„Dziedzictwo” Odc. 988 – streszczenie
Po tym, jak Poyraz zobaczył Semiha z dłonią opartą na ramieniu Nany, coś w nim pękło. Nie padło ani jedno słowo, a mimo to ten jeden gest wystarczył, by w jego sercu pojawiły się zazdrość i rozczarowanie. Od tamtej chwili zaczął traktować Nanę chłodno i z rezerwą. Unikał jej spojrzenia, odpowiadał zdawkowo i zachowywał się tak, jakby nagle stali się sobie zupełnie obcy.
Nawet przebywanie z nią w jednym pokoju wydawało mu się nie do zniesienia. Wieczorem zabrał więc poduszkę i koc, a następnie urządził sobie miejsce do spania na sofie w salonie.
Cennet, która zauważyła jego przygotowania, zatrzymała się obok kanapy i spojrzała na niego z niepokojem.
– Synku, naprawdę zamierzasz tutaj spać? – zapytała. – Wiem, że ostatnio często się sprzeczacie, ale przecież już ci mówiłam…
– Mamo, proszę, nie doszukuj się w tym niczego – przerwał jej Poyraz. – Po prostu źle się czuję. Nie chcę zarazić Nany. To wszystko.
Cennet przyjrzała mu się uważnie, jakby próbowała odgadnąć, czy mówił prawdę.
– W takim razie przyniosę ci jakieś lekarstwo – zaproponowała z troską.
– Dziękuję, ale nie trzeba. Jestem wykończony. Chyba najlepiej będzie, jeśli po prostu się położę.
– Jak uważasz… – odparła nieprzekonana. – Tylko że tutaj jest chłodno. W nocy możesz zmarznąć.
– Poradzę sobie. Dobranoc, mamo.
– Dobranoc, kochanie.
Cennet ruszyła w stronę schodów, lecz po kilku krokach zatrzymała się i obejrzała przez ramię. Poyraz siedział pochylony na sofie, z dłońmi splecionymi i wzrokiem wbitym w podłogę. Nie wyglądał na chorego, lecz na człowieka, którego dręczyły myśli, o których nie chciał mówić.
– Oby wszystko się między nimi ułożyło… – wyszeptała z troską. – Chciałabym już tylko móc spokojnie zasnąć.
Po chwili odeszła, pozostawiając syna samego w pogrążonym w ciszy salonie. Poyraz nie ruszył się z miejsca. Wciąż miał przed oczami Semiha stojącego zbyt blisko Nany i nie potrafił uwolnić się od bolesnego podejrzenia, że jego żona mogła zacząć darzyć tamtego mężczyznę uczuciem.
***
Sinan i Aynur siedzieli naprzeciwko siebie w salonie. Między nimi panowała napięta cisza, a każde słowo zdawało się ważyć więcej niż zwykle.
– Wciąż możesz się wycofać – powiedział Sinan chłodno, choć niepokój widoczny w jego spojrzeniu przeczył obojętnemu tonowi. – Powiem mamie, że nie udało ci się zwolnić z pracy.
Aynur pokręciła głową.
– Nie zamierzam rezygnować, panie Sinanie. Uważam, że powinnam jej pomóc. Pańska matka jest zła nie tylko na pana, ale również na mnie. Być może nawet bardziej.
Sinan pochylił się lekko, opierając dłonie na kolanach.
– Wykorzysta każdą okazję, żeby cię upokorzyć. Będzie wystawiała na próbę twoją cierpliwość i sprawdzała, gdzie przebiegają twoje granice. Musisz być na to przygotowana.
Aynur wysłuchała go spokojnie, nie odrywając od niego wzroku.
– Ze względu na jej stan będę pracował z domu – dodał. – Gdyby wydarzyło się coś niepokojącego, natychmiast mi powiedz. Chcę, żebyś wiedziała, że jestem po twojej stronie.
– Mam doświadczenie – zapewniła cicho. – Opiekowałam się różnymi pacjentami. Widziałam ludzi cierpiących, rozgniewanych i bezradnych. Dam sobie radę.
