Panna młoda odc. 169: Melih oświadcza się Hancer!

Melih przechyla głowę i uśmiecha się.

„Panna młoda” Odc. 169 – streszczenie

Derya weszła do niewielkiego salonu skąpanego w bladym świetle poranka. Za oknami wisiały kwieciste zasłony, a pierwsze promienie słońca wpadały do środka, rozjaśniając pomieszczenie. Atmosfera była jednak daleka od pogodnej.

Cemil siedział na kanapie ze spuszczoną głową. Wyglądał, jakby nie zmrużył oka przez całą noc. Miał zaczerwienione oczy, a zmęczenie odcisnęło wyraźne piętno na jego twarzy.

Derya podeszła bliżej i usiadła obok niego.

— Znowu nie spałeś? — zapytała cicho.

Cemil gorzko się uśmiechnął.

— Sen? Jaki sen, Deryo? — pokręcił głową. — Przez pół nocy powtarzałem sobie, że jeśli Hancer wróci, spalę wszystko, co po niej zostało. Że wyrzucę ją z pamięci raz na zawsze. A potem… zacząłem się martwić.

Podniósł wzrok.

— Co, jeśli coś sobie zrobiła? Co, jeśli jest sama i nie ma dokąd pójść?

Westchnął ciężko i oparł łokcie na kolanach.

— Ach, Hancer… Zniszczyłaś mnie i odeszłaś. — W jego głosie pobrzmiewał ból. — Powiedz mi, Deryo, dlaczego moja siostra stała się taka? Przecież kiedyś była zupełnie inna. Dobra, szczera… Kto tak bardzo namieszał jej w głowie?

Derya przewróciła oczami.

— Przestań już, Cemilu. Mówisz o niej tak, jakby była niewinna jak dziecko.

— Bo jej nie znasz tak jak ja.

— Nie znam? — prychnęła. — Cała okolica mówi o tym, co zrobiła. Ty siedzisz tutaj dzień i noc, zamartwiasz się i szukasz dla niej usprawiedliwień. Ale po co? Twoja siostra sama wybrała swoją drogę.

Cemil wyprostował się gwałtownie.

— Co ty właściwie sugerujesz?

— Niczego nie sugeruję. Mówię tylko prawdę.

Mężczyzna spojrzał na nią uważniej. Coś w jej zachowaniu nagle go zaniepokoiło. Przysunął się bliżej.

— Deryo…

Jego głos stwardniał.

— Jeśli znowu coś przede mną ukrywasz, skończy się to źle.

Uniósł palec wskazujący, patrząc jej prosto w oczy.

— Mów.

Derya przez chwilę milczała, jakby zastanawiała się, czy powinna kontynuować.

W końcu westchnęła.

— Twoja siostra była tutaj wczoraj.

Cemil zamarł.

— Co? Hancer była tutaj?!

— Tak.

— Dlaczego nic mi nie powiedziałaś?!

W jego głosie zabrzmiało niedowierzanie. Derya odsunęła się lekko.

— Miałam ci powiedzieć, kiedy jesteś w takim stanie? Ledwo trzymasz się na nogach. Gdybyś ją zobaczył, natychmiast pobiegłbyś za nią. Bałam się, Cemilu.

Mężczyzna zacisnął szczękę. Po chwili skinął głową.

— Dobrze… — powiedział już spokojniej. — Co powiedziała?

— Nic.

— Jak to nic?

— Nie pozwoliłam jej dojść do słowa.

Cemil spojrzał na nią zaskoczony.

— Wyrzuciłam ją. I wiesz co? Nie przyjechała sama.

Te słowa natychmiast przyciągnęły jego uwagę. Zmarszczył brwi.

— Jak to nie sama? Z kim?

Derya założyła ręce na piersi.

— Przywiózł ją jej kochanek.

Cemil poczuł, jak serce zaczyna bić szybciej.

— Kto nim jest?

Derya patrzyła na niego przez chwilę, jakby celowo budowała napięcie. Potem wypowiedziała każde słowo powoli i wyraźnie:

— Kierowca Cihana. Melih.

Cemil znieruchomiał. Przez moment nie był w stanie wydobyć z siebie głosu. Jego twarz pobladła.

***

Hancer przygotowywała śniadanie w domu Ertugrula. Na kuchennym blacie ustawiła tacę z serami, oliwkami i dżemami, gdy nagle ciszę poranka przerwał dzwonek do drzwi.

Zmarszczyła lekko brwi. O tej porze nie spodziewała się żadnych gości.

Otworzyła drzwi i stanęła jak wryta.

Na progu stał Melih. W eleganckiej marynarce, z torbą przewieszoną przez ramię, wyglądał tak, jakby właśnie jechał do pracy. W jego oczach było jednak coś, co sprawiło, że Hancer od razu wyczuła powagę sytuacji.

— Melih? — zdziwiła się. — Co się stało? Zapomniałeś czegoś?

Na jego twarzy pojawił się delikatny uśmiech.

