„Panna młoda” Odc. 229 — streszczenie


***
Cihan i Hancer zatrzymali się tuż za bramą cmentarza. Pogrzeb Ihsana właśnie dobiegł końca. Mężczyzna spoczął obok swojej żony, która odeszła zaledwie kilka dni wcześniej. Wokół panowała surowa, zimowa cisza. Nagie drzewa, wilgotna ziemia i chłodne powietrze sprawiały, że miejsce wydawało się jeszcze bardziej przejmujące.
Hancer spojrzała w stronę grobów. W jej oczach zalśniły łzy, ale w głosie pobrzmiewało ciepło.
— Teraz znowu są razem — powiedziała cicho. — Ani choroba, ani śmierć już ich nie rozłączą.
Cihan przez chwilę milczał. Jego twarz stężała, jakby słowa Hancer poruszyły w nim coś, czego nie chciał po sobie pokazać.
— Przeżył życie u boku kobiety, którą kochał — odparł. — Nie każdemu jest to dane. Chodźmy.
Wsiedli do samochodu i ruszyli w drogę powrotną. Przez jakiś czas jechali w milczeniu wąską, leśną trasą. Wokół ciągnęły się nagie drzewa, mokre pobocza i puste zakręty. Nagle samochód szarpnął, a Cihan musiał zjechać na bok. Okazało się, że złapali gumę. Sytuacja szybko stała się poważniejsza, gdy odkryli, że w aucie nie było koła zapasowego.
Próbowali wezwać pomoc, ale ani telefon Hancer, ani telefon Cihana nie łapały zasięgu.
— Co teraz zrobimy? — zapytała Hancer z niepokojem.
— Po drodze nie widziałem żadnej stacji. Gdyby jakaś była w pobliżu, zostawiłbym cię w samochodzie i poszedł po pomoc.
— Poczekajmy. Może ktoś będzie tędy przejeżdżał.
Cihan rozejrzał się po pustej, leśnej drodze.
— Hancer, to odludzie. Szanse są niewielkie. Lepiej pójdziemy kawałek dalej i poszukamy zasięgu.
Ruszyli pieszo. Cihan trzymał telefon wysoko przed sobą, co chwilę sprawdzając ekran. Nie pojawiła się jednak ani jedna kreska. Hancer szła obok niego coraz wolniej. Chłód, zmęczenie i ciąża dawały jej się we znaki.
— Jeśli jesteś zmęczona, możemy chwilę odpocząć — zaproponował.
Hancer usiadła na pieńku przy drodze. W tym samym momencie zza zakrętu wyłonił się biały samochód. Cihan natychmiast wyszedł na środek drogi, machając ręką i wołając do kierowcy, żeby się zatrzymał. Auto jednak tylko przemknęło obok nich i po chwili zniknęło między drzewami.
— Widziałaś to? — rzucił z niedowierzaniem. — Spojrzał mi prosto w oczy i po prostu pojechał dalej! Co to za człowiek?
— To nie takie dziwne — odparła Hancer spokojnie. — Miał zatrzymać się w środku lasu, bo macha do niego jakiś nieznajomy?
— Jaki nieznajomy? Dwie osoby utknęły na odludziu. Mogliśmy być chorzy, ranni, mogliśmy potrzebować pomocy. Właśnie tak powinien był o nas pomyśleć. Ja bym się zatrzymał.
Hancer spojrzała na niego łagodniej.
— Ty tak — przyznała z ciepłym uśmiechem. — Pomógłbyś nawet wrogowi. Niewielu jest takich ludzi.
Dopiero po chwili zorientowała się, że zabrzmiało to zbyt serdecznie. Szybko odwróciła wzrok i podniosła się z miejsca.
— Odpoczęłam już. Możemy iść dalej.
Cihan spojrzał na ciemniejące niebo.