– Dobrze. Ale jeśli przekroczy granicę, zareaguję. Nie będę stał z boku i patrzył, jak cię poniża.
– Proszę tego nie robić – poprosiła Aynur. – Pańska matka jest chora. Straciła kontrolę nad własnym życiem i próbuje odzyskać ją w jedyny sposób, jaki teraz zna. Niech wyrzuci z siebie złość, ból i żal. Ja to zniosę.
Podniosła się z kanapy.
– Pójdę już do niej.
Sinan odprowadził ją pełnym obaw spojrzeniem, lecz nie próbował dłużej jej powstrzymywać.
Aynur zatrzymała się przed drzwiami sypialni Işıl. Wzięła głęboki oddech, próbując przygotować się na to, co mogło ją czekać, a następnie weszła do środka.
Işıl leżała w łóżku, oparta o poduszki. Spojrzała na przybyłą i zerknęła na zegarek.
– Spóźniłaś się dokładnie cztery minuty i dwadzieścia dwie sekundy – oznajmiła surowo. – Nienawidzę spóźnialskich.
– Proszę wybaczyć – odpowiedziała Aynur. – Rozmawiałam z panem Sinanem i…
– To nie on cię zatrudnił – przerwała jej Işıl. – Masz słuchać mnie. To ja będę wydawała ci polecenia. I więcej się nie spóźniaj.
– Obiecuję, że to się nie powtórzy – odparła spokojnie Aynur. – Czy możemy rozpocząć ćwiczenia?
Işıl nie odpowiedziała. Jedynie odsunęła kołdrę, odsłaniając nieruchome nogi.
Aynur stanęła przy łóżku, delikatnie ujęła jedną z nich i zaczęła wykonywać powolne ruchy rehabilitacyjne. Robiła to ostrożnie i z wyczuciem, obserwując twarz pacjentki.
– Skłamałaś – odezwała się nagle Işıl, patrząc na nią z pogardą. – Udawałaś lekarkę, choć w rzeczywistości jesteś tylko służącą. Twoje miejsce jest tutaj, przy moim łóżku, a nie w szpitalu.
Aynur nie przerwała ćwiczeń.
– Ma pani rację – przyznała. – Skłamałam i przepraszam za to. Nie wstydzę się jednak tego, kim jestem. Żałuję jedynie, że próbowałam uchodzić za kogoś innego.
Na ustach Işıl pojawił się drwiący uśmiech.
– Nie udawaj takiej pokornej i szlachetnej. Doskonale wiem, co tobą kierowało. Ambicja. Chciałaś wyrwać się ze swojego marnego świata, uciec od biedy i poniżenia. Uznałaś, że mój syn będzie dla ciebie przepustką do lepszego życia.
Aynur zacisnęła na moment usta, ale nie pozwoliła, by emocje pojawiły się na jej twarzy.
– Ta gra ci się nie uda – ciągnęła Işıl. – Nie z takim mężczyzną jak Sinan. Co się stało? Prawda zabolała?
Aynur ostrożnie odłożyła jedną nogę i przeszła na drugą stronę łóżka.
– Zajmę się teraz drugą nogą – powiedziała rzeczowo.
Işıl prychnęła.
– Oczywiście. Dlaczego miałoby cię to poruszyć? Przecież nie masz w sobie ani odrobiny dumy.
– Robię to, żeby pomóc panu Sinanowi – odpowiedziała Aynur, kontynuując ćwiczenia. – Jest moim przełożonym. Znam swoje obowiązki i wiem, gdzie jest moje miejsce.
– Ludzie tacy jak ty zawsze marzą o wielkiej miłości, bogactwie i wybawieniu – stwierdziła Işıl. – Wydaje wam się, że ktoś przyjdzie i wyciągnie was z nędzy. A potem kończycie właśnie tutaj: jako służące, opiekunki i podwładne. To maksimum, jakie możesz osiągnąć.
Aynur przesunęła dłonie w stronę stopy kobiety, nie reagując na kolejną zniewagę.
