„Panna młoda” Odc. 148 – streszczenie
Hancer siedziała skulona na sofie w domu brata. W salonie panowała cisza, przerywana jedynie cichym tykaniem zegara i szumem deszczu uderzającego o szyby. Ciepłe światło lampki stojącej obok kanapy miękko oświetlało jej zmęczoną twarz.
Powoli przesunęła dłonie na brzuch i zamknęła oczy.
— Nie rób tego dłużej, Cihanie… — wyszeptała drżącym głosem. — Przestań być taki uparty. Oboje przez to cierpimy.
Westchnęła ciężko i oparła głowę o sofę.
— Twój gniew niczego już nie naprawi. Nie sprawi, że do siebie wrócimy. Tłumienie tego wszystkiego… tych emocji, bólu, tęsknoty… coraz bardziej mnie wyczerpuje. Nie potrafię już tak żyć.
Na moment zapadła cisza. Hancer delikatnie pogładziła brzuch, jakby próbowała uspokoić nie tylko siebie, ale i maleństwo, które nosiła pod sercem.
Nagle rozległ się dźwięk telefonu.
Drgnęła lekko i spojrzała na ekran. Firma sprzątająca. Szybko odebrała.
— Halo?
— Hancer, następnym razem, kiedy zachorujesz albo nie będziesz mogła przyjść do pracy, uprzedź mnie wcześniej — odezwała się chłodnym tonem kobieta po drugiej stronie.
Hancer spuściła wzrok.
— Przepraszam. Naprawdę chciałam zadzwonić, ale wydarzyło się zbyt wiele rzeczy. Nie miałam nawet możliwości, żeby…
— Dobrze, już dobrze — przerwała jej szefowa. — Na jutro masz zlecenie w jednej rezydencji. To ważny klient i wyraźnie zaznaczył, że chce właśnie ciebie.
Hancer uniosła lekko głowę.
— Mnie?
— Tak. Dlatego posłuchaj mnie uważnie. Jeśli jutro znowu pojawi się jakiś problem, nie będę mogła dalej cię kryć. Rozumiesz?
W oczach Hancer pojawiło się napięcie, ale i cień nadziei.
— Nie będzie żadnego problemu. Obiecuję. Przyjdę na czas.
Jej głos złagodniał.
— Bardzo dziękuję. Naprawdę… Kocham swoją pracę. Chcę pracować.
Po drugiej stronie zapadło krótkie milczenie.
— Zobaczymy jutro. Bądź gotowa rano.
— Dziękuję… Dziękuję za tę szansę.
Rozłączyła się powoli i przez chwilę patrzyła nieruchomo w ekran telefonu, jakby wciąż nie mogła uwierzyć, że los dał jej jeszcze jedną możliwość.
Potem odłożyła telefon na stolik i ponownie objęła dłonią brzuch. Na jej ustach pojawił się delikatny, wzruszony uśmiech.
— Widzisz, kochanie? — wyszeptała cicho. — Wszystko zaczyna się układać. Mam pracę. Zarobię pieniądze. Stworzę dla nas spokojny dom… dla mnie i dla ciebie.
Jej oczy zaszkliły się od łez, ale tym razem nie były to łzy rozpaczy. W jej sercu pojawiła się odrobina nadziei.
***
Gulsum weszła do sypialni Beyzy ostrożnym krokiem, jakby bała się nawet szelestu własnej spódnicy. W dłoniach trzymała gruby album ze zdjęciami oprawiony w jasną skórę. Pokój tonął w chaosie — na łóżku leżały porozrzucane ubrania, kołdra była zmięta, a na fotelu piętrzyły się dziecięce rzeczy i kolorowe tkaniny przygotowane do urządzenia pokoju dla dziecka.
Beyza siedziała oparta o poduszki i natychmiast wyciągnęła rękę po album.
— Wywołałaś wszystkie zdjęcia, prawda? — zapytała z wyraźnym napięciem w głosie.
— Tak, pani Beyzo — odpowiedziała cicho Gulsum. — Wyszłaś naprawdę pięknie…
W jej głosie zabrzmiała jednak niepewność, której Beyza nie mogła nie wychwycić.
