Dziedzictwo odc. 1056: „Jesteś niezastąpiona” – romantyczne wyznanie Poyraza!

Nana cofa się pod ścianę pod naporem spojrzenia Poyraza.

„Dziedzictwo” Odc. 1056 – streszczenie

Nana i Poyraz sprzedają cały przygotowany towar, a do domu wracają zmęczeni, ale pełni satysfakcji. Cennet aż promienieje dumą; nie może się nachwalić synowej, która w jeden dzień znalazła sposób na podreperowanie rodzinnego budżetu.

Tymczasem Cansel i Pelin stoją z boku – obie z minami, które mówią o ich nastrojach więcej niż tysiąc słów. W końcu, gdy atmosfera zachwytów nad Naną staje się dla nich nie do zniesienia, udają się do pokoju na piętrze.

Drzwi ledwo się za nimi zamykają, a Pelin dosłownie eksploduje.

– Niech to szlag! – krzyczy, zaciskając pięści. – Znowu ONA! Bohaterka dnia! A ja? Ja nic! Oszaleję, przysięgam, OSZALEJĘ!

W gniewie chwyta stojący na stoliku dzbanek, jakby zamierzała roztrzaskać go o ścianę. Cansel natychmiast łapie ją za rękę.

– Hej! Uspokój się! – syczy, wyrywając jej naczynie. – Chcesz coś rozwalić? Rozwal to.

Podsuwa jej poduszkę. Pelin patrzy na nią jak na kpiącą wróżkę.

– Smucisz się bez powodu – kontynuuje Cansel. – Cieszą się, bo sprzedali kilka owoców i pół blachy ciasta. Ten entuzjazm minie. Wiatr Nany zawsze przechodzi po kilku dniach.

Pelin zaciska ramiona na piersiach, jakby próbowała utrzymać w ryzach emocje.

– To nie jest żadna przejściowa burza – mówi chłodno. – Nie widziałaś, jak Poyraz na nią patrzył? On… on postawił ją na tronie swojego serca. I nie tylko on. Wszyscy ją kochają. Jak ja mam z nim być, skoro ona ciągle lśni?

Jej głos drży coraz bardziej.

– Ona jest dobra, niewinna, prawdziwa… A ja? Ja jestem błędem. Ale jeśli jej nie usunę z drogi, nigdy nie będę miała tego, czego chcę.

W tym momencie drzwi uchylają się z cichym skrzypnięciem. Obie kobiety zamierają. W progu staje Nana – spokojna, wyprostowana, z chłodną determinacją w oczach. Powoli podchodzi do Pelin, patrząc jej prosto w twarz.

– Czego dokładnie nie chcesz, Pelin? – pyta twardo. – Kto stoi ci na drodze? Usłyszałam twoje słowa, przechodząc obok. I naprawdę jestem ciekawa.

Pelin otwiera usta, ale nie wydobywa się z nich żaden dźwięk. Cansel reaguje natychmiast, wciskając się między nie.

– To… to przez jej brata – tłumaczy szybko. – Czuje się winna wszystkiemu, co spotkało rodzinę. Jest załamana, Nana. Nic złego nie miała na myśli.

Nana przez chwilę milczy, patrząc na Pelin z czymś, co trudno nazwać współczuciem, ale nie jest też pogardą. Delikatnie dotyka jej ramienia.

– Jest jedno mądre powiedzenie – mówi łagodnie. – To minie. Nic z tego nie jest twoją winą, Pelin. Nie obwiniaj się.

Odwraca się i wychodzi, zostawiając za sobą zapach spokoju… i kobiety bliskie wybuchu.

Gdy drzwi się zamykają, Pelin dosłownie drży ze złości.

– Mam jej DOŚĆ! – wykrzykuje. – Ciągle jest obok Poyraza! Jak ja mam się do niego zbliżyć?! A jutro znowu będą razem sprzedawać te swoje owoce i ciasto!

Cansel przegląda się w lustrze, poprawiając włosy, po czym posyła Pelin tajemniczy, pełen obietnic uśmiech.

– Kto wie… – mruczy. – Może jutro nie będzie mogła mu towarzyszyć…

W pokoju zapada ciężka, złowroga cisza. Pelin unosi wzrok – w jej oczach pojawia się błysk nadziei, ale też coś o wiele mroczniejszego.