– Zależy mi wyłącznie na tym, żeby dobrze wykonywać swoją pracę – powiedziała spokojnie. – Proszę mi powiedzieć, czy coś pani czuje.
Delikatnie dotknęła jej palców.
– Nie – odparła oschle Işıl.
– Proszę mówić natychmiast, jeśli pojawi się choćby mrowienie, ból albo najmniejsze drgnięcie. To bardzo ważne dla oceny pani sprawności.
Işıl obserwowała ją z rosnącą irytacją. Liczyła, że zdoła sprowokować Aynur, upokorzyć ją i zmusić do rezygnacji. Tymczasem dziewczyna nie podnosiła głosu ani nie przerywała pracy. Każdą obelgę przyjmowała w milczeniu, skupiona na ćwiczeniach.
Aynur wiedziała jednak, że był to dopiero początek próby, jaką Işıl zamierzała jej zgotować.
***
Poyraz przyjechał do kawiarni z mocnym postanowieniem, że wreszcie rozmówi się z Semihem jak mężczyzna z mężczyzną. W jego spojrzeniu tliła się złość, a pod pozornym spokojem wciąż buzowała zazdrość. Chciał jasno wyznaczyć granice i dać rywalowi do zrozumienia, że nie pozwoli mu ingerować w swoje małżeństwo.
Gdy jednak zbliżył się do wejścia, zatrzymał się w pół kroku. Przez otwarte drzwi dostrzegł Nanę stojącą przy ladzie, naprzeciwko Semiha. Już miał wejść do środka, lecz usłyszał jej głos. Cofnął się nieznacznie i pozostał na zewnątrz, częściowo ukryty za framugą. Nieświadomie stał się świadkiem rozmowy, która miała odbyć się bez jego udziału.
– Nie dokończyliśmy naszej wczorajszej rozmowy – zaczęła Nana cicho, ale stanowczo. – Chciałeś wiedzieć, co mnie trapi. Myślę, że zasługujesz na odpowiedź.
Semih spoglądał na nią w napięciu, lecz nie przerywał. W jego oczach pojawiła się nadzieja, jakby spodziewał się wyznania, na które od dawna czekał.
– Wiem, że nie miałeś złych intencji – mówiła dalej Nana. – Być może naprawdę chciałeś mi pomóc. Ale musisz zrozumieć jedno. Mój mąż i ja jesteśmy jak gwóźdź i ciało. Czasami ranimy się do krwi. Krzyczymy, kłócimy się i doprowadzamy nawzajem do szaleństwa. Bywa, że nie potrafimy nawet spokojnie na siebie spojrzeć.
Zamilkła na moment, zbierając myśli.
– Mimo wszystko zawsze do siebie wracamy. Możemy się od siebie oddalić, ale nigdy naprawdę się nie rozdzielimy. Łączy nas coś, czego nie zdoła przerwać ani dystans, ani nieporozumienie, ani żaden człowiek.
Semih słuchał jej w milczeniu. Z każdą chwilą coraz wyraźniej rozumiał, że jej słowa nie pozostawiały mu żadnej nadziei.
– Poyraz jest moim gniewem i moim ukojeniem – dodała Nana. – Moją radością i moim chaosem. Potrafi doprowadzić mnie do rozpaczy, a chwilę później sprawić, że wszystko znów nabiera sensu. Nie jest moim problemem, Semihu.
Spojrzała mu prosto w oczy.
– On jest moim lekarstwem.
Na zewnątrz Poyraz znieruchomiał. Jeszcze przed chwilą jego dłoń zaciskała się w pięść, a w głowie układał kolejne ostre słowa, które zamierzał rzucić Semihowi w twarz. Teraz jednak cała złość zaczęła z niego uchodzić.
Przymknął oczy i odetchnął głęboko. Po raz pierwszy od dawna poczuł spokój. Nana powiedziała wszystko, co sam chciał usłyszeć, choć nawet nie wiedziała, że stał zaledwie kilka kroków od niej.
