„Panna młoda” Odc. 139 – streszczenie
Nowy dzień przywitał mieszkanie Nusreta ciężką, duszną atmosferą. W salonie panowała cisza tak napięta, że zdawała się ciążyć na ścianach.
Beyza stała pośrodku pokoju z założonymi rękami i patrzyła na Tayara z mieszaniną gniewu oraz niedowierzania. Mężczyzna unikał jej wzroku, stojąc ze spuszczoną głową niczym uczeń czekający na karę.
Nusret chodził nerwowo wzdłuż kanapy, raz po raz poprawiając mankiet marynarki. Każdy jego krok odbijał się głuchym echem od drewnianej podłogi.
— To niewiarygodne… — odezwała się w końcu Beyza lodowatym tonem. — Naprawdę niewiarygodne. Właśnie wtedy, kiedy wszystko zaczęło układać się po naszej myśli, ty gubisz Yoncę.
Tayar przełknął ślinę.
— Pani Beyzo, ja próbowałem…
— Nie odzywaj się! — przerwała mu gwałtownie. — Nie chcę słuchać żadnych wymówek.
Podeszła bliżej, a w jej oczach pojawił się wyraźny strach, którego nie była już w stanie ukryć pod maską chłodu.
— Jeśli Yonca zniknie na dobre, jestem skończona. Rozumiesz? — syknęła. — Cihan nie zostawi na mnie suchej nitki, jeśli odkryje całą tę grę.
Tayar nerwowo splótł dłonie.
— Szukam jej. To tylko kwestia czasu…
— Tayarze, my nie mamy czasu! — podniosła głos Beyza. — Każda godzina działa przeciwko nam. Musisz ją znaleźć. Natychmiast.
Nusret zatrzymał się nagle i spojrzał na pracownika twardym, nieprzeniknionym wzrokiem.
— Słyszałeś, co powiedziała moja córka?
— Tak, panie Nusrecie. Robię wszystko, co w mojej mocy.
— A ja mam wrażenie, że robisz zdecydowanie za mało.
W głosie Nusreta nie było krzyku. Był za to chłód znacznie bardziej niepokojący.
Tayar wyprostował się natychmiast.
— W żadnym razie. Proszę mi wierzyć. Do jutra wszystko rozwiążę. Obiecuję.
Nusret zmrużył oczy, jakby oceniał, czy warto jeszcze dawać mu szansę.
— Lepiej, żebyś dotrzymał słowa.
Przez chwilę w salonie znów zapadła cisza.
— Dobrze — powiedział w końcu Nusret, machając ręką. — Idź i zajmij się tym.
— Tak jest.
Tayar ukłonił się lekko i niemal natychmiast opuścił mieszkanie.
Drzwi zamknęły się za nim cicho.
Beyza odprowadziła go pełnym nieufności spojrzeniem, po czym odwróciła się do ojca.
— W ogóle mu nie ufam — powiedziała z goryczą. — On niczego nie doprowadzi do końca.
Nusret podszedł do barku i nalał sobie odrobinę wody.
— Dlatego nie polegam wyłącznie na nim — odparł spokojnie. — Przydzieliłem człowieka, który go obserwuje. Jeśli Tayar popełni choć jeden błąd, będziemy o tym wiedzieć.
Beyza zmarszczyła brwi.
— Myślisz, że znajdzie Yoncę?
Nusret upił łyk i spojrzał na córkę ponad szklanką.
— Znajdzie ją. Nawet gdyby miała ukryć się w mysiej norze.
Te słowa uspokoiły Beyzę tylko częściowo. Nadal była spięta, a jej dłonie mimowolnie zaciskały się na pasku torebki.
— Dobrze… — westchnęła. — Ja też powinnam już wracać. Nie mogę zbyt długo znikać. Pole nie może pozostać puste.
Nusret skinął głową.
Beyza chwyciła torebkę i ruszyła do wyjścia. Kiedy zamknęły się za nią drzwi, na jej twarzy nie było już śladu pewności siebie. Został jedynie strach, że misternie budowane kłamstwo zaczyna powoli wymykać się spod kontroli.

