Panna młoda odc. 149: Beyza poniżona! Cihan pobiegł za Hancer!

Cihan zatrzymuje Hancer na dziedzińcu przed rezydencją.

„Panna młoda” Odc. 149 – streszczenie

Beyza stała naprzeciwko Hancer z uniesioną głową i płonącym spojrzeniem. Jej dłonie drżały lekko ze zdenerwowania, ale usta wykrzywiały się w triumfalnym uśmiechu. W przestronnym pokoju panowała ciężka, duszna atmosfera, jakby samo powietrze było przesycone gniewem i wzajemną niechęcią.

— Cihan ci to powiedział? — zapytała lodowatym tonem. — Że nie wraca do domu? Okłamał cię.

Zrobiła krok bliżej, nie odrywając od Hancer wzroku.

— Wczoraj był ze mną. W moich ramionach. Spaliśmy razem… w twoim dawnym pokoju. W twoim łóżku. — Na jej twarzy pojawił się cień okrutnej satysfakcji. — Ale to już nie jest twój pokój, Hancer. Teraz należy do mnie.

Przez chwilę przyglądała się rywalce, jakby desperacko próbowała dostrzec na jej twarzy ból.

— Co się stało? — ciągnęła coraz ostrzej. — Dlaczego tak milczysz? A może aż pękasz z zazdrości? Powiedz prawdę. Cokolwiek zrobisz, niczego nie zmienisz. Możesz nawet spalić tę rezydencję, ale Cihan i tak będzie mój. Jest moim mężem. Ojcem mojego dziecka.

Jej głos podniósł się niebezpiecznie.

— Przestań udawać dumną i obojętną. Powiedz, że oddałabyś wszystko, żeby być na moim miejscu. Dalej… przyznaj się!

Hancer słuchała jej w całkowitym milczeniu. Stała spokojnie, z wyprostowanymi plecami, a na jej twarzy nie pojawił się nawet cień wzburzenia. Po chwili uniosła lekko kącik ust.

Ten spokojny uśmiech rozwścieczył Beyzę bardziej niż najostrzejsza odpowiedź.

— Jesteś tak żałosna — powiedziała Hancer cicho — że nawet nie potrafię się na ciebie złościć. Po prostu jest mi cię szkoda.

Beyza momentalnie pobladła, a potem oblała się czerwienią. Jej oczy błysnęły gniewem.

Hancer spojrzała na jej zaokrąglony brzuch.

— Naprawdę współczuję temu dziecku — dodała spokojnie. — Niech Bóg je chroni. Zwłaszcza przed tobą.

— Nie waż się mówić o moim dziecku! — wrzasnęła Beyza. — Nie wymawiaj jego imienia swoimi parszywymi ustami!

Straciła nad sobą panowanie. Zaczęła gwałtownie wymachiwać rękami, jakby chciała odepchnąć od siebie samą obecność Hancer.

— Beyzo, uspokój się — odezwała się Hancer chłodno. — Zaraz zrobisz krzywdę dziecku.

W tej samej chwili drzwi otworzyły się gwałtownie i do pokoju wbiegła Mukadder. Tuż za nią pojawiły się Gulsum i Fadime, wyraźnie przestraszone krzykami.

— Co tu się dzieje?! — zapytała ostro Mukadder, stając między kobietami.

— Ona mnie zaatakowała! — krzyknęła Beyza, wskazując drżącą dłonią Hancer. — Ta wiedźma zniszczyła pokój mojego syna! Pobiję ją, słyszysz?!

Ruszyła w stronę Hancer, ale nagle przez pokój przetoczył się niski, stanowczy głos:

— Beyzo!

Zapadła natychmiastowa cisza.

W drzwiach stał Cihan.

Jego spojrzenie było chłodne i ciężkie. Przesunął wzrokiem po całym pomieszczeniu — roztrzęsionej Beyzie, spiętej Mukadder i spokojnej Hancer.

Beyza natychmiast podeszła do niego.

— Dobrze, że przyszedłeś! — powiedziała z przejęciem. — Ta kobieta urządziła tu scenę. Zniszczyła pokój naszego syna i rzuciła się na mnie!

Cihan nawet na nią nie spojrzał. Jego wzrok zatrzymał się na Mukadder.

— Czyj to był pomysł? — zapytał chłodno. — Twój? Czy może razem to zaplanowałyście?

Mukadder zamilkła, wyraźnie zbita z tropu.

Wtedy Hancer zrobiła krok do przodu.

