Dziedzictwo odc. 1057 i 1058: Pułapka w hotelu! Sinan ratuje Aynur w ostatniej chwili!

Sinan ratuje Aynur.

„Dziedzictwo” Odc. 1057 – streszczenie

Aynur od rana pracuje w hotelu z zapałem, starając się zrobić jak najlepsze wrażenie. Nowe obowiązki pochłaniają ją bez reszty: wymiana pościeli, sprzątanie łazienek, roznoszenie czystych ręczników. Gdy puka do jednego z pokoi i wchodzi z naręczem świeżych ręczników, zamarza.

W fotelu, z rozpiętym kołnierzykiem koszuli, siedzi Sinan.

Na moment traci oddech.

– Co ty tutaj robisz? – pyta, a jej głos drży z oburzenia, choć stara się brzmieć pewnie.

Sinan podnosi wzrok, jakby wcale nie był zaskoczony, że ją widzi.

– Mówiłem ci, że ciągle kłócę się z mamą – odpowiada spokojnie. – Wynająłem pokój, żeby odpocząć.

Aynur mruży oczy, przewiercając go spojrzeniem.

– Myślisz, że jestem dzieckiem? – prycha. – Mam w to uwierzyć? Powiedz prawdę. Że mi nie ufasz. Że sądzisz, że nie potrafię sama o siebie zadbać. Że wynająłeś ten pokój, żeby mnie kontrolować jak nastolatkę.

– Aynur, to nie tak… – Sinan próbuje podejść bliżej, ale ona robi pół kroku w tył.

– A jak? – dopytuje ostro. – Bo wygląda dokładnie tak.

Sinan bierze głębszy oddech i odkłada na bok chłodną, prawniczą postawę.

– Wiem, jaka jesteś silna – mówi spokojniej, łagodniej. – I wiem, że potrafisz walczyć o siebie. Ale przechodzisz przez bardzo trudny okres. Twoje emocje i myśli są teraz jak w huraganie. Nie chcę, żebyś wpakowała się w coś, co mogłoby cię zranić. Przyszedłem, bo zaczęłaś pracę w miejscu, którego nie znam, i… martwiłem się.

Aynur podnosi głowę, a w jej oczach pojawia się ogień.

– Jesteś niesamowity! – rzuca oschle.

Zanim Sinan zdąży odpowiedzieć, drzwi otwierają się i do środka wchodzi pan Yekti, właściciel hotelu, z szerokim, uprzejmym uśmiechem.

– Panie Sinanie – mówi wesoło. – Mam nadzieję, że wszystko w porządku i nie ma pan problemu z naszą nową pracownicą?

Sinan natychmiast prostuje się, odzyskując profesjonalną maskę.

– Nie, skądże – odpowiada z uprzejmą powagą. – Poprosiłem tylko o dwa ręczniki.

Aynur obrzuca go piorunującym spojrzeniem, które mówi więcej niż dziesięć wypowiedzianych słów. Po chwili odwraca się na pięcie i wychodzi, trzymając głowę wysoko.

***

Sinan spędza cały dzień w hotelowym pokoju. Nie potrafi skupić myśli ani na pracy, ani na odpoczynku. Co chwilę zerka na drzwi, jakby spodziewał się, że Aynur wróci i powie mu coś, co rozwieje jego wątpliwości. Ale dzień mija powoli, wypełniony jedynie szumem klimatyzacji i narastającym niepokojem.

Dopiero późnym wieczorem telefon w jego kieszeni zaczyna wibrować. Na ekranie pojawia się: Kara.

– Tak, słucham – odpowiada, natychmiast prostując się.

W słuchawce słychać energiczny, ale poważny głos policjantki.

– Znaleźliśmy Turguta, tego, który groził pani Ezgi – oznajmia bez wstępów. – Miała tylko jednego klienta o tym imieniu. Turgut Evrensoy. Wciąż toczy się przeciwko niemu proces o pranie brudnych pieniędzy. Uciekł z kraju kilka miesięcy temu. Według naszych danych w dniu morderstwa przebywał za granicą.