— Tak. Zapomniałem o czymś bardzo ważnym.

— O czym?

— O obietnicy, którą złożyłem.

Hancer spojrzała na niego pytająco.

— Czy nie powiedziałem wszystkim, że jestem ojcem tego dziecka? 

***

Kilka minut później siedzieli naprzeciw siebie przy stole na werandzie. Chłodne powietrze pachniało wilgotną ziemią i nadchodzącą wiosną. Za ogrodzeniem kołysały się nagie jeszcze gałęzie drzew, a wokół panowała spokojna cisza, tak różna od chaosu, który zostawili za sobą.

Hancer splotła dłonie na blacie stołu.

— Nie rób tego, Melihu — powiedziała łagodnie. — Naprawdę nie musisz.

Mężczyzna milczał.

— Wiem, dlaczego to powiedziałeś. Chciałeś mnie uratować. Chciałeś zatrzymać Cihana, zanim wydarzy się coś złego. Ale nie masz wobec mnie żadnych zobowiązań.

Melih pokręcił głową.

— Być może nie wobec ciebie. Ale mam wobec dziecka.

Hancer uniosła wzrok.

— Melihu…

— Nie tylko ty słyszałaś moje słowa tamtego dnia. — Położył dłoń na stole. — Ono też je słyszało.

Spojrzał na jej brzuch, a potem z powrotem na nią.

— Może jeszcze niczego nie rozumie, ale ja rozumiem. Powiedziałem, że jestem jego ojcem. I nie potrafię teraz zachowywać się tak, jakby te słowa nic nie znaczyły.

Na twarzy Hancer pojawił się smutny uśmiech.

— Jesteś niemożliwy.

— Wiem.

Zaśmiali się cicho.

— Tak naprawdę jestem dla niego starszym bratem — ciągnął Melih. — Albo wujkiem. Bo ciebie i Aysu traktuję dokładnie tak samo.

Na moment jego spojrzenie złagodniało.

— Przez całe życie miałem jedną siostrę. Teraz mam dwie.

Oczy Hancer zaszkliły się lekko.

— Ja też tak na to patrzę — przyznała. — Straciłam jednego brata, a los podarował mi drugiego.

Melih spuścił wzrok, wyraźnie poruszony. W końcu odezwał się ponownie, tym razem znacznie poważniej:

— W takim razie pozwól mi dotrzymać obietnicy złożonej temu dziecku.

Hancer od razu pokręciła głową.

— Melihu…

— Posłuchaj mnie do końca.

W jego głosie zabrzmiała determinacja.

— Nikogo już nie zostawię w połowie drogi. Nikogo. Zbyt długo żyłem tak, jakby moje decyzje nie miały znaczenia. Jakbym ciągle był spóźniony na własne życie.

Odwrócił wzrok ku ogrodowi.

— Wiesz, co jest najgorsze? Patrzeć wstecz i widzieć same rozczarowania. Ludzi, którym nie pomogłem. Szanse, które zmarnowałem. Słowa, których nie powiedziałem.

Po chwili znów spojrzał na Hancer.

— Nie chcę już tak żyć.

W jego oczach pojawił się ból, którego zwykle nie pokazywał.

— Mówisz, że próbuję ratować ciebie. To nieprawda.

— Więc co robisz?

— Ratuję samego siebie.

Słowa zawisły między nimi.

— Bo nie mam już siły nosić w sobie kolejnych wyrzutów sumienia — dodał cicho. — Nie mam odwagi przeżyć następnego rozczarowania.

Hancer patrzyła na niego w milczeniu.

Po raz pierwszy widziała, jak bardzo jest zmęczony walką z własną przeszłością.

Melih nabrał głęboko powietrza.

— Dlatego proszę cię o jedno.

Nachylił się lekko nad stołem.

— Pozwól mi dać temu dziecku swoje nazwisko.

Hancer zamarła.

Przez chwilę słychać było jedynie szelest wiatru poruszającego gałęziami drzew.

A potem spojrzała na niego tak, jak patrzy się na człowieka gotowego poświęcić dla innych więcej, niż powinien.

***

Cihan i Engin siedzieli naprzeciwko siebie w przestronnym gabinecie. Jasne wnętrze tonęło w ciszy, którą przerywało jedynie ciche tykanie zegara i szelest przewracanych dokumentów. Jednak żaden z nich nie skupiał się dziś na pracy.

Cihan siedział za biurkiem, obracając w palcach długopis. Jego wzrok był nieobecny, utkwiony gdzieś daleko poza ścianami gabinetu. Engin obserwował przyjaciela z fotela naprzeciwko, widząc, jak bardzo jest rozbity.

W końcu Cihan odezwał się cicho:

— Znalazłem nasze zdjęcie pod jej poduszką, Enginie.

Engin uniósł głowę.

— Zdjęcie?

— Nasze wspólne zdjęcie. — Cihan zacisnął szczękę. — Schowane pod poduszką, jakby nie chciała się z nim rozstawać nawet podczas snu.