Otworzyła album i zaczęła szybko przewracać strony. Jej twarz z każdą chwilą stawała się coraz bardziej ponura.
— Co to ma być?! — syknęła nagle.
Zatrzasnęła album z głośnym trzaskiem.
— Na żadnym zdjęciu nie ma Cihana!
Gulsum nerwowo splotła dłonie.
— Pan Cihan cały czas unikał aparatu. Odwracał się albo odchodził, zanim zrobiłam zdjęcie…
— I to ma być twoje wytłumaczenie? — Beyza spojrzała na nią z pogardą. — Płacę ci po to, żebyś myślała! W ogóle się do tego nie nadajesz.
Wstała gwałtownie z łóżka i zaczęła nerwowo chodzić po pokoju.
— Dlaczego nie uchwyciłaś choć jednego momentu, kiedy byliśmy blisko siebie? Jednego spojrzenia, jednego dotyku… czegokolwiek!
Gulsum spuściła głowę.
— Przepraszam…
Beyza westchnęła ciężko i ponownie otworzyła album.
— Nieważne. — Machnęła ręką, choć wyraźnie kipiała ze złości. — Przynajmniej mamy jakieś zdjęcia ze ślubu. Wybierz najlepsze i opraw je w ramki. Postaw je tutaj. Wszędzie.
— Oczywiście.
W tej samej chwili drzwi otworzyły się ponownie i do pokoju weszła Mukadder.
Beyza natychmiast zmieniła wyraz twarzy. Na jej ustach pojawił się słodki, niemal przesadny uśmiech.
— Babciu! — odezwała się ciepłym głosem. — Przyszłaś odwiedzić swojego wnuka?
Mukadder zmarszczyła lekko brwi i powoli rozejrzała się po sypialni.
— Dlaczego panuje tu taki bałagan?
— Wynajęłam sprzątaczkę — odpowiedziała Beyza lekko. — Jutro wszystko będzie lśniło.
— Sprzątaczkę? — Mukadder spojrzała chłodno na Gulsum. — A po co? Czy Gulsum i Fadime nie potrafią już sprzątać?
Beyza uśmiechnęła się delikatnie.
— Potrafią, ale ta kobieta jest profesjonalistką. Prawda, Gulsum?
Pokojówka przełknęła ślinę i szybko skinęła głową.
— Tak, pani Beyzo.
— Tylko najlepsza osoba może zajmować się pokojem mojego dziecka — ciągnęła Beyza z przesadną czułością. — W końcu chodzi o przyszłego dziedzica rodziny Develioglu.
Podeszła do Mukadder i delikatnie ujęła jej dłoń. Następnie przyłożyła ją do swojego brzucha.
— Czujesz? — wyszeptała z błyskiem triumfu w oczach. — To twój wnuk. Jedyny następca rodziny Develioglu. Zasługuje na wszystko, co najlepsze.
Mukadder wycofała rękę niemal natychmiast.
Na jej twarzy nie pojawiło się jednak wzruszenie, którego Beyza tak bardzo oczekiwała.
— Rób, co chcesz — rzuciła chłodno.
Odwróciła się i wyszła z pokoju bez słowa więcej. Drzwi zamknęły się cicho.
Beyza przez chwilę patrzyła w ich stronę nieruchomo. Uśmiech zniknął z jej twarzy równie szybko, jak się pojawił.
Powoli zmrużyła oczy.
— Czy znalazła swój telefon? — zapytała nagle.
Gulsum drgnęła.
— Nie.
— Nie szuka go? Nie pytała nikogo?
— Właśnie dlatego to dziwne… — odpowiedziała ostrożnie pokojówka. — Nie rozpytuje o niego. Jakby w ogóle ją to nie obchodziło.
Beyza zamilkła.
To nie miało sensu.
Mukadder była kobietą, która wpadała w gniew nawet wtedy, gdy ktoś przestawił jej filiżankę. Gdyby naprawdę zgubiła telefon, postawiłaby cały dom na nogi.
A jednak milczała.
Beyza poczuła nieprzyjemny ucisk w żołądku.
— Boże… — mruknęła pod nosem. — To bardzo interesujące.
Powoli zamknęła album i wbiła wzrok w pustą przestrzeń przed sobą.
