Panna młoda odc. 117: Miłość kontra rodzina! Hancer zmuszona do decyzji życia!

Scena w holu rezydencji. Cemil patrzy w napięciu na siostrę. Tuż za nim stoją Cihan i Mukadder. Nusret i Beyza właśnie wchodzą do domu.

„Panna młoda” Odc. 117 – streszczenie

Aysu nie potrafiła uwierzyć w to, co przed chwilą usłyszała. Słowa brata brzmiały zbyt absurdalnie, by mogły być prawdą. Wyszła na zewnątrz niemal natychmiast, jakby potrzebowała powietrza — albo konfrontacji.

Melih stał przy samochodzie, oparty nonszalancko o drzwi, jakby nic szczególnego się nie wydarzyło. W półmroku wieczoru jego sylwetka wydawała się spokojna… aż za spokojna.

Aysu podeszła do niego szybkim krokiem.

— Co ty właściwie próbujesz zrobić, bracie? — rzuciła ostro, zatrzymując się tuż przed nim. — Jaki ślub?

Melih uniósł lekko brew, a na jego ustach pojawił się cień rozbawienia.

— Jeśli ty reagujesz w ten sposób… — powiedział spokojnie, mierząc ją uważnym spojrzeniem — to aż boję się pomyśleć, co zrobią inni.

Aysu zmrużyła oczy. Przez chwilę przyglądała mu się w milczeniu, jakby układała w głowie wszystkie elementy tej układanki. A potem… uśmiechnęła się krótko.

— A więc o to chodzi — powiedziała z lekką ironią. — Chcesz wzbudzić zazdrość u siostry Sinem. Sprytne… ale naiwne. Wybacz, bracie, idziesz w złym kierunku.

Melih wyprostował się powoli, a jego spojrzenie stwardniało.

— Pozwól, że sam zdecyduję, co jest dla mnie właściwe — odparł chłodno. — Pytanie brzmi: pomożesz mi czy nie?

Aysu westchnęła ciężko, krzyżując ręce na piersi.

— Co niby mam zrobić?

Melih nawet się nie zawahał.

— To proste. Powiedz Sinem, że szukasz dla mnie odpowiedniej dziewczyny.

Aysu pokręciła głową, jakby nie dowierzała własnym uszom.

— Naprawdę uważasz, że to zadziała? — zapytała z niedowierzaniem. — To nie jest gra, którą możesz wygrać w ten sposób. Uderzysz w ścianę. A ona… stanie się jeszcze bardziej obojętna. Nawet jeśli coś do ciebie czuła, to po tym już nie będzie.

— Nie martw się o to — przerwał jej stanowczo. — Wiem, co robię. Zrób tylko to, o co cię proszę.

Zapadła chwila ciszy. Aysu odwróciła wzrok, zaciskając usta. Widać było, że walczy ze sobą.

W końcu skinęła głową, choć bez przekonania.

— Dobrze — powiedziała cicho. — Ale pamiętaj… nie biorę za to żadnej odpowiedzialności.

Melih uśmiechnął się lekko, jakby właśnie osiągnął to, co zamierzał.

Aysu jednak nie odwzajemniła tego uśmiechu. W jej oczach wciąż czaił się niepokój — jakby przeczuwała, że ta gra może skończyć się znacznie gorzej, niż brat się spodziewał.

***

Następnego dnia.

Hancer, jeszcze w lekkiej, satynowej koszuli nocnej, starannie poprawiała pościel. Jej ruchy były spokojne, niemal mechaniczne — jakby próbowała w ten sposób uporządkować coś więcej niż tylko łóżko.

Drzwi łazienki otworzyły się cicho. Cihan wyszedł już ubrany w elegancki, ciemny garnitur. Zatrzymał się na moment, obserwując ją uważnie.

— Hancer, przygotuj się — powiedział spokojnie. — Schodzimy na śniadanie.

Nie odwróciła się od razu.

— Nie mam ochoty nic jeść — rzuciła chłodno.

Cihan zmarszczył lekko brwi, podchodząc bliżej.

— Tobie też mam przynieść śniadanie do łóżka?

W jego głosie pojawiła się nuta ironii.

Hancer odwróciła się gwałtownie.

— Co próbujesz powiedzieć? — odburknęła. — Że jestem dzieckiem, które zazdrości tego, co robisz dla Beyzy?

