„Panna młoda” Odc. 227 — streszczenie
Wtedy obok niej przystanęła Hatice, sąsiadka, uginająca się pod ciężarem kilku pokaźnych siatek. Miała na sobie czarną kurtkę, spod której wystawała intensywnie niebieska bluza, a w dłoniach trzymała zakupy, jakby niosła zapasy dla całej rodziny.
— Hatice, po co ci tego aż tyle? — zapytała Derya ze zdziwieniem. — Spodziewasz się gości?
— Nie, skąd — odparła kobieta. — Czy mnie stać na przyjmowanie gości? To na sprzedaż. Robię börek, sarmę i ciasta, a potem je sprzedaję.
Derya uniosła brwi.
— Dlaczego nic mi nie powiedziałaś?
— Dopiero zaczęłam. Moja szwagierka się tym zajmuje i podpowiedziała, żebym też spróbowała. Wiesz, jak to jest, kiedy człowiek ledwo wiąże koniec z końcem. Sprzątanie trafia się tylko od czasu do czasu, więc musiałam znaleźć coś dodatkowego.
Derya spojrzała na nią z mieszaniną politowania i wyższości.
— Dużo pracy za małe pieniądze. Naprawdę warto?
— Nie mów tak — zaprotestowała Hatice. — Czuję się prawie jak kobieta biznesu. To chyba dobrze, prawda?
Derya uśmiechnęła się lekko.
— Bycie bizneswoman wcale nie jest takie proste. Trzeba znaleźć klientów, utrzymać zlecenia, nie dać się konkurencji… Nie żebym cię zniechęcała. Po prostu nie chcę, żebyś potem była rozczarowana.
— Dzięki Bogu, na razie nie mogę narzekać. Klienci sami się znajdują. Znasz tę kobietę, która przejęła salon? — Hatice skinęła głową w stronę witryny. — Dzięki niej mam pełne ręce roboty. Jest bardzo hojna. Niech Bóg da jej wszystko, czego pragnie. Zamówiła börek, sarmę i ciasta. Wszystkiego po trochu. Zgodziłam się, żeby nie stracić okazji, ale nie mam pojęcia, jak zdążę ze wszystkim.
Derya od razu się ożywiła. W jej oczach pojawił się błysk.
— Nie martw się. Pomogę ci.
— Naprawdę? — Hatice spojrzała na nią z ulgą.
— Oczywiście. Ty przygotuj börek i ciasta, a sarmę zostaw mnie.
— Deryo, robisz mi wielką przysługę. Naprawdę zdjęłaś mi ciężar z serca. Zapłacę ci za twój wysiłek.
— Na Boga, jakie pieniądze, Hatice? — Derya roześmiała się, jakby sama myśl o zapłacie ją obrażała. — Przyjaźnimy się od tylu lat. Pomogę ci, żebyś nie musiała się wstydzić przed tą kobietą. Przynieś mi produkty, a ja zajmę się resztą. Zobaczysz, wszyscy będą oblizywać palce.
Hatice uśmiechnęła się z wdzięcznością, nie podejrzewając niczego złego. Derya natomiast nie była kobietą, która pomagała innym bezinteresownie. Jeśli tak ochoczo wyciągnęła rękę, musiała mieć w tym swój cel.
Tylko jaki?
***
Beyza przyszła do parku, w którym czekała już na nią Füsun Kaba. Jasne, zimowe słońce padało między nagimi gałęziami drzew, a w tle widać było ławki i pusty plac zabaw. Na pierwszy rzut oka miejsce wydawało się spokojne, ale napięcie między kobietami narastało od chwili, gdy tylko stanęły naprzeciw siebie.
— Czego ode mnie chcesz? Dlaczego kazałaś mi tu przyjść? — zapytała Beyza ostro. — Czy to nie ty mówiłaś, żebym trzymała się od ciebie z daleka? Właśnie to robiłam. Więc dlaczego znowu mnie w to wciągasz?
Füsun spojrzała na nią z niechęcią.
