„Panna młoda” Odc. 230 — streszczenie
Cihan i Hancer siedzieli przy starym, żeliwnym piecu w górskiej chacie. W pomieszczeniu panował ciepły półmrok. Drewniane ściany, białe firanki w małym oknie, wiklinowy kosz z polanami i stos suchych gałęzi na podłodze tworzyły surową, ale przytulną atmosferę. Za ich plecami stał prosty stół, na ścianie wisiały stare ozdoby i patelnia, a na przykrytym wzorzystą tkaniną blacie migotała lampa naftowa. Hancer siedziała otulona beżowym płaszczem, trzymając na kolanach czarną pikowaną torebkę. Cihan, ubrany na ciemno, spoglądał na nią z powagą, jakby cisza między nimi stała się cięższa od wszystkiego, co do tej pory przemilczeli.
— Zapytałem cię o coś w samochodzie — przypomniał. — Złapaliśmy gumę, zanim zdążyłaś odpowiedzieć. Jaką prawdę znasz, której nie zna nikt inny?
Hancer przełknęła ślinę. Przez chwilę patrzyła na swoje splecione dłonie, szukając odpowiedzi, która nie zdradziłaby zbyt wiele.
— Moje emocje są ostatnio silniejsze niż zwykle — odparła ostrożnie. — W ciąży zdarzają się wzloty i upadki. Pogrzeb też na mnie wpłynął.
Cihan nie odrywał od niej wzroku.
— Jak to jest nosić w sobie życie?
— Beyza na pewno ci o tym opowiadała.
— Ciekawi mnie, co ty czujesz.
Hancer zamilkła. W jej oczach pojawił się smutek, którego nie potrafiła ukryć.
Chciałabym powiedzieć, że to małe serce, które we mnie bije, jest owocem naszej miłości — pomyślała. — Chciałabym powiedzieć ci, że cząstka ciebie jest we mnie i właśnie dlatego nie potrafię cię puścić.
— Jak to wyjaśnić? — zaczęła po chwili, powoli dobierając słowa. — To tak, jakby ciało przestało być tylko kośćmi, mięśniami i skórą. Nagle rozumiesz, że twoje życie jest jego życiem. Twoje serce staje się jego sercem. Nosisz je w swoim ciele, a ono nosi ciebie w swojej duszy. Jesteś jego pierwszym domem. Czasami przetrwasz tylko dzięki sile, którą od niego dostajesz. Jakby wszystko, co było wcześniej, przestało istnieć. Zostajesz tylko ty i ono. Ludzie mówią o dzieciach: „moja dusza”. I to naprawdę tak jest. Ono staje się twoją duszą.
Cihan słuchał jej w milczeniu. Jej słowa poruszyły w nim coś głęboko ukrytego.
— Twoja dusza… to dziewczynka czy chłopiec?
Hancer pokręciła głową.
— Nie wiem.
— Jak to nie wiesz? Nie byłaś u lekarza?
— Co za różnica? — zapytała cicho. — Bez względu na płeć to będzie moje dziecko. Czy nie powinnam kochać go bardziej niż własne życie?
Cihan utkwił w niej spojrzenie.
— Powiedziałam coś nie tak? — zapytała, zaskoczona jego milczeniem.
— Nie — odparł po chwili. — Po prostu… kiedy tak mówiłaś, pomyślałem o mojej mamie. Pamiętasz, jak wywierała na nas presję w sprawie wnuka?
Odwrócił wzrok. Przez moment wyglądał tak, jakby chciał spojrzeć gdzieś daleko, ale ciasne, drewniane ściany chaty zatrzymywały go w miejscu.
— Chciałbym mieć córkę — wyznał ciszej. — Kogoś podobnego do ciebie.
Hancer spojrzała na niego z poruszeniem. Na jej twarzy pojawił się ledwie dostrzegalny uśmiech, pełen czułości i bólu zarazem. Cihan natychmiast wstał, jakby przestraszył się własnej szczerości. Nie czekając na jej odpowiedź, wyszedł na zewnątrz, zostawiając ją przy piecu z tym jednym zdaniem, które jeszcze długo miało rozbrzmiewać w jej sercu.