Cihan spojrzał na nią uważniej, jakby próbował zajrzeć pod powierzchnię jej słów.

— A nie zachowujesz się właśnie w ten sposób? — zapytał spokojnie, ale stanowczo. — Beyza nie je — ty też nie jesz. Ona nie schodzi na śniadanie — ty też nie. Co to jest, Hancer? Rywalizacja?

Te słowa uderzyły w nią mocniej, niż chciała przyznać.

Hancer usiadła na skraju łóżka i odwróciła wzrok, zaciskając dłonie na kolanach.

— Nie jesteś wobec mnie uczciwy… — powiedziała ciszej.

Cihan westchnął i usiadł obok niej, trochę bliżej, niż wcześniej.

— Hancer… czy kiedykolwiek zastanawiałaś się, dlaczego się w tobie zakochałem? — zapytał łagodniej. — Dlaczego nie potrafię się od ciebie oddzielić?

Spojrzała na niego niepewnie.

— Twoje serce jest wyjątkowe — mówił dalej, spokojnie, ale z wyczuwalnym uczuciem. — Jesteś dobra, sprawiedliwa, masz w sobie współczucie. Ale teraz… nie poznaję cię. Pozwalasz, żeby strach i podejrzenia wypełniły twoją głowę. Budujesz między nami mur.

Delikatnie ujął jej dłoń.

— Nie rób tego. Proszę.

Wstał i pociągnął ją za sobą. Hancer podniosła się powoli i stanęła tuż przed nim. Cihan ujął jej twarz w dłonie, zmuszając, by spojrzała mu prosto w oczy.

— Jesteś moją żoną. Kocham cię — powiedział cicho, ale z naciskiem. — A Beyza… jest matką mojego dziecka. Muszę ją wspierać. Dla niego.

Zawahał się na chwilę.

— To ty ją przyprowadziłaś do starego domu. To ty chciałaś jej pomóc. Gdzie jest ta Hancer?

Jej spojrzenie zadrżało.

— Ona… nadal tu jest — odpowiedziała, z trudem łapiąc oddech. — To wciąż ja… ale… — urwała, szukając słów — po tym wszystkim czuję się zagubiona. Już nie wiem, co jest prawdą, a co tylko… grą.

Cihan uniósł lekko jej podbródek, nie pozwalając jej odwrócić wzroku.

— Wątp we wszystko, jeśli musisz — powiedział miękko. — Ale nigdy nie wątp w moją miłość do ciebie.

Na jego twarzy pojawił się cień czułego uśmiechu.

— Kocham cię, Hancer.

Przyciągnął ją do siebie i objął mocno. Przez chwilę stała nieruchomo, jakby wciąż walczyła z własnymi myślami… aż w końcu powoli oparła się o niego, pozwalając, by jego ramiona stały się dla niej chwilowym schronieniem.

***

Cemil właśnie podnosił ciężkie, metalowe rolety swojego sklepu. Zgrzyt mechanizmu rozcinał poranną ciszę ulicy, a promienie słońca powoli wlewały się przez odsłanianą witrynę, odbijając się w szybach i ustawionych w środku puszkach farb.

Pochylił się, by poprawić zamek przy drzwiach, gdy nagle na wąskiej drodze przed sklepem zatrzymał się granatowy samochód. Silnik jeszcze nie zdążył ucichnąć, a tylne drzwi już się otworzyły.

Z auta wysiadła Mukadder.

Wyprostowana, elegancka, z nieodłączną pewnością siebie, ruszyła w jego stronę, stukając obcasami o chodnik.

— Dzień dobry, panie Cemilu — odezwała się chłodno.

Cemil uniósł wzrok, marszcząc lekko brwi.

— Pani wizyta nie wróży nic dobrego… ale mimo wszystko dzień dobry.

Kącik ust Mukadder drgnął ledwie zauważalnie.

— Nie przyszłam tu na uprzejmości. Wiem, że jest pan rozsądnym człowiekiem, dlatego uznałam, że powinniśmy porozmawiać.

Cemil wyprostował się i skinął głową w stronę drzwi.

— W takim razie zapraszam do środka.