Sinan marszczy brwi i opiera łokieć na kolanie.

– Przebywał za granicą? Na pewno? – dopytuje.

– O ile nie wjechał nielegalnie – dopowiada Kara. – A to jest jak najbardziej możliwe.

Sinan milknie na krótką chwilę, analizując nowe informacje.

– Rozumiem – mówi w końcu. – Sprawdź jego krewnych i bliskich współpracowników. Jeśli Evrensoy nie mógł zabić osobiście, mógł komuś zlecić wykonanie brudnej roboty.

Notuje coś szybko na kartce, po czym kontynuuje:

– Ja zajmę się ustaleniem przyczyny konfliktu między nim a Ezgi. I sprawdzę, czy są jakiekolwiek ślady jego nielegalnego powrotu do kraju.

Głos Sinana twardnieje.

– Mój instynkt mówi mi jedno, Kara – kończy spokojnie. – On jest naszym zabójcą. Musimy to tylko udowodnić.

Po rozłączeniu Sinan odkłada telefon, ale przez długą chwilę siedzi nieruchomo, wpatrując się w ciemniejące okno.

Wszystkie elementy układanki zaczynają układać się w obraz, który coraz bardziej go niepokoi.

Ezgi była celem. A celem nigdy nie zostaje się przypadkiem.

I ktoś bardzo nie chce, by prawda wyszła na jaw.

***

Nazajutrz o świcie Sahin zjawia się pierwszy na miejscu, gdzie poprzedniego dnia sprzedawał wraz z Pelin owoce i ciasto. Zatrzymuje się nagle – jego twarz tężeje. Stragan, a właściwie prowizoryczny wózek, na którym wczoraj tętniło życie, teraz wygląda jak po przejściu huraganu. Deski powyginane, jedna oś złamana, kółka oderwane. Wokół leżą pogniecione, rozdeptane owoce, jak rozbite resztki nadziei.

Poyraz przybiega chwilę później i od razu mrocznieje.

– To Atakan… – wycedza przez zęby. – Na pewno to jego robota.

Sahin nie odpowiada. Wie, że złość Poyraza nie jest teraz do zatrzymania. Nie wie jednak, że prawdziwa sprawczyni – Cansel – właśnie wygląda przez okno i z satysfakcją obserwuje zniszczenia. To ona poprosiła kolegę swojego brata, by „przypadkiem” przejechał tędy nocą.

Poyraz i Sahin siadają na krawężniku obok zniszczonego wózka. Na moment obaj milczą, patrząc na chaos przed sobą.

– Nie zniechęcaj się – mówi w końcu Sahin, choć jego głos brzmi słabo. – Zrobimy nowy stragan.

– Gdyby warsztat nie był zamknięty, zrobiłbym go w jeden dzień – odpowiada Poyraz, przywołując w pamięci obraz swojego warsztatu z plombą na drzwiach. – A poza tym to nie tylko wózek. Ktoś włamał się do magazynu i zniszczył wszystkie owoce.

Sahin ciężko wypuszcza powietrze. Widać, jak napina mu się szczęka.

– Zapłaciłem dziesięć tysięcy za towar… – mówi cicho. – Straciliśmy i stoisko, i ostatnie pieniądze.

W tej chwili telefon Poyraza zaczyna dzwonić. Spojrzenie, które rzuca na ekran, mówi wszystko: nie teraz, błagam.

– Halo? – odbiera niechętnie.

– Dzień dobry, Poyrazie – słyszy w słuchawce głos Haluka, dostawcy materiałów. – Zapłacisz jutro, prawda?

Poyraz patrzy w ziemię, na rozdeptane owoce i połamaną deskę. W gardle rośnie mu gula.

– Nie martw się, bracie Haluku, zapłacę – zapewnia, starając się brzmieć pewnie.

