaczy. Nawet na ciebie nie spojrzy. Dostaniesz dokładnie to, na co zasługujesz.

Hancer zadrżała. Łzy spływały jej po policzkach, ale nie odwróciła wzroku.

— Proszę… nie mów tak… — wyszeptała, łamiącym się głosem. — Nie rób mi tego. Nie mogę… nie mogę żyć z tym poczuciem winy. Nie mogę odejść, nie prosząc go o przebaczenie…

Nusret podszedł bliżej. Jego kroki były spokojne, niemal leniwe — jakby cała ta sytuacja była dla niego jedynie drobną niedogodnością.

Zatrzymał się przy materacu i przykucnął, tak by znaleźć się na wysokości jej oczu. Przez chwilę przyglądał jej się w milczeniu, z lekkim, niepokojącym uśmiechem.

— O to się nie martw — powiedział cicho. — Pomogę ci. Zawsze doprowadzam sprawy do końca. Niczego nie zostawiam niedokończonego.

W jego głosie nie było ani cienia współczucia.

Mukadder uniosła podbródek.

— Jej koniec nie może być łatwy — oznajmiła chłodno. — Zanim umrze… chcę, żeby poczuła to, co ja czuję. Pozwól mi… rozliczyć się z nią.

Nusret uśmiechnął się szerzej, jakby usłyszał coś, co sprawiło mu przyjemność.

— Oczywiście — odparł lekko. — Baw się dobrze, siostro. Zaczekam na zewnątrz.

Podniósł się i bez pośpiechu skierował do drzwi. Nawet się nie obejrzał. Po chwili jego kroki ucichły za ścianą.

W chacie została tylko cisza… i napięcie, które zdawało się gęstnieć z każdą sekundą.

Mukadder spojrzała na Hancer.

I nagle się uśmiechnęła.

Ciepło. Niemal czule.

Wyciągnęła do niej rękę.

Zdezorientowana Hancer zawahała się tylko przez ułamek sekundy. W tej jednej chwili cień nadziei przemknął przez jej oczy. Chwyciła dłoń teściowej i pozwoliła jej pomóc sobie wstać.

Palce Mukadder zacisnęły się mocniej.

Zbyt mocno.

I wtedy…

Jej dłoń wystrzeliła.

Głośny trzask przeciął powietrze, odbijając się echem od drewnianych ścian.

Hancer zachwiała się, jakby ktoś nagle wyrwał jej grunt spod nóg. Dłoń natychmiast powędrowała do policzka, który zapłonął ostrym, palącym bólem.

Przez chwilę nie była w stanie nawet złapać oddechu.

***

Cihan wciąż pozostawał pogrążony w śpiączce. Jego ciało było nieruchome, lecz umysł uciekał w świat snu — jasny, ciepły, niemal nierealny.

W tej wizji wszystko było takie, jak powinno być.

Mukadder ponownie przekroczyła próg rezydencji. Nie było w niej chłodu ani surowości, którą znamy z realnego świata. Gdy tylko zobaczyła Hancer, jej twarz rozjaśnił łagodny uśmiech. Podeszła do niej i objęła ją czule, jak matka obejmuje dawno niewidzianą córkę.

Jej spojrzenie powędrowało ku stołowi — elegancko nakrytemu, pełnemu ciepłych potraw, które wypełniały pomieszczenie domowym zapachem.

— To wszystko… dla nas? — zapytała z lekkim zdumieniem.

Hancer skinęła głową, uśmiechając się z delikatną nieśmiałością.

— Chciałam, żebyśmy zjedli razem. Jak rodzina.

Cihan spojrzał na matkę, rozkładając bezradnie ręce.

— Ja też nic nie wiedziałem — przyznał z rozbawieniem. — Hancer tylko powiedziała, żebym do ciebie zadzwonił, gdy wrócę z pracy.

— I dobrze zrobiła — odparła Mukadder miękko, nie odrywając wzroku od synowej.

— Pójdę po główne danie — dodała Hancer. — Zaraz wracam.

Zniknęła w kuchni, a między matką a synem zapadła krótka cisza — tym razem spokojna, pełna czegoś, co przypominało dumę.

Mukadder westchnęła cicho.

