„Panna młoda” Odc. 147 – streszczenie
Engin i Cihan weszli do gabinetu komisarza w ciężkiej, napiętej ciszy. W powietrzu unosił się zapach kawy i papierów, a chłodne światło jarzeniówek nadawało pomieszczeniu surowy, niemal duszny charakter.
Cihan przekroczył próg pewnym krokiem, ale zatrzymał się gwałtownie, gdy jego wzrok padł na siedzącą pod ścianą Hancer.
Nie spodziewał się jej tutaj.
Hancer siedziała wyprostowana w fotelu, z dłońmi splecionymi na kolanach. Jej twarz pozostawała spokojna, lecz chłód w oczach zdradzał, że gniew jeszcze w niej nie wygasł.
Engin spojrzał kolejno na jedno i drugie, po czym cicho zamknął za sobą drzwi.
Cihan powoli usiadł naprzeciwko byłej żony. Przez kilka sekund żadne z nich się nie odezwało. Patrzyli na siebie twardo, jakby każde czekało, kto pierwszy ustąpi.
Komisarz odchrząknął i odłożył długopis.
— Ta pani jest pańską byłą żoną, prawda? — zwrócił się do Cihana oficjalnym tonem.
— Tak — odpowiedział krótko.
— Twierdzi, że wysłał pan człowieka, aby ją śledził. Według jej zeznań próbował pan kontrolować każdy jej krok i utrudniał jej pracę. Czy to prawda?
W gabinecie zapadła cisza.
Engin zerknął na przyjaciela ostrzegawczo, jakby chciał powstrzymać go przed kolejnym wybuchem.
Cihan jednak nawet nie próbował się bronić.
— Tak. To prawda — powiedział spokojnie.
Komisarz uniósł brwi, wyraźnie zaskoczony jego bezpośredniością.
— Ale moja była żona nie powiedziała wszystkiego — dodał Cihan, nie odrywając wzroku od Hancer. — Poszedłem też pod jej drzwi i groziłem jej.
Hancer drgnęła lekko, lecz nadal milczała.
— Skoro już tu jesteśmy, ja również chcę złożyć skargę — ciągnął dalej chłodnym tonem. — Wtargnęła do mojej firmy, urządziła awanturę i zniszczyła wyposażenie gabinetu. Jeśli ja mam zostać ukarany, ona także powinna ponieść konsekwencje.
Komisarz spojrzał na Hancer.
Dziewczyna powoli podniosła głowę.
— Nie zaprzeczam — powiedziała spokojnie. — Tak, poszłam do jego firmy. Tak, zniszczyłam jego rzeczy.
Na moment jej spojrzenie spotkało się ze wzrokiem Cihana.
— I nie żałuję tego.
Cihan zacisnął szczękę.
— Jeśli trzeba, przyjmę karę — dodała Hancer. — Ale nie pozwolę, żeby dalej ingerował w moje życie.
Komisarz westchnął ciężko i oparł się wygodniej w fotelu.
— Wy dwoje chyba bardziej potrzebujecie mediatora rodzinnego niż policji — mruknął pod nosem.
Engin niemal parsknął śmiechem, ale widząc minę Cihana, szybko spoważniał.
Komisarz zamknął teczkę i spojrzał na nich surowo.
— Posłuchajcie mnie uważnie. Jedno oskarża drugie, ale z tego, co widzę, oboje zachowujecie się równie nierozsądnie. Pan — zwrócił się do Cihana — nie ma prawa śledzić byłej żony ani ingerować w jej życie zawodowe. A pani — spojrzał na Hancer — nie może urządzać demolki w cudzej firmie.
Hancer odwróciła wzrok.
Cihan siedział nieruchomo, ale napięcie malujące się na jego twarzy zdradzało, że ledwo nad sobą panuje.
Komisarz przez chwilę obserwował ich w milczeniu.
— Więc jak będzie? — zapytał w końcu. — Zamierzacie oficjalnie podtrzymać wzajemne skargi, czy zakończycie to tutaj?
W pomieszczeniu znów zapadła ciężka cisza.
Byli małżonkowie patrzyli na siebie długo i uparcie, jakby każde próbowało odczytać myśli drugiego.
