„Panna młoda” Odc. 170 – streszczenie
Melih odwiózł Hancer do domu Ertuğrula tuż przed zmierzchem. Gdy tylko starszy mężczyzna otworzył drzwi, jego wzrok natychmiast powędrował ku ich dłoniom.
Na serdecznych palcach obojga błyszczały złote obrączki.
Przez krótką chwilę milczał, jakby chciał upewnić się, że dobrze widzi.
— Widzę, że podjęliście decyzję — powiedział w końcu spokojnie.
Hancer spuściła wzrok, a Melih skinął głową.
— Czy Hancer może zostać tutaj przez kilka dni? — zapytał. — Dopóki nie załatwię wszystkich spraw związanych ze ślubem.
Ertuğrul spojrzał najpierw na niego, potem na Hancer. W jego oczach nie było osądu. Jedynie troska.
— Nie martw się — odparł. — Możesz spokojnie powierzyć mi swoją przyszłą żonę.
Na twarzy Hancer pojawił się blady uśmiech.
— Dziękuję, wujku.
— Przyjadę po ciebie jutro rano — powiedział Melih, zwracając się do niej. — Czeka nas dużo pracy.
— Dobrze.
Przez chwilę stali naprzeciw siebie, jakby oboje chcieli powiedzieć coś jeszcze, ale nie znajdowali odpowiednich słów.
— Do zobaczenia jutro.
— Do zobaczenia.
Hancer weszła do domu. Drzwi zamknęły się za nią cicho.
Melih został sam.
Przez moment patrzył na budynek, za którego oknami zniknęła sylwetka dziewczyny. Dopiero wtedy odwrócił się i ruszył w stronę samochodu.
Zaparkowany na wzgórzu srebrny SUV górował nad okolicą. W oddali, ponad dachami domów, wznosił się minaret meczetu, a za nim majaczyła zamglona panorama miasta i spokojna tafla morza.
Melih miał już pociągnąć za klamkę, gdy nagle rozległ się dźwięk telefonu.
Spojrzał na ekran.
„Mama”.
Westchnął ciężko. Odebrał.
— Słucham, mamo?
Nie zdążył powiedzieć nic więcej.
— Lepiej byłoby, gdybym umarła, niż doczekała takich dni! — rozległ się po drugiej stronie roztrzęsiony głos Fadime. — Co ty narobiłeś, synu?!
Melih zamknął oczy. Domyślał się, że ten telefon nadejdzie.
— Skoro już wszystko wiesz, po co pytasz? — odpowiedział spokojnie. — Oświadczyłem się Hancer. Tak, zrobiłem to.
— Mówisz o tym takim tonem?! Jakby chodziło o kupno chleba! — krzyknęła kobieta. — Zawstydziłeś mnie przed całym światem! Nie mam odwagi spojrzeć ludziom w oczy. Nie mam siły dalej pracować!
Melih oparł się o samochód.
— Nikomu nie jesteś nic winna, mamo. I nie masz się czego wstydzić.
— Nie mam?!
— Nie.
Jego głos stwardniał.
— Uczciwie pracujesz na każdy kawałek chleba. Nikt nie ma prawa cię osądzać.
— Ale twój wstyd spadł na mnie! — nie ustępowała. — Jak mogłeś zrobić coś takiego ludziom, dla których pracowałeś? Czy tak cię wychowałam? Powinieneś się wstydzić!
Tym razem Melih nie zdołał ukryć gniewu.
— Naprawdę chcesz rozmawiać o wstydzie?
Po drugiej stronie zapadła cisza.
— A co z panem Cihanem, którego tak wychwalasz? — ciągnął. — Czy to nie on przez miesiące trzymał dwie kobiety pod jednym dachem? Wtedy nie mówiłaś o honorze. Nie mówiłaś o moralności. Dlaczego?
— Nie odwracaj kota ogonem!
— Nie odwracam.
— Dopiero co byłeś gotów oddać wszystko dla Sinem! — wyrzuciła z siebie Fadime. — To dla niej odwróciłeś się od własnej matki! Powiedz mi, kiedy przestałeś ją kochać? Kiedy zacząłeś biegać za Hancer?
Melih odwrócił wzrok ku szaremu horyzontowi. Słowa matki trafiły w miejsce, które nadal bolało.
— Cieszyłam się, kiedy Sinem wróciła — mówiła dalej. — Myślałam, że mój syn wreszcie zmądrzał. Że zrozumiał swój błąd.
Melih przez dłuższą chwilę milczał. Potem odezwał się znacznie ciszej.
— Więc wróciła…
W jego głosie pojawiła się nuta zadumy.
— Miałem jeszcze odrobinę nadziei. Czasami zastanawiałem się, co by było, gdyby wszystko potoczyło się inaczej.
Przed oczami stanęły mu wspomnienia, które przez ostatnie dni nie dawały mu spokoju.
— Ale ta nadzieja umarła.
Spojrzał na obrączkę błyszczącą na swoim palcu.
— Dzisiaj wiem, że podjąłem właściwą decyzję.
— Melihu…
— Rozłączam się, mamo.
— Synu, poczekaj…
Ale było już za późno. Nacisnął czerwoną słuchawkę.
Przez chwilę patrzył na wygaszony ekran telefonu. Potem schował go do kieszeni, wsiadł do samochodu i uruchomił silnik.
Po chwili srebrny samochód ruszył w dół wzgórza, a Melih odjechał, zostawiając za sobą zarówno dom Ertuğrula, jak i ostatnie wątpliwości dotyczące swojej decyzji.


***
Fadime i Aysu weszły do gabinetu niepewnie, jak osoby, które od dawna przygotowywały się do tej rozmowy, ale w ostatniej chwili straciły pewność siebie. Zatrzymały się kilka kroków od masywnego biurka, za którym siedział Cihan.
W pomieszczeniu panowała ciężka cisza.