— Nie będę cię oszukiwać, synu… — zaczęła. — Kiedy tak nagle się ożeniłeś, byłam pełna obaw. Mówiłam sobie, że wiesz, co robisz… i dziś widzę, że miałam rację.

Spojrzała w stronę kuchni, jakby chciała jeszcze raz upewnić się, że to wszystko dzieje się naprawdę.

— Gdybym sama miała wybrać dla ciebie żonę… nie znalazłabym lepszej.

W tej chwili Hancer wróciła, niosąc ciężki garnek. Postawiła go ostrożnie na stole, a para uniosła się lekko nad naczyniem.

Nagle rozległ się dzwonek do drzwi.

Mukadder zmarszczyła lekko brwi.

— Spodziewacie się jeszcze kogoś?

— Nie… — Cihan spojrzał na Hancer zaskoczony. — Ty kogoś zaprosiłaś?

Hancer uśmiechnęła się tajemniczo.

— Nie martwcie się. To nikt obcy.

Po chwili wróciła, trzymając w rękach duże pudełko, owinięte ozdobnym papierem i przewiązane szeroką, starannie zawiązaną kokardą. Postawiła je przed Cihanem.

— Co to jest? — zapytał, unosząc brwi.

— Otwórz — powiedziała cicho.

— No dalej, synu — dodała Mukadder z wyraźną ciekawością. — Sama chcę zobaczyć.

Cihan sięgnął po wstążkę, rozwiązując ją powoli.

— Na pewno dziś nie są moje urodziny? — rzucił półżartem.

— Zdecydowanie nie — odpowiedziała Mukadder z lekkim uśmiechem.

Papier zaszeleścił, gdy go zdjął. Otworzył pudełko.

Zamarł.

W środku znajdowało się dziecięce krzesełko do karmienia — niebieskie, nowe, jeszcze pachnące fabryką.

Spojrzał na Hancer, zupełnie zaskoczony.

— Hancer… co to znaczy?

Mukadder nagle poderwała się z miejsca. W jej oczach pojawił się błysk, jakiego Cihan nigdy wcześniej u niej nie widział.

— Twoja żona jest w ciąży, synu! — zawołała, a jej głos zadrżał od emocji.

Cihan zamarł na moment, jakby nie był pewien, czy dobrze usłyszał.

— To… prawda? — zapytał cicho.

Hancer uśmiechnęła się, a jej oczy rozbłysły szczęściem.

— Mamy tylko jeden problem… — powiedziała lekko. — Niebieski był ostatni. Będziemy musieli kupić też różowy.

Cihan uniósł dwa palce, patrząc na nią z niedowierzaniem.

— Czy to znaczy…?

— Tak — potwierdziła, śmiejąc się cicho. — To będą bliźniaki.

Na jego twarzy pojawiła się czysta, dziecięca radość. Bez słowa porwał ją w ramiona i uniósł, obracając w powietrzu.

Śmiech Hancer wypełnił całą jadalnię.

Gdy postawił ją na ziemi, Mukadder podeszła bliżej. Jej oczy zaszkliły się od łez.

Objęła Hancer mocno, jakby bała się, że ta chwila może zaraz zniknąć.

— Podarowałaś mi cały świat, córko… — wyszeptała.

***

Beyza pojawiła się w parku pewnym krokiem, jak ktoś, kto dokładnie wie, co ma zrobić. Słońce przeciskało się przez liście drzew, rzucając na ścieżkę nieregularne plamy światła. W powietrzu unosiła się cisza, którą przerywał jedynie szum odległego morza.

Zatrzymała się przy ławce. Rozejrzała się uważnie — krótko, ale wystarczająco. Położyła na drewnianym siedzisku niewielką, lecz wyraźnie wypchaną torebkę.

Przez moment zawahała się, jakby chciała sprawdzić, czy wszystko jest na swoim miejscu. Potem odwróciła się i ruszyła przed siebie, nie oglądając się za siebie.

Nie zamierzała jednak odejść daleko.

***

Z gęstwiny krzewów, na skraju parku, ktoś obserwował ją od samego początku.

Gulsum.

Jej oczy śledziły każdy ruch Beyzy z napiętą uwagą. Gdy tylko upewniła się, że kobieta zniknęła z pola widzenia, natychmiast wyszła z ukrycia.