***


***
Drzwi gabinetu otworzyły się cicho i Engin wszedł do środka, poprawiając krawat po drodze. W pomieszczeniu panował półmrok — rolety były opuszczone, a poranne światło z trudem przebijało się przez szczeliny.
Zatrzymał się gwałtownie, gdy dostrzegł Cihana leżącego na kanapie pod ścianą.
Koszulę miał rozpiętą pod szyją, włosy w nieładzie, a marynarka niedbale rzucona obok. Wyglądał, jakby w ogóle nie wrócił do domu.
Engin zmarszczył brwi.
— Cihanie? — odezwał się ostrożnie. — Co ty tutaj robisz?
Cihan powoli otworzył oczy. Spojrzał na niego ciężkim, zimnym wzrokiem, od którego Engin momentalnie poczuł narastający niepokój.
— Nie mieszaj się więcej w moje sprawy, Enginie.
Ton jego głosu był ostry jak brzytwa. Engin zamrugał zdezorientowany.
— Co masz na myśli? Nie rozumiem…
Cihan podniósł się gwałtownie i przeczesał dłonią włosy. Widać było, że ledwo panuje nad emocjami.
— Twój plan nie wypalił. — Zaśmiał się krótko, ale w tym śmiechu nie było ani odrobiny rozbawienia. — Wczoraj wieczorem podpisaliśmy z Hancer porozumienie rozwodowe.
Słowa zawisły ciężko w powietrzu.
Engin znieruchomiał.
— Co…?
— Dokument został w domu letniskowym. — Cihan podniósł marynarkę z kanapy i rzucił ją sobie przez ramię. — Możesz po niego pojechać. I natychmiast rozpocząć procedury rozwodowe.
Engin odruchowo chwycił się za nasadę nosa.
Wszystko miało wyglądać inaczej.
Mieli zostać sami. Porozmawiać. Przypomnieć sobie, jak bardzo się kochają. Był niemal pewien, że rano wszystko się zmieni.
A tymczasem doprowadził ich prosto do końca.
— Pani Hancer bardzo się spieszy — dodał Cihan lodowato. — Nie każ jej czekać.
Engin podniósł na niego wzrok.
Po raz pierwszy od dawna zobaczył w oczach przyjaciela coś więcej niż gniew. Było tam zmęczenie. Rozpacz. I pustka człowieka, który tej nocy stracił ostatnią nadzieję.
— Myślałem… — odezwał się cicho. — Myślałem, że jeśli zostaniecie sami, pogodzicie się.
Cihan spojrzał na niego tak ostro, że Engin natychmiast zamilkł.
— Enginie… — powiedział niskim, napiętym głosem. — Przestań myśleć. Dobrze? Nie zostało już nic, nad czym można się zastanawiać.
Przez chwilę w gabinecie panowała cisza.
Cihan założył marynarkę, podniósł kluczyki ze stolika i skierował się do wyjścia.
Przy drzwiach zatrzymał się jeszcze na moment, ale nawet się nie odwrócił.
— Po prostu to zakończ.
Po tych słowach wyszedł, zostawiając Engina samego pośród ciężkiej, przytłaczającej ciszy.

***
Beyza szła wąską ulicą, nerwowo stukając palcami o ekran telefonu. Jesienne powietrze było chłodne, ale ona zdawała się tego nie zauważać. Co chwilę wybierała ten sam numer.
Selen.
Za każdym razem słyszała jednak identyczny komunikat — telefon pozostawał wyłączony.
Z każdą kolejną próbą jej oddech stawał się coraz płytszy.
— Dlaczego nie odbierasz…? — wyszeptała pod nosem, przyspieszając kroku. — Nie możesz mnie teraz zostawić samej.
Nagle telefon zawibrował w jej dłoni. Beyza spojrzała na ekran i momentalnie zesztywniała.
Yasemin.
Przez chwilę wahała się, czy odebrać, ale w końcu przesunęła palcem po ekranie.
— Słucham?
Głos Yasemin był spokojny, aż za spokojny.
— Wyniki są gotowe, Beyzo.
Beyza zacisnęła mocniej palce na telefonie.
— Czy jest jakiś problem?
— Nie… — odparła lekarka po krótkiej pauzie. — Ale wygląda na to, że laboratorium popełniło błąd. Muszę poprosić cię o ponowne badanie krwi.