Coś było nie tak.
I miała coraz silniejsze przeczucie, że w tej rodzinie ktoś właśnie zaczął grać przeciwko niej.

***
Następnego dnia Hancer wsiadła do firmowego autobusu z ciężarem w sercu, którego nie potrafiła się pozbyć od chwili przebudzenia. Siedziała przy oknie, ściskając pasek torebki leżącej na kolanach. Za szybą przesuwały się kolejne ulice miasta, ale ona prawie ich nie widziała. Myślami była zupełnie gdzie indziej.
W autobusie panowała cisza. Kierowca skupiał się na drodze, a Hancer próbowała uspokoić nerwy. Powtarzała sobie, że to tylko kolejna praca. Zwykłe zlecenie. Nic więcej.
Minęło kilkanaście minut.
Nagle zmarszczyła brwi.
Widok za oknem wydał jej się niepokojąco znajomy.
Palmy przy drodze. Jasne elewacje willi. Długie ogrodzenia i szerokie podjazdy.
Serce zabiło jej mocniej.
Pochyliła się do przodu.
— Dokąd jedziemy? — zapytała ostrożnie kierowcę.
Mężczyzna spojrzał na nią w lusterku.
— Do rezydencji Develioglu. Tam cię zostawię. Pracownicy agencji ci nie powiedzieli?
Hancer zamarła. Przez chwilę nie była w stanie wydobyć z siebie głosu.
Rezydencja Develioglu. To nazwisko uderzyło w nią jak zimny podmuch wiatru.
Autobus skręcił jeszcze raz i po chwili zatrzymał się dokładnie przed ogromną bramą posiadłości.
Hancer siedziała nieruchomo. Palce zacisnęły się na torebce tak mocno, że aż pobielały jej knykcie.
— Dalej, nie trać czasu — odezwał się kierowca, odwracając się przez ramię. — Muszę jechać dalej.
— Ja… — Jej głos zadrżał. — Nie mogę tam wejść. Proszę… proszę jechać dalej.
Mężczyzna westchnął ciężko.
— Polecono mi zostawić cię właśnie tutaj.
— Rozmyśliłam się. Nie podejmę tej pracy.
— To już nie mój problem. Wysiądź.
Hancer pokręciła głową.
— Nie mogę.
Kierowca spojrzał na nią z wyraźnym zniecierpliwieniem, ale po chwili jego ton złagodniał.
— Posłuchaj… ja tylko wykonuję swoją pracę. Jeśli nie zostawię cię tam, gdzie mi kazano, będę miał kłopoty. Mam jeszcze inne osoby do rozwiezienia.
Hancer rozejrzała się bezradnie. Nie chciała robić problemów człowiekowi, który nie miał z tym wszystkim nic wspólnego.
Powoli odpięła pas bezpieczeństwa. Wsunęła torebkę na ramię i wysiadła z autobusu.
Drzwi zamknęły się za nią z cichym sykiem, a pojazd niemal natychmiast odjechał, zostawiając ją samą przed ogromną bramą.
Hancer podniosła wzrok.
Rezydencja wyglądała dokładnie tak samo jak wcześniej.
Te same jasne ściany. Ten sam szeroki podjazd. Te same okna, za którymi przeżyła tyle bólu i tyle chwil, których nie potrafiła wyrzucić z pamięci.
Poczuła ścisk w gardle. Drżącymi palcami wyciągnęła telefon i szybko wybrała numer agencji sprzątającej.
— Dzień dobry… — odezwała się cicho, kiedy kobieta odebrała. — Nie mogę pracować w tej rezydencji. Czy możecie wysłać mnie gdzieś indziej?
Po drugiej stronie zapadła krótka cisza, a potem rozległ się zirytowany głos.
— Ty sobie żartujesz?
Hancer zamknęła oczy.
— Proszę mnie wysłuchać. To skomplikowane…
— Mam dość twoich problemów! — przerwała jej kobieta ostro. — Wczoraj pytałam, czy chcesz pracować. Powiedziałaś, że tak.