Cihan nie podniósł od razu wzroku znad dokumentów. Jego twarz pozostawała kamienna, lecz napięcie widoczne w zaciśniętej szczęce zdradzało, że doskonale wie, po co przyszły.
Fadime splotła dłonie nerwowo przed sobą.
— Mój syn stracił rozum — zaczęła drżącym, pełnym skruchy głosem. — Naprawdę nie wie, co robi. Gdyby myślał trzeźwo, nigdy nie dopuściłby do czegoś takiego.
Aysu stanęła obok matki i skinęła głową.
— Mój brat zawsze był bardzo emocjonalny — powiedziała ostrożnie. — Podejmuje decyzje sercem, zanim zdąży pomyśleć. Tym razem też dał się ponieść emocjom i całkowicie się pogubił.
Fadime natychmiast podchwyciła jej słowa.
— Dokładnie tak. Przecież każdy to widzi. Mój syn został omotany. Wykorzystano jego dobre serce. Pani Hancer bardzo mnie zawiodła. Nigdy nie przypuszczałabym, że posunie się tak daleko. Wykorzystała naiwność mojego syna, żeby wzbudzić w tobie zazdrość.
Słowa zawisły w powietrzu.
Nagle Cihan gwałtownie odsunął krzesło i wstał. Oparł dłonie o blat biurka. Jego twarz stężała.
— Ktoś, kto chce wzbudzić zazdrość, kręci się wokół człowieka, prowokuje go albo urządza sceny — powiedział niskim, pełnym gniewu głosem. — Nie zachodzi w ciążę.
Gabinet ponownie ucichł.
Cihan zrobił krok przed siebie.
— Widziałem wszystko, co musiałem zobaczyć. Przemyślałem to tysiąc razy. Rozważyłem każdą możliwość.
Spojrzał prosto na Fadime.
— Nie każ mi wracać do tego tematu.
Fadime pobladła. Przez chwilę szukała odpowiednich słów.
— Nie twierdzę, że mój syn jest bez winy — powiedziała cicho. — Popełnił błędy. Wiem o tym. Ale jest moim dzieckiem.
Jej głos zadrżał.
— Ty też jesteś ojcem. Wiesz, co to znaczy martwić się o własne dziecko. Gdyby twojemu synowi spadł choć jeden włos z głowy, nie spałbyś po nocach.
W oczach kobiety pojawiły się łzy.
— Jeśli zostało w tobie choć trochę szacunku do mnie… proszę cię. Nie rób krzywdy mojemu synowi.
Aysu ścisnęła ramię matki, próbując ją uspokoić.
Cihan milczał przez kilka sekund. Jego spojrzenie pozostało twarde i nieprzeniknione. W końcu odwrócił się plecami do obu kobiet i podszedł do okna.
— Jeśli naprawdę chcesz chronić swojego syna — powiedział chłodno — powiedz mu, żeby trzymał się ode mnie z daleka.
Słowa zabrzmiały jak ostrzeżenie.
Nie prośba.
Nie rada.
Ostrzeżenie.
Fadime zacisnęła usta, a Aysu spuściła wzrok. Obie zrozumiały, że niczego więcej dziś nie osiągną.
Cihan nie odwrócił się już do nich. Stał przy oknie z rękami splecionymi za plecami, patrząc gdzieś w dal. Gniew wciąż malował się na jego twarzy.
A może było to coś znacznie gorszego od gniewu — poczucie zdrady, którego nie potrafił ani wybaczyć, ani zapomnieć.
Fadime i Aysu wymieniły pełne niepokoju spojrzenia, po czym bez słowa opuściły gabinet, zostawiając Cihana samego z własnymi myślami.


***
Fizjoterapeuta po raz kolejny próbował zachęcić Mukadder do ćwiczeń. Siedział naprzeciw niej na łóżku i cierpliwie tłumaczył kolejne ruchy, ale kobieta wykonywała je z wyraźną niechęcią. Jej dłoń jedynie na chwilę zacisnęła się na jego przedramieniu, po czym bezwładnie opadła. W jej oczach nie było determinacji człowieka walczącego o powrót do zdrowia. Było tylko zmęczenie.
— Wystarczy — powiedziała w końcu cicho. — Jestem zmęczona.
— Jeśli przestaniesz walczyć, nie wyzdrowiejesz — odparł spokojnie rehabilitant. — Musisz ćwiczyć każdego dnia. Inaczej skutki udaru pozostaną z tobą na zawsze.
Mukadder podniosła na niego wzrok. Jej twarz była blada, a spojrzenie przygaszone.
— Być może dotarłam już do końca swojej drogi — szepnęła.
W tym momencie drzwi otworzyły się i do pokoju weszła Beyza. Uśmiechała się łagodnie, niosąc tacę z parującą miseczką bulionu. Jej elegancka bluzka i nienaganna fryzura kontrastowały z ponurą atmosferą panującą w sypialni.
— Czy już skończyliście? — zapytała pogodnym tonem. — Przyniosłam bulion kolagenowy. Podobno świetnie wzmacnia organizm.
— Na dziś wystarczy — odpowiedział fizjoterapeuta, wstając z łóżka. — Ale pani Mukadder musi zacząć używać rąk i nóg przy każdej możliwej okazji. Niech ćwiczy chwytanie przedmiotów, niech chodzi z balkonikiem. Bez wysiłku nie będzie postępów.
Zatrzymał się przy Beyzie i ściszył głos.
— Jest bardzo apatyczna. Jakby całkowicie straciła wolę walki. Spróbuj z nią porozmawiać.
Beyza skinęła głową.
— Zajmę się tym.
Mężczyzna pożegnał się i wyszedł. Drzwi zamknęły się za nim cicho.
Przez chwilę w pokoju panowała cisza. Beyza odstawiła tacę na komodę, po czym usiadła na brzegu łóżka. Na jej ustach pojawił się łagodny uśmiech, ale oczy pozostały chłodne.