Weszli do niewielkiego biura na zapleczu. Proste biurko, kilka segregatorów, dzbanek z wodą i szklanka — wszystko wyglądało skromnie, ale schludnie. Cemil usiadł po jednej stronie, Mukadder naprzeciwko, kładąc torebkę na kolanach.

Przez chwilę panowała cisza.

— Domyślam się, że chodzi o Hancer — odezwał się w końcu Cemil, splatając dłonie na blacie. — Nie jestem zachwycony, że moja siostra mieszka pod pani dachem, ale… ona i Cihan potrzebują czasu. Nadal są małżeństwem. Lepiej, żeby rozstali się z godnością.

Mukadder uśmiechnęła się krótko, niemal z politowaniem.

— Jakie rozstanie? — zapytała spokojnie. — Hancer tylko udaje, że chce odejść. W rzeczywistości trzyma się mojego syna kurczowo, jakby od tego zależało jej życie.

Cemil zesztywniał.

— Co ma pani na myśli?

— Wyszła z domu, to prawda — kontynuowała spokojnie. — Poszła aż na przystanek. Ale nie wsiadła do autobusu. Wróciła. Bo nie potrafi zostawić Cihana. Nigdy tego nie zrobi.

Cemil pokręcił głową, jakby próbował odgonić te słowa.

— Nie… To niemożliwe. Hancer taka nie jest. Jest dumna.

Mukadder pochyliła się lekko do przodu. Jej spojrzenie stało się ostrzejsze.

— Dumna? Czy dumna kobieta mieszka pod jednym dachem z byłą żoną swojego męża? I to w sytuacji, gdy ta kobieta nosi jego dziecko?

Cemil zamilkł na moment, ale zaraz odzyskał pewność.

— Hancer została tam, żeby opiekować się mężem. Kiedy tylko jego rana się zagoi, odejdzie. Znam swoją siostrę. Nigdy by…

— Wierz pan lub nie — przerwała mu chłodno Mukadder. — Fakty są inne. Na parterze mieszka moja była synowa. Na piętrze — obecna. Żyją nad sobą, jakby to było coś normalnego.

Zrobiła krótką pauzę.

— I niech pan dobrze zrozumie: nie wyrzucę kobiety, która nosi w sobie mojego wnuka. 

Cemil napiął szczękę.

— To znaczy?

— To znaczy, że jeśli ktoś ma odejść, to Hancer — odpowiedziała bez wahania. — Ale ona nawet nie bierze tego pod uwagę. Powiedziała jasno: Cihan będzie należał do niej. Za wszelką cenę.

W pomieszczeniu zrobiło się duszno.

Mukadder oparła się wygodniej, jakby właśnie zakończyła najważniejszą część rozmowy.

— Może pan dalej siedzieć tutaj i udawać, że nic się nie dzieje — dodała spokojniej. — Albo może pan zrobić to, co powinien zrobić brat. Przyjść i zabrać swoją siostrę.

Jej głos stwardniał.

— Bo jeśli ona nadal będzie się sprzeciwiać… dziecko mojego syna może wychowywać się bez ojca.

Cemil spojrzał na nią z niedowierzaniem.

Mukadder wstała powoli, poprawiając torebkę na ramieniu.

— Powiedziałam, co miałam do powiedzenia. Teraz to pana odpowiedzialność.

Odwróciła się i bez pośpiechu opuściła sklep.

Drzwi zamknęły się cicho.

Cemil przez chwilę siedział nieruchomo, jakby nie był w stanie się poruszyć. Dopiero po chwili sięgnął drżącą ręką do kołnierzyka koszuli i rozpiął go, łapiąc głębszy oddech.

Nagle powietrze wydało mu się zbyt ciężkie.

***

Sinem zapukała cicho, niemal ostrożnie, jakby nie chciała zakłócić ciszy, która panowała w pokoju. Po chwili uchyliła drzwi i weszła do środka, trzymając w dłoniach srebrną tacę. Dwie niewielkie filiżanki delikatnie zadźwięczały o porcelanę.

— Jesteś zajęta? — zapytała łagodnie, zatrzymując się w progu. — Pomyślałam, że może chwilę porozmawiamy…

Hancer podniosła wzrok. Siedziała w fotelu przy oknie, skąpana w miękkim świetle wpadającym przez zasłony.

— Oczywiście, siostro Sinem — odpowiedziała cicho.