— Nie wiedziałam, że chodzi właśnie o tę rezydencję. Gdybym wiedziała…
— Gdybym chciała słuchać cudzych dramatów, zostałabym psychologiem, nie właścicielką agencji — syknęła kobieta. — Zleceniodawczyni już dzwoniła i pytała, gdzie jesteś. Natychmiast tam pójdź.
— Nie mogę — wyszeptała Hancer coraz bardziej rozpaczliwie. — Naprawdę nie mogę…
— W takim razie przekażę sprawę prawnikowi. Masz podpisaną umowę.
Hancer otworzyła szeroko oczy.
— Chcecie mnie pozwać?
— Oczywiście. Zapłacisz karę umowną. I dopilnuję, żeby żadna agencja więcej cię nie zatrudniła.
Te słowa uderzyły w nią mocniej niż wszystko wcześniej. Przez chwilę nie mogła oddychać.
Potrzebowała tej pracy.
Potrzebowała pieniędzy.
Nie mogła pozwolić sobie na procesy, kary ani utratę jedynego źródła dochodu. Nie teraz. Nie kiedy odpowiadała już nie tylko za siebie.
Kobieta rozłączyła się bez pożegnania.
Hancer powoli opuściła telefon. Stała nieruchomo przed bramą, czując, jak ogarnia ją bezsilność. Spojrzała na swoją dłoń i mimowolnie położyła ją na brzuchu.
— Muszę dać radę… — szepnęła drżącym głosem.
Po chwili wzięła głęboki oddech. A potem, jak człowiek idący na własny wyrok, przekroczyła bramę rezydencji Develioglu.
Szła powoli, z opuszczoną głową, unikając spojrzenia na dom, który wciąż budził w niej zbyt wiele emocji. Każdy krok wydawał się coraz cięższy, jakby wspomnienia próbowały zatrzymać ją siłą.


***
Engin siedział za biurkiem, obracając w palcach cienką srebrną bransoletkę. Delikatny łańcuszek połyskiwał w świetle lampy zawieszonej nad biurkiem, odbijając chłodne refleksy. Mężczyzna przyglądał mu się z dziwnym skupieniem, jakby próbował odczytać z tej drobnej rzeczy odpowiedzi na pytania, które od kilku dni nie dawały mu spokoju.
Drzwi gabinetu otworzyły się cicho.
Cihan wszedł do środka powolnym krokiem i bez słowa usiadł naprzeciwko przyjaciela. Wyglądał na zmęczonego. Pod oczami miał ciemne ślady niewyspania, a w jego spojrzeniu wciąż czaiło się napięcie, którego nie potrafił ukryć.
Przez chwilę w pomieszczeniu panowała cisza. W końcu Cihan odezwał się cicho:
— Enginie… ostatnio bardzo cię obciążyłem.
Engin uniósł wzrok znad bransoletki i lekko wzruszył ramionami.
— To część mojej pracy. Nie robię ci łaski. — Urwał na moment, po czym spojrzał na niego uważniej. — Tak naprawdę to nie ja się męczę, tylko ty. I nie tylko siebie wykańczasz, ale też Hancer. Zdajesz sobie z tego sprawę?
Twarz Cihana momentalnie stwardniała. Jak zwykle ominął temat, którego nie chciał poruszać.
— Co zrobiłeś z domem swojej siostry? — zapytał chłodno. — Właśnie po to przyszedłem. Możesz skontaktować się z moim agentem nieruchomości.
Engin westchnął cicho, jakby spodziewał się takiej reakcji.
— Nie trzeba. Oddałem już klucze agentowi mojej siostry.
Cihan skinął głową, ale dopiero teraz zwrócił uwagę na błyszczący łańcuszek w dłoni przyjaciela.
Zmrużył lekko oczy.
— Zostawiłeś sobie pamiątkę?
Engin spojrzał na bransoletkę i pokręcił głową.
— Nie należała do mojej siostry. Znalazłem ją na podłodze, kiedy pakowałem jej rzeczy.
Wyciągnął rękę i podał mu biżuterię.
— Nie mam pojęcia, do kogo należy. Wygląda ci znajomo? Może jest Hancer?
Cihan wziął bransoletkę do ręki. Przez chwilę wpatrywał się w nią w milczeniu. Delikatne ogniwa przesuwały się między jego palcami.