— Powinnaś się wstydzić, ciociu — powiedziała miękko. — Skoro nie chcesz walczyć dla siebie, zrób to przynajmniej dla swojego wnuka.
Mukadder nawet nie drgnęła.
— Podczas gdy inne babcie będą spacerować ze swoimi wnukami po parkach, prowadzić je za rękę i zabierać na plac zabaw, on pewnego dnia zapyta: „Gdzie jest moja babcia?”. Co mu wtedy odpowiemy?
Kobieta spojrzała na nią lodowato.
— On nie jest moim wnukiem.
Beyza westchnęła teatralnie.
— Takie karty rozdał nam los, pani Mukadder. Nie zawsze dostajemy to, czego chcemy.
Jej głos stwardniał.
— Ja sama zgodziłam się być drugą kobietą. Pogodziłam się z rzeczami, których nigdy nie powinnam była akceptować.
Pochyliła się bliżej.
— A poza tym… Hancer nie nosi pod sercem dziecka Cihana.
Mukadder zmarszczyła brwi.
— Co powiedziałaś?
— To nie jest dziecko Cihana. To dziecko kogoś innego.
W pokoju zrobiło się jeszcze ciszej.
— Czyje?
Na twarzy Beyzy pojawił się cień satysfakcji.
— Meliha. Kierowcy, którego karmiliśmy i którego traktowaliśmy jak członka rodziny.
Mukadder gwałtownie pokręciła głową.
— Nie wierzę ci. To niemożliwe.
— Jeśli mi nie wierzysz, zapytaj swojego syna.
Beyza wyprostowała się.
— Zamknął się w swoim pokoju i rozpamiętuje wszystko, co się wydarzyło. A Hancer i Melih? Dzisiaj założyli sobie obrączki.
Słowa te uderzyły Mukadder mocniej niż jakikolwiek cios. Kobieta zamilkła, patrząc przed siebie niewidzącym wzrokiem.
— Dlatego radzę ci zaakceptować wnuka, którego masz — ciągnęła Beyza spokojnie. — Bo prawda jest taka, że Cihana w tym domu trzyma już tylko jedno. Cihan Gurur.
Mukadder zacisnęła drżące palce na narzucie.
— Jeśli odbierzesz swojemu synowi ojcostwo tego dziecka, nie zostanie mu już żaden powód, by trwać przy tej rodzinie. Nie będzie miał dla kogo zostać.
Beyza podniosła miskę z zupą i postawiła ją bliżej chorej.
— Pomyśl o tym, kiedy będziesz jadła.
Wstała z łóżka i wygładziła materiał bluzki.
— Chętnie nakarmiłabym cię sama, ale słyszałaś, co powiedział fizjoterapeuta. Musisz ćwiczyć. Musisz walczyć.
Na jej twarzy pojawił się słodki, niemal troskliwy uśmiech.
— Wierzę, że sobie poradzisz, ciociu.
Po tych słowach odwróciła się i wyszła z pokoju.
Mukadder została sama.
Przez dłuższą chwilę siedziała nieruchomo na łóżku, wpatrując się w miskę bulionu. W jej głowie wciąż brzmiały słowa Beyzy: „Hancer i Melih założyli obrączki… To nie dziecko Cihana… Cihana w tym domu trzyma już tylko Cihan Gurur…”
W jej oczach pojawiło się coś więcej niż zmęczenie.
Nie był to jednak spokój.
To był strach.



***
Późnym wieczorem Cihan wezwał Engina do rezydencji. Nie zaprowadził go jednak do gabinetu ani do salonu. Milcząc, wyprowadził go na zewnątrz, na wilgotny od nocnej rosy trawnik. Zatrzymali się naprzeciw starego domu stojącego na uboczu posesji.
Budynek tonął w mroku. Jego jasne ściany oświetlały jedynie lampy ogrodowe, rzucające na nie poszarpane cienie nagich gałęzi. Dla Engina był to tylko stary dom. Dla Cihana – bolesne wspomnienie.
Przez dłuższą chwilę patrzył na niego w milczeniu. Szczęki miał zaciśnięte tak mocno, że na policzkach drgały mu mięśnie.
W końcu wyciągnął rękę i wskazał budynek.
— Zburzę ten dom, Enginie.
W jego głosie nie było wahania. Był chłodny, twardy i niebezpiecznie spokojny.
— Za każdym razem, gdy na niego patrzę, przypominam sobie osobę, której nie potrafię wybaczyć. Wszystko wraca. Każde słowo. Każde kłamstwo. Każda chwila.
Odwrócił wzrok tylko na moment, jakby sam widok budynku sprawiał mu fizyczny ból.
— Rozpocznij procedury. Przygotuj wszystkie dokumenty. Chcę, żeby ten dom zniknął jak najszybciej.
Engin spojrzał najpierw na niego, potem na dom. Westchnął ciężko.
— Cihanie… to nie jest dobra decyzja.
— Jest najlepszą, jaką mogę podjąć.
— Nie. To decyzja podjęta pod wpływem gniewu.
Cihan zmrużył oczy.
— Uważaj.
— Powinieneś posłuchać prawdy, nawet jeśli ci się nie spodoba — odparł spokojnie Engin. — Rozumiem, że jesteś zraniony. Rozumiem, że czujesz się zdradzony. Ale nie możesz całego życia podporządkować temu bólowi.
Cihan odwrócił twarz.
— Nie mów mi o bólu.
— Właśnie dlatego mówię. Bo widzę, co się z tobą dzieje.
Engin zrobił krok bliżej.
— Myślisz, że jeśli zburzysz ten dom, pozbędziesz się wspomnień? Że nagle przestaniesz pamiętać Hancer?
W oczach Cihana błysnął gniew.
— Nie chcę mieć wokół siebie niczego, co mi ją przypomina.