— Robi się zimno. Niedługo zapadnie zmrok, a wygląda na to, że zbiera się na deszcz. Myślałem, że szybciej złapiemy sygnał. Nie sądziłem, że zajdziemy tak daleko w las.
— Powinniśmy wrócić do samochodu?
— Jest za daleko. Lepiej znajdźmy jakieś schronienie.
Nie zdążyli jednak przejść daleko. Hancer zrobiła zaledwie kilka kroków, źle postawiła stopę i syknęła z bólu. Skręciła kostkę. Cihan natychmiast podtrzymał ją i pomógł usiąść z powrotem na pieńku.
— Poczekaj. Nie ruszaj się — powiedział z troską.

Gdy ból trochę zelżał, pomógł jej wstać. Hancer wsparła się na jego ramieniu i ruszyli powoli dalej. Szli ostrożnie, krok za krokiem, przez pustą, leśną drogę.
Nagle Hancer uniosła rękę i wskazała coś między drzewami.
— Spójrz! Tam chyba jest jakiś dom.
Cihan zmrużył oczy. Rzeczywiście, za gałęziami majaczył dach niewielkiej chaty.
— Wygląda na schronisko — ocenił. — I chyba nikogo tam nie ma. Zaczekaj tutaj. Sprawdzę.
Puścił rękę Hancer i podszedł do drewnianego budynku. Pociągnął za klamkę. Drzwi ustąpiły bez oporu. W środku panowała cisza i pustka.
Po chwili wrócił do Hancer.
— Zostaniemy tu dziś w nocy — oznajmił stanowczo.
***
Emir i Cemil szli chodnikiem w stronę domu. Mężczyzna trzymał chłopca blisko siebie i tłumaczył mu z powagą:
— Teraz będziesz trzymał ptasi post. Nie będziesz jadł ani pił przez kilka godzin przed iftarem. Ja też tak pościłem, kiedy byłem w twoim wieku. Wytrzymasz bez wody, prawda?
— Wytrzymam — zapewnił Emir.
Przechodzili właśnie obok salonu fryzjerskiego. Wejście było udekorowane czarno-złotymi balonami, a przed witryną ustawiono wysokie stoliki i kwiaty. Chłopiec zatrzymał się na chwilę i spojrzał na ozdoby z dziecięcą ciekawością.
— Czy jeśli poproszę, dadzą mi jednego balona? — zapytał.
— Kupię ci balon w sklepie — odpowiedział Cemil szybko, wyraźnie chcąc ominąć to miejsce.
Nie zdążył jednak zrobić kroku dalej. Ze środka wyszła Yonca. W rękach trzymała przezroczysty pojemnik z jedzeniem. Gdy tylko ich zobaczyła, uśmiechnęła się szeroko i podeszła do nich.
— Cemilu! — zawołała. — Wstydź się. Przechodzisz obok i nawet nie zajrzysz, żeby się przywitać?
— Trochę się spieszymy — odparł zakłopotany.
— Tak długo czekałam na was podczas otwarcia. Myślałam, że przynajmniej Derya przyjdzie, ale ona też się nie pojawiła. Nieważne. Zostawiłam dla was poczęstunek.
— Naprawdę nie trzeba…
— Nie mów tak. Dziecko przecież będzie głodne. Zaraz ci dam talerz, Emirze.
Chłopiec spojrzał na pojemnik, w którym pod pokrywką widać było małe, złociste wypieki, rumiane paszteciki, kawałek zawijanego böreka posypanego sezamem i równo ułożone ciemnozielone ruloniki sarmy.
— Dziękuję, ale ja poszczę — powiedział Emir, choć po jego spojrzeniu było widać, że jedzenie bardzo go kusiło.
Yonca natychmiast spoważniała.
— Przepraszam, nie pomyślałam. W takim razie zjesz po iftarze.
Cemil pokręcił głową, nadal niechętny przyjmowaniu czegokolwiek od Yoncy.
— Naprawdę nie trzeba.
