„Panna młoda” Odc. 89 – streszczenie
Chłodne, nocne powietrze owiewało dziedziniec starego domu, a liście drzew szeleściły cicho nad ich głowami. Światło lamp rzucało miękkie cienie na jasne ściany, potęgując napięcie, które unosiło się w powietrzu.
Cihan wyszedł na zewnątrz pierwszy, zatrzymując się tuż przy wejściu. Hancer podążyła za nim, zamykając za sobą drzwi. Nie zdążyła nawet złapać oddechu, gdy odwrócił się do niej gwałtownie.
— Hancer, to, co robisz, jest niewybaczalne! — jego głos był ostry jak brzytwa. — Ile razy mam ci powtarzać, żebyś się nie wtrącała? Czy moje słowa naprawdę nic dla ciebie nie znaczą?
Hancer nie cofnęła się ani o krok. Stała naprzeciw niego, z uniesioną głową, choć w jej oczach widać było napięcie.
— Przyprowadziłam ją, bo nie miałam wyboru — odpowiedziała spokojnie, ale stanowczo. — Wiedziałam, że będziesz zły. Ale czasem trzeba zrobić coś mimo twojego gniewu. Proszę… pozwól jej tu zostać.
— Nie ma mowy! — przerwał jej natychmiast, unosząc rękę i wskazując palcem w stronę drzwi. — Zabieram ją do jej ojca. A ty przestaniesz w końcu się w to mieszać.
Hancer zacisnęła dłonie, jakby zbierała w sobie siłę.
— Czy wiesz, gdzie ją znalazłam? — jej głos zadrżał, ale nie stracił mocy. — Powstrzymałam ją w ostatniej chwili. Chciała usunąć to dziecko… w nielegalnym miejscu. Gdybym nie zdążyła, już byłoby po wszystkim!
Cihan zamilkł na ułamek sekundy, ale jego twarz pozostała twarda.
— Nie rozumiem, dlaczego jesteś tak zaślepiony gniewem — ciągnęła Hancer, robiąc krok bliżej. — Możesz nienawidzić jej, możesz nienawidzić jej przeszłości, ale to dziecko niczemu nie jest winne. Jeśli ją stąd wyrzucisz, ona naprawdę to zrobi. I wtedy… to będzie również na twoim sumieniu. Jak z tym będziesz żył, Cihanie?
W tym momencie drzwi za nimi skrzypnęły.
Beyza wyszła na zewnątrz powoli, jakby każdy krok kosztował ją ogromny wysiłek. Objęła się ramionami, a potem położyła dłonie na brzuchu, jakby chciała ochronić to, co w nim nosiła. Zatrzymała się między nimi.
— Czy nie mówiłam ci? — zwróciła się cicho do Hancer, z gorzkim uśmiechem. — On nas tu nie chce. Nie powinnam była cię słuchać. Gdybyś mnie nie zatrzymała, wszystko byłoby już zakończone.
— Powiedziałem, że się tym zajmę! — wtrącił ostro Cihan, patrząc na nią z gniewem. — Czego ty właściwie chcesz od tego dziecka?
Beyza uniosła na niego wzrok.
— Nie krzycz na mnie — odpowiedziała cicho, ale z godnością. — Nie przyszłam tu, żeby być ciężarem. Poradzę sobie sama. Zawsze sobie radziłam.
Hancer spojrzała na męża z niedowierzaniem. W jej oczach pojawił się cień bólu.
— Swoją złość powinieneś skierować gdzie indziej — powiedziała ostro. — Nie na nią. To nie Beyza jest winna. Jeśli chcesz się z kimś rozliczyć, znajdź właściwą osobę. Jej byłego męża.
— Hancer, zamknij się! — wybuchł Cihan, tracąc resztki panowania nad sobą. — Nie chcę słyszeć ani jednego słowa więcej! Wracaj do domu i zostaw nas!
Tym razem jednak jego krzyk nie zrobił na niej wrażenia.
— Nigdzie nie pójdę — odpowiedziała spokojnie, niemal lodowato. — Beyza też nie. Zostajemy tutaj.
Cihan zacisnął szczękę. Nie odpowiedział. Zamiast tego zrobił krok w stronę Beyzy i chwycił ją za ramię.
