Dziedzictwo odc. 981: Aynur mówi „tak” Sinanowi!

Sinan oświadcza się Aynur.

„Dziedzictwo” Odc. 981 – streszczenie

Adalet i Aynur, elegancko ubrane, zatrzymały się przed drzwiami domu prokuratora. Aynur poprawiła płaszcz i nerwowo wygładziła materiał sukienki. Choć powtarzała sobie, że to tylko przedstawienie, serce biło jej szybciej niż powinno.

– Siostro Adalet… jak wyglądam? – zapytała półgłosem.

Adalet obrzuciła ją ciepłym spojrzeniem.

– Przepięknie, córko. – Uśmiechnęła się łagodnie, lecz zaraz spoważniała. – Tylko pamiętaj, po co tu jesteśmy. To nie są prawdziwe zaręczyny. To gra, która ma pomóc panu Sinanowi.

– Mówisz tak, jakbym naprawdę szła po pierścionek od księcia z bajki – odparła Aynur, próbując żartować. – Wiem, że to tylko przedstawienie.

Jednak gdy weszły do środka, słowa ugrzęzły jej w gardle.

Salon wyglądał jak scena z romantycznej powieści. W półmroku migotały płomienie świec, a ich ciepłe światło odbijało się od zielonych foteli i ciemnych mebli. Powietrze pachniało kwiatami. Wszystko było przygotowane z taką starannością, że przez krótką chwilę Aynur zapomniała, iż to tylko część planu.

– Jak z książki… – wyszeptała, nie kryjąc zachwytu.

Wtedy z głębi pokoju wyszedł Sinan. W eleganckim garniturze, z bukietem czerwonych róż w dłoniach, wyglądał inaczej niż zwykle — spokojniejszy, bardziej skupiony, niemal czuły. U jego boku stała Işıl, obserwując wszystko z wyraźnym napięciem, jakby wciąż próbowała odgadnąć, gdzie kończy się gra, a zaczyna prawda.

Sinan podszedł do Aynur i wręczył jej bukiet.

– Zasługujesz na znacznie więcej – powiedział cicho.

Aynur spojrzała na niego zaskoczona. Nie spodziewała się tego tonu. Nie spodziewała się też, że w jego oczach zobaczy coś więcej niż chłodną determinację.

Sinan ujął jej dłoń, po czym uklęknął na jedno kolano. Z kieszeni wyjął niewielkie czerwone pudełeczko i otworzył je powoli, z niemal uroczystą powagą.

– Aynur… czy zostaniesz moją żoną?

W salonie zapadła cisza. Aynur przez sekundę nie mogła oddychać. Wiedziała, że powinna odpowiedzieć tak, jak wymagała sytuacja. A jednak wzruszenie, które ścisnęło jej gardło, wcale nie było udawane.

– Tak… – wyszeptała.

Sinan wsunął pierścionek na jej palec, a w pokoju rozległy się brawa. Adalet klasnęła z przejęciem, Işıl również się uśmiechnęła, choć jej spojrzenie pozostało uważne i badawcze. Aynur patrzyła na błyszczący kamień, czując, że ta gra właśnie niebezpiecznie zbliżyła się do granicy, której nie powinni byli przekraczać.

***

Tymczasem w domu Poyraza pojawiła się Ecem. Poyraz zaprosił ją na obiad, chcąc omówić szczegóły dużego zamówienia na meble dziecięce. Dla niego było to spotkanie zawodowe, szansa na rozwój warsztatu i krok w stronę stabilniejszej przyszłości. Dla Nany — próba, na którą nie była gotowa.

Ecem siedziała w salonie swobodnie, uprzejmie rozmawiając z Cennet i Poyrazem. Była piękna, elegancka i pewna siebie, a przy tym tak miła, że trudno było znaleźć w niej coś, czego można by się uczepić. To właśnie najbardziej drażniło Nanę.