***
W następnej scenie oboje siedzieli już w sąsiadujących ze sobą celach. Oddzielały ich jedynie zimne, metalowe kraty, które rzucały długie cienie na jasną podłogę komisariatu. W środku panowała duszna cisza, przerywana jedynie odległymi odgłosami kroków i trzaskaniem drzwi gdzieś na korytarzu.
Hancer siedziała sztywno na drewnianej ławce, z rękami splecionymi na kolanach. Cihan znajdował się naprzeciwko niej, po drugiej stronie krat. Oboje milczeli przez dłuższą chwilę, ale napięcie między nimi było niemal namacalne.
W końcu Hancer odwróciła głowę i spojrzała na niego chłodno.
— Gratulacje — powiedziała z wyraźnym sarkazmem. — Dopiąłeś swego. Zrobiłeś wszystko, żeby uniemożliwić mi pracę. Czy teraz jest ci lżej?
Cihan oparł dłonie na kolanach i zmrużył oczy.
— Nie obwiniaj mnie za to, co sama sprowadziłaś na siebie — odpowiedział twardo. — Ostrzegałem cię od samego początku. Powiedziałem, żebyś zrezygnowała z tej pracy. Ale ty uparcie robiłaś mi na przekór.
— Praca to nie przestępstwo.
— Dla ciebie może nie. Ale dla mnie to upokorzenie. — Jego głos stwardniał jeszcze bardziej. — Myślałaś, że będę spokojnie patrzył, jak była żona Cihana Develioglu chodzi po obcych domach i sprząta cudzy bałagan?
Hancer prychnęła cicho.
— Ach, więc znowu chodzi tylko o twoją dumę i nazwisko.
— Chodzi o ciebie! — wybuchł nagle. — Nie rozumiesz tego? Gdybyś po prostu milczała i przestała walczyć ze mną, nie siedzielibyśmy teraz tutaj.
— Nie. — Pokręciła głową. — Siedzimy tutaj dlatego, że próbujesz kontrolować każdy mój krok.
Cihan podniósł się gwałtownie z ławki. Drewniane nogi zaskrzypiały o podłogę.
— Poszłaś na policję i oskarżyłaś mnie — powiedział niskim, ostrzegawczym tonem. — To będzie miało swoją cenę. Przestaniesz sprzątać, czy tego chcesz, czy nie.
Hancer także wstała.
Stanęli naprzeciw siebie, oddzieleni kratami. Patrzyli sobie prosto w oczy z taką zawziętością, jakby każde chciało zmusić drugie do ustąpienia.
— Myślisz, że powstrzymasz mnie agresją? — zapytała chłodno Hancer.
Na ustach Cihana pojawił się gorzki uśmiech.
— Oczywiście. Spójrz na nas. Jesteśmy zamknięci w celi. Nic nie możesz zrobić.
— Doprawdy? To teraz spróbuj mnie powstrzymać, jeśli potrafisz.
Hancer nagle odwróciła się w stronę korytarza.
— Strażnik! — zawołała donośnie.
Cihan westchnął ciężko i odwrócił głowę, jakby już przeczuwał kolejną prowokację.
Po dłuższej chwili przy kratach pojawił się młody policjant.
— Dlaczego pani krzyczy? Co się stało? — zapytał zniecierpliwiony.
Hancer spojrzała na niego z całkowitą powagą.
— Czy może mi pan przynieść szmatkę?
Policjant zamrugał zdezorientowany.
— Słucham?
— Szmatkę. Albo coś do wycierania.
— Hancer, przestań… — mruknął ostrzegawczo Cihan.
Dziewczyna kompletnie go zignorowała.
— Jestem chorobliwie pedantyczna — wyjaśniła spokojnie policjantowi. — Tutaj jest strasznie brudno. Nie mogę nawet usiąść. Jeśli trochę posprzątam, będę się lepiej czuła.
Policjant spojrzał bezradnie na Cihana, potem znów na nią.
— To… raczej zabronione, proszę pani.
— W takim razie chociaż chusteczkę higieniczną — poprosiła słodkim tonem. — Jedną malutką.
— Proszę jej nie słuchać — wtrącił Cihan coraz bardziej poirytowany. — Robi to specjalnie.