Szła szybko, niemal łapczywie.

Usiadła na ławce i przyciągnęła do siebie torebkę, jakby bała się, że ktoś może jej ją wyrwać. Drżącymi palcami rozsunęła zamek.

Zamarła.

W środku znajdowały się grube, starannie ułożone paczki.

Jej oddech przyspieszył. Oczy rozszerzyły się z niedowierzania, a na twarzy pojawił się zachwyt graniczący z obłędem.

— W końcu… — wyszeptała, niemal bezgłośnie. — W końcu przechytrzyłam diabła…

Zachłysnęła się własnym triumfem, ściskając torebkę jeszcze mocniej.

— Dziękuję Ci, Boże… — dodała, z nerwowym uśmiechem. — Wiedziałam, że mi się uda.

Rozejrzała się nerwowo.

— Muszę stąd zniknąć. Natychmiast.

Podniosła się z ławki i przytuliła zdobycz do piersi, jakby trzymała najcenniejszy skarb świata.

Nie zauważyła jednak, że ktoś ją obserwuje.

***

Za pobliskim kontenerem stała Beyza.

Jej twarz była nieruchoma, ale oczy — zimne i przenikliwe — mówiły wszystko.

Obserwowała Gulsum bez mrugnięcia, jak drapieżnik, który właśnie rozpoznał swoją ofiarę.

— Gulsum… — wypowiedziała cicho, niemal z niedowierzaniem, ale i satysfakcją. — Więc to ty.

Na jej ustach pojawił się powolny, gorzki uśmiech.

— Oczywiście… zdrajcy zawsze są najbliżej.

Gulsum oddalała się ścieżką, nieświadoma, że każdy jej krok jest śledzony.

— Myślisz, że jesteś sprytna? — szepnęła Beyza, ruszając powoli za nią. — Że mnie przechytrzyłaś?

Pokręciła głową, a jej spojrzenie stwardniało.

— Dopiero zaczynamy…

***

Gulsum weszła do kuchni szybkim, nerwowym krokiem. W pomieszczeniu panowała cisza, przerywana jedynie cichym tykaniem zegara i szumem lodówki. Światło odbijało się od marmurowej wyspy, na której po chwili położyła torebkę — niemal z namaszczeniem, jakby była czymś świętym.

Rozejrzała się jeszcze raz, dla pewności.

Potem drżącymi palcami rozsunęła zamek.

Wyjęła pierwszy pakunek, ciasno owinięty w papier. Przez moment przycisnęła go do dłoni, jakby chciała nacieszyć się ciężarem pieniędzy, zanim jeszcze go otworzy. W końcu rozdarła papier.

Zamarła.

W środku nie było banknotów.

Tylko zimna, biała cegła.

Jej oddech uwiązł w gardle. Przez chwilę nie była w stanie się poruszyć. Potem, jak w transie, sięgnęła po kolejny pakunek. Rozwinęła go szybciej, niemal brutalnie.

To samo.

Cegła.

— Co… co to ma być?… — wyszeptała, a jej głos zadrżał niebezpiecznie.

W jednej chwili cały jej triumf rozsypał się jak kurz.

Nagle rozległo się echo kroków.

Gulsum nawet nie zdążyła się odwrócić, gdy do środka wpadła Beyza. Jej spojrzenie było ostre, pełne gniewu i chłodnej satysfakcji. W kilku krokach znalazła się przy pokojówce, chwyciła ją za ramię i wbiła paznokcie w skórę z taką siłą, że Gulsum syknęła z bólu.

— Ty parszywy szczurze! — wysyczała przez zaciśnięte zęby. — Złapałam cię na gorącym uczynku!

— Pani Beyzo… — wydusiła Gulsum, próbując się wyrwać. Na jej twarzy pojawił się grymas bólu i paniki.

Szarpnęła się rozpaczliwie — i tym razem zdołała się uwolnić.

Wypadła z kuchni do holu, ale nie zdążyła zrobić kilku kroków, gdy Beyza dopadła ją ponownie, chwytając za rękę.

— Mam wszystkie twoje wiadomości! — krzyczała, a jej głos odbijał się echem od ścian. — Oddam cię policji! Zgnijesz w więzieniu, rozumiesz?!