— Koniec tego — powiedział twardo. — Nie zrobisz już żadnej głupoty. Zabieram cię do ojca.
Beyza próbowała się wyrwać, ale jego uścisk był zbyt silny.
I wtedy na dziedziniec wbiegła Mukadder.
— Beyza, córko! — jej głos drżał z ulgi. Podbiegła do niej i natychmiast objęła ją mocno. — Dzięki Bogu… nic ci nie jest. Umierałam ze strachu. Gdzie byłaś?
Beyza wtuliła się w nią na moment, ale zaraz się odsunęła.
— Nie masz się o co martwić, ciociu — powiedziała cicho. — To był błąd, że tu przyszłam. Odejdę. Nie będę już niczego psuć.
— Co ty mówisz? — Mukadder spojrzała na nią z niedowierzaniem. — Szukaliśmy cię wszędzie! Cihanie, zatrzymaj ją! Pozwolisz jej tak po prostu odejść?
— On mnie tu nie chce — odpowiedziała Beyza, cofając się o krok. — Dlaczego go zmuszasz? Nie chcę być tam, gdzie jestem niechciana. Pójdę… gdziekolwiek. Bylebym była sama.
Odwróciła się i zrobiła dwa chwiejne kroki.
Świat wokół niej nagle zawirował. Jej ciało zachwiało się niebezpiecznie, a kolana ugięły się pod nią.
— Beyza! — krzyknęła Hancer.
W ostatniej chwili dopadła do niej i chwyciła ją, zanim upadła na kamienną posadzkę.


***
Cihan nie zawahał się ani chwili. Jednym, zdecydowanym ruchem podniósł Beyzę z ziemi. Jej ciało było bezwładne, głowa opadła mu na ramię, a jasne światło z rezydencji oświetlało jej bladą twarz.
Echo jego kroków odbijało się od marmurowych ścian, gdy wnosił ją do środka. Wysokie, zdobione wnętrze rozświetlał kryształowy żyrandol, a stojące wzdłuż ścian palmy drżały lekko od przeciągu, który wdarł się przez otwarte drzwi.
Mukadder i reszta domowników ruszyli za nim w pośpiechu.
Cihan bez słowa wszedł do pokoju, który Beyza wcześniej zajmowała. Zatrzymał się na moment przy łóżku, po czym ostrożnie ułożył ją na miękkiej, jasnej pościeli. Przez ułamek sekundy zawahał się, jakby chciał coś powiedzieć… ale tylko zacisnął szczękę.
Odwrócił się i wyszedł, zanim ktokolwiek zdążył go zatrzymać.

***
Mukadder natychmiast podeszła do łóżka. Usiadła przy Beyzie, poprawiając jej poduszkę i przykrywając ją lekko kocem, jakby chciała nadrobić wszystkie stracone chwile troski.
— Córko… czy dobrze ci? Może przynieść wodę? Albo coś ciepłego? — mówiła szybko, niemal bez tchu. W jej głosie mieszał się niepokój i ulga.
Beyza otworzyła oczy. Jej spojrzenie było zmęczone, przygaszone.
— Jak mam czuć się dobrze… — wyszeptała gorzko — po tym wszystkim, co usłyszałam od twojego syna?
Mukadder zamilkła na moment, ale zaraz pokręciła głową.
— On też się martwił. Wszyscy się martwiliśmy. Szukaliśmy cię wszędzie… — westchnęła ciężko. — Ale nieważne. Jesteś tutaj. Nie zrobiłaś tego błędu. To najważniejsze.
Z boku odezwała się Sinem, stojąca dotąd w cieniu, przy ścianie.
— Sama tu nie przyszła — powiedziała spokojnie. — To Hancer ją przyprowadziła.
Mukadder uniosła brwi i spojrzała uważnie na Beyzę.
— Jak to? Co się stało?
Beyza odwróciła wzrok, jakby wspomnienie tamtej chwili było dla niej zbyt ciężkie.