— Nie jestem niewdzięczna, Cemilu — powiedziała łagodniej. — Wiem, ile dla mnie zrobiliście. Cokolwiek się wydarzyło, tego nigdy nie zapomnę. Zgódź się, proszę. Dziecko zje po iftarze, a ja poczuję się lepiej. Proszę, kochanie.
Podała pojemnik Emirowi. Chłopiec przyjął go ostrożnie obiema rękami. Cemil westchnął, ale nie zaprotestował. Położył dłoń na ramieniu chłopca i ruszył z nim dalej.

***
Kwadrans później weszli na podwórko.
— Emirze, nie powiemy twojej mamie, że dostaliśmy to od Yoncy, dobrze? — poprosił szeptem Cemil. — Twoja mama jest z nią pokłócona. Gdyby się dowiedziała, od razu wszystko by wyrzuciła.
— Nie martw się, nic nie powiem.
— Powiemy, że dostałem to od kolegi z kawiarni. Od Remziego, tego z długą brodą. Powiemy, że przygotowała to jego żona. Ty nic nie mów. Po prostu nie zaprzeczaj. Kłamstwo jest bardzo złe.
Weszli do środka. Derya natychmiast zauważyła pudełko w rękach syna.
— Co to takiego?
— To… — zaczął Emir, ale Cemil od razu wszedł mu w słowo.
— To zrobiła żona mojego przyjaciela, Remziego. Tego z długą brodą.
Derya zmrużyła oczy.
— A dlaczego dał to akurat tobie?
— Nie wiem. Nie pytałem. Chyba z dobrego serca.
Derya wzięła pojemnik i uniosła pokrywkę. W środku znajdowało się kilka rodzajów poczęstunku: rumiane, niewielkie wypieki, małe paszteciki, kawałek böreka z sezamem oraz około dziesięciu ciasno zwiniętych kawałków sarmy.
Spojrzenie Deryi zatrzymało się właśnie na nich.
— Nie są takie jak moje — oceniła z przekąsem — ale trzeba przyznać, że ładnie zwinięte. Równe jak ołówki.
Zamknęła pudełko i ruszyła do kuchni, żeby schować jedzenie do lodówki. Nie miała pojęcia, że patrzyła na tę samą sarmę, którą sama przygotowała, pomagając sąsiadce. I do której farszu dodała pewien dodatkowy składnik…
***
Melih wrócił z pracy, kiedy w starym domu panowała już wieczorna cisza. Wszedł po schodach powoli, jakby od progu wyczuwał, że coś było nie tak. W salonie nie paliło się światło, a chłodny półmrok wypełniał pomieszczenie. Różowa kanapa stała pusta, na stole nie było śladu obecności Hancer.
— Hancer? — zawołał, rozglądając się uważnie.
Odpowiedziała mu tylko cisza.
Zaniepokojony wyjął telefon i od razu wybrał jej numer. Czekał przez kilka sekund, ale zamiast jej głosu usłyszał automatyczny komunikat:
— Wybrany abonent jest w tej chwili niedostępny. Spróbuj ponownie później.
Melih opuścił rękę z telefonem. Na jego twarzy pojawił się cień niepokoju.
— Mam nadzieję, że wszystko u ciebie w porządku, Hancer — powiedział cicho.
Zdjął kurtkę i dopiero wtedy zauważył kartkę leżącą na komodzie, tuż przy wazonie. Natychmiast po nią sięgnął. Rozpoznał pismo Hancer.
Nie chciałam przeszkadzać ci w pracy. Opowiadałam ci o wujku Ihsanie. Zwrócił się do fundacji z prośbą o pomoc, bo chciał poprawić nastrój swojej żony w ostatnich dniach jej życia. Zmarł minionej nocy. Cihan i ja pojechaliśmy na pogrzeb.