Przez chwilę milczał, próbując uporządkować własne myśli.

— A przecież wcześniej patrzyła mi prosto w oczy i powiedziała, że mnie nie kocha. Że wszystko między nami się skończyło.

Pochylił się lekko nad biurkiem.

— Powiedz mi, Enginie… jak mam to rozumieć? Jak kobieta, która rzekomo układa sobie życie z innym mężczyzną, zasypia z moim zdjęciem pod poduszką?

W jego głosie pobrzmiewała mieszanina nadziei i bólu.

— To nie ma sensu. Musi istnieć jakieś wyjaśnienie.

Engin zamyślił się. Oparł łokieć na podłokietniku i potarł brodę.

— Jeśli mam być szczery… — powiedział po chwili — Hancer prowadzi bardzo niebezpieczną grę.

Cihan westchnął ciężko.

— Na początku też tak myślałem.

Odchylił się na fotelu i spojrzał w sufit.

— Czasami mam wrażenie, że nie istnieje jedna Hancer. Jakby były dwie zupełnie różne kobiety.

Jego spojrzenie powędrowało ku oknu.

— Jedna odpycha mnie od siebie, mówi rzeczy, które ranią bardziej niż cokolwiek innego. A druga… wciąż nosi przy sobie nasze zdjęcie.

Poklepał palcami blat biurka.

— Hancer, którą znam, jest dumna. Uparta. Nigdy nie pozwoliłaby nikomu podeptać swojego honoru. Prędzej sama by cierpiała, niż poprosiła o pomoc.

— I właśnie dlatego coś tutaj się nie zgadza — odpowiedział Engin.

Wyprostował się w fotelu.

— Jest jeszcze jedna cecha, która zawsze ją wyróżniała.

Cihan spojrzał na niego pytająco.

— Poświęcenie.

Engin mówił spokojnie, ale stanowczo.

— Hancer od zawsze była gotowa zrezygnować z własnego szczęścia dla dobra innych. Pamiętasz początek waszego małżeństwa?

Cihan skinął głową.

— Ukrywała chorobę brata. Była zdesperowana. Przyszła do ciebie po pieniądze, choć wiedziała, że ją źle ocenisz. Wiedziała, jakich słów możesz użyć, a mimo to zacisnęła zęby i zrobiła to dla Cemila.

Na twarzy Cihana pojawił się cień wspomnienia.

— Pamiętam.

— Dlatego nie wierzę, że nagle przestała być sobą. Jeśli teraz cię odpycha, robi to z jakiegoś powodu.

Engin spojrzał mu prosto w oczy.

— Pytanie brzmi: kogo tym razem próbuje chronić?

W gabinecie zapadła cisza.

Słowa przyjaciela trafiły dokładnie tam, gdzie powinny.

Cihan przez dłuższą chwilę nie odpowiadał. W jego głowie zaczęły układać się w całość wydarzenia ostatnich tygodni. Wszystkie kłamstwa, niedopowiedzenia, nagłe decyzje Hancer i jej desperackie próby trzymania go na dystans.

Nagle wszystko nabrało nowego znaczenia.

Powoli odłożył długopis na biurko.

Jego twarz stwardniała.

— Dowiem się prawdy.

Engin zmarszczył brwi.

— Co zamierzasz zrobić?

Cihan podniósł się z fotela.

— Jest tylko jedna osoba, której Hancer naprawdę nie chce skrzywdzić.

W jego oczach pojawiła się pewność.

— Jedna osoba, dla której byłaby gotowa poświęcić wszystko. Jeśli Hancer ukrywa przede mną prawdę, to robi to właśnie dla niej.

Cihan wyszedł szybkim krokiem, niosąc ze sobą pierwszą od wielu dni iskierkę nadziei, że tajemnica Hancer wreszcie się wyjaśni. 

***

Derya siedziała obok Cemila na kanapie, ściskając w dłoniach ciśnieniomierz. Gdy spojrzała na wyświetlacz, z jej twarzy natychmiast zniknął kolor. Zerwała się niemal na równe nogi.

— O Boże… sto siedemdziesiąt — wyszeptała przerażona. — Cemilu, wykończysz się. Naprawdę chcesz przypłacić to zdrowiem? I to przez ludzi, którzy nie są tego warci?

Sięgnęła po stojącą na stoliku szklankę z melisą i podała mu ją niemal siłą.

— Pij. Natychmiast.

Cemil oparł się ciężko o poduszkę. Wyglądał tak, jakby przez całą noc nie zmrużył oka. Jego twarz była zmęczona, a spojrzenie mętne od bezsilności i gniewu.

— Kierowca… tak? — wymamrotał, biorąc szklankę. — Ten cały Melih… Co on może jej dać?

Derya prychnęła pogardliwie.

— Nawet wróbel ma więcej rozsądku niż Hancer. Zostawiła bogatego biznesmena dla kierowcy, który nie ma nic. Dosłownie nic.