W tej samej chwili drzwi wejściowe otworzyły się.

Do środka weszli Mukadder i Nusret.

Beyza natychmiast puściła Gulsum, jakby ktoś nagle zgasił ogień.

— Co tu się dzieje?! — warknęła Mukadder, rozglądając się po holu. — Co to za hańba?!

Z głębi domu nadbiegli Sinem, Fadime i Melih. Zatrzymali się kilka kroków dalej, patrząc na Gulsum z rosnącym niepokojem.

— Pytam, co tu się dzieje?! — powtórzyła Mukadder jeszcze ostrzej.

Zapadła ciężka cisza.

Gulsum spuściła wzrok. Jej dłonie drżały, ale głos — choć łamliwy — próbował brzmieć pokornie.

— Ja… zachowałam się niewłaściwie — powiedziała cicho. — Pani Beyza ma prawo być na mnie zła.

Mukadder prychnęła z pogardą.

— Wstydź się! Karmimy cię od lat, dajemy ci dach nad głową, a ty odpłacasz nam w ten sposób?!

— Wystarczy, siostro — odezwał się spokojnie Nusret, kładąc dłoń na jej ramieniu. Jego ton był cichy, ale stanowczy. — Ja się tym zajmę.

Zrobił krok do przodu i zmierzył służbę chłodnym spojrzeniem.

— Od tej chwili to ja zarządzam tą rezydencją.

W jego głosie nie było miejsca na sprzeciw.

— Wszyscy jesteście zwolnieni.

Słowa spadły jak wyrok.

Jego wzrok przesunął się po kolei: od Gulsum, przez Fadime, aż po Meliha.

— Otrzymacie odprawę. Macie tydzień, żeby się spakować i znaleźć nową pracę. I nie liczcie na żadne rekomendacje.

Fadime zrobiła krok do przodu, wyraźnie poruszona.

— Pracuję tu całe życie… — powiedziała, a jej głos zadrżał. — Dlaczego nie dostanę rekomendacji? Czy jestem złodziejem? Czy zrobiłam coś złego?

— Jesteś niewdzięczna! — ucięła ostro Mukadder. — To jedyne, co mogę o tobie powiedzieć!

— Mamo… — Melih objął ją ramieniem, przyciągając do siebie. — Daj spokój. Oni i tak niczego nie zrozumieją.

W jego głosie pobrzmiewała gorycz.

Odwrócił się i powoli poprowadził matkę w stronę pokojów dla służby.

Gulsum zawahała się tylko przez sekundę.

Potem ruszyła za nimi — z opuszczoną głową, zżerana przez wstyd. Dała się podejść jak dziecko. Cegły zamiast pieniędzy… a ona nawet przez chwilę nie zwątpiła. Najbardziej bolało nie to, co straciła, ale to, jak łatwo ktoś zrobił z niej głupią.

***

Godzinę później Gulsum weszła do salonu powoli, niemal bezszelestnie, jakby sama obecność w tym miejscu była dla niej ciężarem. W dłoniach trzymała protezę ciążowego brzucha — białą, miękką, ale teraz dziwnie obcą i niepokojącą.

Salon tonął w jasnym świetle. Eleganckie meble, miękkie poduszki i dopracowane detale tworzyły obraz spokoju, który zupełnie nie pasował do napięcia wiszącego w powietrzu.

Na kanapie siedziała Beyza.

Czekała.

Jej spojrzenie było chłodne, nieruchome — jakby od początku wiedziała, że ta chwila nadejdzie.

Gulsum podeszła bliżej i bez słowa wyciągnęła ręce. Beyza odebrała od niej sztuczny brzuch, obejrzała go przez chwilę, a potem odłożyła obok siebie z niemal demonstracyjną obojętnością.

— Usiądź — powiedziała cicho, ale ton nie pozostawiał miejsca na sprzeciw.

Gulsum posłusznie zajęła miejsce na przeciwległej kanapie. Plecy miała sztywne, dłonie złożyła na kolanach, a wzrok spuściła w dół.

— Naprawdę myślałaś — zaczęła Beyza powoli — że możesz ze mną pogrywać? Że jesteś na tyle sprytna… albo na tyle ważna?