Nie wszedł do środka. Nie potrzebował już konfrontacji ani groźby. Powoli odwrócił się i odszedł, pozostawiając Nanę i Semiha samych. Tym razem wybrał ciszę, ponieważ jej słowa okazały się silniejsze niż wszystko, co sam mógłby powiedzieć.
„Dziedzictwo” Odc. 989 – streszczenie
Semih realizował swój plan oszukania Burhana. Zamierzał wmówić dostawcy narkotyków, że padł ofiarą napadu i stracił dwie paczki towaru. W rzeczywistości żadnego napadu nie było. Semih chciał zatrzymać część narkotyków dla siebie, sprzedać je na własną rękę i przywłaszczyć sobie cały zysk.
Przygotował wiarygodną historię i zadbał o każdy szczegół, aby Burhan nie nabrał podejrzeń. Na zewnątrz pozostawał spokojny i niewzruszony, lecz w jego oczach czaiły się chciwość oraz przekonanie, że zdoła przechytrzyć człowieka, którego nie bez powodu nazywano Szalonym Burhanem.
***
Kara siedziała samotnie w swoim gabinecie. Przez chwilę wpatrywała się w pustą przestrzeń, pogrążona w myślach, a potem powoli położyła dłoń na brzuchu. W jej spojrzeniu mieszały się czułość, lęk i coraz silniejsza determinacja.
– Nie powiedziałam jeszcze twojemu ojcu o tobie – wyszeptała. – Ale nie zrezygnuję z ciebie, maleństwo. Nigdy.
Delikatnie przesunęła dłonią po brzuchu, jakby tym gestem chciała zapewnić dziecko, że będzie je chroniła bez względu na wszystko.
– Nie pozwolę, żeby strach albo brak zrozumienia zniszczyły nasze życie. Jesteś jeszcze tak maleńkie, a ja już kocham cię bardziej, niż potrafię wyrazić słowami.
Na moment zamilkła. Jej głos lekko się załamał, lecz w oczach pojawiła się nowa siła.
– Wiem, że istnieje tylko jedno rozwiązanie. Muszę podjąć decyzję, która ochroni ciebie… nawet jeśli przez to stracę wszystko inne.
***
Tymczasem korytarzem zbliżał się Ibrahim. W jednej dłoni niósł torbę z jedzeniem, a na jego twarzy gościł lekki, pełen nadziei uśmiech.
– Rozweselę Karę – mruknął do siebie. – Kebab z podwójną porcją i mój niezawodny urok powinny wystarczyć.
Po chwili westchnął, jakby przypomniał sobie o swojej wcześniejszej decyzji.
– Może jeszcze raz dam jej do zrozumienia, że dzieci nie są dla mnie. Im szybciej w to uwierzy, tym mniej będzie się obwiniała…
Dotarł pod drzwi gabinetu i uniósł rękę, zamierzając zapukać. W tej samej chwili usłyszał głos Kary dochodzący ze środka. Zatrzymał się i mimowolnie zaczął nasłuchiwać.
– Dzień dobry, panie Zeki – mówiła przez telefon Kara. – Wiem, że wcześniej wycofałam pozew rozwodowy, ale teraz ponownie podtrzymuję swoją decyzję.
Ibrahim znieruchomiał.
– Tym razem to ostateczne – dodała stanowczo. – Nie ma już odwrotu.
Uśmiech natychmiast zniknął z jego twarzy. Ścisnął mocniej torbę, niemal wypuszczając ją z dłoni. Wpatrywał się w zamknięte drzwi, jakby nie potrafił uwierzyć w to, co właśnie usłyszał.
Jeszcze kilka dni wcześniej był przekonany, że wszystko między nimi zaczęło się układać. Nie rozumiał, co mogło wydarzyć się tak nagle ani dlaczego Kara ponownie zapragnęła zakończyć ich małżeństwo.
Nie wiedział, że decyzja, którą uznał za odrzucenie, była w rzeczywistości desperacką próbą ochrony ich nienarodzonego dziecka.
***
Wieczór zapadł już na dobre. Ulica przed kawiarnią opustoszała, a żółte światło latarni wydobywało z mroku zaparkowane samochody, nagie gałęzie drzew i zamknięte witryny pobliskich lokali.