Melih przeczytał wiadomość do końca i ciężko westchnął. Sama myśl, że Hancer była teraz z Cihanem, ścisnęła mu serce. Nie chodziło o zazdrość ani o urażoną dumę. W głębi duszy wiedział, że między tą dwójką nadal istniało coś, czego nie dało się przeciąć jednym postanowieniem.
— Mam nadzieję, że więcej nie dasz się skrzywdzić — wyszeptał.
Z kartką w dłoni poszedł do swojego pokoju. Przy ścianie stała walizka, niemy dowód rozmowy z poprzedniego dnia i decyzji, która wciąż wisiała nad nimi jak cień. Melih zatrzymał się w progu. Spojrzał na nią długo, potem na list od Hancer.
— Wczoraj powiedziałaś mi, że chcesz, żebyśmy stąd wyjechali — powiedział w myślach. — A dziś jesteś z mężczyzną, którego kochasz. Los znowu was do siebie prowadzi. Naprawdę tego nie widzisz?
Zacisnął palce na kartce, aż papier zmiął się w jego dłoni. Po chwili rzucił go na łóżko.
— Nie mam prawa niczego ci mówić — przyznał gorzko. — Nawet nie potrafię wyznać ci prawdy. Nie potrafię powiedzieć, że kocham Sinem. Nie mam odwagi.
Usiadł ciężko na łóżku. W pokoju, obok spakowanej walizki, został sam ze swoją tajemnicą i świadomością, że każdy kolejny dzień jeszcze bardziej wikłał ich wszystkich w kłamstwo, z którego coraz trudniej było się wyplątać.
***
Cihan rozpalił ogień w starym, wolnostojącym piecu, który stał pośrodku niewielkiej drewnianej chaty. Wnętrze było skromne, ale miało w sobie surowe ciepło. Ściany z ciemnych bali pamiętały wiele zim, pod niskim sufitem wisiały proste ozdoby, a przy oknach falowały cienkie, jasne firanki. Pod ścianą stał stary stół, obok niego drewniane krzesło i kilka prostych sprzętów. Na jednej ze ścian wisiał obraz w złotej ramie, na drugiej kolorowa tkanina. W kącie leżały suche gałęzie, a obok pieca stał kosz z drewnem. Wszystko pachniało kurzem, drewnem i chłodem opuszczonego miejsca, które dopiero zaczynało budzić się do życia pod wpływem ognia.
Cihan dorzucił kilka gałązek do paleniska, po czym zdjął płaszcz i ostrożnie okrył nim Hancer. Kobieta siedziała tuż przy piecu, zmarznięta i zmęczona po drodze przez las. Beżowy materiał otulił jej ramiona, a ona spojrzała na niego z troską.
— Zmarzniesz — powiedziała cicho.
— Nic mi nie będzie. — Usiadł obok niej. — Ty jesteś w ciąży. Musisz o siebie dbać. Zaraz ogień się rozpali i zrobi się cieplej. Z zimnem jakoś sobie poradzimy, ale obawiam się, że nie mamy nic do jedzenia.
Hancer sięgnęła do torebki i po chwili wyjęła czerwone jabłko. W półmroku chaty jego skórka błysnęła ciepłym kolorem.
— Na wszelki wypadek zawsze zabieram ze sobą jabłko — powiedziała z delikatnym uśmiechem. — Podzielimy się?
— Dziękuję. Zjedz sama.
— Nie ma mowy. Nie potrafiłabym jeść, wiedząc, że ty nic nie masz.
Cihan spojrzał na nią łagodniej.
— Dobrze. Zróbmy więc tak. Ty zacznij, a resztę zostaw mnie.
Hancer ugryzła kawałek jabłka, a potem podała mu owoc.
— Dalej, zjedz. Przerwij post. Inaczej nie będę spokojna.
Cihan zawahał się tylko przez chwilę, po czym wziął jabłko z jej dłoni i ugryzł kęs.
— Dobre jabłko — stwierdził.