Hancer posłała mu ostre, triumfujące spojrzenie.
— Proszę — powiedziała ponownie do policjanta. — Chociaż przetrę ławkę.
Funkcjonariusz westchnął i sięgnął do kieszeni.
— Jedna chusteczka wystarczy?
— Dwie — odpowiedziała natychmiast.
Policjant podał jej dwie chusteczki, po czym odszedł, kręcąc głową z niedowierzaniem.
Hancer rozłożyła je z przesadną starannością, następnie przykucnęła przy ławce i zaczęła dokładnie ją wycierać.
Cihan obserwował ją w milczeniu, coraz bardziej zirytowany.
A ona… ledwo powstrzymywała uśmiech.
Nawet zamknięta w policyjnej celi potrafiła znaleźć sposób, by działać mu na nerwy.


***
Sinem pojawiła się na postoju taksówek zupełnie niespodziewanie. Żółte samochody stały ustawione jeden obok drugiego, a w powietrzu unosił się zapach benzyny i wilgotnych od morza drzew. Melih właśnie rozmawiał z kolegą przy jednej z taksówek, gdy nagle ją zauważył.
Zamarł.
Nie spodziewał się jej tutaj.
— Sinem? — zapytał z wyraźnym zaskoczeniem, podchodząc bliżej. — Skąd się tu wzięłaś? Czy Cihan wie, że przyszłaś?
W jego głosie pobrzmiewał niepokój, ale ona tylko spojrzała na niego spokojnie.
— Jeśli już skończyłeś mnie przesłuchiwać i prowokować, możemy porozmawiać?
Melih westchnął cicho. Wystarczyło jedno spojrzenie, by zrozumiał, że przyszła tu z czymś ważnym.
Odwrócił się w stronę kolegi pochylonego nad otwartą maską samochodu.
— Gokhanie, wrócę za pół godziny — rzucił.
— Jasne, idź — odpowiedział tamten bez odrywania wzroku od silnika.
Melih ruszył obok Sinem. Oddalili się od postoju i skierowali w stronę nadmorskiej alejki. Szli powoli brukowaną ścieżką, otoczeni drzewami poruszającymi się lekko od morskiego wiatru. Przez dłuższą chwilę żadne z nich się nie odzywało.
Słychać było jedynie ich kroki i odległy szum fal.
W końcu Melih spojrzał na nią z ukosa.
— Więc? — odezwał się łagodnie. — Przyszłaś tutaj tylko po to, żeby milczeć?
Sinem zacisnęła mocniej dłoń na pasku torebki.
— Podjęłam decyzję — powiedziała cicho. — Właśnie dlatego przyszłam.
Melih spoważniał.
— Słucham cię.
Przez chwilę wpatrywała się w drogę przed sobą, jakby zbierała odwagę.
— Rozmawiałam z Cihanem. Wrócił z zagranicy, więc poszłam się z nim spotkać. Powiedziałam mu, że chcę wyjść za mąż.
Melih zatrzymał się na moment.
— I co? — zapytał ostrożnie. — Dowiedział się o mnie?
Na twarzy Sinem pojawił się gorzki uśmiech.
— Niestety nawet do tego nie doszliśmy.
Zatrzymała się i odwróciła w jego stronę. Za jej plecami błyszczało morze, a promienie słońca przesączały się przez gałęzie drzew.
— Miałeś rację — przyznała cicho. — Byłam pewna, że Cihan stanie po mojej stronie, ale bardzo się pomyliłam. Dla niego liczy się tylko nazwisko Develioglu… reputacja, pozory, opinia ludzi.
Jej głos lekko zadrżał.
— Moje uczucia, moje pragnienia, moje szczęście… nic z tego go nie obchodzi. Nawet mnie nie wysłuchał. Krzyczał na mnie. Groził, że odbierze mi córkę.
Melih momentalnie spochmurniał.
— Sinem…
— To właśnie boli mnie najbardziej — wyszeptała. — Nigdy nie spodziewałam się tego po własnym bracie.
Melih zrobił krok bliżej.
— Nie denerwuj się już — powiedział spokojnym tonem. — Powiedziałaś mu, że chcesz poślubić mężczyznę, którego nie zna. To było dla niego jak cios. A gdyby dowiedział się o mnie… pewnie nawet nie pozwoliłby ci dokończyć zdania.