— To nie dom ci ją przypomina.
Zapadła cisza.
— Więc co?
— Ty sam.
Słowa zawisły między nimi niczym cios.
Engin spojrzał przyjacielowi prosto w oczy.
— Możesz zburzyć ten budynek. Możesz zrównać go z ziemią. Ale nie zburzysz wspomnień. Nie wymażesz czasu, który przeżyłeś. Nie usuniesz uczuć tylko dlatego, że znikną ściany.
Cihan zacisnął pięści.
— Wystarczy.
— Nie, nie wystarczy. Musisz to usłyszeć. Pamiętasz siebie sprzed kilku tygodni? Człowieka, który nie potrafił oddychać bez Hancer? Człowieka gotowego zrobić wszystko, żeby ją odzyskać?
Na moment w oczach Cihana pojawiło się coś więcej niż gniew. Ból.
Ale trwało to zaledwie chwilę.
— Tamten człowiek już nie istnieje.
— Naprawdę?
Engin spojrzał znacząco na stary dom.
— Gdyby nie istniał, nie stałbyś tutaj w środku nocy, planując zemstę na pustym budynku.
Cihan odwrócił się gwałtownie. Jego twarz stwardniała.
— Zrób to, co ci powiedziałem.
— Cihanie…
— Natychmiast.
Ton jego głosu nie pozostawiał miejsca na sprzeciw.
Engin zamilkł. Wiedział, że dalsza rozmowa niczego już nie zmieni. Przez chwilę patrzył jeszcze na przyjaciela stojącego tyłem do niego, nieruchomego jak posąg pośród ciemności.
Cihan nie patrzył już na Engina. Patrzył tylko na stary dom. Na miejsce, w którym zostawił część siebie.
— Rozpocznij procedurę — powtórzył cicho, ale stanowczo. — Chcę, żeby zniknął.
Po tych słowach odwrócił się i ruszył w stronę rezydencji.
Engin został sam na trawniku. Spojrzał jeszcze raz na stary budynek, a potem na oddalającą się sylwetkę przyjaciela.
Pomyślał, że Cihan nie próbuje zburzyć domu.
Próbuje zburzyć własne wspomnienia. Niestety były one znacznie trwalsze od cegieł i betonu.

***
Następnego dnia Melih i Hancer szli wąską uliczką prowadzącą przez spokojną dzielnicę. Nad ich głowami zwieszały się gałęzie porośnięte bluszczem, a chłodne, zimowe powietrze niosło zapach wilgotnej ziemi. Po raz pierwszy od wielu tygodni Hancer czuła, że może oddychać nieco swobodniej.
Melih zerknął na nią ukradkiem.
— Na szczęście udało nam się zarezerwować termin na jutro — powiedział. — Załatwimy wszystko jak najszybciej. Zamkniemy ten rozdział i zaczniemy nowe życie.
Hancer skinęła głową.
— Wujek Ertugrul powiedział, że możemy zostać u niego, dopóki nie znajdziemy własnego miejsca.
— Nie możemy sobie na to pozwolić — odparł Melih. — Jeśli zamieszkamy pod jednym dachem z kimś innym, ludzie od razu zrozumieją, że nasze małżeństwo istnieje tylko na papierze. A wtedy cały plan przestanie mieć sens.
Na twarzy Hancer pojawił się cień zmartwienia.
— Co więc zrobimy? Znalezienie domu nie jest takie proste.
Melih uśmiechnął się lekko, jakby od dawna czekał na to pytanie.
— Już się tym zająłem.
— Naprawdę?
— Znalazłem miejsce. Stary zajazd na obrzeżach dzielnicy. Nie jest luksusowy i nie ma zbyt wielu mebli, ale dach nad głową ma. A nam na razie niczego więcej nie potrzeba.
Twarz Hancer natychmiast się rozjaśniła.
— To wspaniała wiadomość.
— Jest jeszcze coś — dodał z wyraźnym zadowoleniem. — Budynek ma dwa osobne wejścia.
— I co z tego?
— To, że będziemy mogli udawać zwykłych sąsiadów.
Hancer parsknęła cichym śmiechem.
— Wszystko już zaplanowałeś.
— Oczywiście. Jak mówi stare powiedzenie, nie liczy się dom, tylko sąsiedzi. A ja, Hancer, będę dla ciebie najlepszym sąsiadem w całej okolicy.
Spojrzał na nią z udawaną dumą.
— Naprawdę masz szczęście.
Hancer pokręciła głową z rozbawieniem.
— Jesteś niemożliwy.
Po chwili jej uśmiech złagodniał, a w oczach pojawiła się wdzięczność.
— Nie wiem, jak mam ci dziękować, Melihu. Zrobiłeś dla mnie więcej, niż ktokolwiek inny. Jeśli Bóg pozwoli, pewnego dnia odwdzięczę ci się za wszystko.
Melih zatrzymał się i spojrzał na nią z lekkim wyrzutem.
— Czy między bratem a siostrą istnieją długi?
Hancer spuściła wzrok.
— Nie.
— Właśnie. Więc przestań mówić o wdzięczności.
Przez chwilę szli w milczeniu.
— Chodź — odezwał się w końcu Melih. — Odprowadzę cię do Ertugrula. Muszę jeszcze załatwić kilka spraw przed jutrem.
Hancer rozejrzała się po spokojnej ulicy.
— Nie trzeba. Chciałabym jeszcze trochę pospacerować. Świeże powietrze dobrze mi zrobi.
Melih przyjrzał jej się uważnie.
— Na pewno?
— Tak. Nie martw się o mnie.
— Dobrze. Ale nie spaceruj zbyt długo. Jest chłodno.
— Obiecuję.
Pożegnali się. Melih odszedł w swoją stronę, a Hancer została sama na cichej uliczce.