Beyza zatrzymała się gwałtownie pośrodku chodnika.
— Jak to możliwe? — wybuchła oburzeniem. — Co to za niekompetencja?! Ci idioci nie potrafią nawet prawidłowo zbadać krwi?!
— Masz rację, sama jestem zdenerwowana — odpowiedziała Yasemin spokojnie. — Ale błędy się zdarzają. Jeśli jednak nie masz czasu, mogę zadzwonić do Cihana i przekazać mu wyniki ostatnich badań.
Na dźwięk tego imienia Beyza natychmiast spoważniała.
— Po co miałabyś dzwonić do Cihana? — zapytała szybko. — Ostatnio i tak ma dużo na głowie. Przyjdę innym razem.
— Nie innym razem, Beyzo. — Ton Yasemin stał się twardszy. — Przyjdziesz teraz.
Zapadła krótka cisza.
Beyza poczuła, jak zimny niepokój ściska jej żołądek.
— Dobrze… — odpowiedziała w końcu wymuszonym głosem. — Już jadę.
Rozłączyła się i ciężko westchnęła. Przez moment stała nieruchomo, patrząc przed siebie nieobecnym wzrokiem, po czym odwróciła się na pięcie i ruszyła z powrotem.
Tym razem znacznie wolniej.
***
Godzinę później siedziała w gabinecie zabiegowym, oparta o jasny fotel. Pielęgniarka w różowym uniformie sprawnie przygotowywała strzykawkę, a Beyza obserwowała każdy jej ruch z wyraźnym napięciem.
— Siostra Selen jest dzisiaj w pracy? — zapytała pozornie obojętnym tonem.
— Nie — odpowiedziała pielęgniarka, zakładając stazę na jej ramię. — Jest na urlopie. Wraca dopiero jutro.
Beyza powoli wypuściła powietrze.
Przynajmniej jeszcze nie wszystko stracone… Jeśli Selen wróci jutro, nadal będzie mogła zmienić wyniki. Może znowu uda mi się z tego wyjść.
Ta myśl przyniosła jej chwilową ulgę.
Drzwi gabinetu otworzyły się i do środka weszła Yasemin.
Miała na sobie biały fartuch, ale w jej spojrzeniu było coś chłodnego i przenikliwego, co sprawiło, że Beyza natychmiast zesztywniała.
Lekarka podeszła do pielęgniarki i odebrała od niej probówkę z pobraną krwią.
— Tym razem wyślę próbkę do innego laboratorium — oznajmiła spokojnie, obracając fiolkę w dłoni. — Co więcej, zawiozę ją osobiście.
Spojrzała Beyzie prosto w oczy.
— W ten sposób uzyskamy najbardziej wiarygodne wyniki. Prawda, Beyzo?
Na twarzy Beyzy na ułamek sekundy pojawił się strach.
Szybko spróbowała go ukryć, ale było już za późno.
Yasemin zauważyła wszystko.


***
Yonca biegła wąską, niemal pustą drogą, co chwilę oglądając się przez ramię. Jej oddech był urywany, a jedna dłoń kurczowo obejmowała wyraźnie zaokrąglony brzuch. Strach mieszał się w niej z desperacją. Miała wrażenie, że każdy szelest liści za plecami oznacza pogoń.
Kiedy w końcu dotarła do umówionego miejsca — ukrytego za gęstymi zaroślami i starymi drzewami — zwolniła dopiero na widok Tayara.
Mężczyzna czekał na nią nerwowo, z rękami schowanymi w kieszeniach marynarki. Co chwilę rozglądał się wokół, jakby obawiał się, że ktoś ich śledzi.
— Yonca… — odezwał się cicho, gdy do niego podeszła. — Mam dla ciebie bilet. Wyjedziesz jutro rano.
Dziewczyna spojrzała na niego z niedowierzaniem.
— Naprawdę? — zapytała zdyszanym głosem. — Udało ci się?
Tayar skinął głową. Na twarzy Yoncy pojawiła się ulga tak silna, że omal się nie rozpłakała.
— Nie wiem, jak ci dziękować…
— Nie dziękuj mnie. — Tayar przerwał jej szybko i spuścił wzrok. — Podziękuj dziecku, które nosisz. Robię to tylko dlatego, że ono jest niewinne. Nie pozwolę, żeby stała mu się krzywda.