Sinem podniosła wzrok i spojrzała mu prosto w oczy. Po raz pierwszy od dawna w jej spojrzeniu nie było strachu.
— Już mnie nie obchodzi, kto co powie — oznajmiła stanowczo. — Od teraz sama będę decydowała o swoim życiu. Nie potrzebuję niczyjego pozwolenia.
Melih patrzył na nią w milczeniu.
— Jeśli nadal jesteś pewny swoich uczuć… — dodała ciszej — przyjdź i poproś mojego ojca o moją rękę.
Na twarzy Meliha pojawiło się niedowierzanie. Przez chwilę stał nieruchomo, jakby przestał oddychać. W jego oczach błysnęło wzruszenie i radość, których nie potrafił ukryć.
Sinem spuściła wzrok i uśmiechnęła się blado.
— Nic nie powiesz? — zapytała po chwili. — Rozumiem… Poddałeś się.
Odwróciła się i ruszyła przed siebie, ale Melih natychmiast oprzytomniał.
— Sinem! — zawołał.
Dogonił ją po kilku krokach i chwycił delikatnie za obie dłonie.
— O jakim poddaniu mówisz? — powiedział z przejęciem. — Czy istnieje na tym świecie większe marzenie niż ty?
Patrzył na nią tak, jakby poza nią nic więcej się nie liczyło.
— Uczynię cię najszczęśliwszą kobietą na świecie — obiecał. — Sama nie uwierzysz, jak bardzo będę cię kochał. A wszyscy, którzy w nas wątpili… wszyscy, którzy próbowali nas rozdzielić… jeszcze będą patrzeć na nas z podziwem.
Jego głos stwardniał lekko przy ostatnich słowach.
— Obiecuję ci to.
Na twarzy Sinem pojawił się ciepły, nieśmiały uśmiech.
Kamera oddaliła się powoli, ukazując ich stojących pośrodku nadmorskiej alejki. Trzymali się za ręce i patrzyli sobie w oczy, otoczeni szumem drzew, błękitem morza i spokojnym światłem jesiennego popołudnia.



***
Hancer nie przestawała szorować ławki. Z uporem przesuwała wilgotną chusteczkę po jasnym drewnie, jakby od dokładności tego zajęcia zależało jej być albo nie być. W pustej celi słychać było jedynie cichy szelest papieru i miarowy oddech Cihana.
Podniosła zabrudzoną chusteczkę i spojrzała na niego z prowokującym spokojem.
— Spójrz tylko, jakie to brudne — powiedziała z wyraźną satysfakcją. — Ludzie naprawdę tutaj siedzą w takich warunkach?
Zwilżyła kolejną chusteczkę wodą z plastikowej butelki i ponownie zaczęła wycierać ławkę, jeszcze dokładniej niż wcześniej.
Cihan obserwował ją przez chwilę w milczeniu, coraz mocniej zaciskając szczękę.
— Hancer, nie bądź absurdalna! — wybuchł w końcu. — Czy ty w ogóle zdajesz sobie sprawę, gdzie jesteśmy? To nie salon w rezydencji. To cela!
Nie spojrzała na niego.
— Wiem. Ale cela też wymaga sprzątania.
Cihan odchylił głowę do tyłu i przymknął oczy.
— Boże… daj mi cierpliwość — mruknął pod nosem.
Na ustach Hancer pojawił się cień uśmiechu.
— Proś o nią dalej. Bardzo ci się przyda. Nie pozwoliłeś mi sprzątać w domach, więc teraz spróbuj powstrzymać mnie tutaj.
— Ty naprawdę oszalałaś — rzucił ostro. — Jeszcze ktoś pomyśli, że postradałaś zmysły i zamkną cię w szpitalu psychiatrycznym.
Dopiero wtedy uniosła wzrok.
— To nawet byłoby wygodne. Ty wreszcie przestałbyś wysyłać za mną ludzi, a ja uwolniłabym się od twojej tyranii.
Cihan zaśmiał się krótko, gorzko.
— Ja też tam trafię. Przez ciebie. Doprowadzasz mnie do szaleństwa każdego dnia.