— Sama tego do końca nie rozumiem — zaczęła cicho. — Od dwóch dni nie dawała mi spokoju. Mówiła, że nie mogę tego zrobić. Że będę tego żałować… — Zacisnęła palce na prześcieradle. — Gdyby nie ona… weszłabym do tego domu. Do tej położnej. Wszystko by się skończyło…
Mukadder pobladła. Jej dłoń zadrżała.
— Co ty chciałaś zrobić, Beyza?! — jej głos nagle stał się ostry. — Zwariowałaś? Ja od lat czekam na wnuka! Jak mogłaś w ogóle o tym pomyśleć?!
Beyza zacisnęła powieki.
— Nie złość się na mnie, ciociu… — wyszeptała. — To nie była tylko moja decyzja. Twój syn mnie do tego doprowadził.
Sinem zrobiła krok bliżej łóżka.
— Przecież zawsze marzyłaś o dziecku — powiedziała ciszej, ale z wyraźnym zdziwieniem. — Bóg w końcu spełnił twoje pragnienie. Dlaczego tak łatwo chciałaś z tego zrezygnować?
— Nikt cię nie pytał o zdanie! — przerwała jej ostro Mukadder, nawet nie odwracając głowy. — Kiedy ja tu jestem, ty milczysz. Idź na dół i przygotuj coś do jedzenia. Beyza musi odzyskać siły.
Sinem skinęła głową i bez słowa wyszła.
W pokoju zapadła cisza.
Mukadder pochyliła się bliżej Beyzy. Jej głos złagodniał.
— Nie chciałam cię przy niej strofować, ale miała rację — powiedziała ciszej. — Nie możesz tak myśleć.
Beyza spojrzała na nią z bólem.
— Ja też chcę wziąć mojego syna w ramiona… — jej głos zadrżał. — Ale nie urodzę go jako nieślubnego dziecka. Nie zrobię mu tego.
Mukadder wyprostowała się, jakby nagle odzyskała pewność.
— Oczywiście, że nie. Weźmiecie ślub.
Beyza pokręciła głową, z gorzkim uśmiechem.
— Nie jestem aż tak naiwna. Cihan nie zostawi tej dziewczyny. Dla niego liczy się tylko ona… nie dziecko, które noszę.
— To niemożliwe — zaprotestowała stanowczo Mukadder. — Mój syn nie zrezygnuje z własnego dziecka. Czekał na nie latami.
Beyza odwróciła wzrok, a jej oczy zaszkliły się.
— Myślisz, że nie próbowałam? — wyszeptała. — Błagałam go… Niemal padłam przed nim na kolana, a on… — jej głos się załamał — Potraktował mnie, jakbym byłą jego kochanką. Powiedział, że zapewni mi wszystko… dom, pieniądze… ale nigdy nie rozwiedzie się z Hancer.
Mukadder zmrużyła oczy, a w jej spojrzeniu pojawił się chłód.
— Nie znasz mojego syna tak dobrze, jak ci się wydaje — powiedziała powoli. — Mógł tak powiedzieć… teraz. Ale zrozumie. W końcu zobaczy, co jest właściwe.
Pochyliła się jeszcze bliżej i dodała niemal szeptem:
— Czy myślisz, że skrzywdzi matkę swojego dziecka? Rozwiedzie się z tą dziewczyną. To tylko kwestia czasu. Musisz być cierpliwa, Beyzo.

***
Cihan bez słowa zaprowadził Hancer do jej sypialni. Gdy tylko drzwi się zamknęły, napięcie, które tłumił w sobie od dłuższego czasu, wyraźnie odbiło się na jego twarzy. Stał przez chwilę nieruchomo, wpatrując się w nią spod zmarszczonych brwi, jakby próbował zapanować nad emocjami.
— Hancer… — zaczął w końcu, głosem niższym niż zwykle. — Dlaczego nie możesz przestać? Dlaczego mnie nie słuchasz? Za każdym razem robisz po swojemu, kiedy tylko się odwrócę.
Hancer spuściła wzrok. Jej dłonie splotły się nerwowo.
— Przepraszam…
Cihan prychnął cicho, z goryczą.
— Myślisz, że jedno „przepraszam” wszystko załatwi? Że po prostu o tym zapomnę?
Podniosła na niego oczy — pełne szczerości i niepokoju.