Patrzyła przez chwilę za oddalającą się sylwetką mężczyzny. Potem odruchowo położyła dłoń na zaokrąglającym się brzuchu.
Delikatny uśmiech pojawił się na jej ustach.
— Słyszałeś, maleństwo? — szepnęła. — Zaczynamy od nowa.
Przymknęła oczy, jakby chciała na moment zatrzymać tę chwilę.
— Nie wiem, co nas czeka. Nie wiem, ile jeszcze trudności przed nami. Ale obiecuję ci jedno…
Jej dłoń przesunęła się czule po brzuchu.
— Zrobię wszystko, żebyś był bezpieczny.
W oczach Hancer pojawił się błysk wzruszenia.
— Wszystko dla ciebie, moje maleństwo.
Po czym ruszyła przed siebie spokojnym krokiem, a na jej twarzy po raz pierwszy od bardzo dawna malowała się prawdziwa nadzieja.


***
Podczas spaceru Hancer szła powoli wzdłuż cichej uliczki. Myślami była już przy jutrzejszym dniu, przy nowym domu i życiu, które miało się wkrótce rozpocząć. Próbowała uwierzyć, że los może okazać się dla niej łaskawszy.
Nagle w jej torebce rozległ się dźwięk telefonu.
Zatrzymała się i sięgnęła po aparat. Gdy spojrzała na ekran, serce zabiło jej mocniej.
„Pan Cihan”.
Przez kilka sekund wpatrywała się w wyświetlone imię. Kciuk zawisł nad przyciskiem odrzucenia połączenia. Rozsądek podpowiadał jej, by nie odbierała. Wiedziała jednak, że jeśli tego nie zrobi, Cihan nie odpuści.
W końcu przesunęła palcem po ekranie.
— Halo?
Po drugiej stronie zapadła krótka cisza.
— Czy odbierasz telefon swojego przyszłego męża? — zapytał Cihan chłodnym, niemal drwiącym tonem.
Hancer natychmiast zacisnęła szczękę.
— Meliha tu nie ma. Jeśli chcesz coś mu powiedzieć, powiedz to mnie.
— Od rana próbowałem się z tobą skontaktować — odparł. — Twój telefon był wyłączony albo poza zasięgiem. Musiałem więc zadzwonić do kogoś z twojego otoczenia.
— Powiedz, czego chcesz, albo się rozłączę. — Jej głos stwardniał.
Po drugiej stronie znów zapadło milczenie. Hancer słyszała jedynie jego spokojny oddech.
— Nie rozłączaj się — powiedział w końcu. — Przyjdź do firmy.
Zmarszczyła brwi.
— Po co miałabym tam przychodzić?
— Bo chcę z tobą porozmawiać.
— Wszystko, co miałeś mi do powiedzenia, powiedziałeś już bardzo wyraźnie.
— Tym razem jest inaczej.
Hancer zatrzymała się na środku drogi. W jej głosie zabrzmiało oburzenie.
— Nie mam z tobą o czym rozmawiać, Cihanie.
— Przyjdź.
— Nie.
— Przyjdź — powtórzył jeszcze spokojniej. — A obiecuję ci, że po tym spotkaniu nigdy więcej mnie nie zobaczysz.
Słowa zawisły między nimi jak ciężka mgła. Hancer zamarła.
— Co to ma znaczyć?
Nie odpowiedział.
— Cihanie?
Po drugiej stronie rozległ się jedynie krótki trzask.
Rozłączył się.
Hancer opuściła telefon i przez chwilę patrzyła przed siebie niewidzącym wzrokiem. Wiatr poruszył kosmykami jej włosów, ale ona nawet tego nie zauważyła.
W uszach wciąż dźwięczały jej jego ostatnie słowa.
„Nigdy więcej mnie nie zobaczysz.”
I po raz pierwszy od zakończenia rozmowy poczuła nie gniew, lecz niepokój.
***
Hancer weszła do gabinetu pewnym, zdecydowanym krokiem. Drzwi zamknęły się za nią cicho, a w przestronnym, nowoczesnym pomieszczeniu natychmiast zapadła napięta cisza. Cihan czekał przy biurku, wyprostowany i nieruchomy niczym posąg.
Przez kilka sekund patrzyli na siebie bez słowa.
Hancer zatrzymała się kilka kroków od niego. Jedną dłonią ściskała pasek torebki przewieszonej przez ramię, jakby w ten sposób chciała dodać sobie odwagi.
Cihan odruchowo opuścił wzrok. Zobaczył obrączkę.
Złoty krążek lśnił na jej palcu niczym bezlitosne przypomnienie.
Poczuł, jak zaciska mu się gardło. Przełknął ślinę i odwrócił wzrok, zanim Hancer zdążyła dostrzec ból, który na moment przemknął przez jego twarz.
— Powiedz szybko, po co mnie wezwałeś — odezwała się chłodno. — Mam jeszcze wiele spraw do załatwienia.
Bez słowa sięgnął po przygotowaną wcześniej teczkę.
— Podpisz to. Potem możesz robić, co tylko chcesz.
Wyciągnął dokumenty w jej stronę.
Hancer spojrzała na niego nieufnie, po czym przyjęła teczkę.
— Co to jest?
— Wniosek dotyczący rozbiórki starego domu.
Jej palce zesztywniały.
Powoli podniosła wzrok znad dokumentów.
— Chcesz go zburzyć?
— Tak.
W jego głosie nie było żadnych emocji.
— Twój podpis jest wymagany — dodał po chwili. — W akcie własności widnieje twoje nazwisko.
Hancer przez dłuższą chwilę milczała. Otworzyła teczkę i przebiegła wzrokiem kolejne strony.
Przed oczami stanął jej niewielki dom. Miejsce, które było świadkiem ich najpiękniejszych i najboleśniejszych chwil.
Powoli zamknęła dokumenty.
— Dlaczego to robisz?