Semih i Nana wyszli na zewnątrz. Mężczyzna zamknął drzwi kawiarni, po czym zrównał się z dziewczyną.
– Dzisiaj mieliśmy naprawdę dobry utarg – zauważył z zadowoleniem. – Odprowadzę cię do domu.
– Nie wracam do domu. Idę do Poyraza – odpowiedziała Nana chłodno i ruszyła przed siebie szybkim krokiem.
Semih natychmiast podążył za nią.
– Poczekaj! Dlaczego tak się spieszysz? Coś się stało?
– Rozładował mi się telefon. Nie chcę, żeby Poyraz się martwił – wyjaśniła, nie oglądając się za siebie.
Nie zdążyli jednak odejść daleko. Z ciemności wyłonił się Burhan. Podszedł do nich szybkim, zdecydowanym krokiem, zanim którekolwiek z nich zdołało zareagować. Jednym ruchem chwycił Nanę i przycisnął do jej twarzy nasączoną środkiem odurzającym chustkę.
Dziewczyna zaczęła się szarpać. Próbowała odepchnąć napastnika, lecz z każdą sekundą jej ruchy stawały się coraz słabsze. Po chwili bezwładnie osunęła się w jego ramiona.
– Co ty robisz?! Zostaw ją! – krzyknął Semih i rzucił się w ich stronę.
Burhan odepchnął Nanę na bok, po czym pochwycił Semiha za kurtkę i z ogromną siłą przycisnął go do zaparkowanego samochodu. W jego oczach płonęła wściekłość.
– Myślałeś, że to zabawa?! – ryknął. – Żadnego napadu nie było! Ukradłeś mój towar i moje pieniądze!
Semih próbował uwolnić się z jego uścisku, lecz Burhan trzymał go mocno za kołnierz.
– Ostrzegałem cię – ciągnął groźnie. – Powiedziałem, że jeśli popełnisz błąd, sam przekonasz się, dlaczego nazywają mnie Szalonym Burhanem.
– Wybacz mi, bracie – wydusił Semih, drżąc ze strachu. – Zrobię wszystko, czego zażądasz. Oddam ci towar i pieniądze. Tylko zostaw Nanę. Ona nie ma z tym nic wspólnego!
– Za późno na błagania – warknął Burhan. – Okradłeś mnie, więc teraz ja odbiorę ci coś, na czym ci zależy.
– Rób ze mną, co chcesz, ale jej nie krzywdź!
Burhan nie zamierzał go słuchać. Wyciągnął broń i z całej siły uderzył go rękojeścią w głowę. Semih zachwiał się, po czym osunął na ziemię i stracił przytomność.
Burhan podszedł do leżącej nieopodal Nany. Bez najmniejszego wysiłku przerzucił jej bezwładne ciało przez ramię i zniknął wraz z nią w ciemności.
***
Około kwadransa później drzwi warsztatu Poyraza otworzyły się z hukiem. W progu pojawił się Semih. Miał zakrwawioną twarz, potargane włosy i ledwie utrzymywał się na nogach. Chwiejnym krokiem wszedł do środka, podpierając się o framugę.
Poyraz natychmiast zerwał się z miejsca.
– Semih?! Co ci się stało?! – Podbiegł do niego i chwycił go za ramiona. – Kto ci to zrobił?
– Zostaliśmy napadnięci… – wyszeptał Semih, z trudem łapiąc oddech. – Nana wyszła z kawiarni. Powiedziała, że idzie do ciebie. Chciałem ją odprowadzić i wtedy… ktoś nagle wybiegł z bocznej uliczki.
Poyraz znieruchomiał.
– Gdzie jest Nana?
Semih opuścił głowę.
– Porwał ją.
Na twarzy Poyraza pojawiło się przerażenie, które niemal natychmiast ustąpiło miejsca furii. Chwycił Semiha za poły kurtki i przycisnął go do ściany.
– Co ty powiedziałeś?! – ryknął. – Kto ją porwał? Mów!