— Masz rację. Popełniłam błąd… — powiedziała spokojniej, choć głos lekko jej drżał. — Ale kiedy Beyza powiedziała, że chce usunąć dziecko… czy miałam na to pozwolić? Jak mogłam udawać, że tego nie słyszę? Moje sumienie by mnie zniszczyło.
— Hancer, przestań — uciął ostro. — Nie przekonasz mnie.
Zrobiła krok w jego stronę.
— Wiem, jaki jesteś — powiedziała ciszej, łagodniej. — Wiem, że masz w sobie współczucie. Dlaczego więc odbierasz je właśnie jej? Czy aż tak bardzo jesteś zły na swojego wujka?
Cihan zacisnął szczękę.
— Nie próbuj na mnie naciskać, Hancer!
— To nie nacisk — odpowiedziała spokojnie, choć w jej oczach pojawiło się napięcie. — To prośba. Nie rób czegoś, czego później będziesz żałował. Beyza podjęła decyzję. Jeśli ją odeślesz, zrobi to od razu. Pozwól jej zostać przynajmniej do końca ciąży.
Zawahała się na moment, po czym dodała ciszej:
— Dlaczego jesteś aż tak zły? Co się wydarzyło między tobą, twoim wujkiem i Beyzą? Skąd ten gniew? Czy jest coś, czego nie wiem?
Cihan odwrócił twarz, jakby te pytania dotknęły miejsca, którego nie chciał odsłaniać.
Hancer podeszła bliżej. Delikatnie ujęła jego policzek i zmusiła go, by spojrzał jej w oczy.
— Powiedz mi… — szepnęła. — Nie chcę być zagubiona. Chcę cię zrozumieć.
Przez chwilę patrzyli na siebie w milczeniu.
W końcu Cihan chwycił jej dłonie — stanowczo, ale bez gniewu — i poprowadził ją do łóżka. Usiedli obok siebie na skraju materaca.
I nagle, bez zapowiedzi, przyciągnął ją do siebie.
Objął ją mocno — tak, jakby przez cały ten czas właśnie tego potrzebował. Jakby to w jej ramionach szukał schronienia przed wszystkim, co go przytłaczało.
Hancer zamarła na sekundę, zaskoczona, ale zaraz odwzajemniła uścisk, opierając policzek o jego ramię.
Gdy w końcu się odsunął, nie cofnął dłoni. Przeciwnie — delikatnie przesunął palcami po jej włosach, jakby chciał upewnić się, że naprawdę tu jest. Jego spojrzenie złagodniało.
— Beyza jest w trudnej sytuacji — powiedziała cicho Hancer. — Dlatego jej pomogłam. Nie chciałam cię zranić ani zdenerwować. Po prostu… boli mnie, kiedy jesteś wobec mnie taki chłodny.
Cihan przez chwilę milczał, wpatrując się w jej twarz.
— Hancer… — odezwał się w końcu łagodniej. — To wszystko minie.
Przesunął dłoń po jej ramieniu i przyciągnął ją bliżej.
— Po prostu bądź przy mnie — dodał ciszej. — Chodź tutaj.
I znów ją objął — tym razem spokojniej, ale nie mniej mocno — jakby chciał zatrzymać ją przy sobie na dłużej, zanim wszystko wokół znów zacznie się rozpadać.

***
W niewielkim, skromnie urządzonym domu panował duszny, napięty nastrój. Na stole, przykrytym kraciastym obrusem, stygnęła kolacja – talerze z jedzeniem pozostały nietknięte, jakby nikt nie miał już apetytu. Przy drzwiach stał Cemil, zaciśniętą dłonią chwytając rączkę walizki. Jego twarz była twarda, zamknięta, pełna gniewu.
— Dokąd pójdziesz? — zapytała Derya, starając się zabrzmieć pewnie, choć w jej głosie pobrzmiewał niepokój.
Cemil odwrócił się gwałtownie.
— Choćby do diabła! — rzucił ostro. — Gdziekolwiek… byle jak najdalej od ciebie!
Słowa uderzyły ją jak policzek. Zacisnęła usta.
— Jakbym zrobiła coś złego! — odpowiedziała, unosząc głos. — Czy martwienie się o własnego męża to już przestępstwo?