***

Sinan schodzi po kamiennych schodkach prowadzących na nadbrzeże. Powietrze pachnie morzem i przyprawami; w oddali widać światła miasta odbijające się w falach. Przy znajomym stoisku z pilawem dostrzega Aynur, siedzącą spokojnie przy małym plastikowym stoliku. Gdy go widzi, jej twarz rozjaśnia szeroki, szczery uśmiech.

– Dobrze, że jesteś – mówi z entuzjazmem. – Zamówiłam już ryż, zaraz przyniosą.

Sinan siada naprzeciwko niej, przyglądając się jej uważnie, jakby próbował odczytać coś więcej z jej spojrzenia.

– Wyglądasz, jakbyś miała powód do świętowania – zauważa z lekkim uniesieniem brwi. – Znalazłaś pracę? Mam nadzieję, że w bezpiecznym miejscu. I na stałe.

Aynur prostuje się dumnie.

– W hotelu – oznajmia. – Myślę, że to przyzwoite miejsce. Będę obsługiwać gości i sprzątać. Jutro poproszę pana Yektiego o zaliczkę. Nie przeszkadza mu, że toczy się przeciwko mnie postępowanie.

Słowa te sprawiają, że twarz Sinana wyraźnie twardnieje. Marszczy brwi, jakby każde zdanie było kolejnym sygnałem ostrzegawczym.

– Aynur… – zaczyna powoli. – Ta oferta brzmi zbyt dobrze, aby mogła być prawdziwa. I mówiłem ci: nie powinnaś podejmować żadnego ryzyka w trakcie procesu. Praca w hotelu? Mogłaś znaleźć coś pewniejszego.

W jej oczach pojawia się błysk zranionej dumy.

– Myślisz, że nie próbowałam? – pyta, siląc się na spokojny ton. – Odpowiadałam na każde ogłoszenie. Chodziłam na rozmowy. Ale kiedy tylko dowiadywali się o postępowaniu – drzwi natychmiast się przede mną zamykały.

Zaciska dłonie na kolanach.

– Muszę zapłacić rachunki, czynsz. Muszę żyć. Może ty urodziłeś się w dostatku, ale ja muszę walczyć o wszystko.

Jego odpowiedź jest cicha, ale na swój sposób poruszająca.

– A ja muszę cię chronić – mówi, patrząc jej w oczy. – Nawet jeśli czasem muszę chronić cię przed twoimi własnymi decyzjami.

Aynur unosi podbródek, twarda jak skała.

– Poradzę sobie – odpowiada. – Będę pracować w hotelu. Z twoją akceptacją albo bez niej.

Sinan przewraca oczami w geście bezradności, ale milknie. Wie, że w tej chwili nie wygra tej dyskusji. Na razie.

Morskie fale łagodnie uderzają o brzeg, jakby chciały wygładzić napięcie między nimi.

***

Dzień był długi, gwarliwy i wyczerpujący. Nana i Poyraz sprzedawali owoce i ciasto bez chwili przerwy, a jej głos — od ciągłego nawoływania przechodniów — zupełnie się załamał. Gdy wieczorem przygotowują swoje posłania, w domu panuje przyjemna cisza, w której słychać jedynie ich zmęczone oddechy.

– Oboje jesteśmy strasznie zmęczeni… – mówi Nana, ale jej głos jest tak ochrypły, jakby mówiła papierem ściernym.

Poyraz natychmiast podnosi głowę.

– Co się stało z twoim głosem?

– Straciłam go od całodziennego wołania klientów – wyjaśnia szeptem.

Na ustach Poyraza pojawia się łobuzerski uśmiech.

– Wreszcie twój mózg trochę odpocznie. I mój też, przy okazji.

Nana przewraca oczami.

– Przestań. Wcale nie jestem gadatliwa…

– Co powiedziałaś? – pyta, z udawaną powagą przykładając dłoń do ucha. – Nie słyszę. Podejdź bliżej.

Nana sapie z irytacją, ale robi krok, potem drugi… aż w końcu stoi tuż przed nim, na wyciągnięcie ręki.

– Zadowolony? – pyta chrypliwie. – Pytałam, czy jesteś zmęczony moim gadaniem.

Poyraz przechyla głowę, a w jego oczach błyska figlarna iskierka.

– Hm? Co mówisz? – droczy się. – Pytasz, czy cię kocham? Czy nasze małżeństwo nie jest przypadkiem formalne?