Yonca mimowolnie położyła dłoń na brzuchu. Jej oczy zaszkliły się od łez.
Tayar sięgnął do wewnętrznej kieszeni marynarki i wyjął grubą kopertę. Przez chwilę trzymał ją w dłoni, jakby wahał się, czy naprawdę powinien to robić, po czym podał ją dziewczynie.
— Są tam pieniądze i bilet — wyjaśnił przyciszonym głosem. — Powinno ci wystarczyć na początek. Kiedy przekroczysz granicę, nikt cię już nie znajdzie.
Yonca odebrała kopertę drżącymi palcami.
— Nigdy ci tego nie zapomnę…
Nie zauważyli jednak, że kilka metrów dalej, za gęstymi krzakami, ktoś ich obserwował.
Ukryty między gałęziami mężczyzna uniósł telefon i zrobił kolejne zdjęcie. Na ekranie wyraźnie było widać moment przekazania koperty.
Mężczyzna zmrużył oczy i uśmiechnął się pod nosem.
— A więc jednak… — mruknął cicho.
Jeszcze raz nacisnął spust aparatu.


***
Cihan wrócił do domu późnym popołudniem. Już od progu czuł narastające w nim napięcie, które od rana nie dawało mu chwili spokoju. Poluzował krawat i wszedł do holu ciężkim krokiem, ale niemal natychmiast zatrzymał się gwałtownie.
Przez przestronny hol przechodził właśnie Melih.
Ich spojrzenia skrzyżowały się na ułamek sekundy. W oczach Cihana momentalnie pojawił się gniew.
Podszedł do kierowcy szybkim krokiem.
— Gdzie zabrałeś wczoraj Hancer? — zapytał lodowatym tonem.
Melih wyprostował się, lecz nie spuścił wzroku.
— Przykro mi, panie Cihanie, ale nie mogę tego powiedzieć.
Twarz Cihana stwardniała jeszcze bardziej.
— Nie możesz? — powtórzył z niedowierzaniem. — Przypomnę ci, że to ja ci płacę, nie Hancer.
Melih zacisnął szczękę.
— Dostaję pieniądze za prowadzenie samochodu, ale honoru nie sprzedaję nikomu.
Te słowa podziałały na Cihana jak iskra wrzucona do beczki prochu. W jednej chwili chwycił Meliha za koszulę i szarpnął go brutalnie ku sobie.
— Ty będziesz mnie uczył honoru i męskości?! — wycedził przez zaciśnięte zęby.
Melih odepchnął jego rękę.
— Panie Cihanie… nie prowokuj mnie.
— Skąd bierzesz czelność, żeby mieszać się w sprawy moje i mojej żony?!
Nagle Cihan zamachnął się i uderzył go prosto w twarz.
Melih zachwiał się, ale tylko przez chwilę. Niemal natychmiast odpowiedział ciosem.
W następnej sekundzie obaj rzucili się na siebie z furią.
W holu rozległ się huk przewracanych przedmiotów. Mężczyźni szarpali się i okładali pięściami, kipiąc od tłumionego od dawna gniewu. Cihan uderzył Meliha w bark, ten odepchnął go z całej siły na ścianę. Ich ciężkie oddechy i krzyki odbijały się echem po całym domu.
Do holu wbiegły przerażone Fadime, Gulsum i Aysu.
— Przestańcie! — krzyczała Gulsum, próbując odciągnąć Cihana. — Na Boga, co wy robicie?!
— Panie Cihanie, proszę! — błagała Fadime.
Ale żaden z nich już nie słuchał.
Gniew całkowicie odebrał im rozsądek.
Melih zamachnął się ponownie, lecz Cihan chwycił go za ramiona i obaj runęli na stolik przy ścianie. Aysu krzyknęła przestraszona.
I wtedy nad całym domem rozdarł się potężny głos Mukadder.
— DOŚĆ!
Wszyscy zamarli.
Na piętrze stała Mukadder, wychylona przez ozdobną balustradę. Jej twarz była czerwona ze złości, a dłonie kurczowo zaciskały się na poręczy.