Cihan odwrócił się i podszedł do okna.
— Czy ten dom ma jeszcze dla ciebie jakiekolwiek znaczenie?
Uśmiechnął się gorzko.
— Dla mnie nie ma już żadnego znaczenia. Chcę uprzątnąć własną przestrzeń. Pozbyć się wszystkiego, co nie jest mi już potrzebne.
Odwrócił się ku niej.
— Taka odpowiedź ci wystarczy?
Hancer nie odpowiedziała.
— Zresztą sama nie chciałaś tego domu — ciągnął dalej. — To ja zmusiłem cię, żebyś go przyjęła. Teraz możesz się go pozbyć. Otrzymasz odpowiednie odszkodowanie. Pieniądze zostaną przelane na twoje konto.
Hancer pokręciła głową.
— Nie chodzi o pieniądze.
W oczach Cihana pojawił się cień ironii.
— Naprawdę?
Zrobił krok w jej stronę.
— Nie powiesz chyba, że ten dom stał się dla ciebie cennym wspomnieniem?
Pytanie zawisło między nimi.
Hancer spuściła wzrok na dokumenty. Nie chciała odpowiadać.
Bo wiedziała, że niezależnie od wszystkiego ten dom był częścią historii, której nie dało się wymazać jednym podpisem.
— Chcę się nad tym zastanowić — powiedziała cicho.
Cihan zaśmiał się krótko, bez cienia rozbawienia.
— Ach, oczywiście.
Jego spojrzenie zatrzymało się na obrączce.
— Zapomniałem, że nie podejmujesz już decyzji sama.
Wskazał na jej dłoń.
— Musisz najpierw skonsultować się ze swoim przyszłym mężem, prawda?
Hancer natychmiast zesztywniała.
— Nie mieszaj w to Meliha.
— Dlaczego nie?
W jego głosie pojawiła się złośliwość.
— Skoro zamierzasz powierzyć mu całe swoje życie, możesz powierzyć mu również tę decyzję.
Przez chwilę mierzyli się wzrokiem.
— Uważaj tylko — dodał cicho — żeby któregoś ranka nie zabrał twoich pieniędzy i nie odpłynął z nimi w morze.
To był cios wymierzony celowo.
Hancer zacisnęła szczękę. Bez słowa zamknęła teczkę i oddała mu zarówno dokumenty, jak i długopis.
Cihan przyjął je spokojnie, choć w środku aż kipiał od emocji.
— Czy do jutra wieczorem będziesz znała odpowiedź?
Hancer spojrzała na niego po raz ostatni.
W jej oczach nie było już gniewu. Było jedynie zmęczenie.
Nie odpowiedziała ani słowem. Odwróciła się i ruszyła w stronę drzwi.
Cihan odprowadzał ją wzrokiem. Patrzył, jak odchodzi, jak jej ciemne włosy opadają na ramiona i jak obrączka błyska w świetle lamp przy każdym ruchu dłoni.
Drzwi zamknęły się za nią.
Dopiero wtedy pozwolił sobie wypuścić powietrze, które od dłuższego czasu zatrzymywał w płucach.
Gabinet znów pogrążył się w ciszy.
A dokumenty, które miały zburzyć stary dom, nagle wydały mu się znacznie lżejsze niż wspomnienia, których za wszelką cenę próbował się pozbyć.

***
W chłodne, pochmurne popołudnie Melih spotkał się z Aysu w niewielkim osiedlowym parku. Usiedli obok siebie na drewnianej ławce stojącej naprzeciw pustego placu zabaw. Kolorowe zjeżdżalnie i huśtawki, zwykle pełne dziecięcego śmiechu, teraz stały nieruchomo pod szarym niebem, jakby nawet one wyczuwały ciężar rozmowy, która miała się tu odbyć.
Aysu od dłuższej chwili wpatrywała się w brata. W jej oczach mieszały się strach, smutek i niedowierzanie.
W końcu nie wytrzymała.
— Bracie, proszę… zrezygnuj z tego — powiedziała drżącym głosem. — Czy naprawdę nie zdajesz sobie sprawy, co się stanie, jeśli staniesz przeciwko Cihanowi?
Melih spojrzał przed siebie. Jego twarz pozostała niewzruszona.
— Podjąłem już decyzję.
— Melihu…
— Jutro poślubię Hancer — przerwał jej stanowczo. — I na tym koniec dyskusji.
Aysu zacisnęła dłonie na kolanach.
— Dlaczego jesteś taki uparty? — wyrzuciła z siebie. — Czy ty nie kochasz już Sinem? Przecież dla niej sprzeciwiłeś się własnej matce. Walczyłeś o nią ze wszystkimi. Jak to możliwe, że taka miłość po prostu zniknęła?
Melih spuścił wzrok. Przez chwilę milczał, jakby ważył każde słowo.
— To nie ja przestałem walczyć — odpowiedział cicho. — Sinem mnie nie kocha.
Aysu pokręciła głową.
— Nie wierzę w to.
— Musisz uwierzyć. Miłości nie da się wyprosić ani wymusić. Jeśli uczucia są tylko po jednej stronie, wcześniej czy później człowiek musi się zatrzymać.
W jego głosie nie było gniewu.
Było jedynie zmęczenie.
— Zamknąłem ten rozdział, Aysu. I nie zamierzam już do niego wracać.
Dziewczyna patrzyła na niego bezradnie.
— Nawet jeśli to prawda, to skąd nagle ten ślub z Hancer? — zapytała. — Jeszcze kilka dni temu nic na to nie wskazywało.
Na ustach Meliha pojawił się słaby, gorzki uśmiech.
— Widocznie tak zostało zapisane w naszym losie.
— Nie mów takich rzeczy.
— Spójrz na to właśnie w ten sposób — odparł spokojnie. — I nie zadawaj więcej pytań, na które nie mogę odpowiedzieć.