Rozłącza się i wstaje gwałtownie.

– Zapłacę… – powtarza pod nosem. – Tylko jak?!

Wtedy z domu wychodzi Pelin. Stukot jej obcasów rozbrzmiewa na podwórzu. Podchodzi do Poyraza z wyrazem troski.

– Słyszałam, co się stało – zaczyna łagodnie. – Ale możesz zapłacić ten dług. Mój znajomy powiedział mi, że jego firma szuka kogoś do księgowości. Pracy jest dużo, płaca dobra. Jeśli chcesz, zadzwonię w tej chwili. Wiem, że zajmowałeś się tym podczas studiów.

Poyraz nawet się nie zastanawia. Jego sytuacja jest zbyt trudna, by mógł sobie pozwolić na dumę.

– W porządku – odpowiada natychmiast. – Zgadzam się.

Pelin uśmiecha się lekko, jakby tylko na to czekała.

– Dobrze. Ale jest jeden warunek – mówi, patrząc mu prosto w oczy. – Sprzedaż owoców… no cóż, nie szła mi najlepiej. Ale jestem znakomita w księgowości. Dlatego musimy pracować razem.

Poyraz waha się, choć tylko przez sekundę. Wie, że nie ma wyboru. Potrzebuje pieniędzy. Potrzebuje pracy.

– Zgoda – mówi w końcu cicho.

Pelin uśmiecha się szeroko. Zbyt szeroko. Zbyt pewnie.

Coś w tym uśmiechu zwiastuje kłopoty.

***

Prokurator Baran otrzymuje wiadomość od prywatnego numeru, że ktoś ujawnia informacje ze sprawy morderstwa Ezgi.

„Dziedzictwo” Odc. 1058 – streszczenie

Nana stoi w progu salonu i obserwuje, jak Pelin i Poyraz pracują razem nad dokumentami. Pelin siedzi blisko, pochylona nad stolikiem, co chwilę nachyla się do Poyraza, pokazując mu coś w zeszycie. Oboje wyglądają na skupionych — aż zbyt skupionych.

W sercu Nany rodzi się kłująca iskra zazdrości, której nie chce, ale nie potrafi zatrzymać. Czuje, jak coś ściska ją w środku, więc odwraca się i ucieka do kuchni. Siada na krześle, zgarbiona, walcząc, by nie zdradzić się nawet łzą.

Cennet dostrzega jej przygaszoną twarz i odkłada ścierkę.

– Nano… – zaczyna łagodnie. – Jeśli nie masz teraz nic pilnego do zrobienia, to idź do nich.

– Ale ja… – Nana wzdycha, splatając dłonie. – Nie znam się na księgowości. Nie pomogę im.

Cennet uśmiecha się ciepło, ale jej oczy mają w sobie stanowczość matrony, która wie więcej niż mówi.

– Musisz coś umieć – odpowiada. – Twój umysł jest bystry. Kiedy wcześniej sprzedawałaś owoce na ulicy? Nigdy. A poradziłaś sobie lepiej niż ktokolwiek by pomyślał.

Nana unosi wzrok, niepewna.

– Ale…

– Nie ma żadnego „ale” – przerywa jej Cennet, delikatnie kładąc rękę na jej ramieniu. – Jesteś mądra, jesteś sprytna. Podejdź i zapytaj, czy potrzebują pomocy. Masz być przy swoim mężu. Wspierać go. To jest najważniejsze.

Po chwili dodaje z czułością:

– Dalej, córko. Idź.

W kąciku ust Nany pojawia się nieśmiały uśmiech. Z wdzięcznością kiwa głową i wychodzi z kuchni, nabierając odwagi z każdym krokiem.

Gdy tylko znika za drzwiami, wyraz twarzy Cennet zmienia się. Brwi marszczą się, a spojrzenie twardnieje.

– Ta dziewczyna… – mruczy pod nosem, myśląc o Pelin. – Pojawiła się po latach i nie odstępuje mojego syna na krok.