– Nie powiedziałam tego! – warczy Nana, marszcząc brwi.

Poyraz pochyla się jeszcze bardziej, tak blisko, że czuje jej oddech.

– Co? Nadal nic nie słyszę… – mówi teatralnie. – Mówisz, że umierasz z miłości do mnie? Nana, naprawdę mnie zaskakujesz…

– Nie powiedziałam tego!! – wydusza, po czym chwyta poduszkę i zaczyna okładać nią męża.

Poyraz śmieje się, broniąc się ramieniem, ale po chwili chwyta drugą poduszkę i wywiązuje się między nimi prawdziwa, miękka wojna. Poduszki fruwają, śmiech odbija się od ścian, a ich ruchy ­– szybkie i nieporadne od zmęczenia – nagle zamierają.

Znajdują się zbyt blisko.

Nie oddychają.

Ich twarze dzieli ledwie kilka centymetrów, a ich spojrzenia splatają się, jakby reszta świata przestała istnieć.

Poyraz odzywa się pierwszy, cichym, ciepłym tonem:

– Jestem pewien, że powiedziałaś, że mnie kochasz… – szepcze, patrząc jej prosto w oczy. – Tego na pewno nie mogłem się przesłyszeć.

Nana wpatruje się w niego szeroko otwartymi oczami, a serce bije jej jak szalone — i nawet nie wie, kiedy ostatni raz była tak blisko wyznania prawdy, której boi się bardziej niż kogokolwiek.

***

Nazajutrz rano Nana czuje się już znacznie lepiej. Jej głos wrócił do normalności, a w domu panuje lekka, pełna energii atmosfera. Gdy szykuje się do wyjścia, Cansel podchodzi do niej z życzliwym – aż zbyt życzliwym – uśmiechem.

– Nano, wypij to, dobrze? – mówi, podsuwając jej szklankę świeżo wyciśniętego soku pomarańczowego. – Wzmocni cię po wczorajszym dniu.

Sok wygląda kusząco, pachnie intensywną świeżością. Nana uwielbia pomarańcze, więc bez wahania opróżnia szklankę do dna, nie wiedząc, że Cansel dodała do niego rozkruszone tabletki na nadciśnienie, które zażywa Cennet.

– Pyszny – uśmiecha się. – Dziękuję!

Nie mija minuta, a Nana rusza po Poyraza, chcąc go pospieszyć. Jednak gdy tylko przekracza próg pokoju, świat zaczyna wirować. Jej nogi miękną, a oddech staje się płytki.

– Nano? – Poyraz podbiega natychmiast. – Co ci jest? Usiądź.

Delikatnie prowadzi ją na sofę, układając tak, by mogła oprzeć głowę.

Nana chwyta się za skroń, próbując złapać równowagę.

– Zakręciło mi się… wszystko wiruje. Czuję się, jakbym nagle straciła grunt pod nogami…

W tym momencie do pokoju wchodzi Pelin, udając zaniepokojenie, choć w jej spojrzeniu błyska coś dziwnie satysfakcjonującego.

– Wszystko w porządku, Nano? – pyta miękkim, przesłodzonym tonem.

– Pewnie spadło jej ciśnienie – mówi Poyraz, zmartwiony. – Wczorajszy dzień był dla niej za ciężki.

– Nic mi nie jest – protestuje Nana, próbując się podnieść. – Poyraz, chodźmy. Musimy zarabiać…

– Ani kroku – ucina Poyraz stanowczo. – Zostanę przy tobie, dopóki nie poczujesz się lepiej.

– Pozwól mi pomóc, Poyrazie – wtrąca Pelin, zbliżając się o krok. – Chociaż tyle mogę dla ciebie zrobić.

***

Ostatecznie Nana zostaje pod troskliwą opieką Nazli, która podaje jej wodę, ochładza czoło i nie odstępuje na krok. Poyraz, choć z widoczną niechęcią, idzie na stoisko razem z Pelin, bo sprzedaż nie może czekać.

Jednak od początku coś jest nie tak.

Klienci, którzy poprzedniego dnia wracali zachwyceni, teraz pytają tylko o Nanę.

– A gdzie ta sympatyczna dziewczyna? – dopytuje starsza kobieta.

Pelin próbuje się uśmiechać, ale jej urok nikogo nie przekonuje. Klienci odchodzą szybciej, niż przychodzą, a sprzedaż praktycznie stoi w miejscu.