Cisza, która zapadła po tych słowach, była cięższa niż krzyk.

— Pani Beyzo… — odezwała się w końcu Gulsum, a jej głos zadrżał. — Błagam… wybacz mi. Ja… ja nie myślałam trzeźwo. To był błąd…

— Zamknij się. — Beyza przecięła jej słowa jednym, ostrym ruchem ręki. — Gdybym chciała, już dawno zapłaciłabyś za to wszystko. Mam kopie twoich wiadomości. Każde słowo. Jedno moje polecenie i znikasz. Rozumiesz? Znikasz na długie lata.

Gulsum pobladła.

— Wiem… wiem, że zrobiłam coś strasznego… — wyszeptała. — Ale proszę… miej dla mnie choć odrobinę litości. Nie chodziło mi o pieniądze… Kiedy pani Mukadder mnie tak upokorzyła… nie potrafiłam tego znieść. Ten gniew… nie wiedziałam, co z nim zrobić…

Beyza uniosła brwi, a na jej ustach pojawił się cień uśmiechu — zimnego, niemal okrutnego.

— Ach… czyli to nie chciwość. To emocje? — zapytała z udawaną łagodnością. 

— Żałuję… — dodała szybko Gulsum. — Naprawdę żałuję.

— Naprawdę? — Beyza pochyliła się lekko do przodu. — Czyli gdyby moja ciocia cię nie zrugała, oddałabyś jej to? Wydałabyś mnie bez mrugnięcia okiem?

— Nie! — Gulsum gwałtownie podniosła głowę. — Ja nawet nie wiedziałam, co to jest! Myślałam, że to… gorset…

— Dość! — syknęła Beyza. — Nie obrażaj mojej inteligencji.

Zapadła cisza.

Beyza sięgnęła po protezę brzucha i uniosła ją lekko, jakby była trofeum.

— Posłuchaj mnie uważnie — powiedziała już spokojniej, ale jeszcze bardziej niebezpiecznie. — Cihan umiera. Ta dziewczyna musi zniknąć z naszego życia. Moja ciocia oddała mi połowę rezydencji z uwagi na dziecko, które noszę. A właściwie… dzięki temu.

Uniosła lekko sztuczny brzuch.

— Rozumiesz, co to znaczy?

Gulsum nie odpowiedziała. Bała się nawet oddychać.

— Teraz dochodzimy do porozumienia — ciągnęła Beyza. — Nauczyłaś się czegoś. Będziesz milczeć.

Odłożyła brzuch obok siebie i spojrzała na nią twardo.

— Reszta służby odejdzie. Ale ty zostaniesz. 

Gulsum drgnęła.

— Nie jako służąca. — Beyza zrobiła krótką pauzę. — Jako moja osobista asystentka. Będziesz należeć tylko do mnie.

Te słowa zabrzmiały bardziej jak wyrok niż awans.

— I posłuchaj mnie bardzo uważnie… — dodała ciszej, nachylając się w jej stronę. — Drugi raz nie popełnisz tego samego błędu. Spójrz na Hancer. Jeszcze niedawno była pewna siebie. A teraz? Nie zostało z niej nic. Cihan walczy o życie, a ona… zniknie tak samo jak jej pewność siebie.

Jej spojrzenie stwardniało.

— Nie zakłócisz mojego spokoju. Jeśli choć raz się potkniesz… zniszczę cię bez wahania.

Cisza po tych słowach była lodowata.

Gulsum przełknęła ślinę. Jej dłonie lekko drżały.

— Zrozumiałam… pani Beyzo — odpowiedziała cicho.

I tym razem naprawdę mówiła prawdę.

Powyższy tekst stanowi autorskie streszczenie i interpretację wydarzeń z serialu Gelin. Inspiracją do jego stworzenia był film Gelin 78.Bölüm dostępny na oficjalnym kanale serialu w serwisie YouTube. W artykule zamieszczono również zrzuty ekranu pochodzące z tego odcinka, które zostały użyte wyłącznie w celach informacyjnych i ilustracyjnych. Wszystkie prawa do postaci, fabuły i materiału źródłowego należą do ich prawowitych właścicieli.

Podobne wpisy