Odkłada ścierkę z wyraźnym trzaskiem.

– Musi poznać swoje miejsce.

Cisza w kuchni staje się ciężka od matczynej determinacji.

***

Poyraz przegląda stos dokumentów rozłożonych na stole i w końcu wyciąga jedną z teczek. Uśmiecha się lekko do siedzącej obok Nany, jakby cieszył się, że może powierzyć jej coś ważnego.

– Tutaj – mówi, wskazując na plik kartek. – To raporty cenowe i bilans roczny. Musimy wszystko wprowadzić do komputera. Sprawdź każdy wiersz, nie pomiń żadnej liczby. I… proszę, nie popełnij błędu.

Nana prostuje się, przejmując dokumenty z powagą.

– Nie martw się – odpowiada spokojnie. – Poradzę sobie.

– Wcale się nie martwię – poprawia ją Poyraz, unosząc kącik ust. – Ale zastanawiam się nad czymś innym.

Nachyla się odrobinę bliżej, a jego głos staje się miększy.

– Jak to możliwe, że jeden plus jeden równa się dwa, a my dwoje stanowimy jedność? – pyta półżartem, półserio. – Wyjątek matematyczny. Niezwykły przypadek.

Nana zamiera. Jej oczy rozszerzają się zaskoczeniem, a policzki delikatnie różowieją. Przez chwilę nawet zapomina oddychać. W jej sercu rozlewa się ciepło, które próbuje stłumić, ale ono rośnie jak fala.

Pelin natomiast marszczy brwi tak mocno, jakby słowa Poyraza fizycznie ją uderzyły. Jej spojrzenie przeszywa Nanę niczym nóż. W końcu, nie mogąc już tego znieść, odwraca się gwałtownie i wychodzi do kuchni.

Cansel pojawia się chwilę później, jakby wyczuwając burzę w powietrzu.

– Ona przylgnęła do Poyraza jak rzep! – syczy Pelin, krążąc nerwowo od ściany do ściany. – Nie może odstąpić go na krok. A my? Wszystko, absolutnie wszystko, co robimy, jest daremne!

Cansel zamyka drzwi, upewniając się, że nikt nie słyszy.

– Masz rację – mówi chłodno. – Ale jeśli ona zepsuła nasz plan… to teraz ty zepsujesz jej.

Pelin nagle przystaje. Patrzy na Cansel z pewną ostrożnością.

– Co masz na myśli?

Cansel podchodzi bliżej. Jej głos staje się cichy, lecz przesycony jadem.

– Znasz jej zadanie. Ma przepisać dane. Zmień jej zapiski. Wystarczy drobny błąd. Jeden błąd, a cały plan się zawali.

Na ustach Pelin pojawia się powolny, niebezpieczny uśmiech.

– Oczywiście – szepcze z satysfakcją. – Właśnie tym się zajmę.

Cansel odwzajemnia uśmiech.

Obie wiedzą, że zaczynają grę, która może zniszczyć Nanę — i wcale ich to nie odstrasza.

***

Pelin krąży wokół stołu, przyglądając się Nanę pracującej przy laptopie. W pewnej chwili celowo stawia filiżankę z herbatą zbyt blisko krawędzi. Udając niezdarny ruch, potrąca ją, a gorący napar rozlewa się na kolana Nany. W zamieszaniu, gdy Nana odskakuje, a Poyraz pomaga jej oczyścić ubranie, Pelin wykorzystuje moment. Podchodzi do komputera i szybko zmienia wartości w arkuszach kalkulacyjnych: 50 000 zamienia na 150 000, a 280 000 na 2 800 000.

– Niech Poyraz zobaczy, jaka kompetentna jest jego ukochana żona… – szepcze z jadowitą ironią. – Przepraszam, fałszywa żona.

Gdy Nana wraca, Pelin siedzi już z powrotem na swoim miejscu, jakby nigdy nie podeszła do komputera.