— Ja niczego nie zaczęłam. To ty nie potrafisz zostawić mnie w spokoju. Straciłam pracę przez twojego męża. Czego jeszcze ode mnie chcesz?
Beyza zmarszczyła brwi. Naprawdę nie rozumiała, o czym mówiła była lekarka.
— Gdybyś wczoraj do mnie nie zadzwoniła, nawet nie pamiętałabym twojego nazwiska.
— Dlaczego więc wysłałaś do mnie tamtą kobietę?
— Jaką kobietę? Nikogo do ciebie nie wysłałam.
— Nie żartuj sobie ze mnie. Przyszła do mnie kobieta z moją starą wizytówką, jeszcze z czasów kliniki. Powiedziała, że to ty mnie poleciłaś. Chciała, żebym przeprowadziła zabieg poza systemem. Twierdziła, że pieniądze nie mają znaczenia.
Beyza zamarła na chwilę. W jej oczach pojawił się niepokój.
— Kim była ta kobieta? — zapytała bardziej siebie niż Füsun. — Przecież nikomu o tobie nie mówiłam… Uporządkujmy to. Przyszła do ciebie, podała moje imię i poprosiła o pomoc, tak?
— Właśnie tak.
Twarz Beyzy stężała. Strach szybko ustąpił miejsca podejrzliwości.
— Myślisz, że uwierzę w twoje kłamstwa? Kiedyś byłaś szanowaną lekarką, a spójrz, kim jesteś teraz. Przyszłaś do mnie, bo jesteś zdesperowana, prawda?
— Beyza, przestań.
— Nie, to ty przestań. Dobrze wiem, co próbujesz zrobić. Chcesz wyciągnąć ode mnie pieniądze. Gdybyś wtedy zajęła się Hancer tak, jak należało, nadal miałabyś prawo wykonywać zawód, a ja pozbyłabym się tej żmii, która kręci się wokół mojego męża. Nie łudź się. Nic ode mnie nie dostaniesz.
Füsun gwałtownie zrobiła krok naprzód i chwyciła Beyzę za poły płaszcza. Jej twarz stwardniała, a głos stał się cichy, lecz groźny.
— Posłuchaj mnie uważnie. Nie interesują mnie ani twoje pieniądze, ani twój mąż. Trzymaj się ode mnie z daleka. Jeśli ktokolwiek jeszcze do mnie przyjdzie i wymówi twoje imię, zniszczę ci życie tak, jak ty zniszczyłaś moje.
Odepchnęła Beyzę i zmierzyła ją lodowatym spojrzeniem.
— Nie żartuję. Posprzątasz bałagan, który narobiłaś. W przeciwnym razie nie odpowiadam za to, co się stanie.
Füsun odwróciła się i odeszła, zostawiając Beyzę samą. Kobieta opadła ciężko na pobliską ławkę. Jej twarz pobladła. Dopiero teraz dotarło do niej, że ktoś naprawdę zaczął grzebać w przeszłości, którą tak długo próbowała ukryć.


Za krzakami poruszył się cień. Sila, ukryta między gałęziami, obserwowała całe spotkanie z wyraźną satysfakcją. Na jej ustach pojawił się lekki, triumfalny uśmiech. Schowała do kieszeni telefon, którym zrobiła serię zdjęć dokumentujących rozmowę Beyzy i Füsun.
— To wystarczy — szepnęła zadowolona. — Teraz dostarczę to tam, gdzie trzeba.
Po chwili ruszyła w stronę wyjścia z parku, pewna, że zdobyła dowód, który może wstrząsnąć życiem Beyzy.
***
Korzystając z nieobecności Cihana, Sila cicho wślizgnęła się do jego gabinetu. Wyjęła z torebki kopertę z wywołanymi zdjęciami i wsunęła ją do szuflady jego biurka. Potem upewniła się, że nikt jej nie zauważył, szybko opuściła pomieszczenie i ruszyła w stronę pokoju Hancer.