Sinem weszła głębiej do pokoju i postawiła tacę na małym, okrągłym stoliku między fotelami. Zapach świeżo zaparzonej kawy szybko wypełnił przestrzeń.

— Podczas śniadania prawie się nie odezwałaś — zauważyła, nalewając napój do filiżanek. — Pomyślałam, że przyda ci się coś ciepłego.

Usiadła naprzeciwko, przyglądając się uważnie twarzy Hancer.

— Co się dzieje? Wszystko w porządku?

Hancer przez chwilę milczała. Jej palce zacisnęły się lekko na podłokietniku, jakby szukała w sobie słów.

— Sama już nie wiem… — westchnęła w końcu. — Czuję, jakbym przestała rozumieć samą siebie. Pewnie słyszałaś naszą kłótnię. Wstydziłam się potem zejść na śniadanie… Gdyby nie Cihan, pewnie w ogóle bym nie wyszła z pokoju.

Sinem skinęła głową ze zrozumieniem.

— To trudna sytuacja… dla wszystkich. Ale nie oszukujmy się — to ty znalazłaś się w najtrudniejszym miejscu. Czasem, żeby ocalić coś ważnego, trzeba zapłacić wysoką cenę.

Hancer uśmiechnęła się gorzko.

— A ja najwyraźniej nie potrafię jej zapłacić… — powiedziała cicho. — Wszystko psuję. Nawet Cihan… mam wrażenie, że zaczyna mnie obwiniać.

Na moment spuściła wzrok, jakby nie chciała zdradzić, jak bardzo ją to boli.

— Wiem, że Beyza jest w trudnej sytuacji. Rozumiem, że musi ją wspierać… dla dziecka. Naprawdę to rozumiem. Ale… — zawahała się — to nie wydaje mi się szczere. Czasami mam wrażenie, że robi to w sposób, który ma mnie zranić. Nie wiem… może się mylę, ale właśnie tak to czuję.

Sinem pochyliła się lekko do przodu. Jej spojrzenie stwardniało.

— Nie mylisz się. Beyza doskonale wie, gdzie uderzyć. A teraz ma jeszcze większą przewagę.

Hancer uniosła głowę.

— Właśnie… — wyszeptała. — Wczoraj… kiedy Cihan ją karmił… Powinnaś widzieć jej spojrzenie. Stałam w drzwiach. Ona wiedziała, że tam jestem. I zrobiła to specjalnie.

Jej głos zadrżał, choć starała się nad nim panować.

— Kiedy wróciłam do rezydencji, powiedziała mi wprost: „Na wojnie wszystkie chwyty są dozwolone. Uważaj na siebie”. Ona coś planuje, Sinem. I mam wrażenie, że próbuje wciągnąć mnie w swoją grę.

Sinem pokręciła głową z ciężkim westchnieniem.

— Kochanie… nie pozwól, żeby doprowadziła cię do takiego stanu. Właśnie na to liczy. Chce, żebyś czuła się winna, żebyś zaczęła wątpić w siebie. Teraz, kiedy jest w ciąży, wszyscy będą ją chronić. Nikt nie odważy się jej sprzeciwić.

Hancer zamknęła oczy na moment.

— I właśnie dlatego tak łatwo mnie zwodzi… — przyznała. — Sama mówię Cihanowi, żeby do niej poszedł, żeby się nią zajął. A potem… kiedy wraca… nie potrafię tego znieść i zaczynam się z nim kłócić. Wiem, że robi to dla dziecka… a mimo to… czuję zazdrość.

Jej dłonie zadrżały.

— A zaraz potem przychodzą wyrzuty sumienia. Czuję się, jakbym stała między nim a jego dzieckiem… Jakbym była przeszkodą. Nie wiem, jak sobie z tym poradzić, siostro Sinem.

Sinem spojrzała na nią uważnie, poważnie.

— Przez lata nauczyłam się tutaj jednej rzeczy — powiedziała spokojnie. — Z Mukadder i Beyzą nie da się wygrać wprost. To nie jest walka, którą wygrywa się siłą.

Zrobiła krótką pauzę.

— Jeśli zdecydowałaś się zostać… musisz nauczyć się bronić. Nie atakować — bronić. Tylko tak przetrwasz.

Hancer milczała, wsłuchując się w jej słowa.