Coś w jego spojrzeniu drgnęło.
— Nie — odpowiedział po chwili zbyt szybko. — Hancer nigdy nie miała takiej bransoletki.
Oddał ją Enginowi. Ten jednak nie odrywał od niego wzroku.
— Jesteś pewien?
Cihan zawahał się na ułamek sekundy.
— Skądś ją kojarzę… ale nie należy do Hancer. Tego jestem pewien.
Engin oparł się wygodniej na krześle.
— Oprócz niej w domu była tylko gospodyni. Ale ona raczej nie nosiłaby czegoś tak drogiego. — Uniósł lekko bransoletkę. — Niewiele osób może sobie pozwolić na taką biżuterię.
Cihan zmarszczył brwi.
— Enginie… dlaczego aż tak się tego uczepiłeś? Naprawdę ma znaczenie, do kogo należy ta bransoletka?
W gabinecie zapadła cisza. Engin przez chwilę obracał łańcuszek między palcami, jakby sam próbował zrozumieć własne przeczucia.
W końcu odezwał się cicho:
— Nie mam żadnych dowodów. Nawet konkretnego powodu. Tylko… coś mi się tu nie zgadza.
Podniósł wzrok na Cihana.
— Myślę, że w chwili śmierci mojej siostry ktoś jeszcze był w tym domu.
Cihan spiął szczękę.
— Masz kogoś na myśli?
— Nie. — Engin pokręcił głową. — Właśnie to jest najgorsze. Nie mam żadnego nazwiska. Żadnego tropu. Tylko to dziwne uczucie, które nie daje mi spokoju.
Ścisnął bransoletkę mocniej w dłoni.
— I dopóki nie dowiem się, do kogo należy… nie odpuszczę. Nawet jeśli szansa, że to coś znaczy, jest niewielka.
Cihan patrzył na niego w milczeniu.
Ale gdzieś głęboko w środku zaczynał odczuwać niepokój.


***
Hancer szła powoli w stronę rezydencji, a każdy kolejny krok zdawał się coraz cięższy. Zaciskała dłonie na uchwytach torby ze środkami do sprzątania, próbując uspokoić nierówny oddech. Ogromny dom górował nad nią jak wspomnienie życia, które jeszcze niedawno wydawało się jej bliskie, a teraz było całkowicie poza zasięgiem.
Kiedy stanęła przed wejściem i wyciągnęła rękę do klamki, drzwi nagle otworzyły się same.
W progu pojawiła się Beyza.
Opierała się nonszalancko o framugę, z chłodnym, niemal triumfującym uśmiechem na ustach. Jej spojrzenie powoli przesunęło się po Hancer — od włosów aż po zwykłą reklamówkę trzymaną w dłoni.
— Spóźniłaś się pół godziny — powiedziała lodowatym tonem. — Odliczę ci to od dzisiejszej dniówki.
Hancer milczała. Minęła ją i weszła do środka, ale Beyza ruszyła tuż za nią, wyraźnie delektując się każdą sekundą tej sytuacji.
— To naprawdę zabawne — odezwała się po chwili. — Wyszłaś z tego domu jako dama… a wracasz do niego jako służąca.
Słowa zawisły w powietrzu jak policzek.
Hancer na moment zamknęła oczy, jednak nie pozwoliła, by emocje pojawiły się na jej twarzy. Wiedziała, że Beyza właśnie na to czeka.
Unosząc lekko podbródek, zapytała spokojnie:
— Od czego mam zacząć?
Beyza zmarszczyła brwi, najwyraźniej rozczarowana brakiem reakcji.
— Od mojego pokoju. Doskonale wiesz, gdzie się znajduje. Chyba nie muszę oprowadzać cię po domu.
Hancer skinęła głową i schyliła się do reklamówki. Wyciągnęła z niej oliwkowe, plastikowe klapki, których zawsze używała podczas sprzątania.
Ledwie Beyza je zobaczyła, skrzywiła się z odrazą.
— Nawet nie próbuj tego zakładać. — Cofnęła się o krok. — Boże… jak one śmierdzą.
Odwróciła głowę i głośno zawołała:
— Fadime!