Cemil poderwał głowę.

— Na litość boską, Deryo! Czy ja mówię o pieniądzach?

— A o czym? — odparła ostro. — Świat kręci się wokół pieniędzy, czy ci się to podoba, czy nie.

— Nie wszystko można nimi kupić.

— To właśnie przez takie myślenie całe życie tkwimy w miejscu! — wybuchła. — Oboje jesteście tacy sami. Jakby bieda była zapisana w waszych genach. Ciągle serce, honor, uczucia… A potem przychodzą rachunki i okazuje się, że uczuciami nie da się ich zapłacić.

Cemil zacisnął szczęki.

— Chodzi mi o odpowiedzialność. O charakter. O to, czy człowiek potrafi zapewnić komuś przyszłość. Ten Melih jest lekkoduchem. Wczoraj pływał po morzach, dziś jeździ jako kierowca. A jutro? Kto wie? Może znowu rzuci wszystko i zniknie. Czy ktoś taki daje poczucie bezpieczeństwa?

Potrząsnął głową z niedowierzaniem.

— Jak Hancer mogła mu zaufać? Jak mogła uwierzyć, że będzie przy niej zawsze?

— Każdy zbiera to, co sam zasiał — rzuciła chłodno Derya. — Jeśli wiążesz się z człowiekiem bez przyszłości, nie dziw się, że zostajesz sama.

W tej samej chwili przez dom przeszył się dźwięk dzwonka do drzwi.

Oboje zamilkli.

Derya zmarszczyła brwi i ruszyła do przedpokoju. Wciąż kipiała ze złości. Szarpnęła klamkę i gwałtownie otworzyła drzwi.

Zamarła.

Na progu stała Hancer.

W ciemnym płaszczu narzuconym na czerwoną sukienkę wyglądała na zmęczoną, ale w jej oczach tliła się determinacja. Przez chwilę obie kobiety mierzyły się wzrokiem.

— Bratowo… — odezwała się cicho Hancer. — Czy mój brat jest w domu?

Derya odzyskała głos.

— Jak śmiesz tu przychodzić?

— Muszę z nim porozmawiać.

— Nie masz już tu czego szukać. Wynoś się.

— Proszę. To ważne.

— Dla nas wszystko skończyło się w chwili, gdy nas zdradziłaś.

Hancer przełknęła ślinę.

— Nie przyszłam się kłócić.

— A po co? Żeby znowu wszystkich okłamać?

Z głębi domu dobiegły ciężkie kroki.

Po chwili w przedpokoju pojawił się Cemil. Na widok siostry jego twarz natychmiast stwardniała.

— Deryo, zostaw nas.

— Ale…

— Powiedziałem, idź do pokoju.

Ton jego głosu nie pozostawiał miejsca na dyskusję. Derya rzuciła Hancer pełne pogardy spojrzenie i odeszła.

Cemil podszedł do siostry, chwycił ją za ramię i wyprowadził na werandę.

— Wynoś się stąd — syknął.

— Bracie…

— Nie nazywaj mnie tak!

Jego głos odbił się echem od ścian domu.

— Nie przychodź więcej pod moje drzwi. Nie chcę cię widzieć. Nie mam już siostry o imieniu Hancer.

W oczach Hancer pojawił się ból.

— Wysłuchaj mnie chociaż przez chwilę.

— Za późno.

Odwrócił się gwałtownie i pchnął drzwi, chcąc zatrzasnąć je przed jej twarzą.

Nagle skrzydło zatrzymało się w pół ruchu.

Ktoś wsunął rękę między framugę a drzwi.

Cemil spojrzał zaskoczony.

Przed nim stał Melih.

Elegancki, w dobrze skrojonym szarym garniturze, wyglądał zupełnie inaczej niż zwykle. W jednej ręce trzymał bukiet świeżych kwiatów, w drugiej ciemną torbę. Mimo napiętej sytuacji zachowywał spokój.

Stanął obok Hancer, jakby chciał pokazać całemu światu, że nie zamierza jej zostawić samej.

— Przyszliśmy w dobrej wierze — powiedział spokojnie. — Nie chcemy kłótni. Chcemy tylko porozmawiać.

Cemil zmrużył oczy.

Przez dłuższą chwilę mierzył go wzrokiem. W końcu odsunął się od drzwi.

— Macie pięć minut.

Melih skinął głową z szacunkiem. Razem z Hancer przekroczyli próg domu.

Kilkanaście metrów dalej, za gęstymi krzewami rosnącymi przy ogrodzeniu, stał jeszcze ktoś.

Cihan.

Ukryty w cieniu obserwował całą scenę od samego początku.

Gdy zobaczył Hancer i Meliha stojących obok siebie, jego szczęki zacisnęły się mimowolnie. Promienie zimowego słońca padały na jego twarz, podkreślając napięcie malujące się w oczach.

Nie poruszył się nawet o krok.

Patrzył.

Czekał.