— Martwienie się? — prychnął z niedowierzaniem. — Ty nazywasz to martwieniem się? Wtargnęłaś do mojego sklepu, zrobiłaś scenę i ośmieszyłaś mnie przed klientką! Przez ciebie straciłem poważną kupującą!
— To twoja wina! — wybuchła. — Twoje tajemnice, dziwne telefony, ukradkowe spotkania… doprowadziłeś mnie do szaleństwa! A kiedy ta kobieta zamknęła drzwi i wywiesiła kartkę „zamknięte”… — urwała, ciężko oddychając — straciłam nad sobą panowanie!
Cemil nie odpowiedział. Z zimną determinacją zasunął zamek walizki i ruszył do drzwi.
Derya przez ułamek sekundy zawahała się, jakby szukając innego wyjścia. Ale nie znalazła go.
Chwyciła stojącą na stole patelnię.
— Nie odejdziesz! — krzyknęła.
Zanim zdążył się obrócić, uderzyła go w tył głowy.
Cemil osunął się bezwładnie na podłogę.
Zapadła cisza.


***
— Wujku Cemilu… — głos Emira zadrżał, gdy klęknął przy kanapie, na którą wspólnie z matką przenieśli nieprzytomnego mężczyznę. — Otwórz oczy, proszę…
Derya stała obok, blada jak ściana, patrząc na jego nieruchome ciało.
— Zobacz, mamo… on się nie rusza… — Chłopiec spojrzał na nią przerażony. — Zabiłaś go!
— Co?! — Derya cofnęła się o krok, chwytając się za głowę. — Zostałam morderczynią?! Trafię do więzienia?! — jęknęła dramatycznie. — Cemilu, w co ty mnie wpakowałeś?!
— Nadal na niego krzyczysz?! — oburzył się Emir. — Przecież go zabiłaś!
W tej samej chwili palce Cemila drgnęły.
Najpierw ledwo zauważalnie.
Potem wyraźniej.
— Patrz! — krzyknął chłopiec.
Cemil zmarszczył brwi, jakby wracał z dalekiej podróży, i powoli otworzył oczy. Derya wypuściła powietrze z głośnym westchnieniem ulgi.
— Derya… — wymamrotał słabo mężczyzna, patrząc na nią z dziwną łagodnością. — Co… co się stało?
— Jeszcze pytasz?! — obruszyła się, choć w jej oczach błyszczała ulga. — Powstrzymałam cię przed opuszczeniem domu!
Cemil zamrugał kilka razy, po czym na jego twarzy pojawił się ciepły, niemal rozczulający uśmiech.
— Ja? Miałbym odejść od ciebie? — powiedział miękko. — Oszalałaś, kochanie? Jak mógłbym cię zostawić?
Derya zamarła.
— Naprawdę… tak myślisz?
— Oczywiście. — Jego głos był spokojny, pełen oddania. — Jesteś moją królową. Nie zostawiłbym cię nawet na chwilę.
Jej twarz rozpromieniła się w jednej chwili.
— Dzięki Bogu… — szepnęła z ulgą. — Mój naiwny Cemil wrócił…
Ale ten moment czułości trwał krótko. Już po chwili jej spojrzenie stwardniało, a ton znów stał się chłodny i stanowczy.
— No już, wstawaj — rzuciła, machając ręką. — Nie leż tak bezczynnie. Idź zrobić herbatę.
Cemil, jakby zahipnotyzowany, bez słowa podniósł się z kanapy i ruszył do kuchni.
Emir patrzył za nim szeroko otwartymi oczami.
— Mamo… co się stało z wujkiem Cemilem?
Derya wzruszyła ramionami z lekkim uśmiechem.
— Jak to co? — odparła z satysfakcją. — Wrócił do ustawień fabrycznych.
Pochyliła się ku niemu i dodała półgłosem:
— Jedno uderzenie patelnią… i proszę. To się nazywa medycyna alternatywna.


***
Cihan wszedł do sypialni Beyzy bez pukania. Jego obecność natychmiast zagęściła powietrze w pomieszczeniu. Jednym krótkim gestem poprosił matkę, by wyszła. Mukadder zawahała się przez moment, ale spojrzenie syna nie pozostawiało miejsca na sprzeciw — wyszła, zamykając za sobą drzwi.