***
Derya, Cemil i Emir zasiedli do kolacji w niewielkim, skromnym pokoju o błękitnych ścianach. Przy stole nakrytym ceratą stał garnek z duszonymi ziemniakami w czerwonym sosie. Obok ustawiono talerze, dzbanek z wodą, koszyk z chlebem i niewielką sałatkę. Wszystko wyglądało zwyczajnie i ubogo, a mina Emira od razu zdradziła rozczarowanie.
— Będziemy jeść same ziemniaki? — zapytał chłopiec z zawodem.
— Nie, jest jeszcze pieczona jagnięcina… — odparła Derya, jakby mówiła najpoważniej na świecie.
Cemil spojrzał na nią z wyrzutem.
— Dlaczego żartujesz sobie z dziecka?
— Będzie musiał zadowolić się ziemniakami i ryżem — odpowiedziała Derya, nakładając jedzenie na talerze. — To wszystko, co mamy.
Emir spuścił wzrok na talerz.
— A gdzie sarma?
Derya znieruchomiała na moment.
— Nie ma żadnej sarmy.
— Jak to nie ma? Przecież przynieśliśmy.
— Zjadłam dwa kawałki sama, a potem zdarzył się wypadek i wszystko upadło na podłogę.
Nagle twarz Deryi wykrzywił bolesny grymas. Kobieta przyłożyła dłoń do brzucha i skuliła się na krześle.
— O nie… mój brzuch… coś mnie skręca — jęknęła. Po chwili spojrzała na syna z pretensją. — Zjadłam tylko dwa kawałki sarmy i już mi pożałowałeś, prawda?
— Wypiłaś zimną wodę na pusty żołądek — stwierdził Cemil. — Dlatego tak się czujesz.
Emir westchnął, nieświadomy, że za chwilę zdradzi sekret.
— Sarma, którą dostaliśmy od Yoncy, wyglądała naprawdę doskonale.
Derya gwałtownie podniosła głowę. Na jej twarzy pojawił się szok.
— Wzięliście tę sarmę od Yoncy?!
Cemil od razu zrozumiał, że chłopiec powiedział za dużo.
— Deryo, naprawdę nie chciałem — zaczął się tłumaczyć. — Ona nalegała. Dosłownie mnie zmusiła.
— Dość! — przerwała mu ostro Derya. — Nie wspominaj mi o Yoncy!
Zerwała się od stołu i pobiegła do łazienki, trzymając się za brzuch.
Dopiero teraz prawda uderzyła ją z całą siłą. Sama zatruła sarmę, żeby Yonca i goście, którzy przyszli na otwarcie salonu, pochorowali się po jedzeniu. Los jednak zakpił z niej okrutnie. Przygotowane danie wróciło do jej domu, a trucizna trafiła prosto do jej żołądka. Derya wpadła we własne sidła. Chciała zaszkodzić innym, a teraz sama musiała ponieść konsekwencje swojej podłości.


***
Mine leżała na dużym łóżku, wtulona w matkę. Pokój tonął w ciepłym świetle nocnej lampki, stojącej na szafce obok ramki ze zdjęciem. Za ich plecami wznosiło się wysokie, miękkie wezgłowie z kolorowych, pikowanych paneli. W tej przytulnej przestrzeni smutek dziewczynki wydawał się jeszcze bardziej bolesny.
Mine cicho płakała, a Sinem obejmowała ją ramieniem i gładziła po włosach.
Moja owieczko, nie mogę patrzeć, jak wzdychasz i płaczesz — pomyślała z bólem. — Plany Beyzy są jasne. Teraz, kiedy znowu jest panią domu, zdepcze każdego, kto stanie jej na drodze. Od tej chwili w tym domu nie będzie można spokojnie oddychać. Nie mogę zostawić cię w tym chaosie. Melih ma rację. Nie mamy innego wyjścia. Musimy się stąd wydostać.
— Kochanie, nie płacz już — poprosiła łagodnie. — Spróbuj zasnąć, dobrze?
Mine uniosła zapłakaną twarz.
— Mamo, czy mogę dziś spać z tobą?
— Oczywiście, kochanie. Dzisiaj śpimy razem — zgodziła się Sinem i mocniej przytuliła córkę.
Przez chwilę milczała, jakby ważyła każde następne słowo. W końcu odezwała się cicho:
— Mine, a co byś powiedziała, gdybyśmy wyjechały?
Dziewczynka spojrzała na nią z zaciekawieniem.
— Dokąd? Do babci i dziadka?
— Nie. Nie do nich. Gdzieś daleko. Do innego miasta.
— Tylko my dwie?
Sinem uśmiechnęła się nieznacznie.
— A kogo jeszcze chciałabyś zabrać?
Twarz Mine natychmiast się rozjaśniła. W jej oczach, jeszcze przed chwilą pełnych łez, pojawiła się dziecięca radość.
— Brata Meliha! On też powinien pojechać z nami.
Sinem czekała właśnie na tę odpowiedź. Delikatny uśmiech przemknął po jej twarzy.
— Dobrze. Powiem mu, żeby pojechał z nami.
— Jupi! Wyjeżdżamy stąd! — zawołała dziewczynka, na moment zapominając o całym smutku.


Sinem natychmiast przyłożyła palec do ust.
— Ciii… Posłuchaj mnie uważnie. Nikt nie może o tym usłyszeć. To będzie nasza tajemnica. Obiecaj mi, że nikomu nie powiesz, o czym rozmawiałyśmy.
Mine spoważniała i skinęła głową.
— Obiecuję.
Sinem objęła ją mocno, jakby chciała osłonić córkę przed całym światem. Dziewczynka wtuliła się w nią ufnie, a w pokoju znów zapadła cisza. Tym razem jednak nie była już tak ciężka. Między matką i córką pojawiła się nadzieja — krucha, ukryta i niebezpieczna, ale prawdziwa.
***