Hancer odłożyła chusteczkę i przysunęła się bliżej krat oddzielających ich cele. Usiadła naprzeciw niego, niemal twarzą w twarz.
— Powiedz mi prawdę — odezwała się cicho, ale stanowczo. — Wcale nie chodzi o sprzątanie, prawda? Ty po prostu chcesz mnie ukarać. Chcesz mnie kontrolować dla samej zasady.
W oczach Cihana błysnęło coś niebezpiecznego. Nagle chwycił ją za rękę i przyciągnął gwałtownie do krat. Metalowe pręty boleśnie wbiły się między nich, ale żadne nie odsunęło się ani o centymetr.
— To nie są tortury — powiedział niskim, drżącym głosem. — Torturą jesteś ty. To, że nie potrafię do ciebie dotrzeć. Że każdej nocy myślę tylko o tobie. Zastanawiam się, gdzie jesteś, z kim rozmawiasz, kto na ciebie patrzy…
Jego palce zacisnęły się mocniej na jej przegubie.
— To jest tortura, Hancer.
Spojrzała mu prosto w oczy.
— W takim razie przestań o mnie myśleć. Uznaj mnie za martwą. Rok temu nawet nie wiedziałeś, że istnieję. Żyłeś spokojnie. Teraz też możesz żyć tak samo.
— Nie mogę! — syknął. — Bo jesteś. I nic tego nie zmieni.
Jego głos stwardniał.
— Wbiłaś mi sztylet prosto w serce. Zostawiłaś ranę, która nigdy się nie zagoi. Dlaczego jesteś tak uparta? Powiedz po prostu, że zrozumiałaś swój błąd i więcej nie będziesz sprzątać.
Hancer pokręciła głową.
— Mam po prostu własne życie. Takie, do którego ty nie pasujesz.
Cihan momentalnie zesztywniał.
— Kto więc pasuje? — zapytał chłodno. — Jeśli nie ja… to kto?
Mimowolnie ścisnął jej rękę jeszcze mocniej. Hancer syknęła z bólu.
— Cihanie… puść mnie. To boli.
— Nie puszczę! — wybuchł nagle. — Powiedz mi, z kim się spotykasz! Kim jest ten mężczyzna?!
— Puść mnie! Naprawdę mnie ranisz…
Podniesione głosy przyciągnęły uwagę policjanta. Strażnik pojawił się przed kratami i zmarszczył brwi.
— Co tu się dzieje? — zapytał ostro. — Proszę natychmiast zostawić kobietę.
Cihan nawet na niego nie spojrzał.
— Rozmawiamy — rzucił krótko, nie odrywając wzroku od Hancer.
W jego oczach buzowała zazdrość i gniew.
— Dlaczego milczysz? — naciskał dalej. — Masz kogoś? Odpowiedz mi!
Policjant wszedł do celi i spróbował odciągnąć go od Hancer, ale Cihan nie reagował. Dopiero gdy funkcjonariusz uderzył go pałką w ramię, puścił jej dłoń.
Hancer cofnęła się gwałtownie, przyciskając rękę do piersi.
W tej samej chwili w korytarzu pojawił się komisarz.
— Co tu się dzieje?! — zapytał podniesionym głosem.
— Ten mężczyzna szarpał kobietę — wyjaśnił policjant. — Ostrzegłem go, ale nie chciał puścić. Musiałem użyć siły.
Komisarz spojrzał chłodno na Cihana.
— Zabierz go pod prysznic — rozkazał. — Może zimna woda ostudzi jego temperament. A jeśli nie… zastosujemy ostrzejsze środki. Jasne, panie Develioglu?
Cihan poprawił marynarkę i spojrzał gniewnie na Hancer.
— Jasne — odpowiedział lodowato.
Policjant chwycił go za ramię i wyprowadził z celi.
Gdy ich kroki ucichły w korytarzu, w pomieszczeniu zapadła cisza.
Hancer powoli oparła się o betonową ścianę. Na jej twarzy pojawił się smutny, ledwie widoczny uśmiech.
Delikatnie objęła dłońmi lekko zaokrąglony brzuch.