Ich spojrzenia spotkały się ponad cichym trzaskiem ognia. Przez krótką chwilę zniknęły wszystkie pretensje, lęki i niewypowiedziane żale. W tej opuszczonej chacie, pośród drewnianych ścian i migoczącego blasku pieca, zostali tylko oni dwoje — zmęczeni, zmarznięci, ale zaskakująco bliscy sobie.


***
Derya stała w kuchni i z wyraźną przyjemnością podjadała sarmę z plastikowego pojemnika, który Cemil przyniósł do domu. Na stole, obok uchylonego pudełka, leżały także niewielkie, złociste wypieki i kawałki przekąsek, przygotowane na poczęstunek z okazji otwarcia salonu Yoncy. W tle na kuchence bulgotał garnek, ale Derya była zbyt zajęta próbowaniem jedzenia, by zwrócić na niego uwagę.
Wzięła do ręki kolejny zwinięty liść winogron i przyjrzała mu się z udawaną obojętnością.
— Nie jest zła — oceniła, przeżuwając powoli. — Ale moja była smaczniejsza.
Z głębi domu dobiegł naglący głos Emira:
— Mamo, przynieś sarmę!
Chłopca coraz mocniej ściskało w żołądku, ale Derya tylko przewróciła oczami.
— Dobrze, przyniosę — odpowiedziała głośniej, po czym mruknęła pod nosem: — Jakby nigdy wcześniej nie jadł sarmy…
Sięgnęła po następny kawałek. Przez chwilę kręciła nosem, jakby nie chciała przyznać, że jedzenie naprawdę jej smakowało.
— Jest całkiem niezła — przyznała w końcu niechętnie. — Resztę dam Emirowi. Cemil nie musi jeść.
W tym samym momencie do jej nosa dotarł ostry swąd spalenizny. Derya zamarła, a potem gwałtownie odwróciła głowę w stronę kuchenki.
— O nie, mój ryż!
Rzuciła się do blatu, ale w pośpiechu zahaczyła ręką o stojący na skraju stołu pojemnik. Pudełko przechyliło się, a jego zawartość rozsypała się po ceracie. Sarma potoczyła się na podłogę, obok niej upadły kawałki bułeczek i innych przekąsek.
Derya spojrzała najpierw na przypalający się ryż, potem na jedzenie rozrzucone u jej stóp. Jej twarz momentalnie pobladła.
— O nie… Sarma upadła, ryż się przypalił… Co ja teraz zrobię? — jęknęła, nie wiedząc, czy bardziej ratować garnek, czy poczęstunek, który miał trafić do Emira.
***
Sinem siedziała na łóżku w swoim pokoju. Wciąż słyszała w głowie słowa Meliha:
— Raz cię straciłem. Nie mogę stracić cię ponownie. Po ślubie wyprowadzimy się stąd.
Pokój był przestronny i jasny, urządzony w spokojnych, pastelowych barwach. Za plecami Sinem wznosił się wysoki, miękko tapicerowany zagłówek z kolorowych paneli, a po drugiej stronie stała biała toaletka z dużym lustrem. Ta pozorna cisza tylko mocniej podkreślała napięcie, które narastało w jej sercu.
Nagle drzwi otworzyły się gwałtownie. Do środka wpadła Beyza, ciągnąc za sobą zapłakaną Mine.
— Uspokój swoją córkę! — rzuciła ostro. — Nie daje mi spokoju, odkąd wróciła ze szkoły!
Sinem spojrzała na dziewczynkę łagodnie. Wiedziała, że Beyza przesadza, ale mimo to zwróciła się do córki spokojnym tonem:
— Kochanie, mówiłam ci, żebyś nie chodziła do salonu.
— Zobacz, co zrobiła z moim bukietem! — Beyza uniosła mały pęk białych tulipanów. Delikatne, jeszcze zamknięte pąki były pogniecione, a zielone liście powykrzywiane w jej dłoni. — Potarmosiła wszystkie kwiaty! Bezwstydnica!