Stała z boku, z dłonią przyciśniętą do brzucha, i próbowała zachować spokój. Jednak każde spojrzenie Ecem, każdy uśmiech Poyraza, każda ich wymiana zdań wbijały się w nią jak cienkie igły. Cennet natomiast obserwowała całą scenę z ukrytą satysfakcją. Nie mówiła nic, ale w jej oczach pojawił się cień zadowolenia.

Nana w końcu nie wytrzymała.

– Źle się czuję – powiedziała cicho. – Pójdę do pokoju.

Poyraz natychmiast uniósł wzrok.

– Boli cię brzuch? Mam iść z tobą?

– Nie trzeba. To nic poważnego. Odpocznę chwilę.

Nie czekając na dalsze pytania, wycofała się z salonu.

W swoim pokoju usiadła na łóżku i przez moment patrzyła przed siebie. Nie była pewna, czy naprawdę bolał ją brzuch, czy tylko serce ścisnęło się tak mocno, że ciało zaczęło reagować razem z nim. W końcu sięgnęła po telefon i wybrała numer Aynur.

– Pojawiła się nowa klientka – zaczęła, ledwie Aynur odebrała. – Bogata, piękna i, niestety, dobra. Złożyła duże zamówienie, więc wszyscy są zachwyceni. A Poyraz… Poyraz zachowuje się wobec niej bardzo uprzejmie.

– Nana, przecież to jego klientka – odparła Aynur spokojnie.

– Wiem. I właśnie dlatego próbuję nie przesadzać. Ale ona od razu przeszła z nim na „ty”. Rozmawiają tak swobodnie, jakby znali się od dawna. A dziś przyszła nawet na obiad. Do naszego domu. Rozumiesz? Do domu, w którym ja jestem jego żoną.

Aynur przez chwilę milczała, jakby szukała najdelikatniejszych słów.

– Poyraz nie jest człowiekiem, który przekracza granice – powiedziała w końcu. – On może być uprzejmy, może być skupiony na pracy, ale nie zdradziłby twojego zaufania. Był przy tobie wtedy, gdy wszyscy inni się odwrócili. Nie zapominaj o tym.

Nana przymknęła oczy. Słowa przyjaciółki powoli uspokajały burzę w jej głowie.

– Chyba po prostu się przestraszyłam – przyznała ciszej. – Jakby ktoś nagle mógł wejść między nas i zabrać mi coś, czego nawet nie zdążyłam nazwać.

– Może właśnie dlatego tak bardzo cię to boli – zauważyła Aynur łagodnie. – Bo to już dawno przestało być tylko małżeństwo na papierze.

Nana nie odpowiedziała od razu.

– A u ciebie? – zapytała po chwili, chcąc zmienić temat. – Wszystko w porządku?

Aynur spojrzała na pierścionek lśniący na jej palcu i uśmiechnęła się z mieszaniną zakłopotania i niedowierzania.

– Mogłabym napisać książkę – westchnęła. – Ale nie martw się, wszystko jest… pod kontrolą. Przynajmniej próbuję w to wierzyć. Zadzwonię później, dobrze?

– Dobrze. Dziękuję ci.

Po zakończonej rozmowie Nana przez chwilę siedziała nieruchomo. Potem odłożyła telefon i odetchnęła głęboko.

– Aynur ma rację – powiedziała sama do siebie. – Poyraz nie jest taki. Nie powinnam go oceniać przez własny strach.

Postanowiła zejść na dół. Chciała napić się herbaty z gośćmi, uśmiechnąć się spokojnie i pokazać, że nie ma powodu do zazdrości. Wstała z łóżka, lecz zanim zdążyła dojść do drzwi, do pokoju weszła Cennet z ubraniami Poyraza przewieszonymi przez ramię.

Położyła je na sofie i zmierzyła Nanę chłodnym, badawczym spojrzeniem.

– Jak się czujesz? – zapytała. – Wyglądasz całkiem dobrze jak na kogoś, kto przed chwilą był chory.