— Tak… mam kogoś — wyszeptała pod nosem. — Jest częścią ciebie. Najcenniejszą rzeczą, jaką po sobie zostawiłeś.
Przymknęła oczy.
— I właśnie dla niego to wszystko robię.



***
Wieczorem na komisariacie panowała ciężka, duszna atmosfera. Korytarze były niemal puste, a chłodne światło jarzeniówek odbijało się od szarych ścian. W pokoju przesłuchań, przy metalowym stole, naprzeciw siebie siedzieli Cihan i Engin.
Engin wyglądał na zmęczonego. Poluzował krawat i oparł splecione dłonie na blacie. Obok leżała skórzana teczka.
Przez chwilę milczał, przyglądając się przyjacielowi z niedowierzaniem.
— Bracie… co ty właściwie wyprawiasz? — zapytał w końcu ciężkim tonem. — Musiałem się nieźle nagimnastykować, żeby uspokoić komisarza i wyjaśnić całą sytuację. Naprawdę chcesz, żeby oddali cię w ręce prokuratora?
Cihan siedział nieruchomo, z rękami splecionymi przed sobą. W jego oczach wciąż tlił się gniew.
— Enginie, nic mnie to nie obchodzi — odpowiedział chłodno. — Jeśli chcą, mogą nawet zaprowadzić mnie na szubienicę. Nie cofnę się. Hancer nie podejmie tej pracy.
Engin westchnął przeciągle i odchylił się na krześle.
— Czasami naprawdę cię nie rozumiem — mruknął. — Zachowujesz się tak, jakbyś walczył z całym światem.
Cihan zignorował tę uwagę.
— Powiadomiłeś brata Hancer? — zapytał po chwili. — Na pewno się martwią.
— Przyszedłem tutaj z myślą, że wyciągnę cię z tego bałaganu — odparł Engin. — Ale nie wiedziałem, że zdążyłeś wywołać kolejny incydent w celi.
Potarł czoło dłonią, wyraźnie zirytowany.
— Mistrz Ertugrul powiedział mi, że brat Hancer siedzi u niego i wypytuje o siostrę. Kiedy on i Derya dowiedzieli się, że Hancer nie pojawiła się w pracy, od razu pomyśleli o tobie. I szczerze? Wcale mnie to nie dziwi. To przecież nie pierwszy raz, kiedy tracisz nad sobą panowanie.
Na twarzy Cihana pojawił się cień napięcia.
— Powiedz mi tylko jedno — odezwał się ciszej. — Dasz radę wyciągnąć nas rano?
Engin spojrzał na niego uważnie.
— Mam taką nadzieję. O ile przez noc znowu nie rzucisz się komuś do gardła.
Cihan zacisnął szczękę.
— Nie obchodzi mnie, co będzie ze mną — powiedział stanowczo. — Ale Hancer nie powinna tutaj siedzieć. Wycofaj pozew i zabierz ją stąd jak najszybciej.
Engin pokręcił głową.
— To już niczego nie zmieni. Nawet jeśli wycofałbyś wszystko teraz, i tak nie wypuszczą jej przed świtem. Ciebie zresztą tak samo.
Na jego ustach pojawił się lekki, pełen niedowierzania uśmiech.
— Chociaż szczerze mówiąc… czego ty właściwie chcesz? Najpierw robisz wszystko, żeby zamknąć ją w czterech ścianach, a chwilę później próbujesz ją stąd wyciągnąć.
Cihan milczał.
— Wiesz, co jest najciekawsze? — ciągnął Engin. — Gdy policjant zabrał cię z celi, Hancer natychmiast wycofała skargę przeciwko tobie.
Uniósł brwi i pokręcił głową z bezradnością.
— Naprawdę was nie rozumiem. Patrzę na was i nie potrafię stwierdzić, czy się kochacie, czy próbujecie się nawzajem zniszczyć.
Słowa Engina zawisły ciężko w powietrzu.
Cihan nie odpowiedział. Opuścił tylko wzrok i zacisnął dłonie mocniej, jakby sam nie potrafił znaleźć odpowiedzi na to pytanie.