I próbował zrozumieć, dlaczego kobieta, która trzymała pod poduszką jego zdjęcie, teraz pojawiła się tutaj u boku innego mężczyzny.

***

Melih i Hancer stali obok siebie pośrodku niewielkiego salonu. Ona nerwowo splatała dłonie na wysokości brzucha, on trzymał w ręku bukiet kwiatów i pudełko czekoladek, które w tej chwili wydawały się śmiesznie nieadekwatne do sytuacji.

Naprzeciw nich stali Cemil i Derya.

Atmosfera była ciężka. W powietrzu wisiały miesiące żalu, rozczarowania i niewypowiedzianych pretensji.

Melih wziął głęboki oddech.

— Popełniliśmy błąd — zaczął spokojnie. — I przyjechaliśmy tutaj, żeby go naprawić. Jeśli pozwolicie, usiądźmy i porozmawiajmy jak rodzina.

Cemil roześmiał się krótko. Był to jednak śmiech pozbawiony radości.

— Prosisz o pozwolenie? — powtórzył z gorzką ironią. — Nie wydaje ci się, że trochę za późno przypomniałeś sobie o szacunku?

Jego spojrzenie powędrowało ku zaokrąglonemu brzuchowi siostry. Twarz natychmiast mu stwardniała.

— Gdzie byłeś, zanim do tego doszło? — zapytał. — Dlaczego nie stanąłeś przy niej wtedy? Powinieneś był przyjść do mojego domu, zanim moja siostra została wystawiona na taki wstyd.

Następnie zwrócił się do Hancer.

— A ty…

Hancer spuściła wzrok.

— Wiesz, dlaczego pozwoliłem ci wejść? Nie dlatego, że chciałem cię zobaczyć. Zrobiłem to tylko dlatego, żeby ludzie z sąsiedztwa nie zobaczyli cię stojącej przed moimi drzwiami. Nie chciałem kolejnych plotek.

W jego głosie pobrzmiewał ból silniejszy niż gniew.

— Gdyby nie to, nie pozwoliłbym ci przekroczyć progu tego domu.

Hancer zacisnęła palce.

— Bracie…

— Nie.

Jedno słowo wystarczyło, by uciszyć wszystko.

Derya natychmiast podjęła temat.

— Narobiliśmy sobie przez ciebie wstydu przed całym sąsiedztwem — powiedziała chłodno. — Kiedy wychodzę na ulicę, spuszczam głowę, żeby nikt nie zaczął wypytywać o ciebie. Twój brat przestał spotykać się ze znajomymi. Wiesz, jak ludzie potrafią mówić.

Hancer milczała. Melih zrobił krok naprzód.

— Wiem, że macie prawo być źli. Dlatego właśnie tu jesteśmy. Nie uciekamy od odpowiedzialności.

Spojrzał prosto na Cemila.

— Zachowaliśmy się niedojrzale. Szczególnie ja. Powinienem był przyjść wcześniej. Powinienem był stanąć przed tobą dużo wcześniej.

Uniósł nieznacznie bukiet.

— Przyszliśmy z kwiatami i czekoladkami jako znak szacunku. Jeśli tylko zechcesz nas wysłuchać…

— Dlaczego miałbym cię słuchać?

Głos Cemila przeciął powietrze niczym nóż.

— W naszym ogrodzie też rosną kwiaty. A czekoladę można kupić na każdym rogu.

Zrobił krok bliżej.

— Miałem jedną siostrę. Jedną Hancer. Moją dumę. Moją radość.

Jego głos zadrżał.

— Czy możesz mi ją oddać?

Melih nie odpowiedział.

— Możesz cofnąć to wszystko? Możesz sprawić, że ludzie przestaną mówić? Możesz sprawić, że przestanę się martwić każdego dnia?

Zapadła cisza.

— Jeśli naprawdę przyszedłeś prosić o przebaczenie — ciągnął Cemil — to nie przychodzi się z kwiatami i czekoladkami.

Jego spojrzenie zatrzymało się na dłoniach Meliha i Hancer.

— Przychodzi się z aktem małżeństwa.

Po chwili dodał jeszcze ciszej:

— A wy nawet nie nosicie obrączek.

Słowa te uderzyły Meliha mocniej, niż chciał pokazać.

Przez moment stał nieruchomo.

Nagle przypomniał sobie coś.

Sięgnął do kieszeni marynarki i wyciągnął dwie złote obrączki.

— Właściwie… kupiłem je już wcześniej — powiedział cicho.

Hancer spojrzała na niego zdumiona.

— Przyjechaliśmy tutaj właśnie po to. Chcieliśmy poprosić cię o błogosławieństwo. Pocałować twoją dłoń. Założyć obrączki w twojej obecności.

W pokoju zapadła głęboka cisza.

Nawet Derya nie znalazła od razu odpowiedzi.

Przez kilka sekund słychać było jedynie tykanie starego zegara wiszącego na ścianie.

I wtedy rozległo się pukanie do drzwi.

Wszyscy drgnęli.