***

Kilka godzin później telefon Pelin zaczyna dzwonić. Na ekranie pojawia się numer firmy, dla której wykonywali z Poyrazem i Naną zlecenie. Pelin odchrząkuje, poprawia włosy i odbiera z przesadnie uprzejmym tonem.

– Halo? Tak, słucham.

W słuchawce rozlega się chłodny, zdecydowany kobiecy głos:

– Niestety, zauważyliśmy poważne błędy w obliczeniach.

Twarz Pelin blednie teatralnie, a jej oczy rozszerzają się z niedowierzania.

– To… to niemożliwe – odpowiada z przesadnym przejęciem. – Pracowaliśmy bardzo dokładnie. Sprawdzaliśmy wszystko po kilka razy. To po prostu niemożliwe.

– A jednak – kontynuuje rozmówczyni. – Wygląda na to, że nie byliście wystarczająco ostrożni.

– Mogę zapytać, gdzie dokładnie pojawiły się błędy? – dopytuje Pelin, idealnie rozgrywając rolę zatroskanej przyjaciółki.

– W najbardziej krytycznym miejscu: w wynikach bilansu. Wszystkie obliczenia pośrednie są poprawne, ale wartości, które powinny być wyrażone w tysiącach, zostały wpisane w milionach.

Poyraz prostuje się gwałtownie, a Nana otwiera szeroko oczy.

Kobieta w słuchawce dodaje chłodno:

– Liczymy, że poprawicie je natychmiast. Czekamy na prawidłową wersję do rana.

– O Boże… – Pelin wzdycha dramatycznie. – Oczywiście, poprawimy wszystko. Przepraszamy za kłopot.

Rozłącza się i opuszcza telefon na stół z teatralnym westchnieniem.

– Nie rozumiem… – mówi, potrząsając głową. – Tyle pracy, tyle wysiłku i wszystko na nic…

Nana opuszcza spojrzenie. Jej głos jest cichy, złamany:

– To moja wina. Przepraszam… To ja byłam za to odpowiedzialna. Zaufałaś mi i wysłałaś dane bez ostatecznego sprawdzenia.

– Może to oni się mylą – próbuje pocieszyć ją Poyraz. – Zobaczmy to jeszcze raz.

Przekręca laptop, ustawiając go przed sobą. Otwiera odpowiednie pliki i zestawia je z wersją papierową.

Pelin szybko wskazuje palcem konkretną komórkę.

– Tutaj. Na kartce mamy wpisane pięćdziesiąt tysięcy, a w komputerze pojawia się sto pięćdziesiąt. I dalej… zamiast dwustu osiemdziesięciu tysięcy wpisane są dwa miliony osiemset… Wszystko się rozjechało.

Nana marszczy czoło, kompletnie zbita z tropu.

– Nie rozumiem… – szepcze. – Byłam naprawdę ostrożna… Sprawdzałam każdą liczbę. To nie ma sensu.

Pelin kładzie jej dłoń na ramieniu, udając życzliwość.

– Nano, nigdy wcześniej nie pracowałaś w tej branży – mówi łagodnym, ale protekcjonalnym tonem. – To normalne, że popełniasz błędy. Księgowość wymaga ogromnego skupienia.

Nana przygryza wargę, walcząc ze łzami.

– Masz rację… Bardzo przepraszam – mówi cicho.

Wstaje i szybko opuszcza pokój, chcąc ukryć drżenie głosu.

Za jej plecami Pelin utrzymuje na twarzy troskliwy wyraz, ale w oczach migocze satysfakcja — dokładnie taka, jakiej pragnęła.

***

Sinan wreszcie opuszcza hotel, przekonując sam siebie, że Aynur jest silna, rozsądna i w pełni zdolna do poradzenia sobie z ewentualnymi problemami. Przez cały dzień obserwował, jak pracuje — z determinacją, ale i z godnością, której mógłby pozazdrościć niejeden prawnik. Uspokaja się więc myślą, że jego obecność nie jest już potrzebna.