***
Kwadrans później Cihan siedział za szerokim biurkiem w swoim gabinecie. W milczeniu przeglądał fotografie wyjęte z białej koperty. Kamera pokazywała jedynie ich rewersy, więc nie można było mieć pewności, czy były to zdjęcia podrzucone wcześniej przez Silę, jednak napięcie malujące się na twarzy mężczyzny mówiło wystarczająco wiele. Cihan patrzył na nie uważnie, z coraz cięższym wyrazem twarzy, jakby właśnie układał w głowie elementy niebezpiecznej układanki.
Ciszę przerwało pukanie do drzwi. Po chwili do gabinetu zajrzała Hilal.
— Panie Cihanie, pani Beyza przyszła — oznajmiła ostrożnie. — Chce się z panem widzieć.
Cihan przez moment nie odpowiadał. Dopiero po chwili odłożył zdjęcia na biurko, rewersem do góry.
— Niech wejdzie — powiedział chłodno.
Beyza weszła do środka w czarnym, skórzanym płaszczu, z torebką w dłoni. Zatrzymała się naprzeciwko męża i spojrzała na niego łagodniej niż zwykle.
— Cihanie, możemy porozmawiać? — zapytała.
— Ja też chciałem z tobą porozmawiać — odparł. — Dobrze, że przyszłaś.
Podniósł się zza biurka i stanął z nią twarzą w twarz. Jego głos pozostał spokojny, ale w spojrzeniu kryło się coś, co od razu ją zaniepokoiło.
— Musimy porozmawiać. I to długo.
Oboje byli tak skupieni na sobie, że nie zauważyli Hancer. Stała przy uchylonych drzwiach, nieruchoma i blada, w jasnoniebieskiej bluzce i z perłami na szyi. Nie weszła do środka. Tylko słuchała.


— O co chodzi? — zapytała Beyza niepewnie. — Powiedz, słucham.
— Tak jak powiedziałem, czeka nas długa rozmowa — odparł Cihan. — Ale najpierw ty powiedz, z czym przyszłaś.
Beyza wzięła głębszy oddech, jakby od dawna przygotowywała tę przemowę.
— Przemyślałam wszystko. Wiem, że wywierałam na ciebie ogromną presję. To było głupie, deptać twoją dumę tylko po to, żeby znów zostać twoją żoną. Postanowiłam poszukać winy także w sobie. Mamy dziecko.
— Oczywiście — powtórzył Cihan, marszcząc brwi. — Mamy dziecko.
Beyza urwała, zaniepokojona jego spojrzeniem.
— Dlaczego tak na mnie patrzysz? Jakby coś się stało. Cihanie, nie rozumiem. Przyszłam tutaj, żeby wszystko naprawić. Chcę rozmawiać.
Sięgnęła do torebki i wyjęła małe, czarne pudełko. Otworzyła je ostrożnie. W środku połyskiwały obrączki.
— Przyniosłam je — powiedziała ciszej. — Załóżmy je teraz. Tutaj, kiedy jesteśmy sami, z dala od cudzych spojrzeń. Zakończmy tę kłótnię. Niech Cihan Gurur wróci do domu. Płacze od rana do nocy, jakby czuł, że między nami wszystko się rozpada. Bardzo nam ciebie brakuje, tato. A tobie? Brakuje ci nas?
Cihan patrzył na nią przez dłuższą chwilę.
— Tęskniłem za wami — odpowiedział w końcu. — I to bardzo.
Hancer, stojąca za drzwiami, zamarła. Te słowa uderzyły w nią ciszej niż krzyk, ale znacznie boleśniej. Bezszelestnie cofnęła się od gabinetu, odwróciła i odeszła korytarzem.
W łazience oparła dłonie o krawędź umywalki i spojrzała w lustro. Próbowała zachować spokój, lecz jej twarz zdradzała wszystko. Po chwili położyła dłoń na zaokrąglonym brzuchu.
— To koniec — wyszeptała. — Nie ma już żadnej szansy, żeby twój ojciec do mnie wrócił.
Zacisnęła powieki, walcząc ze łzami.
— Przez tyle dni moje serce płonęło, bo wciąż szukałam choć jednego promyka nadziei. Myślałam, że może… — Głos jej się załamał. — Nie wiem, czy kiedyś będziesz w stanie mi wybaczyć. Ale ja sobie nie wybaczę. Nigdy.