— Nie szukaj winnych — powiedziała spokojnie. — Pracuję jako sprzątaczka. Dostałam tutaj zlecenie i sama je przyjęłam. Nikt mnie do niczego nie zmuszał. Nie oskarżam nikogo.

Jej głos był cichy, ale stanowczy.

Minęła Cihana, nawet na niego nie patrząc, i wyszła z pokoju.

Beyza zaczęła coś mówić, oburzona i roztrzęsiona, lecz Cihan kompletnie ją zignorował. Bez słowa ruszył za Hancer.

Dogonił ją dopiero na dziedzińcu przed rezydencją. Chłodne powietrze poruszało gałęziami drzew, a między nimi zalegała napięta cisza.

— Nadal nie rozumiesz, dlaczego się temu sprzeciwiam? — zapytał w końcu. — Ludzie widzą takie rzeczy. Plotkują. Wykorzystają każdą okazję, żeby nas zranić.

Hancer ścisnęła mocniej pasek torby.

— Myślisz, że chciałam dziś przekroczyć próg tego domu? — odpowiedziała cicho. — Nie chciałam. Ale chciałam czegoś innego. Żeby wszyscy wreszcie zrozumieli, że żyję po swojemu. Że mam własną drogę.

Cihan zrobił krok bliżej.

— Nie mogę zostawić cię samej. Zrozum to wreszcie.

Hancer spojrzała mu prosto w oczy.

— Nie jestem sama. Mam rodzinę. A ty… ty też masz swoją.

Słowa zawisły między nimi boleśnie.

Przez chwilę Cihan wyglądał tak, jakby chciał jeszcze coś powiedzieć, zatrzymać ją, zmienić bieg tej rozmowy. Ale Hancer odwróciła się i odeszła bez oglądania za siebie.

Cihan został na środku dziedzińca i patrzył za nią w milczeniu.

Tym razem jej nie zatrzymał.

***

Cihan wrócił do pokoju kilka chwil później. Atmosfera wciąż była ciężka od niedawnej awantury. Mukadder próbowała coś powiedzieć, Gulsum i Fadime nerwowo zerkały to na Beyzę, to na niego, ale jedno chłodne spojrzenie mężczyzny wystarczyło, by wszyscy zamilkli.

— Zostawcie nas — rzucił krótko.

W pokoju natychmiast zapadła cisza. Kobiety bez słowa skierowały się do wyjścia. Mukadder zatrzymała się jeszcze na moment, jakby chciała coś powiedzieć, jednak widząc twarz Cihana, zrezygnowała. Drzwi zamknęły się cicho.

Zostali sami.

Beyza stała pośrodku pokoju z ramionami skrzyżowanymi na piersi. Jej oddech był przyspieszony, a oczy błyszczały od gniewu i upokorzenia.

— Twoja była żona chciała mnie pobić! — wyrzuciła z siebie. — Mnie! Kobietę w ciąży! A ty nadal patrzysz na mnie tak, jakbym to ja była wszystkiemu winna!

Cihan przez chwilę milczał. Stał nieruchomo przy fotelu, powoli rozpinając guzik marynarki. Wyglądał na zmęczonego bardziej niż rozgniewanego.

— Jak długo jeszcze zamierzasz to ciągnąć? — zapytał w końcu chłodno.

Beyza zaśmiała się krótko, nerwowo.

— Jak długo? — powtórzyła z niedowierzaniem. — Tak długo, dopóki nie przestaniesz żyć Hancer! Dopóki będziesz nocował w firmie zamiast wracać do własnego domu! Dopóki każda twoja myśl będzie krążyć wokół niej!

Zrobiła krok w jego stronę.

— Myślisz, że niczego nie widzę? Że nie rozumiem, dlaczego unikasz tego miejsca? Wyraziłam się wystarczająco jasno?

Cihan podniósł wzrok. W jego oczach nie było już gniewu, tylko lodowaty chłód.

Powoli podszedł bliżej i zatrzymał się tuż przed nią. Beyza mimowolnie zadrżała pod ciężarem jego spojrzenia.

— W takim razie ja też powiem ci coś całkowicie jasno — odezwał się cicho, ale każde słowo brzmiało jak ostrze. — Nie dotknę cię aż do swojej śmierci.

Beyza zesztywniała.

— To małżeństwo istnieje wyłącznie na papierze — ciągnął bez emocji. — W moich oczach jesteś tylko matką mojego dziecka. Niczym więcej. I nigdy nie oczekuj ode mnie więcej.

Przez krótką chwilę w pokoju panowała martwa cisza.

Na twarzy Beyzy pojawił się szok, który szybko ustąpił miejsca narastającej furii.