Aysu poczuła, jak do oczu napływają jej łzy.
— Mama wczoraj niemal błagała Cihana, żeby nie zrobił ci krzywdy — powiedziała. — On sam zasugerował, że będzie źle, jeśli się spotkacie.
Twarz Meliha stwardniała.
— Powiedz mamie, żeby się w to nie mieszała.
— Jak może się nie mieszać? — wybuchnęła Aysu. — Jest twoją matką!
Odwróciła się do niego całym ciałem.
— Każdego dnia boi się o ciebie. Ja też się boję. Wszyscy się boimy, a ty zachowujesz się tak, jakby nic cię to nie obchodziło!
Głos załamał jej się w połowie zdania.
— Czy choć raz pomyślałeś o tym, co będzie z nami, jeśli coś ci się stanie?
Melih spojrzał na siostrę i po raz pierwszy w jego oczach pojawiło się wahanie.
Aysu nie była już w stanie powstrzymać łez.
— Nie chcę cię stracić, bracie — wyszeptała. — Rozumiesz? Nie chcę…
Po tych słowach rzuciła się w jego ramiona.
Melih objął ją natychmiast.
Dziewczyna wtuliła twarz w jego ramię i rozpłakała się na dobre. Jej drobne dłonie kurczowo zacisnęły się na jego kurtce, jakby bała się, że gdy tylko go puści, zniknie.
Melih zamknął oczy. Przez chwilę siedzieli tak w milczeniu pośród pustego parku.
— Ciii… — powiedział łagodnie, gładząc ją po włosach. — Wszystko będzie dobrze.
— Skąd możesz to wiedzieć?
Nie odpowiedział. Sam nie był tego pewien.
Mimo to przytulił ją mocniej.


***
Wieczorem Hancer siedziała samotnie na wąskiej sofie stojącej przy oknie. Za cienką firanką zapadał zmierzch, a w pokoju panowała cisza przerywana jedynie tykaniem zegara. Na jej kolanach spoczywała fotografia, którą przez długi czas cierpliwie sklejała z poszarpanych fragmentów.
Drżącymi palcami wygładziła zagięcia.
Na zdjęciu znów byli razem.
Ona w białej sukni, z niepewnością ukrytą w spojrzeniu. On obok niej, poważny, ale patrzący na nią tak, jakby poza nią nie istniał nikt inny.
Przez chwilę wpatrywała się w fotografię bez słowa.
Potem delikatnie przesunęła opuszkami palców po twarzy Cihana.
Po jej policzku spłynęła pojedyncza łza.
— Spójrz, moje maleństwo… — wyszeptała, kładąc wolną dłoń na brzuchu. — Ten mężczyzna na zdjęciu jest twoim tatą.
Jej głos zadrżał.
— Kiedyś być może będziesz o niego pytać. Będziesz chciał wiedzieć, jaki był. Wtedy opowiem ci o nim wszystko.
Przycisnęła fotografię mocniej do siebie.
— Opowiem ci o jego dobroci. O jego odwadze. O tym, jak bardzo potrafił kochać, nawet jeśli nie zawsze umiał to pokazać.
Kolejna łza spadła na sklejone zdjęcie. Hancer szybko starła ją kciukiem.
— Nigdy nie pozwolę, żebyś zapamiętało go takim, jakim był w gniewie — szepnęła. — Nie poznasz jego bólu, jego złości ani słów, które nas zraniły.
Spojrzała ponownie na fotografię.
Na twarz Cihana.
Na spojrzenie, które kiedyś należało tylko do niej.
— Chcę, żebyś znał wyłącznie tę jego część, którą ja noszę w sercu. Tę, która kochała mnie bardziej niż własne życie.
Zamknęła oczy. Przez moment pozwoliła sobie wrócić do wszystkich wspomnień, które tak desperacko próbowała zostawić za sobą.
Do chwil szczęścia.
Do spojrzeń.
Do obietnic.
Do miłości.
— Będę przechowywać tę miłość tak długo, jak będę żyła — wyszeptała. — Nieważne, co wydarzy się jutro.
Uniosła fotografię do ust i z czułością ją pocałowała. Potem przytuliła ją do piersi, jak najcenniejszy skarb.
Łzy płynęły już swobodnie po jej policzkach, lecz na jej ustach pojawił się ledwie dostrzegalny uśmiech.
Pełen bólu.
I tęsknoty.
— Twój tata bardzo cię kocha, moje maleństwo — powiedziała cicho, gładząc brzuch. — Nawet jeśli nigdy się o tym nie dowie.
W pokoju znów zapadła cisza.
Hancer siedziała nieruchomo, obejmując fotografię obiema rękami, jakby bała się, że jeśli choć na chwilę ją puści, utraci ostatni namacalny ślad życia, które kiedyś mogło być ich wspólną przyszłością.


***
Nazajutrz, w chłodny, pochmurny poranek, w niewielkiej sali urzędu stanu cywilnego odbyła się ceremonia, która bardziej przypominała formalność niż święto.
Przy długim stole siedzieli jedynie oni, urzędnik oraz świadkowie. Nie było rodziny, przyjaciół ani życzeń składanych ze wzruszeniem. Ciszę przerywał jedynie szelest dokumentów i spokojny głos urzędnika odczytującego kolejne paragrafy.
Hancer siedziała wyprostowana w prostej, białej sukni. Jej dłonie spoczywały na blacie stołu, a wzrok pozostawał nieruchomy. Obok niej Melih podpisywał kolejne dokumenty z powagą człowieka, który bierze na siebie odpowiedzialność większą niż własne szczęście.
W końcu urzędnik przesunął akt małżeństwa w ich stronę.
— Proszę o podpisy.
Melih bez wahania złożył swój podpis.
Hancer przez chwilę patrzyła na dokument.
Potem ujęła pióro.