– Nie wiem… Było ciemno. Nie widziałem jego twarzy – bełkotał Semih. – Pojawił się nagle. Próbowałem go powstrzymać, ale mnie powalił.
Poyraz wpatrywał się w niego z niedowierzaniem. Ani przez chwilę nie wierzył, że był to przypadkowy napad.
– Nie kłam! – syknął. – Masz jakieś kłopoty? Wpakowałeś się w coś? Jesteś komuś winien pieniądze?
– Przysięgam, że go nie znam!
– Więc dlaczego zabrał właśnie Nanę?! – Poyraz potrząsnął nim gwałtownie. – Co przede mną ukrywasz?
– Niczego nie ukrywam! – jęknął Semih. – Zaatakował ją, a kiedy próbowałem ją obronić, uderzył mnie. Spójrz na mnie!
– Jak mogłeś na to pozwolić?! – krzyknął Poyraz. – Gdyby stała jej się krzywda…
Puścił go i zamachnął się, gotów wymierzyć mu cios. W ostatniej chwili Mert chwycił go za ramię.
– Mistrzu, przestań! – zawołał stanowczo. – Spójrz na niego. Ledwie stoi na nogach. I tak już dostał swoje.
Poyraz z trudem powstrzymał się przed uderzeniem Semiha. Cofnął się o krok, a następnie oparł obie dłonie o stół. Oddychał ciężko, próbując opanować narastającą panikę.
W jego oczach wciąż płonął gniew, lecz krył się pod nim jeszcze silniejszy strach. Nana znajdowała się w rękach nieznanego porywacza, a oni nie mieli pojęcia, gdzie jej szukać.
***
Cansel wpadła do salonu niczym burza. Jej twarz była napięta, a w oczach płonęła wściekłość. Semih stał przy sofie, wyraźnie niespokojny. Gdy tylko zobaczył siostrę, odwrócił wzrok, jakby liczył, że w ten sposób uniknie pytań.
Nie miał jednak dokąd uciec. Cansel od razu wyczuła, że coś przed nią ukrywał.
– Powiedz mi prawdę, Semih – zażądała, wskazując na niego palcem. – Co naprawdę wydarzyło się tamtej nocy? Kto porwał Nanę? I nawet nie próbuj mnie okłamywać, bo tym razem ci nie daruję.
Semih spuścił głowę. Przez dłuższą chwilę milczał, nerwowo zaciskając dłonie. W końcu zrozumiał, że siostra nie odpuści, dopóki nie usłyszy całej prawdy.
– Sprzedawałem narkotyki w kawiarni – przyznał cicho.
Cansel znieruchomiała. Przez sekundę patrzyła na niego w osłupieniu, jakby nie była pewna, czy dobrze usłyszała. Chwilę później jej niedowierzanie ustąpiło miejsca furii.
– Niech Bóg cię ukarze, idioto! – wybuchła. – Obiecałeś mi! Przysiągłeś, że z tym skończyłeś i nigdy więcej nie wplączesz się w takie bagno! A teraz wszystko zaczęło się od nowa? Znowu narażałeś nasze życie i przyszłość?!
– Miałem już dosyć ciągłego braku pieniędzy! – odpowiedział Semih, podnosząc głos. – Wziąłem towar od Szalonego Burhana. Myślałem, że szybko zarobię i wreszcie wyjdziemy na prostą. Mój udział był jednak śmiesznie mały, więc… zatrzymałem część towaru dla siebie.
Cansel patrzyła na niego szeroko otwartymi oczami.
– Okradłeś Szalonego Burhana?!
– Zorientował się – przyznał Semih. – Porwał Nanę, żeby mnie ukarać.
Na twarzy Cansel pojawił się grymas gniewu. Podeszła do brata tak blisko, że niemal zetknęli się twarzami.
– Rozszarpię cię na strzępy – wycedziła. – Przysięgam, że przez ciebie zostanę morderczynią własnego brata! Po co ci były te pieniądze? Chciałeś zaimponować Nanie? Myślałeś, że kupisz sobie jej miłość za pieniądze zarobione na narkotykach?