— Cihanie…

Ale on już się odwrócił.

Bez pośpiechu ruszył w stronę drzwi, jakby ta rozmowa była dla niego definitywnie zakończona.

— Cihanie! — krzyknęła za nim.

Nie zatrzymał się nawet na sekundę.

Drzwi zamknęły się z głuchym trzaskiem.

Przez moment Beyza stała nieruchomo, ciężko oddychając. Potem nagle wpadła w szał.

— Do diabła! — wrzasnęła. — Do diabła z wami wszystkimi!

Jednym gwałtownym ruchem strąciła ze stolika ozdobne pudełka. Zaraz potem z hukiem na podłogę spadła szklana patera. Kosmetyki, poduszki i drobne dekoracje poleciały w różne strony pokoju.

— Nienawidzę jej! — krzyczała drżącym głosem. — Nienawidzę!

Ale Cihan nie wrócił.

Jej rozpaczliwe krzyki odbijały się jedynie echem od ścian dużej sypialni.

***

Hancer szła wąską uliczką starej dzielnicy, mijając ciasno ustawione kamienice o wyblakłych elewacjach. Chłodny wiatr poruszał poły jej jasnego płaszcza, a reklamówka z zakupami lekko obijała się o nogę przy każdym kroku. Wokół panowała pozorna cisza — gdzieś w oddali szczekał pies, zza uchylonych okien dochodziły przytłumione głosy sąsiadów.

Nagle poczuła na plecach czyjś uporczywy wzrok.

Zatrzymała się i odwróciła gwałtownie, przekonana, że znowu natknęła się na człowieka nasłanego przez Cihana. Jej twarz momentalnie stwardniała.

Ale zamiast znajomego ochroniarza zobaczyła mężczyznę z agencji sprzątającej.

Zmarszczyła brwi.

— Co ty tutaj robisz? — zapytała ostro. — Znowu mnie śledzisz?

Mężczyzna rozłożył ręce z udawaną niewinnością.

— O jakim śledzeniu mówisz? — odparł z krzywym uśmiechem. — Chciałem ci tylko zaproponować pracę. Zobaczyłem cię przypadkiem, więc podszedłem.

— Nie chcę żadnej twojej pracy — rzuciła chłodno Hancer. — I trzymaj się ode mnie z daleka.

Chciała go minąć, ale zastąpił jej drogę.

— Nie odrzucaj mnie tak od razu. Najpierw posłuchaj, co mam do powiedzenia.

Wyciągnął rękę w stronę jej ramienia, jakby chciał zatrzymać ją w przyjacielskim geście. Hancer natychmiast cofnęła się z odrazą.

— Nie dotykaj mnie! — syknęła. — Jeszcze raz położysz na mnie rękę, a naprawdę ci ją urwę.

Mężczyzna zaśmiał się pod nosem, najwyraźniej biorąc jej gniew za kokieterię.

— Przecież zajmujesz się sprzątaniem — ciągnął bezczelnie. — Mam dla ciebie świetną ofertę. I to nie byle jaką.

— Powiedziałam, że mnie to nie interesuje.

— Najpierw poznaj szczegóły — nalegał, zniżając głos. — Nie będziesz harować po cudzych domach. Żadnego szorowania podłóg. Będziesz służyć tylko mnie. Uczynię z ciebie królową.

Na twarzy Hancer pojawił się wyraz lodowatej furii.

— Zaraz ci pokażę królową.

Zanim zdążył zareagować, zamachnęła się torebką i z całej siły uderzyła go w ramię. Potem drugi raz. I trzeci.

— Ty bezwstydniku! — krzyczała, okładając go bez litości. — Nędzny chamie! Psie jeden!

Mężczyzna momentalnie stracił pewność siebie. Zaczął osłaniać głowę rękami i cofać się po nierównym chodniku.

— Dobrze, już dobrze! — jęknął. — Przestań! Zwariowałaś?!

— Jeszcze raz cię zobaczę w pobliżu, a naprawdę cię zabiję! — syknęła Hancer. — Wynoś się stąd!

Mężczyzna cofnął się kilka kroków, rzucając jej pełne nienawiści spojrzenie.

— Jeszcze ci pokażę… — warknął.

W tej samej chwili obok chodnika gwałtownie zatrzymała się żółta taksówka.

Drzwi otworzyły się z trzaskiem i wysiadł z niej Melih. Rozejrzał się szybko, oceniając sytuację, po czym ruszył zdecydowanym krokiem w stronę mężczyzny.

— Nadal kręcisz się wokół niej? — rzucił lodowato. — Znikaj, zanim stracę cierpliwość.