Sinem gwałtownie wyrwała jej tulipany z rąk.
— Z tego powodu doprowadziłaś moje dziecko do płaczu? — zapytała drżącym z gniewu głosem. — Zaraz go naprawię. Będzie piękniejszy niż wcześniej.
Bez chwili wahania zaczęła niszczyć bukiet. Zgniatała białe pąki w dłoniach, rwała liście i łamała łodygi, patrząc Beyzie prosto w oczy.

— Chcesz, żebym ja ciebie rozerwała na strzępy?! — wrzasnęła Beyza.
Rzuciła się na Sinem i przycisnęła ją do ściany.
— Puść mnie! — syknęła Sinem. — Nikt nie będzie krzywdził mojej córki!
— Kim ty jesteś, żeby mnie pouczać?! — warknęła Beyza. — Jesteś tu tylko intruzem! Znaj swoje miejsce!
Podniosła rękę, jakby chciała ją uderzyć, ale Sinem zdołała ją powstrzymać. Przerażona Mine wyrwała się i wybiegła z pokoju.
— Nie zbliżaj się do mnie, Beyzo! — powiedziała Sinem stanowczo, wykręcając jej rękę. — Kazałam ci wyjść z mojego pokoju.
Beyza wyszarpnęła się i spojrzała na nią z pogardą.
— Jesteś zła na Meliha, bo jest z tą wieśniaczką, prawda? Nie możesz znieść szczęścia innych ludzi. Twoja córka jest taka sama jak ty. Zazdrośnica. Dlatego zniszczyła moje kwiaty.
— Nie waż się mówić o mojej córce!
— Wiem, co z tobą zrobię! — Beyza popchnęła Sinem na łóżko i chwyciła ją za włosy. — Na razie milczę tylko dlatego, że nie chcę psuć sobie najpiękniejszego dnia. Ale kiedy odnowię przysięgę, pokażę ci! Powiem Cihanowi o tobie i Melihu!
— Nawet się nie waż!
W tej samej chwili do pokoju szybkim krokiem weszła Mukadder, trzymając Mine za rękę. Tuż za nią pojawiły się Fadime i Gulsum. Dziewczynka była wystraszona, a na jej twarzy wciąż malował się szok po tym, co zobaczyła.
— Co tu się dzieje?! — krzyknęła Mukadder.
Beyza natychmiast puściła Sinem i odwróciła się do służących.
— A wy dlaczego tu stoicie? Nie macie nic do roboty? To nie jest przedstawienie! Dalej, do pracy!
Fadime i Gulsum pospiesznie wyszły z pokoju.
Mukadder spojrzała surowo raz na Beyzę, raz na Sinem.
— Czy wam nie wstyd? Tak mają zachowywać się synowe rodziny Develioglu? I to jeszcze przy służbie? Co za hańba!
Beyza wygładziła bluzkę, uniosła głowę i z trudem przywołała na twarz chłodny spokój.
— Miałyśmy mały problem, ale wszystko już sobie wyjaśniłyśmy — oznajmiła, po czym odwróciła się i wyszła z pokoju.
Mine natychmiast podbiegła do matki i wtuliła się w nią mocno. Sinem objęła córkę, jakby chciała osłonić ją przed całym światem.

Powyższy tekst stanowi autorskie streszczenie i interpretację wydarzeń z serialu Gelin. Inspiracją do jego stworzenia był film Gelin 170.Bölüm dostępny na oficjalnym kanale serialu w serwisie YouTube. W artykule zamieszczono również zrzuty ekranu pochodzące z tego odcinka, które zostały użyte wyłącznie w celach informacyjnych i ilustracyjnych. Wszystkie prawa do postaci, fabuły i materiału źródłowego należą do ich prawowitych właścicieli.