Nana wyprostowała się odruchowo.

– Już mi lepiej. Chciałam zejść do Poyraza.

– Nie ma go – odparła Cennet obojętnie. – Wyszedł z Ecem.

Nana zamarła.

– Dokąd?

– Do warsztatu. Mają coś do omówienia. Chciał ci powiedzieć, ale uznałam, że pewnie śpisz.

Cennet ruszyła w stronę drzwi, lecz zatrzymała się jeszcze na moment. Odwróciła głowę i dodała pozornie niewinnym tonem:

– Ecem to bardzo porządna dziewczyna. Podoba mi się.

Po tych słowach wyszła, zostawiając Nanę samą.

W pokoju zapadła cisza. Nana stała bez ruchu, czując, jak spokój, który przed chwilą z takim trudem odzyskała, znów rozpada się na kawałki.

***

İbrahim nie potrafił dojść do siebie po tym, jak Kara zażądała rozwodu. Od tamtej chwili chodził jak cień samego siebie — rozkojarzony, przygnieciony poczuciem winy i pustką, którą zostawiła po sobie kobieta, naprawdę przez niego kochana.

Siedział w biurze, ale nie był w stanie skupić się na niczym. Niebieskie segregatory ustawione równo na półce, dokumenty, telefon, codzienny porządek wokół niego — wszystko wydawało się obce i nieważne. Myślami wciąż wracał do Kary, do jej chłodnego spojrzenia i słów, które brzmiały w jego głowie jak wyrok.

Nagle telefon zawibrował.

İbrahim drgnął i odruchowo spojrzał na ekran. Wiadomość była krótka, ale wystarczyła, by krew odpłynęła mu z twarzy.

„Widzę cię. Śledzę każdy twój krok. Nie uciekniesz”.

Zamarł. Przez chwilę tylko wpatrywał się w ekran, jakby litery mogły za moment zniknąć i okazać się ponurym żartem. Serce zaczęło bić mu coraz szybciej. Pierwsza myśl była oczywista: Kirpi.

Natychmiast skontaktował się z nim, ale mężczyzna stanowczo zaprzeczył. Przysięgał, że nie ma z tym nic wspólnego.

İbrahim nie zdążył jeszcze ochłonąć, gdy telefon zawibrował ponownie.

„Zapłacisz za wszystko, co mi zrobiłeś”.

Tym razem strach ścisnął go za gardło. İbo poprawił nerwowo okrągłe okulary i wpatrywał się w numer nadawcy. Próbował wmówić sobie, że to tylko kolejny głupi dowcip. Może Süleyman? Może ktoś z jego znajomych postanowił zabawić się jego kosztem w najgorszym możliwym momencie?

Nie wytrzymał. Oddzwonił.

– Sulo, błagam cię, nie jestem w nastroju – powiedział z wymuszoną irytacją, choć głos lekko mu drżał. – Daruj sobie te żarty. To naprawdę nie jest śmieszne.

Po drugiej stronie zapadła cisza.

A potem odezwał się głos. Obcy. Niski. Zimny.

– To nie żart.

İbrahim zesztywniał.

– Kim jesteś? – wyszeptał.

– Zraniłeś moją duszę – odpowiedział nieznajomy lodowatym tonem. – Teraz ja zabiorę twoją. Czekaj.

Połączenie się urwało.

İbrahim powoli odsunął telefon od ucha. Był blady jak ściana, a dłoń, w której trzymał aparat, wyraźnie drżała. Jeszcze niedawno sam wymyślił historię o prześladowcy, żeby wzbudzić troskę Kary i zatrzymać ją przy sobie. To miała być desperacka gra. Kłamstwo. Teatr.

Teraz jednak wszystko wymknęło się spod kontroli.

Ktoś naprawdę go obserwował.

Ktoś naprawdę chciał się zemścić.

Tylko kto? I za co?