– To nie tak…
– Właśnie tak! – przerwała mu gwałtownie. – Ile razy powtarzałam, żebyś trzymał się od niej z daleka? Ostrzegałam cię, że ta obsesja sprowadzi na nas kłopoty. Nie dlatego, że Nana jest zła, ale dlatego, że przez nią przestałeś myśleć rozsądnie!
Semih odwrócił wzrok, nie znajdując żadnej odpowiedzi.
– A teraz posprzątaj bałagan, którego narobiłeś – ciągnęła Cansel. – Skoro miałeś odwagę okraść Burhana, miej też odwagę uratować Nanę.
– Wiem, że wszystko zepsułem – powiedział Semih ze skruchą. – Naprawdę wiem.
– Zepsułeś? – powtórzyła z pogardą. – Jeśli Poyraz dowie się, że Nana została porwana z twojego powodu, zabije cię własnymi rękami. A potem policja odkryje, że handlowałeś narkotykami, i trafisz do więzienia. Myślisz, że przez całe życie będę wyciągała cię z bagna, do którego sam wskakujesz?
– Znajdę jakieś wyjście – zapewnił. – Obiecuję.
Cansel ciężko westchnęła, próbując opanować gniew.
– Masz numer Burhana? Adres? Jakikolwiek ślad, który może nas do niego doprowadzić?
– Jego telefon jest wyłączony. Nie wiem też, gdzie mieszka.
– Czyli robiłeś interesy z niebezpiecznym przestępcą i nawet nie wiesz, gdzie go znaleźć? – zapytała z niedowierzaniem. – Jesteś jeszcze głupszy, niż sądziłam.
Semih milczał, nie mając już nic na swoją obronę.
Cansel oparła dłonie na biodrach i spojrzała mu prosto w oczy.
– Nie masz wyboru. Musisz odnaleźć Burhana, zanim zrobi to Poyraz. Oddasz mu wszystko, co ukradłeś, i wyciągniesz Nanę z jego rąk. Inaczej stracisz kawiarnię, wolność, a być może także życie.
Zawiesiła głos, po czym dodała znacznie ciszej:
– I pociągniesz nas wszystkich za sobą.
W salonie zapadła ciężka cisza. Semih stał nieruchomo, przytłoczony konsekwencjami własnych decyzji. Wiedział już, że tej nocy nie będzie mógł liczyć ani na szczęście, ani na kolejne kłamstwo. Musiał odnaleźć Burhana, zanim Poyraz odkryje prawdę i sam ruszy jego śladem.
***
Ibrahim siedział przy biurku, lecz nie zwracał najmniejszej uwagi na stojący przed nim monitor ani na dokumenty czekające na przejrzenie. Pochylał się lekko, ze splecionymi dłońmi i wzrokiem wbitym w blat. Jego twarz zdradzała przygnębienie, którego nie potrafił już ukryć.
Kirpi przez chwilę obserwował go z drugiego końca pomieszczenia. W końcu przysunął krzesło i usiadł naprzeciwko przyjaciela.
– Bracie, co się z tobą dzieje? – zapytał z niepokojem. – Wyglądasz, jakby ktoś uderzył cię obuchem w głowę.
Ibo westchnął ciężko. Nadal nie podnosił wzroku.
– Muszę się komuś wygadać, Kirpi. Dłużej tego w sobie nie utrzymam.
– Czy znowu chodzi o dzieci?
Ibrahim pokręcił głową, choć po chwili na jego twarzy pojawił się jeszcze większy smutek.
– Kara wznowiła sprawę rozwodową – wyznał wreszcie. – Słyszałem, jak rozmawiała przez telefon z prawnikiem. Powiedziała, że tym razem jej decyzja jest ostateczna.
Kirpi wyprostował się gwałtownie.
– Co takiego? Przecież ostatnio wszystko między wami dobrze się układało!
– Też tak myślałem – odpowiedział Ibo głucho. – Ale teraz już wiem, dlaczego chce odejść. Kara nie może mieć dzieci i czuje się przez to niepełnowartościowa. Pewnie uważa, że niszczy mi życie. Bo choć tyle razy powtarzałem, że dzieci wcale mnie nie interesują, chyba jej nie przekonałem.