Derya odwróciła głowę.

— Ktokolwiek to jest, powiedz, że to nie jest odpowiedni moment — mruknął Cemil, nie odrywając wzroku od obrączek.

Derya ruszyła w stronę drzwi.

Nie zdążyła jednak nawet sięgnąć do klamki.

Drzwi otworzyły się gwałtownie.

W progu stanął Cihan.

Wysoki, ubrany w ciemny garnitur, wypełnił sobą całe wejście. Jego twarz była napięta, a spojrzenie chłodne i nieustępliwe.

Hancer zamarła. Melih odruchowo stanął nieco bliżej niej.

Cemil i Derya wymienili zaskoczone spojrzenia.

Przez kilka sekund nikt się nie odezwał.

Cihan powoli przesunął wzrokiem po wszystkich obecnych.

Najdłużej zatrzymał go na Melihu. Potem dostrzegł obrączki w jego dłoni.

Jego szczęka zacisnęła się niebezpiecznie.

— Według mnie… — odezwał się w końcu niskim, opanowanym głosem — to właśnie najbardziej odpowiedni moment.

W salonie zrobiło się tak cicho, że można było usłyszeć własny oddech.

Pięć osób w napiętej rozmowie w przytulnym pokoju.

***

— Zaskoczyłeś mnie, Melihu — odezwał się Cihan powoli, mierząc go chłodnym spojrzeniem. — Naprawdę mnie zaskoczyłeś. Co się stało? Rejs został odwołany? A może nagle przypomniałeś sobie, że istnieje coś takiego jak odpowiedzialność?

W pomieszczeniu natychmiast zrobiło się jeszcze ciszej. Melih wyprostował się.

— Co ty tutaj robisz, Cihanie? — zapytała Hancer ostrym tonem, stając bliżej niego.

Cemil zmarszczył brwi.

— Jaki rejs? O czym on mówi?

Cihan spojrzał na niego z udawaną cierpliwością.

— To długa historia. Nie da się jej opowiedzieć w jednym zdaniu.

Bez zaproszenia podszedł do stolika stojącego pod ścianą i usiadł. Bukiet kwiatów oraz pudełko czekoladek leżące na blacie wyraźnie mu przeszkadzały. Jednym ruchem zepchnął je na bok.

Hancer drgnęła.

— Cihanie, przestań. Wyjdź stąd.

— Dlaczego? — odparł spokojnie. — Dopiero przyszedłem.

Melih spojrzał na niego uważnie.

— Ewidentnie coś cię dręczy. Skoro już tu jesteś, powiedz, po co przyszedłeś.

— Dalej — rzucił Cemil zmęczonym głosem. — Powiedz, co masz do powiedzenia, i skończmy to. Mam już wystarczająco dużo problemów.

Na ustach Cihana pojawił się krótki, pozbawiony ciepła uśmiech.

— Wbrew pozorom nie przyszedłem tutaj ze złymi intencjami. To zwyczaj. Kiedy dziewczyna wychodzi za mąż, rodzina chce poznać pana młodego. A ponieważ ja znam tego pana młodego całkiem dobrze, pomyślałem, że powinienem podzielić się kilkoma szczegółami.

— Co ty możesz wiedzieć o mnie? — zapytał Melih, zaciskając szczękę. — Jesteś człowiekiem zaślepionym własną dumą i gniewem.

— Być może.

Cihan powoli wstał.

— Ale wiem jedno. Pracowałeś dla mnie. 

Jego spojrzenie przesunęło się po twarzy Hancer.

— I choć pani Hancer uparcie twierdzi, że jesteś niewinny, nie sposób zaprzeczyć, że od dawna byłeś nią zainteresowany.

Hancer pobladła.

— Przestań.

— Dlaczego? Bo mówię prawdę?

— Nie mówisz prawdy. Manipulujesz wszystkim.

Cihan nawet na nią nie spojrzał. Podszedł bliżej Cemila.

— Twój przyszły zięć przywykł do zdrady. Na twoim miejscu uważałbym. Tacy ludzie zawsze uderzają wtedy, kiedy przestajesz patrzeć.

W salonie zapadła napięta cisza. Melih zrobił krok naprzód.

— Dość.

Jego głos zabrzmiał twardo.

— Idź leczyć swoje zranione ego gdzie indziej.

Między mężczyznami zostało zaledwie kilka kroków. Wyglądali niemal jak dwaj przeciwnicy stojący naprzeciw siebie przed walką.

Cihan uniósł brew.

— Zranione ego?

— Tak.

— Ciekawe.

Jego oczy zwęziły się niebezpiecznie.

— Czy nie znalazłem cię w porcie, kiedy próbowałeś odpłynąć? Czy nie przyprowadziłem do ciebie Hancer? Czy byłbyś tutaj dzisiaj, gdybym naprawdę chciał cię usunąć z jej życia?

Melih nie odwrócił wzroku.

— Ale nie odpłynąłem.

— Tym razem.