***

Nana nie potrafiła dłużej znosić niepewności, która od rana ściskała jej serce. Próbowała przekonywać samą siebie, że przesadza, że Poyraz jedynie pracuje z klientką, że nie ma w tym nic złego. A jednak obraz Ecem — pięknej, uśmiechniętej, zbyt swobodnie obecnej przy jej mężu — nie dawał jej spokoju.

W końcu chwyciła talerz z jeszcze ciepłym kuglofem i ruszyła do warsztatu.

Zatrzymała się tuż przed wejściem. Przez przeszklone drzwi zobaczyła Poyraza i Ecem pochylonych nad stołem roboczym. Stali blisko siebie, zbyt blisko. Poyraz cierpliwie pokazywał blondynce, jak obsługiwać piłę ukośną. Pochylał się nad nią, spokojnym głosem tłumaczył każdy ruch, asekurował ją tak ostrożnie, jakby bał się, że zrobi sobie krzywdę.

Nana poczuła bolesne ukłucie zazdrości.

Przecież kiedyś w ten sam sposób uczył ją.

Przez chwilę stała nieruchomo, ściskając w dłoniach pojemnik z ciastem. Wzięła głęboki oddech, uniosła głowę i weszła do środka z uśmiechem, który kosztował ją więcej, niż chciała pokazać.

– Miłej pracy! – rzuciła przesadnie pogodnym tonem.

Poyraz i Ecem natychmiast się wyprostowali. Oboje wyglądali na zaskoczonych jej nagłym pojawieniem się.

– Co ty tutaj robisz? – zapytał Poyraz, podchodząc do niej. W jego głosie zabrzmiała troska. – Przecież źle się czułaś.

– Już mi lepiej – odparła Nana szybko i uniosła talerz. – Przyniosłam kuglof. Pomyślałam, że przyda wam się coś słodkiego. No i przyszłam pomóc.

Spojrzała na Ecem z uprzejmym uśmiechem, w którym trudno było nie dostrzec ukrytego ostrzeżenia.

– W końcu jestem najlepszą asystentką mojego męża. Robimy wszystko razem, prawda? Nie chciałabym, żeby pani Ecem niepotrzebnie się przemęczała.

Ecem odpowiedziała jej szerokim, niemal rozbrajającym uśmiechem. Nie wyglądała ani na zawstydzoną, ani na zakłopotaną.

– Nie wiem, co to zmęczenie – stwierdziła lekko. – Praca w warsztacie sprawia mi prawdziwą przyjemność.

Nana zacisnęła palce na brzegu pojemnika.

– Ale przecież jest pani klientką – przypomniała chłodno, choć nadal uprzejmie. – To my wykonujemy zlecenie. Nie chcielibyśmy zabierać pani czasu.

– W tej chwili nie mam nic pilnego do zrobienia – odparła Ecem z pewnością siebie. – Poza tym mam taki zwyczaj, że uczestniczę w początkowej fazie projektu. Lubię widzieć, jak rodzi się pomysł. Dlatego z Poyrazem będziemy jeszcze przez jakiś czas pracować razem.

Nana poczuła, jak uśmiech zastyga jej na twarzy.

W środku aż się gotowała. Najchętniej chwyciłaby Ecem za rękę i wyprowadziła ją z warsztatu, zanim ta zdążyłaby powiedzieć kolejne słowo. Nie mogła jednak zrobić sceny. Nie przy Poyrazie. Nie tak.

Postawiła więc ciasto na stole i uniosła brodę.

Jedno było pewne: nie zamierzała zostawić ich samych.

Nie tym razem.

***

Nana i Poyraz wracają do domu w milczeniu. Między nimi wciąż wisi napięcie po scenie w warsztacie — gęste, niewypowiedziane, ciężkie jak powietrze przed burzą. Poyraz zdejmuje kurtkę w przedpokoju, a Nana wchodzi za nim do salonu ze spuszczonym wzrokiem.