– Ibrahim…
– Może myśli, że za kilka lat zmienię zdanie – ciągnął, jakby nie słyszał przyjaciela. – Że pewnego dnia zacznę żałować, będę miał do niej pretensje, a potem ją zostawię. Dlatego woli odejść pierwsza.
Kirpi przyglądał mu się z niedowierzaniem.
– Bracie, wszystko, co właśnie powiedziałeś, opiera się na domysłach. Nie wiesz, co naprawdę siedzi w jej głowie.
– A co innego mogłoby nią kierować? – Ibo w końcu uniósł na niego zmęczone spojrzenie. – Jeszcze kilka dni temu było między nami dobrze. Nagle usłyszałem, że nie możemy mieć dzieci, a chwilę później Kara postanowiła się rozwieść. To nie może być przypadek.
– Tym bardziej powinieneś z nią porozmawiać – odparł stanowczo Kirpi. – Nie możesz siedzieć tutaj i tworzyć kolejnych czarnych scenariuszy. Powiedz jej, że ją kochasz. Powiedz, że nie zależy ci na dziecku, tylko na niej. Że bez względu na wszystko chcecie być razem.
Ibrahim zacisnął dłonie.
– Boję się, że niczego to nie zmieni. A jeśli spojrzy mi prosto w oczy i powie, że już mnie nie kocha? Że naprawdę nie chce ze mną być?
– Wtedy przynajmniej poznasz prawdę – odpowiedział spokojniej Kirpi. – To będzie bolało, ale nie bardziej niż to, co robisz sobie teraz. Siedzisz, zgadujesz i zatruwasz się własnymi myślami. Nie dajesz ani sobie, ani jej szansy na wyjaśnienie tego nieporozumienia.
Ibo zamilkł. Słowa przyjaciela powoli przebijały się przez mur strachu, który zdążył wokół siebie zbudować. Wziął głęboki oddech i wyprostował plecy.
– Masz rację – powiedział w końcu. – Nie mogę pozwolić, żeby nasze małżeństwo rozpadło się przez coś, o czym nawet nie potrafiliśmy ze sobą szczerze porozmawiać. Jeśli istnieje problem, znajdziemy rozwiązanie. Ale rozwód… rozwód nie jest żadnym wyjściem.
Nagle podniósł się z krzesła. Na jego twarzy wciąż widniał lęk, lecz pojawiła się na niej również determinacja.
– Tak trzymaj, bracie – pochwalił go Kirpi. – Wreszcie mówisz jak człowiek, który zamierza walczyć o swoją żonę.
Ibrahim rozejrzał się po biurze.
– Gdzie ona jest?
– Właśnie wyszła. Poszła złożyć raport.
– To nic. Dogonię ją.
Wyciągnął telefon i natychmiast wybrał numer Kary. Gdy ruszył w stronę drzwi, jego kroki stawały się coraz szybsze. Serce biło mu mocno, a w głowie kłębiły się dziesiątki pytań.
Nie wiedział, co usłyszy ani dokąd zaprowadzi ich ta rozmowa. Wiedział jednak jedno – nie zamierzał dłużej pozwalać, by milczenie i błędne domysły decydowały o ich przyszłości. Musiał odnaleźć Karę i zawalczyć o małżeństwo, zanim będzie za późno.
Powyższy tekst stanowi autorskie streszczenie i interpretację wydarzeń z serialu Emanet. Inspiracją do jego stworzenia były filmy Emanet 712. Bölüm i Emanet 713. Bölüm dostępne na oficjalnym kanale serialu w serwisie YouTube. W artykule zamieszczono również zrzuty ekranu pochodzące z tych odcinków, które zostały użyte wyłącznie w celach informacyjnych i ilustracyjnych. Wszystkie prawa do postaci, fabuły i materiału źródłowego należą do ich prawowitych właścicieli.
