Poyraz co kilka minut sprawdza telefon. Dzwoni do żony, pyta, czy coś zjadła, czy lepiej się czuje, czy nie powinna jednak położyć się z powrotem. Pelin zaciska zęby z każdym kolejnym połączeniem.

Jej plan się wali.

Liczyła, że cały dzień spędzi sam na sam z Poyrazem, że będą mieli okazję rozmawiać, śmiać się, zbliżyć… jednak nic z tego.

Po niespełna godzinie do stoiska podchodzi Sahin.

– Poyraz, idź do domu – mówi. – Ja to ogarnę.

Poyraz nawet nie protestuje. Z wdzięcznością klepie go po ramieniu i od razu rusza do Nany.

Pelin patrzy, jak Poyraz znika w oddali, a w jej sercu kipi wściekłość tak gorąca, że aż zaciska dłonie w pięści.

Jej misterny plan rozsypał się jak domek z kart.

***

Poyraz wchodzi do pokoju bez pukania, trzymając w dłoni talerz pełen świeżo obranych pomarańczy. W powietrzu unosi się słodki, cytrusowy aromat.

Nana, oparta o poduszki, podrywa się lekko.

– Co ty tu robisz? – pyta zaskoczona, choć w jej głosie pobrzmiewa coś na kształt ulgi.

Poyraz z uśmiechem podsuwa jej talerz pod nos.

– Przyniosłem witaminy… i dobre morale mojej żonie – oznajmia z dumą. – Poza tym twoje oczy zaczynają błyszczeć, gdy mnie widzisz.

Nana od razu prostuje plecy, jakby chciała odsunąć od siebie to zdanie.

– To nieprawda! – odpowiada zbyt szybko. – Skąd w ogóle wyciągasz takie wnioski?

– Widzę – mówi po prostu, wzruszając ramionami. – A poza tym też jestem zmęczony.

Bez zapowiedzi wskakuje na łóżko obok niej, jakby było to najnaturalniejsze na świecie. Materac lekko się ugina, a Nana patrzy na niego niepewnie, nie wiedząc, czy powinna go odsunąć, czy zostać dokładnie tam, gdzie jest.

– Jak poszła sprzedaż? – pyta ostrożnie, chcąc odwrócić uwagę od własnego przyspieszonego serca.

– Pelin i Sahin są teraz na stoisku – odpowiada Poyraz. – Ale sprzedaż… – kręci głową z rozbawieniem – spadła. Wszyscy pytają o jedną osobę.

Nana unosi brwi.

– O kogo?

– O tę energiczną dziewczynę, która potrafi porwać ludzi samym uśmiechem – mówi z udawanym namysłem. – Wygląda na to, że bez niej interes kuleje.

Nana odwraca wzrok, zakładając kosmyk włosów za ucho.

– Och… – mówi cicho. – To miłe, chyba.

– Ale dzisiaj zrozumiałem coś jeszcze – dodaje Poyraz nagle poważniejszym tonem.

Nana wstrzymuje oddech, bojąc się, że zaraz usłyszy coś, co odbierze jej równowagę bardziej niż poranna słabość po soku.

– Co takiego? – pyta, starając się, by zabrzmiało to obojętnie, choć jej głos lekko drży.

Poyraz pochyla się, powoli skracając dystans między nimi. Patrzy jej głęboko w oczy, jakby szukał w nich odpowiedzi, które sam od dawna przeczuwał.

– Że nikt… absolutnie nikt… nie może cię zastąpić – mówi cicho, ale pewnie.

Powietrze między nimi gęstnieje, a Nana, która jeszcze przed chwilą nie miała siły ustać na nogach, czuje, że jej serce uderza mocniej niż przez cały wczorajszy dzień sprzedaży.

Powyższy tekst stanowi autorskie streszczenie i interpretację wydarzeń z serialu Emanet. Inspiracją do jego stworzenia były filmy Emanet 766. Bölüm i Emanet 767. Bölüm dostępne na oficjalnym kanale serialu w serwisie YouTube. W artykule zamieszczono również zrzuty ekranu pochodzące z tych odcinków, które zostały użyte wyłącznie w celach informacyjnych i ilustracyjnych. Wszystkie prawa do postaci, fabuły i materiału źródłowego należą do ich prawowitych właścicieli.

Podobne wpisy