Tamten spojrzał na Meliha, potem na rozwścieczoną Hancer i najwyraźniej uznał, że dalsza dyskusja nie ma sensu. Odwrócił się i odszedł szybkim krokiem, mamrocząc coś pod nosem.

Melih odprowadził go wzrokiem, dopóki tamten nie zniknął za rogiem ulicy. Dopiero wtedy spojrzał na Hancer.

— Nic ci nie jest?

Hancer wciąż oddychała szybko po wybuchu złości. Kilka kosmyków włosów przykleiło jej się do policzków.

— Skąd się tutaj wziąłeś? — zapytała, próbując się uspokoić.

Melih oparł się lekko o samochód i uśmiechnął z rozbawieniem.

— Przejeżdżałem obok. Zobaczyłem cię i zatrzymałem się, żeby pomóc. Chociaż, szczerze mówiąc… chyba nie było takiej potrzeby.

Spojrzał znacząco na jej torebkę.

— Dałaś mu niezły wycisk. Od dziś nie będę już nalegał, żeby cię odwozić do domu. To raczej ty powinnaś eskortować mnie.

Hancer parsknęła cichym śmiechem.

— Służyłaś kiedyś w jednostkach specjalnych? — ciągnął z udawaną powagą. — Bo sposób, w jaki go zaatakowałaś, wyglądał bardzo profesjonalnie.

Na twarzy dziewczyny po raz pierwszy od dawna pojawił się szczery uśmiech.

— Co miałam zrobić? — westchnęła. — Wygadywał takie obrzydliwości, że nie mogłam wytrzymać. Poza tym… i tak nie byłam dziś w najlepszym nastroju.

Melih pokiwał głową ze zrozumieniem.

— Czyli wyładowałaś na nim całą swoją złość?

Hancer wzruszyła ramionami.

— Możliwe.

Melih spojrzał w kierunku, w którym uciekł mężczyzna, po czym zaśmiał się pod nosem.

— Cóż… niech Bóg ma w opiece twoich wrogów.

***

Wieczorem Gulsum wróciła do sypialni Beyzy, by posprzątać bałagan po kolejnym wybuchu jej furii. Pokój wyglądał tak, jakby przeszedł przez niego huragan. Na podłodze leżały porozrzucane poduszki, przewrócone pudełka po biżuterii i zmięte ubrania. Jedno z krzeseł było przesunięte niemal pod same drzwi, a na stoliku kawowym wciąż chwiał się przewrócony flakon perfum, rozsiewając ciężki, duszący zapach.

Gulsum westchnęła cicho i podniosła z podłogi jedwabną chustę.

— Pani Beyza chciała nauczyć Hancer trochę rozumu, a jak zwykle wszystko spadło na mnie — mruknęła pod nosem z rezygnacją. — „Gulsum posprząta, Gulsum poukłada, Gulsum zmyje”… Jakby ten dom sam nie umiał po sobie sprzątać.

Powoli zaczęła zbierać porozrzucane rzeczy. Składała ubrania z mechaniczną dokładnością, starając się nie myśleć o krzykach, które jeszcze niedawno rozbrzmiewały w pokoju.

Kiedy podeszła do okrągłego, aksamitnego pufa stojącego przy łóżku, coś błysnęło na podłodze.

Zmarszczyła lekko brwi i schyliła się.

Spomiędzy frędzli bordowego siedziska wystawał cienki srebrny łańcuszek.

Gulsum ostrożnie podniosła biżuterię i rozłożyła ją na dłoni. Był to delikatny naszyjnik wysadzany drobnymi, połyskującymi kamieniami. Maleńkie cyrkonie odbijały światło lampy, migocząc niczym krople lodu. Na końcu łańcuszka wisiał niewielki ornament spleciony w elegancki wzór przypominający wijącą się wstęgę.

Kobieta przyjrzała mu się uważniej.

— To chyba należy do pani Beyzy… — powiedziała cicho do siebie. — Musiał spaść, kiedy rzucała wszystkim po pokoju.

Już miała odłożyć naszyjnik na komodę, ale nagle zatrzymała dłoń w pół ruchu.

W jej oczach pojawił się błysk zawahania.

— Ale właściwie… dlaczego miałabym jej go oddawać? — mruknęła po chwili. — I tak od kilku dni szuka tamtej bransoletki. Nawet nie zauważy, że zniknęło coś jeszcze.

Przesunęła opuszkami palców po chłodnych kamieniach, zamyślona.

— A jeśli zauważy… pewnie znowu oskarży wszystkich dookoła, zamiast spojrzeć na siebie.