— Cihanie! — krzyknęła drżącym głosem. — Nie zniosę już tego dłużej! Dosyć!
W holu zapadła ciężka, duszna cisza.
Cihan i Melih oddychali gwałtownie, stojąc naprzeciw siebie z nienawiścią w oczach.



***
Melih wyszedł z rezydencji gwałtownym krokiem, trzaskając za sobą drzwiami tak mocno, że echo poniosło się po całym dziedzińcu. Wciąż kipiał ze złości po kłótni z matką. Szczękę miał zaciśniętą, a dłonie drżały mu od tłumionych emocji.
— Bracie! Zaczekaj!
Aysu wybiegła za nim niemal biegiem. Dopadła go przy fontannie i chwyciła za ramię, zanim zdążył dojść do bramy.
— Wiesz przecież, jaka jest mama — powiedziała błagalnym tonem. — Nie chciała tego powiedzieć. Po prostu była zdenerwowana.
Melih odwrócił się do siostry. Gniew w jego oczach nieco złagodniał.
— Aysu… — westchnął ciężko.
Dziewczyna patrzyła na niego z niepokojem, jakby bała się, że tym razem naprawdę odejdzie na zawsze.
Melih przyciągnął ją do siebie i mocno przytulił.
— Dbaj o siebie i o mamę, dobrze? — powiedział cicho. — A jeśli wydarzy się cokolwiek… choćby najmniejszy problem… natychmiast do mnie zadzwoń.
— Nie odchodź, bracie. Proszę… — wyszeptała drżącym głosem.
Na moment zamknął oczy, jakby te słowa ugodziły go prosto w serce.
— Przecież ci powiedziałem. Wystarczy jeden telefon, a od razu przyjadę. — Pogładził ją po włosach. — Niech Bóg ma cię w swojej opiece.
Delikatnie odsunął siostrę od siebie, po czym odwrócił się i ruszył w stronę wyjścia.
Aysu została na podjeździe, patrząc za nim ze łzami w oczach.
Melih wyszedł na spokojną ulicę otoczoną wysokimi drzewami i czerwonym murem rezydencji. Nie uszedł jednak daleko.
— Wiedziałam, że nie zostaniesz tam po tej bójce.
Usłyszał za sobą kobiecy głos.
Odwrócił się i zobaczył Gulsum. Stała kilka kroków dalej z rękami splecionymi przed sobą. Na jej ustach błąkał się lekki, prowokujący uśmiech.
— Chciałam porozmawiać z tobą, zanim odejdziesz — dodała.
Melih spojrzał na nią chłodno.
— O czym?
Gulsum zrobiła krok bliżej.
— Musisz spotkać się z Merve. — Uśmiechnęła się bardziej zalotnie. — Biedna dziewczyna została sama. Nie zostawiaj jej znowu w potrzebie tylko dlatego, że jesteś w złym humorze.
Twarz Meliha momentalnie stwardniała.
— Powiedz swojej przyjaciółce, że Melih zakochał się już w kimś innym — odpowiedział lodowatym tonem.
Uśmiech zniknął z twarzy Gulsum.
— Co?
— I jeszcze jedno… — dodał, patrząc jej prosto w oczy. — Jestem wystarczająco zdenerwowany. Nie wspominaj mi więcej o swojej przyjaciółce, siostro Gulsum.
Przez chwilę między nimi zaległa napięta cisza.
Melih poprawił kurtkę i ruszył dalej, lecz po kilku krokach zatrzymał się jeszcze na moment.
— I przekaż Merve, żeby znalazła sobie kogoś w swoim wieku.
Po tych słowach odszedł bez oglądania się za siebie, zostawiając Gulsum nieruchomą pośrodku ulicy.


***

Powyższy tekst stanowi autorskie streszczenie i interpretację wydarzeń z serialu Gelin. Inspiracją do jego stworzenia był film Gelin 102.Bölüm dostępny na oficjalnym kanale serialu w serwisie YouTube. W artykule zamieszczono również zrzuty ekranu pochodzące z tego odcinka, które zostały użyte wyłącznie w celach informacyjnych i ilustracyjnych. Wszystkie prawa do postaci, fabuły i materiału źródłowego należą do ich prawowitych właścicieli.