***
Nazajutrz przed komisariatem panował chłodny, jasny poranek. Na dziedzińcu przed budynkiem policji czekali już Cemil i Ertugrul. Obaj wyglądali na zmęczonych nieprzespaną nocą, ale to Cemil kipiał od tłumionego gniewu. Gdy tylko zobaczył wychodzących z budynku Hancer i Cihana, natychmiast ruszył w ich stronę.
Hancer szła powoli, blada i wyraźnie wyczerpana. Cihan trzymał się kilka kroków za nią, milczący i napięty. Engin podążał obok niego, obserwując sytuację z rosnącym niepokojem.
Cemil zatrzymał się przed Cihanem i spojrzał mu prosto w oczy.
— Co cię właściwie obchodzi Hancer? — zapytał ostro. — Kim ty jesteś, żeby decydować o tym, gdzie pracuje i dokąd chodzi?
W jego głosie pobrzmiewała wściekłość.
— Moja siostra ma brata, który potrafi zadbać o jej bezpieczeństwo. Nie potrzebuje żadnej innej ochrony. A już na pewno nie twojej.
Cihan zacisnął szczękę. Przez moment wyglądał, jakby miał odpowiedzieć równie ostro, ale zapanował nad sobą. Zamiast tego spojrzał na Hancer.
Jego głos nagle złagodniał.
— Nie wyglądasz dobrze — powiedział cicho. — Kiedy wrócisz do domu, połóż się i odpocznij. A potem zadzwoń do firmy sprzątającej i rozwiąż umowę.
Hancer zmarszczyła brwi i spojrzała na niego zaskoczona.
— Skąd wiesz o tej firmie?
Na twarzy Cihana pojawił się cień stanowczości.
— Wiem o każdym twoim kroku — odpowiedział spokojnie, ale twardo. — Dlatego zacznij zachowywać się rozsądnie.
— Wystarczy! — wybuchnął Cemil, robiąc krok do przodu. — Nadal nie rozumiesz, co się do ciebie mówi? Między wami wszystko się skończyło!
Wskazał dłonią na Hancer.
— Nie jesteście już małżeństwem. Nie łączy was nic. Więc na jakiej podstawie próbujesz ingerować w jej życie?
Słowa zawisły ciężko w powietrzu.
Cihan nie odpowiedział od razu. Patrzył tylko na Hancer — długo, uparcie, jakby próbował dostrzec w jej oczach coś, czego nikt poza nim nie mógł zobaczyć.
Chciałbym, żebyśmy mieli dziecko — przemknęło mu przez myśl. — Część mnie i część jej. Coś, czego nikt nigdy nie byłby w stanie rozdzielić. Więź silniejszą od gniewu, rozwodu i całego tego chaosu.
Hancer odwzajemniła spojrzenie. Jej serce ścisnęło się boleśnie.
Będziemy mieli dziecko — pomyślała, mimowolnie kładąc dłoń na brzuchu. — Ale ty nigdy się o tym nie dowiesz. Nie możesz się dowiedzieć.
Odwróciła wzrok pierwsza.
Cihan jeszcze przez chwilę stał nieruchomo, jakby chciał coś powiedzieć, lecz słowa ugrzęzły mu w gardle. W końcu bez słowa odwrócił się i ruszył w stronę samochodu.
Engin poszedł za nim, rzucając Hancer krótkie, pełne współczucia spojrzenie.
Po chwili silnik auta cicho zamruczał i samochód odjechał sprzed komisariatu.
Ertugrul objął Hancer opiekuńczym gestem, a Cemil nadal patrzył za oddalającym się autem z nieukrywaną niechęcią.
Potem cała trójka ruszyła w przeciwną stronę, zostawiając za sobą komisariat i noc, o której wszyscy chcieli jak najszybciej zapomnieć.



Powyższy tekst stanowi autorskie streszczenie i interpretację wydarzeń z serialu Gelin. Inspiracją do jego stworzenia były filmy Gelin 107.Bölüm i Gelin 108.Bölüm dostępne na oficjalnym kanale serialu w serwisie YouTube. W artykule zamieszczono również zrzuty ekranu pochodzące z tych odcinków, które zostały użyte wyłącznie w celach informacyjnych i ilustracyjnych. Wszystkie prawa do postaci, fabuły i materiału źródłowego należą do ich prawowitych właścicieli.