Tymczasem Yekta, właściciel hotelu, obserwuje każdy jej ruch z ukrytej pozycji przy recepcji. Gdy tylko widzi, jak Sinan znika za drzwiami, na jego twarzy pojawia się uśmieszek, który nie zwiastuje niczego dobrego. Mężczyzna umiejętnie korzysta z okazji: przygotowuje napój dla Aynur, a gdy tylko się odwraca, wrzuca do środka rozkruszoną tabletkę nasenną.

Kilka minut później podaje jej kubek z uprzejmym uśmiechem i prosi — niby od niechcenia — by posprzątała jeden z pokoi dla ważnego gościa, który ma niebawem przyjechać.

Aynur, zmęczona dniem pracy, nie podejrzewa niczego złego. Jednak gdy tylko dociera do pokoju, czuje, jak obraz zaczyna się rozmywać, a nogi stają się ciężkie jak z ołowiu. Szybko orientuje się, że coś jest nie tak — Yekta musiał jej coś dodać.

Chce uciec. Chce krzyknąć. Jednak ciało odmawia posłuszeństwa. Oczy zachodzą mgłą, a ona osuwa się na łóżko, próbując ostatkiem sił podnieść powieki.

Yekta zamyka drzwi na klucz i odwraca się do niej powoli, z drapieżnym błyskiem w oczach.

– Czekałem na ten moment, odkąd tylko się tu pojawiłaś – mówi niskim, drżącym z ekscytacji głosem.

Podchodzi bliżej, zrzuca marynarkę na podłogę, a jego dłoń sunie ku kręconym włosom Aynur, oplatając je z chorą czułością. Jej ciało leży nieruchomo, bezbronne, niezdolne do oporu.

Ale zanim Yekta zdąży wykonać kolejny ruch…

BANG!

Drzwi otwierają się z hukiem, uderzając o ścianę. Do pokoju wbiega Sinan, cały napięty, z oczami pełnymi furii. Bez chwili wahania rzuca się na Yektę i jednym, potężnym ciosem powala go na podłogę.

– Dotknij jej jeszcze raz, a przysięgam, że pożałujesz, że się urodziłeś! – warczy, łapiąc drania za kołnierz.

Yekta ledwo łapie powietrze, niezdolny do obrony.

Sekundy później Sinan znajduje na stoliku kubek z resztką podejrzanego napoju. Składa wszystkie elementy układanki — i wie, że przybył w ostatnim momencie.

Nie bez powodu.

Zanim opuścił hotel, przeczucie nie pozwoliło mu o odejść. Dyskretnie zamocował w wózku roboczym Aynur pluskwę, miniaturowy podsłuch ukryty w miejscu, którego nikt by nie zauważył. Myślał, że to tylko na wszelki wypadek…

A jednak właśnie ten impuls ocalił ją przed tragedią.

Sinan klęka przy łóżku, delikatnie dotykając jej dłoni.

– Aynur, jestem tutaj – mówi cicho, głosem pełnym troski. – Nic ci się nie stanie. Obiecuję.

Jej powieki drgają lekko, ale farmakologiczny sen nadal ją trzyma.

W oczach Sinana pojawia się mieszanina ulgi, gniewu i przerażenia na myśl o tym, co mogłoby się stać, gdyby przyszedł choćby minutę później.

Powyższy tekst stanowi autorskie streszczenie i interpretację wydarzeń z serialu Emanet. Inspiracją do jego stworzenia były filmy Emanet 767. Bölüm i Emanet 768. Bölüm dostępne na oficjalnym kanale serialu w serwisie YouTube. W artykule zamieszczono również zrzuty ekranu pochodzące z tych odcinków, które zostały użyte wyłącznie w celach informacyjnych i ilustracyjnych. Wszystkie prawa do postaci, fabuły i materiału źródłowego należą do ich prawowitych właścicieli.

Podobne wpisy