Zapadła cisza.
Cihan podszedł bliżej łóżka. Beyza leżała oparta o poduszki, blada, ale opanowana. Jej spojrzenie było spokojne, niemal obojętne.
— Jeśli przyszedłeś mnie stąd wyrzucić, nie zawracaj sobie głowy — powiedziała chłodno. — Odejdę sama, jak tylko przestanie mi się kręcić w głowie. Nie musisz mnie wypędzać.
Cihan zacisnął szczękę.
— Dokąd pójdziesz? — zapytał twardo. — Dokończyć to, co zaczęłaś? Pozbyć się mojego syna?
Beyza uniosła brwi, jakby nie dowierzała temu, co słyszy.
— Twojego syna? — powtórzyła z lekkim niedowierzaniem. — Myślisz, że samo DNA czyni cię ojcem? To nie takie proste, Cihanie.
Odwróciła na moment wzrok, jakby zbierała myśli.
— Zresztą… nie ma sensu wracać do tego samego. Oboje powiedzieliśmy już wszystko. Rozmawialiśmy i nic z tego nie wynikło. Każde z nas ma prawo podjąć własną decyzję. — Jej głos stwardniał. — Jutro ten problem przestanie cię dotyczyć.
— Nie dokonasz aborcji mojego dziecka! — wybuchł, robiąc krok w jej stronę. — Nie pozwolę na to!
Beyza westchnęła ciężko, z cieniem goryczy na ustach.
— Naprawdę wierzysz, że możesz mieć wszystko naraz? — zapytała cicho. — Że wilk będzie syty i owca cała?
Podniosła się powoli, opierając się na łokciach, a potem usiadła, patrząc mu prosto w oczy.
— Czy ktoś zapytał to dziecko, czy chce przyjść na świat jako nieślubne? Że jego ojciec będzie dla niego tylko nazwiskiem na papierze? — Jej głos zadrżał, ale nie cofnęła się. — Nie mogę mu tego zrobić. Nie urodzę dziecka poza małżeństwem. Jedno z nas musi wziąć odpowiedzialność. A skoro ty tego nie zrobisz… zrobię to ja.
— Beyzo… — jego głos stał się niebezpiecznie cichy — nie wystawiaj mnie na próbę.
Wstała. Mimo słabości wyprostowała się i zadarła głowę, mierząc go wyzywającym spojrzeniem.
— Bo co zrobisz? — zapytała ostro. — Znowu będziesz krzyczał? Wyrzucisz mnie? Już to zrobiłeś. Więc śmiało… wracaj do swojej żony. Żyj swoim idealnym życiem. Ja wezmę na siebie ten grzech.
Cihan w jednej chwili stracił panowanie. Chwycił ją za ramię i ścisnął mocno, aż syknęła z bólu.
— To dziecko się urodzi! — wycedził przez zaciśnięte zęby.
Beyza wyrwała się z jego uścisku i cofnęła o krok.
— Jeśli naprawdę tego chcesz, zapłacisz za to — powiedziała lodowato.
Zapadła krótka cisza.
— Ożenisz się ze mną.
Cihan znieruchomiał.
— Jeśli nie — kontynuowała bez wahania — jutro to dziecko przestanie istnieć. Masz wybór. Pójdziesz do swojej żony, powiesz jej prawdę i rozwiedziesz się z nią, a potem weźmiesz ze mną ślub.
Zrobiła krok bliżej.
— Jeśli nie masz na to odwagi, to jakim będziesz ojcem? Jakim przykładem dla własnego dziecka?
Cihan patrzył na nią w milczeniu, z gniewem.
— Nie boję się nikogo oprócz Boga — odpowiedział w końcu chłodno. — To nie kwestia odwagi.
— Więc czego? — naciskała.
— Tego, czego między nami nigdy nie było — odparł, nie odrywając od niej wzroku. — Miłości. Kocham moją żonę.
Słowa zawisły między nimi jak ciężar.
Beyza przyjęła je bez drgnięcia, choć w jej oczach na moment błysnęło coś, co natychmiast zgasło.