Po chwili w holu pojawiła się pokojówka.
— Słucham, pani Beyzo?
— Przynieś kapcie dla naszej nowej sprzątaczki. — Beyza wskazała pogardliwie na reklamówkę Hancer. — A te wyrzuć.
Hancer spuściła wzrok. Fadime popatrzyła na nią z wyraźnym zmieszaniem.
— Nie rozumiem… Jaka sprzątaczka? Przecież to pani Hancer…
W oczach pokojówki pojawiło się szczere zakłopotanie.
Hancer odpowiedziała cicho, ale stanowczo:
— Dzisiaj nie jestem panią Hancer. Przyszłam tutaj pracować.
Na chwilę zapadła niezręczna cisza.
— Gdzie mogę się przebrać? — zapytała spokojnie.
Beyza uśmiechnęła się z satysfakcją.
— Fadime, zabierz ją do swojego pokoju. Niech tam się przebierze. — Jej głos ponownie stwardniał. — I dopilnuj, żeby nie traciła czasu. Ma natychmiast zabrać się do pracy.
Fadime skinęła głową, choć wciąż wyglądała na nieswoją.
— Proszę za mną… — powiedziała cicho do Hancer.
Hancer ruszyła za nią przez ogromny, jasny hol rezydencji. Marmurowa podłoga odbijała światło kryształowego żyrandola, a każdy krok rozbrzmiewał w ciszy boleśnie głośno.
Za ich plecami Beyza obserwowała je z triumfem.
Jakby właśnie wygrała coś, na co czekała od bardzo dawna.


***
Hancer weszła do pokoju Beyzy z zielonym wiadrem w dłoni. Już od progu uderzył ją chaos panujący we wnętrzu. Na łóżku leżały porozrzucane ubrania, pudełka po dziecięcych akcesoriach piętrzyły się na komodach, a w powietrzu unosił się ciężki zapach drogich perfum zmieszany z wonią świeżo wypranych tkanin.
Beyza stała pośrodku pokoju z rękami założonymi na piersi i obserwowała ją z chłodną satysfakcją.
— Zacznij od okna — poleciła oschle. — I radzę ci się nie spieszyć. Jeśli zobaczę choć jedną smugę, każę ci wszystko myć od początku.
Hancer skinęła głową.
— Dobrze.
Beyza podeszła do dziecięcego łóżeczka i przesunęła dłonią po miękkiej pościeli.
— Uważaj na rzeczy mojego syna — dodała z naciskiem. — Jego ojciec zamawiał je specjalnie dla niego. Są warte więcej, niż ty mogłabyś zarobić przez kilka lat pracy.
Hancer milczała, zaciskając mocniej palce na uchwycie wiadra.
— I nawet nie próbuj niczego dotykać brudnymi rękami — ciągnęła Beyza. — Po umyciu okien natychmiast je umyj. Nie chcę, żebyś zostawiła ślady na czymkolwiek w tym pokoju. Rozumiemy się?
— Tak. Zrozumiałam.
Beyza zmrużyła oczy, jakby sama spokojna odpowiedź Hancer była dla niej irytująca.
— Jeśli cokolwiek się zepsuje albo uszkodzi, zapłacisz za to ty. Nie mam zamiaru tolerować nieudolności.
— Rozumiem — odpowiedziała cicho Hancer.
Beyza jeszcze przez chwilę mierzyła ją spojrzeniem, po czym odwróciła się i wyszła z pokoju. Nie zamknęła jednak drzwi. Zostawiła je szeroko otwarte, jakby chciała dać wszystkim znać, że Hancer jest tu tylko służącą.
W pokoju zapadła cisza.
Hancer odstawiła wiadro na podłogę i powoli podeszła do ogromnego okna. Rozsunęła ciężkie zasłony, wpuszczając do środka blade światło dnia.
Wtedy jej wzrok zatrzymał się na fotografii stojącej na szafce nocnej.
Zdjęcie przedstawiało Cihana i Beyzę.
Stali obok siebie, uśmiechnięci, eleganccy, wyglądający jak szczęśliwe małżeństwo. Beyza opierała się lekko o jego ramię, a Cihan patrzył prosto w obiektyw z tym spokojnym wyrazem twarzy, który Hancer znała aż za dobrze.