Na twarzy Gulsum pojawił się cień gorzkiego uśmiechu.

Bez pośpiechu rozejrzała się po pokoju, upewniając się, że nikogo nie ma w pobliżu. Potem ostrożnie wsunęła srebrny naszyjnik do kieszeni swojej ciemnej spódnicy.

Biżuteria cicho zabrzęczała o materiał.

Gulsum wyprostowała się spokojnie i wróciła do sprzątania, jakby nic się nie wydarzyło.

***

Melih przez dłuższą chwilę stał przed drzwiami domu rodziców Sinem, ściskając w dłoniach pudełko czekoladek i bukiet świeżych kwiatów. Choć zwykle sprawiał wrażenie pewnego siebie, tym razem wyraźnie się denerwował. Kilka razy poprawił marynarkę i odetchnął głęboko, zanim nacisnął dzwonek.

Drzwi otworzyła Sinem.

Na jego widok w jej oczach pojawiło się ciepło, którego nie potrafiła ukryć.

— Wszedłbyś w końcu, zamiast stać jak obcy — powiedziała z lekkim uśmiechem.

Melih podał jej kwiaty i wszedł do środka. W salonie panował przytulny półmrok. Na stolikach stały małe filiżanki, a w powietrzu unosił się zapach świeżo parzonej kawy. Mahmut siedział wyprostowany na kanapie, jak zawsze poważny i opanowany, podczas gdy jego żona obserwowała gości z łagodnym spokojem.

Sinem przyniosła tacę z kawą i usiadła nieco z boku. Melih wziął filiżankę do ręki, ale dłonie miał tak spięte, że omal jej nie upuścił. Upił dwa szybkie łyki gorzkiego napoju, po czym nagle odchrząknął i spojrzał prosto na Mahmuta.

— Wujku Mahmucie… — zaczął poważnym tonem. — Zgodnie z wolą Boga i dobrym obyczajem proszę cię o rękę twojej córki.

W salonie zapadła cisza.

Sinem zamarła z filiżanką w dłoniach. Nawet jej matka spojrzała na niego z wyraźnym zaskoczeniem.

Melih uśmiechnął się nerwowo.

— Wiem, że mogło to zabrzmieć jak grom z jasnego nieba… ale nie chciałem dłużej czekać. Kocham Sinem. I chcę spędzić z nią życie.

Mahmut przez chwilę milczał. Przyglądał się Melihowi uważnie, jakby próbował ocenić każde jego słowo.

W końcu odstawił filiżankę na stolik.

— Wy dwoje już dawno wszystko między sobą ustaliliście — powiedział spokojnie. — Nie mam wiele do dodania.

Melih od razu pochylił się lekko do przodu.

— Spójrz, naprawdę kocham twoją córkę. A Mine… ona również znaczy dla mnie bardzo wiele. Patrzę na nią jak na własne dziecko. Obiecuję ci, że zrobię wszystko, żeby były szczęśliwe. Nawet więcej, niż będę w stanie.

Mahmut uniósł rękę, uciszając go gestem.

— Wystarczy. Nie potrzebuję wielkich przemówień. — Jego głos pozostał spokojny, ale stanowczy. — Jeśli chcecie być razem, musicie natychmiast się pobrać. Tylko pod tym warunkiem zgodzę się na ten związek.

Melih spojrzał na Sinem.

Przez krótką chwilę patrzyli sobie w oczy bez słów. Potem na twarzy Sinem pojawił się cichy, wzruszony uśmiech.

Melih odetchnął z ulgą.

— Skoro taka jest twoja decyzja… zrobimy to — odpowiedział pewnie.

Odstawił filiżankę na stół i wstał. Następnie z szacunkiem pochylił się nad dłonią Mahmuta i ucałował ją, dziękując za zgodę. Zaraz potem zrobił to samo wobec matki Sinem.

Kobieta uśmiechnęła się ze wzruszeniem, a Sinem spuściła wzrok, próbując ukryć łzy szczęścia, które napłynęły jej do oczu.

Powyższy tekst stanowi autorskie streszczenie i interpretację wydarzeń z serialu Gelin. Inspiracją do jego stworzenia był film Gelin 109.Bölüm dostępny na oficjalnym kanale serialu w serwisie YouTube. W artykule zamieszczono również zrzuty ekranu pochodzące z tego odcinka, które zostały użyte wyłącznie w celach informacyjnych i ilustracyjnych. Wszystkie prawa do postaci, fabuły i materiału źródłowego należą do ich prawowitych właścicieli.

Podobne wpisy