— Mnie miłość nie interesuje — powiedziała twardo. — Już dawno przestałam jej od ciebie oczekiwać. Teraz liczy się tylko przyszłość mojego dziecka.
Odwróciła się lekko, jakby chciała zakończyć rozmowę.
— Masz trzy dni, Cihanie. Usiądź, pomyśl… i zdecyduj, co jest dla ciebie ważniejsze. Twoje dziecko czy twoja miłość.
Cihan napiął szczękę. Przez chwilę wyglądał, jakby chciał coś jeszcze powiedzieć, ale milczał.
Odwrócił się gwałtownie i wyszedł, trzaskając drzwiami.
W pokoju znów zapadła cisza — ciężka, pełna niewypowiedzianych emocji.


***
Nazajutrz w rezydencji panowała napięta cisza, jakby ściany same wyczuwały nadciągającą burzę.
Kuchnia była jasna i uporządkowana — białe fronty szafek lśniły w porannym świetle, a na czarnym blacie połyskiwały krople wody przy świeżo pokrojonych warzywach. Gulsum kroiła pomidory z mechaniczną dokładnością, Fadime mieszała coś w garnku, a Aysu stała nieco z boku. Ich ruchy były spokojne, ale spojrzenia niespokojne — każda z nich czuła, że coś się zmieniło.
Drzwi otworzyły się gwałtownie.
Do środka weszła Mukadder.
Jej sylwetka była wyprostowana, a twarz napięta, jakby przyszła nie tyle porozmawiać, co wydać wyrok. Kobiety natychmiast zamarły.
— Posłuchajcie mnie uważnie — zaczęła, a jej głos przeciął powietrze jak ostrze. — Beyza wróciła do rezydencji. I zostanie tu na stałe.
W kuchni zapadła cisza. Nawet odgłos noża ucichł.
Mukadder zrobiła kilka kroków w głąb pomieszczenia, przesuwając spojrzeniem po każdej z nich.
— Od tej chwili macie spełniać każde jej życzenie. Bez względu na porę dnia czy nocy. — Zatrzymała się przy blacie, opierając dłonie o jego krawędź. — Będziecie pilnować jej diety. Każdy posiłek ma być świeży, lekki i odpowiedni. Nie chcę żadnych błędów. Rozumiecie?
— Tak, proszę pani — odpowiedziała Fadime, lekko pochylając głowę. W jej głosie pobrzmiewała ostrożność. — Czy z panią Beyzą… wszystko w porządku?
Mukadder uniosła podbródek, a w jej oczach pojawił się cień dumy.
— Ma się doskonale — oznajmiła. — Nosi pod sercem dziedzica rodu Develioglu.
Słowa zawisły w powietrzu jak coś ciężkiego i nieodwracalnego.
Gulsum i Fadime wymieniły szybkie spojrzenia. Aysu, która dotąd milczała, odważyła się zrobić krok do przodu.
— A… siostra Hancer? — zapytała niepewnie. — Co z nią będzie?
Twarz Mukadder natychmiast stwardniała.
Odwróciła się powoli w stronę dziewczyny i zmierzyła ją chłodnym, przenikliwym spojrzeniem.
— Macie trzymać języki za zębami — powiedziała cicho, ale z wyraźną groźbą. — Hancer nie dowie się o niczym.
Zrobiła pauzę, jakby chciała, by każde słowo wryło się w ich pamięć.
— A kiedy nadejdzie odpowiedni moment… — dodała lodowato — sama opuści ten dom.
W kuchni znów zapadła cisza.
Tym razem jednak była cięższa. Pełna napięcia, sekretów i strachu przed tym, co dopiero miało nadejść.
Powyższy tekst stanowi autorskie streszczenie i interpretację wydarzeń z serialu Gelin. Inspiracją do jego stworzenia był film Gelin 64.Bölüm dostępny na oficjalnym kanale serialu w serwisie YouTube. W artykule zamieszczono również zrzuty ekranu pochodzące z tego odcinka, które zostały użyte wyłącznie w celach informacyjnych i ilustracyjnych. Wszystkie prawa do postaci, fabuły i materiału źródłowego należą do ich prawowitych właścicieli.