— Nie zostawiłem Hancer. Jestem tutaj. Stoję przed tobą.

— Dzisiaj.

Cihan pokręcił głową.

— Problem polega na tym, że z tobą nigdy nic nie wiadomo. Dziś jesteś tutaj, a jutro możesz być po drugiej stronie świata. Znudzi ci się to życie tak samo jak poprzednie.

— Nie znasz mnie.

— A ty nie znasz Hancer.

Te słowa sprawiły, że wszyscy zamilkli. Hancer poczuła, jak serce zaczyna bić szybciej.

Cihan sięgnął do wewnętrznej kieszeni marynarki. Po chwili wyciągnął fotografię.

Jedno spojrzenie wystarczyło, by Hancer rozpoznała zdjęcie.

Ich ślub.

Zdjęcie, które przez cały ten czas ukrywała.

— To znalazłem pod jej poduszką.

Cemil i Derya spojrzeli na siebie z niedowierzaniem. Potem na Hancer. Potem znów na fotografię.

— Hancer…? — wyszeptała Derya.

Hancer nie potrafiła odpowiedzieć.

Spuściła głowę. Jej milczenie powiedziało wszystko.

Cihan przez chwilę patrzył na zdjęcie.

Na własną twarz. Na twarz Hancer.

Na chwilę, która miała być początkiem ich wspólnego życia.

Potem jego palce zacisnęły się mocniej.

Rozdarł fotografię na pół. Potem jeszcze raz. I jeszcze.

W pomieszczeniu rozległ się suchy dźwięk rwanej fotografii.

Nikt się nie odezwał. Strzępy papieru opadły na podłogę.

Cihan spojrzał na Hancer. W jego oczach nie było już gniewu. Tylko chłód.

— Nie pokazuj mi się więcej.

Hancer zamknęła oczy. Słowa zabolały bardziej, niż się spodziewała.

Po chwili Cihan przeniósł wzrok na Meliha.

— A to małżeństwo?

Zaśmiał się gorzko.

— Będzie istniało wyłącznie na papierze.

Melih milczał.

— Tak samo jak ty będziesz ojcem wyłącznie na papierze.

Twarz Hancer momentalnie stężała.

— Cihanie!

Nie zatrzymał się.

— Życzę wam szczęścia.

Brzmiało to bardziej jak przekleństwo niż życzenie.

Odwrócił się i ruszył do wyjścia. Mijając próg, nawet się nie obejrzał.

Po chwili drzwi zatrzasnęły się. 

W domu zaległa ciężka cisza.

Na podłodze, między stopami zgromadzonych, leżały porozrzucane kawałki podartego zdjęcia.

A Hancer nie mogła oderwać od nich wzroku.

***

Hancer i Melih siedzieli obok siebie na drewnianej ławce w niewielkim parku. Za nimi rozciągał się pusty plac zabaw. Kolorowe zjeżdżalnie i huśtawki, zwykle pełne dziecięcego śmiechu, teraz stały nieruchomo pośród zimowego krajobrazu. Nagie gałęzie drzew kołysały się lekko na wietrze, a na trawie zalegały suche liście.

Przez dłuższą chwilę żadne z nich się nie odzywało.

Hancer wpatrywała się w przestrzeń przed sobą. Jej oczy były zaczerwienione od łez.

W końcu ciężko westchnęła.

— Znowu zachowałam się głupio — powiedziała cicho. — Wszystko zepsułam.

Melih odwrócił głowę w jej stronę.

— Nie mów tak.

— To prawda. — Pokręciła głową. — Mój brat nigdy mi tego nie wybaczy. Widziałeś jego twarz. Widziałeś, jak na mnie patrzył.

Głos lekko jej zadrżał.

— Żałuję, że cię nie powstrzymałam. Żałuję, że nie zawróciliśmy. Nie powinniśmy byli tam jechać.

Melih przez chwilę milczał.

— Nie zgadzam się.

— Dlaczego?

— Bo przynajmniej spróbowaliśmy.

Hancer spojrzała na niego pytająco.

— Gdybyśmy nie pojechali, przez całe życie zastanawialibyśmy się, co by było, gdyby. Może Cemil i Derya by nas nie wysłuchali, może i tak by nas wyrzucili. Ale przynajmniej daliśmy sobie szansę.

Oparł łokcie na kolanach.

— Wszystko mogło potoczyć się inaczej, gdyby nie pojawił się Cihan.

Na dźwięk jego imienia twarz Hancer stężała.

— Jak się dowiedział, Melihu?

W jej oczach ponownie zaszkliły się łzy.

— Skąd wiedział, gdzie jesteśmy? 

Przygryzła wargę.

— Czy on mnie śledzi?

W jej głosie zabrzmiała bezradność.

— Czy ten koszmar nigdy się nie skończy?

Melih patrzył przez chwilę na pustą alejkę.

— Nie wiem.

Po chwili westchnął.

— Ale w pewnym sensie go rozumiem.

Hancer spojrzała na niego z niedowierzaniem.