Na moment przypomniała sobie inne miejsce, inne podpisy i innego mężczyznę siedzącego obok niej.
Zamknęła oczy.
Tylko na sekundę.
Po czym podpisała dokument.
— Gratuluję państwu — powiedział urzędnik z uprzejmym uśmiechem. — Od tej chwili są państwo małżeństwem.
Melih spojrzał na Hancer.
— Wszystko w porządku?
Skinęła głową.
— Tak.
Ale w jej głosie nie było radości.
Zostali mężem i żoną.
Przynajmniej w świetle prawa.

***
W tym samym czasie Cihan przemierzał swój gabinet długimi, nerwowymi krokami.
Nowoczesne wnętrze wydawało się nagle zbyt ciasne dla jego gniewu.
Engin opierał się o fotel stojący naprzeciw biurka i obserwował przyjaciela z rosnącym niepokojem.
W końcu Cihan zatrzymał się przed nim.
— Rozmawiałem z Hancer — powiedział chłodno. — Powiedziałem wszystko, co miałem do powiedzenia. Nie chcę już mieć z nią żadnego kontaktu.
Przez chwilę milczał.
— Jako mój prawnik dowiedz się, czy podpisała zgodę na rozbiórkę domu.
Engin westchnął ciężko.
— Wczoraj wyraźnie ci powiedziałem, że nie będę uczestniczył w tej wojnie. Moja praca zacznie się dopiero wtedy, gdy przyniesiesz mi podpisany dokument.
Mięśnie szczęki Cihana napięły się. Bez słowa sięgnął po telefon. Wybrał numer.
Po kilku sygnałach połączenie zostało odebrane.
Ale nie przez Hancer.
— Słucham? — odezwał się Melih.
Twarz Cihana natychmiast stwardniała.
— Chcę rozmawiać z Hancer.
Po drugiej stronie zapadła krótka cisza.
— Nie trudź się — odparł spokojnie Melih. — Hancer nie podpisze tych dokumentów.
Cihan zacisnął dłoń na telefonie.
— Czego właściwie chcesz? — syknął. — Utrudnić mi życie? Myślisz, że jeśli będziesz ją przede mną ukrywał, wyciągniesz ode mnie pieniądze?
Jego głos stawał się coraz ostrzejszy.
— Powiedz swoją cenę. Ile chcesz, łajdaku?
Engin natychmiast uniósł głowę. Wiedział, że ta rozmowa nie skończy się dobrze.
Po drugiej stronie słuchawki Melih pozostał niewzruszony.
— Posłuchaj mnie uważnie. Nie jesteś tak potężny, jak ci się wydaje.
Każde słowo wypowiadał spokojnie, ale stanowczo.
— Są rzeczy, których nie da się kupić pieniędzmi. Podpis Hancer jest jedną z nich.
Cihan poczuł, jak krew uderza mu do głowy.
— Hancer nie interesują twoje pieniądze — ciągnął Melih. — Ma własne plany związane z tym domem.
Po tych słowach połączenie zostało przerwane.
W gabinecie zapadła cisza.
Cihan patrzył przez kilka sekund na wygaszony ekran telefonu. Potem gwałtownie cisnął go na biurko.
— Co za bezczelny drań! — wybuchł.
Odwrócił się do Engina.
— Powiedział, że nie mogę kupić jej podpisu, a potem po prostu się rozłączył!
Jego oczy płonęły gniewem.
— Widzisz to? To nie Hancer stawia opór. To on! Ten nędznik podburza ją przeciwko mnie i myśli, że może mi się sprzeciwiać.
Engin spojrzał na niego spokojnie.
— Sam mu na to pozwoliłeś.
— Co?
— Nie powinieneś był do niego dzwonić. Nie powinieneś był wdawać się z nim w żadne rozmowy.
Cihan zmarszczył brwi.
— Im bardziej z nim walczysz, tym bardziej urasta w oczach Hancer — dodał Engin. — Nie widzisz tego?
W oczach Cihana pojawił się niebezpieczny błysk.
— Doskonale wiem, co z nim zrobię.
Engin wyprostował się natychmiast. Po raz pierwszy tego dnia naprawdę się przestraszył.
— Cihanie…
— Nie.
— Posłuchaj mnie.
Przyjaciel spojrzał mu prosto w oczy.
— Będziesz ojcem. Masz dziecko.
Słowa zawisły między nimi.
— Nie rób niczego, czego później będziesz żałował. Każdy nieprzemyślany krok może skrzywdzić nie tylko ciebie, ale również to dziecko.
Przez chwilę wydawało się, że Cihan go słucha.
Że gniew ustępuje miejsca rozsądkowi.
Ale trwało to zaledwie moment.
— Nie martw się — powiedział lodowatym tonem. — Nie zamierzam tracić czasu na tego łajdaka.
Podniósł marynarkę i ruszył do wyjścia.
— Skoro Hancer nie chce podpisać zgody, znajdę inny sposób.
Engin poczuł nieprzyjemny ucisk w żołądku.
— Cihanie…
Mężczyzna zatrzymał się przy drzwiach.
— Zburzę ten dom nawet bez jej podpisu.
Drzwi trzasnęły z hukiem.
Engin został sam w gabinecie. Przez dłuższą chwilę patrzył w miejsce, gdzie jeszcze przed sekundą stał jego przyjaciel.
Potem bezradnie opuścił ręce.
Powyższy tekst stanowi autorskie streszczenie i interpretację wydarzeń z serialu Gelin. Inspiracją do jego stworzenia był film Gelin 125.Bölüm dostępny na oficjalnym kanale serialu w serwisie YouTube. W artykule zamieszczono również zrzuty ekranu pochodzące z tego odcinka, które zostały użyte wyłącznie w celach informacyjnych i ilustracyjnych. Wszystkie prawa do postaci, fabuły i materiału źródłowego należą do ich prawowitych właścicieli.