Poczuła, jak coś ściska ją boleśnie w środku.
Na krótką chwilę zabrakło jej tchu.
Mimowolnie zrobiła krok bliżej i utkwiła wzrok w fotografii, jakby próbowała znaleźć na niej choć jeden ślad fałszu. Jedno pęknięcie w tym idealnym obrazie.
Ale zdjęcie milczało.
Tak samo jak Cihan.
Hancer opuściła wzrok. Powieki zaczęły ją piec, lecz zacisnęła usta i szybko odwróciła się do okna.
Nie mogła sobie pozwolić na łzy. Nie tutaj.
Sięgnęła po ścierkę, zanurzyła ją w wodzie i drżącymi dłońmi zaczęła myć okno, próbując skupić się wyłącznie na pracy.


***
Cihan wszedł do biura firmy sprzątającej szybkim, zdecydowanym krokiem. W pomieszczeniu panował sterylny porządek — białe ściany, segregatory ustawione w równych rzędach i ciężka cisza przerywana jedynie stukaniem klawiatury.
Kobieta siedząca za biurkiem uniosła wzrok znad laptopa, gdy zatrzymał się przed nią. Jego twarz była napięta, a spojrzenie chłodne i nieustępliwe.
— Mam sprawę dotyczącą pani Hancer — oznajmił bez zbędnych wstępów.
Kobieta wyprostowała się lekko w fotelu.
— Czego dokładnie pan chce?
Cihan oparł dłonie o blat biurka.
— Chcę, żebyście rozwiązali z nią umowę.
Przez chwilę kobieta patrzyła na niego w milczeniu, po czym gwałtownie zamknęła notes i podniosła się z miejsca.
— Więc to tak? — prychnęła oburzona. — Wysłała pana tutaj, żeby mnie pan nastraszył? Niech sobie nie myśli, że może robić, co chce. To nie jest takie proste.
Cihan zmarszczył brwi.
— Nikt mnie tu nie wysłał. Nie przyszedłem grozić ani robić problemów. Chcę jedynie, żeby ta umowa została rozwiązana.
Kobieta zaśmiała się krótko, nerwowo.
— W takim razie proszę zapłacić odszkodowanie, a rozwiążę ją jeszcze dziś. Ta dziewczyna w ciągu trzech dni doprowadziła mnie do szału.
Sięgnęła po dokumenty leżące na biurku i potrząsnęła nimi ze złością.
— Najpierw nie przychodzi do pracy, potem odmawia wykonania zlecenia. Wysyłam ją na budowę — źle. Daję jej inne miejsce — też źle. Powie mi pan, co mam zrobić z pracownicą, która nie chce pracować nawet w rezydencji Develioglu?
Cihan momentalnie zesztywniał.
— Co powiedziałaś? — zapytał cicho.
Kobieta spojrzała na niego z irytacją, nie rozumiejąc nagłej zmiany w jego zachowaniu.
— Dzisiaj rano zadzwoniła do mnie właśnie stamtąd. Powiedziała, że nie może tam pracować.
Przez krótką chwilę w gabinecie zapadła cisza.
Cihan patrzył przed siebie nieruchomo, jakby próbował zrozumieć sens tych słów. W jego oczach pojawiło się coś pomiędzy gniewem a niepokojem.
Hancer próbowała odmówić pracy w jego domu. Jak to możliwe, że tam trafiła?
Powoli wyprostował się i cofnął od biurka.
Nie zadał żadnego pytania więcej. Odwrócił się i wyszedł z biura szybkim krokiem.
Powyższy tekst stanowi autorskie streszczenie i interpretację wydarzeń z serialu Gelin. Inspiracją do jego stworzenia były filmy Gelin 108.Bölüm i Gelin 109.Bölüm dostępne na oficjalnym kanale serialu w serwisie YouTube. W artykule zamieszczono również zrzuty ekranu pochodzące z tych odcinków, które zostały użyte wyłącznie w celach informacyjnych i ilustracyjnych. Wszystkie prawa do postaci, fabuły i materiału źródłowego należą do ich prawowitych właścicieli.