W środku siedzą Cennet i Cansel. Cennet trzyma w dłoniach robótkę, ale jej spojrzenie od razu zatrzymuje się na Nanie. Cansel, wygodnie rozparta w fotelu z magazynem na kolanach, unosi głowę z udawaną obojętnością.

Nana podchodzi do stołu i nalewa sobie wody. Próbuje zachować spokój. Nie chce kolejnej kłótni, nie chce dawać im satysfakcji. Jednak Cennet nie zamierza przepuścić okazji. Odzywa się głośno, celowo tak, by każde słowo dotarło do synowej.

– Cansel, dzięki Bogu Poyraz dostał dziś ogromne zamówienie – mówi z przesadnym zadowoleniem. – Ta pani, zleceniodawczyni… była u nas. Taka piękna, elegancka, dobrze wychowana. Prawdziwa dama. Od razu widać, że niektórzy ludzie przynoszą domowi szczęście i dostatek.

Zawiesza głos, po czym dodaje ostrzej:

– A inni? Inni pojawiają się tylko po to, żeby ściągać na rodzinę kłopoty. Jakby pech chodził za nimi krok w krok.

Nana nieruchomieje z dłonią na dzbanku. Przez sekundę wygląda, jakby chciała coś odpowiedzieć. Jej twarz blednie, a spojrzenie twardnieje, lecz po chwili spokojnie odstawia naczynie na stół.

Nie pozwoli im zobaczyć, jak bardzo ją zraniły.

– Dobranoc – mówi chłodno.

Odwraca się i bez słowa wychodzi z salonu. Jej kroki cichną na schodach, ale ciężar wypowiedzianych słów zostaje w pomieszczeniu.

Cansel odprowadza ją wzrokiem, po czym nachyla się lekko w stronę Cennet.

– Jest zazdrosna o Poyraza – zauważa z satysfakcją. – Widać to gołym okiem.

– Niech będzie zazdrosna – odpowiada Cennet sucho. – Może w końcu zrozumie, że nie wszystko należy do niej.

Cansel wzdycha teatralnie, udając zatroskaną.

– Po tym, co stało się przeze mnie, miałam nadzieję, że ich relacja się umocni. Że naprawdę stworzą coś trwałego. Ale teraz widzę, że to nadal tylko pozory. Jedno spojrzenie Poyraza w stronę innej kobiety i Nana traci grunt pod nogami.

Cennet odkłada robótkę na kolana.

– Ja zrobiłam krok w jej stronę tylko dlatego, żeby nie stracić syna – mówi cicho, ale twardo. – Nie dla niej. Nie dlatego, że ją zaakceptowałam.

Cansel pochyla się jeszcze bardziej, jakby chciała wbić kolejną szpilę.

– Mamo, Semih prowadzi teraz kawiarnię. A Nana… zaczęła tam pracować. Gdziekolwiek pójdzie, od razu znajduje sposób, żeby wejść ludziom w życie. Jest jak wirus. Rozprzestrzenia się po cichu, aż w końcu trudno się jej pozbyć.

Cennet zaciska usta. W jej oczach pojawia się chłodny błysk.

– Mam nadzieję, że pewnego dnia po prostu zniknie z naszego domu.

– I z naszego życia – dopowiada Cansel.

– Amen – odpowiada Cennet półgłosem, wracając do robótki, jakby przed chwilą nie padły żadne okrutne słowa.

Powyższy tekst stanowi autorskie streszczenie i interpretację wydarzeń z serialu Emanet. Inspiracją do jego stworzenia były filmy Emanet 706. Bölüm i Emanet 707. Bölüm dostępne na oficjalnym kanale serialu w serwisie YouTube. W artykule zamieszczono również zrzuty ekranu pochodzące z tych odcinków, które zostały użyte wyłącznie w celach informacyjnych i ilustracyjnych. Wszystkie prawa do postaci, fabuły i materiału źródłowego należą do ich prawowitych właścicieli.

Podobne wpisy