— Bo jedno jest pewne — dodała Sinem ciszej. — Dopóki się tego nie nauczysz… będziesz bardzo cierpieć.

W pokoju zapadła cisza, ciężka i pełna niewypowiedzianych obaw. Za oknem poruszył się lekko wiatr, muskając zasłony, jakby świat na zewnątrz zupełnie nie rozumiał burzy, która właśnie rozgrywała się w środku.

Jasny pokój. Hancer i Sinem siedzą naprzeciwko siebie na białych fotelach.

***

Ledwie drzwi zamknęły się za Sinem, w pokoju zapadła cisza. Hancer jeszcze przez chwilę siedziała nieruchomo, wpatrzona w filiżankę, z której unosiła się cienka smużka pary. Myśli wirowały jej w głowie, ciężkie i niespokojne.

Nagle ciszę przerwał dźwięk telefonu.

Drgnęła lekko i sięgnęła po aparat. Na ekranie zobaczyła imię bratowej. Zmarszczyła brwi i odebrała.

— Halo?

Nie zdążyła powiedzieć nic więcej.

— Dlaczego nie dałaś mi znać, że wróciłaś do męża?! — głos Deryi był napięty, ostry, pełen wyrzutu.

Hancer zamknęła na moment oczy.

— Bratowo… powiedziałabym ci przy pierwszej okazji. Naprawdę. Skąd się dowiedziałaś?

Po drugiej stronie zapadła krótka, ciężka cisza, po której padła odpowiedź:

— Od twojej… teściowej. — W jej głosie zabrzmiała wyraźna niechęć. — Przyszła dziś rano do sklepu. Żeby się na ciebie poskarżyć.

Hancer poczuła, jak serce zaczyna bić szybciej.

— Co… co powiedziała?

— Wystarczająco dużo, żeby twój brat stracił nad sobą panowanie — odpowiedziała Derya gorzko. — Wpadł w furię. Powiedział, że zniszczyłaś nasz honor.

Hancer zacisnęła mocniej dłoń na telefonie.

— Bratowo, ja nie zrobiłam nic złego… — jej głos zadrżał. — Kocham mojego męża. Chcę z nim być. To wszystko.

Derya westchnęła ciężko, jakby próbowała złagodzić ton.

— Wiem. Rozumiem cię… i nawet cię popieram. Ale znasz swojego brata. Jeśli coś sobie postanowi, nie zatrzyma go nikt.

Hancer poczuła narastający niepokój.

— Co masz na myśli…?

— Jest już w drodze — powiedziała cicho Derya. — Jedzie do rezydencji. Powiedział, że nie pozwoli ci tam zostać. Hancer… jeśli go znasz tak dobrze jak ja, to wiesz, że nie żartuje. Cemil potrafi zburzyć wszystko, co stanie mu na drodze.

Te słowa zawisły między nimi jak ciężkie, nieuchronne ostrzeżenie.

Hancer przez chwilę nie była w stanie odpowiedzieć.

— Bratowo… — wyszeptała w końcu, ale było już za późno.

Po drugiej stronie zapadła cisza. Derya rozłączyła się.

Hancer powoli opuściła telefon na kolana. Przez moment siedziała bez ruchu, jakby nie docierało do niej to, co właśnie usłyszała.

A potem poczuła, jak coś ściska ją w środku.

Niepokój rozlał się po jej ciele falą — zimną, ciężką, nie do zatrzymania.

***

Potężne uderzenia w drzwi rozdarły ciszę rezydencji, niosąc się echem po marmurowych ścianach.

— Otwierać! — ryk Cemila przeszył korytarz. — Hancer! Gdzie jesteś?! Natychmiast tu przyjdź!

Nie przestawał łomotać, jakby chciał wyważyć drzwi samą siłą gniewu.

Drzwi w końcu się otworzyły.

Cihan stanął w progu — spokojny, lecz napięty.

Cemil nie czekał ani chwili. Wpadł do środka jak burza.

— Tu jesteś! — rzucił, dostrzegając Hancer.

W kilku krokach znalazł się przy niej i bez wahania chwycił ją za nadgarstek.

— Idziesz ze mną!

Pociągnął ją w stronę wyjścia, ale Cihan natychmiast zastąpił mu drogę.

— Cemilu, opanuj się — powiedział stanowczo. — Usiądźmy i porozmawiajmy. Muszę ci coś wyjaśnić.