Wzięła głęboki oddech, poprawiła włosy i otarła twarz, jakby jednym gestem chciała ukryć cały ból. Dopiero potem wyszła z łazienki.

***
Tymczasem w gabinecie Cihana atmosfera pozostała napięta. Mężczyzna stał naprzeciwko Beyzy, lecz jego myśli wyraźnie krążyły wokół szarej koperty i fotografii leżących na biurku. Beyza starała się mówić spokojnie, jakby tym razem przyszła nie po kolejną kłótnię, ale po zawarcie rozejmu.
— Skoro wszystko zostało już ustalone, nie będziemy dłużej zwlekać, prawda? — zapytała. — Tamte zaręczyny były tylko moim kaprysem. Totalnym nonsensem. Załóżmy obrączki tutaj, teraz. Nie będę jej nosiła dla pieniędzy, jak tamta dziewczyna. Będę ją nosiła, bo cię kocham. Bo jesteś ojcem mojego dziecka.
Cihan przyglądał jej się uważnie. Na jego twarzy nie było czułości, której oczekiwała. Był spokój, ale chłodny i niepokojący.
— Nie ma takiej potrzeby — odparł. — I tak jesteśmy już małżeństwem. To była tylko formalność. Problemem nie była sama obrączka, tylko to, co się za nią kryło. Z tego, co widzę, zrozumiałaś to.
Otworzył pudełeczko, wyjął jedną z obrączek i podał ją Beyzie. Kobieta spojrzała najpierw na złoty krążek, potem na męża.
— A ty? — zapytała z niepokojem. — Nie założysz swojej?
— Nie ma potrzeby — powtórzył Cihan.
Beyza zmarszczyła brwi.
— Dlaczego?
— Kiedy zaręczałem się z Hancer, też nie nosiłem obrączki — powiedział spokojnie. — Założyłem ją dopiero wtedy, gdy nabrałem do niej zaufania.
Słowa uderzyły Beyzę prosto w dumę. Jej twarz stężała, a w oczach pojawił się cień urazy.
— Nie rozumiem — powiedziała wolno. — Mam przejść jakiś test zaufania? Jestem matką twojego dziecka, Cihanie. Co jeszcze muszę zrobić, żeby cię przekonać?
Cihan nie odpowiedział. Zamiast tego podał jej pudełeczko z drugą obrączką, po czym wrócił za biurko. Usiadł, sięgnął po fotografie i znów wziął je do rąk. Kamera nadal pokazywała jedynie ich rewersy, ale jego skupione spojrzenie mówiło, że nie były to zwykłe zdjęcia.
— Myślę, że potrzebujemy jeszcze trochę czasu — oznajmił. — Weź dziecko i wróćcie do domu.
Beyza przez chwilę patrzyła na niego w milczeniu. Wyraźnie spodziewała się innego przebiegu tej rozmowy, jednak tym razem powstrzymała złość. Wiedziała, że jeden gwałtowny ruch mógłby przekreślić wszystko, co próbowała odzyskać.
— Dobrze — powiedziała w końcu. — Niech tak będzie. Do zobaczenia w rezydencji.
Zamknęła pudełeczko, schowała je do torebki i wyszła z gabinetu. Tym razem nie trzaskała drzwiami, nie krzyczała i nie groziła. Małżeństwo z Cihanem było dla niej ważniejsze niż kolejna próba odegrania się na Hancer.
Powyższy tekst stanowi autorskie streszczenie i interpretację wydarzeń z serialu Gelin. Inspiracją do jego stworzenia były filmy Gelin 168.Bölüm i Gelin 169.Bölüm dostępne na oficjalnym kanale serialu w serwisie YouTube. W artykule zamieszczono również zrzuty ekranu pochodzące z tych odcinków, które zostały użyte wyłącznie w celach informacyjnych i ilustracyjnych. Wszystkie prawa do postaci, fabuły i materiału źródłowego należą do ich prawowitych właścicieli.