— Wyjaśnić? — prychnął Cemil, patrząc na niego z pogardą. — Co jeszcze możesz powiedzieć? Wszystko widać jak na dłoni! Trzymasz dwie kobiety pod jednym dachem i jeszcze śmiesz mówić o wyjaśnieniach? Nie masz wstydu!

— Proszę uważać na słowa — wtrąciła ostro Mukadder, prostując się dumnie.

— Mamo, nie wtrącaj się — uciął Cihan bez odwracania wzroku od Cemila.

— Hancer, chodź! — Cemil znów szarpnął siostrę.

Ale Cihan ponownie stanął mu na drodze, tym razem jeszcze bliżej, niemal stykając się z nim ramieniem.

— Nie zabierzesz mojej żony w ten sposób — powiedział cicho, lecz z chłodną stanowczością. — Nie pozwolę na to.

— Twojej żony? — powtórzył Cemil z niedowierzaniem. — Moja siostra nie jest twoją zabawką!

— Bracie, przestań! — Hancer wyrwała rękę z jego uścisku. — Nikt mnie tu nie trzyma siłą. Zostałam, bo sama tego chciałam.

W tej samej chwili drzwi znów się otworzyły.

W progu stanęli Nusret i Beyza.

Ich pojawienie się tylko podsyciło napięcie — jakby powietrze w pomieszczeniu stało się cięższe, trudniejsze do zaczerpnięcia.

Hancer zacisnęła dłonie.

— Bo… kocham Cihana — dodała ciszej, ale wystarczająco wyraźnie.

Cemil spojrzał na nią, jakby nie poznawał własnej siostry.

— Miłość? — powtórzył gorzko. — O jakiej miłości ty mówisz? — Wskazał gwałtownie na Beyzę. — Nie widzisz jej? Jak możesz mieszkać pod jednym dachem z tą kobietą? Gdzie twoja duma, Hancer?

— Bracie, proszę… to nie jest takie proste — jej głos zadrżał. — Nie rozumiesz wszystkiego…

— Więc wytłumacz mi! — wybuchł. — Bo ja widzę tylko jedno — że robisz coś, co nigdy nie powinno się wydarzyć!

Hancer spojrzała na niego uważnie, jakby zbierała w sobie resztki odwagi.

— A ty? — zapytała cicho. — Czy nie mówiłeś niedawno tego samego o swojej żonie? Że nigdy na nią nie spojrzysz? A jednak… nie potrafiłeś odejść. Bo ją kochasz.

Cemil zamilkł. Na krótką chwilę jego gniew zachwiał się, ustępując miejsca zawahaniu.

— Ja… — urwał, zaciskając szczęki. — Byłem gotów ją zostawić dla ciebie.

Spojrzał na Hancer ostrzej.

— Ale dobrze, że tego nie zrobiłem. Bo widzę, że ty już sama zniszczyłaś siebie.

Zapadła ciężka cisza.

— Powiedziałem, co miałem powiedzieć — dodał chłodno. — Teraz twoja kolej.

Zrobił krok w tył, jakby stawiał granicę.

— Wybieraj, Hancer. Twój brat… czy twój mąż.

— Bracie… — jej głos się załamał. — Jak możesz kazać mi wybierać?

Cemil odwrócił głowę, twardo, bez cienia wahania.

— Jeśli teraz nie wyjdziesz ze mną… nie masz już brata o imieniu Cemil.

Cisza, która zapadła po tych słowach, była niemal ogłuszająca.

— No dalej — rzucił zimno. — Wybieraj.

Scena w holu rezydencji. Cemil patrzy w napięciu na siostrę. Tuż za nim stoją Cihan i Mukadder. Nusret i Beyza właśnie wchodzą do domu.

Powyższy tekst stanowi autorskie streszczenie i interpretację wydarzeń z serialu Gelin. Inspiracją do jego stworzenia był film Gelin 85.Bölüm dostępny na oficjalnym kanale serialu w serwisie YouTube. W artykule zamieszczono również zrzuty ekranu pochodzące z tego odcinka, które zostały użyte wyłącznie w celach informacyjnych i ilustracyjnych. Wszystkie prawa do postaci, fabuły i materiału źródłowego należą do ich prawowitych właścicieli.

Podobne wpisy