— Rozumiesz go?

— Tak.

— Po tym wszystkim?

— Przyszedł tam ze zdjęciem.

Jej wzrok opadł na splecione dłonie.

— Musi bardzo cierpieć — mówił dalej Melih spokojnie. — Tak bardzo, że przestał odróżniać ból od gniewu. Tak bardzo, że był gotów zranić nawet ciebie.

Przerwał na moment.

— Ale gdyby znał prawdę…

— Nie.

Hancer natychmiast pokręciła głową.

— Nie wracajmy do tego.

Melih zamilkł. Przez chwilę słyszeli tylko szum wiatru między gałęziami.

— Tak czy inaczej — odezwała się po chwili Hancer — przeze mnie usłyszałeś rzeczy, na które nie zasłużyłeś.

Spojrzała na niego ze smutkiem.

— Mój brat cię upokorzył. Cihan cię obraził. A ty znalazłeś się pośrodku tego wszystkiego tylko przeze mnie.

W jej oczach znów pojawiły się łzy.

— Wybacz mi, Melihu. Naprawdę cię przepraszam.

Melih uśmiechnął się blado.

— To raczej ty powinnaś wybaczyć mnie.

Hancer zmarszczyła brwi.

— Za co?

— Za wszystko.

Opuścił wzrok.

— Za sytuację, w której się znalazłaś. Za to, że nie potrafię tego naprawić.

Gorzki uśmiech przemknął przez jego twarz.

— Papierowe małżeństwo, papierowy ojciec…

Słowa Cihana wciąż boleśnie dźwięczały mu w uszach.

Hancer chciała coś powiedzieć, ale głos ugrzązł jej w gardle. Po policzku spłynęła pojedyncza łza.

Melih sięgnął do kieszeni marynarki, wyjął złożoną chusteczkę i podał jej bez słowa.

Hancer przyjęła ją drżącą dłonią.

— Dziękuję — wyszeptała.

Otarła oczy, po czym spojrzała przed siebie.

Przez chwilę siedzieli w milczeniu, oboje przytłoczeni wydarzeniami ostatnich godzin.

Za nimi kołysała się pusta huśtawka.

A przyszłość wydawała się równie niepewna jak wszystko, co zostawili za sobą.

***

Hancer przez chwilę obracała w palcach złożoną chusteczkę, po czym schowała ją do kieszeni płaszcza. Jej wzrok zatrzymał się na pustym placu zabaw. Kolorowe zjeżdżalnie i huśtawki kontrastowały z ciężarem rozmowy, którą prowadzili.

Po chwili odezwała się cicho:

— Możesz zaciągnąć się na inny statek, prawda?

Melih siedział pochylony, opierając przedramiona na kolanach. Przez moment nie odpowiedział.

— Jeśli spróbuję… pewnie tak — odparł w końcu.

Brzmiało to jednak tak, jakby wcale nie zamierzał próbować.

Hancer spojrzała na niego uważnie.

— Melihu…

Zawahała się.

— To nie zadziała.

— Co nie zadziała?

— My.

Melih odwrócił głowę w jej stronę.

— Nikt nie zaakceptuje tego związku. Widziałeś mojego brata. Widziałeś Deryę. Widziałeś Cihana.

Głos zaczął jej drżeć.

— W oczach wszystkich nadal będę tą kobietą. Tą niemoralną. Tą, o której ludzie szepczą za plecami.

Opuściła wzrok na swoje dłonie.

— A moje dziecko będzie musiało żyć z konsekwencjami moich błędów.

— Nie.

Odpowiedział natychmiast. Stanowczo.

— Nie pozwolę na to.

— Melihu…

— Nie.

Wyprostował się.

— Czy tylko kobiety ponoszą winę za wszystko? Czy tylko kobiety są osądzane? Mężczyźni nie mają żadnej odpowiedzialności?

Hancer nie odpowiedziała.

— To niesprawiedliwe i dobrze o tym wiesz.

Przez chwilę milczeli. Wiatr poruszył gałęziami drzew nad ich głowami.

— Posłuchaj — powiedziała w końcu Hancer. — To naprawdę nie jest warte tego, żebyś tutaj zostawał. Nie powinieneś poświęcać dla mnie swojego życia.

Melih pokręcił głową.

— Musimy to zrobić.

— Dlaczego?

— Bo jeśli teraz się poddamy, wszyscy wygrają.

Jego głos był spokojny, ale pełen przekonania.

— Cemil, Derya, Cihan… wszyscy uznają, że mieli rację. Ty na zawsze pozostaniesz dla nich niemoralną kobietą.

Spojrzał jej prosto w oczy.

— A ja będę tylko papierowym ojcem.

Słowa Cihana wciąż wisiały między nimi.

Melih zacisnął szczękę.

— Nie dam mu tej satysfakcji.

Hancer poczuła, jak coś ściska ją w gardle.

— Dziecko, które nosisz, zasługuje na coś lepszego — mówił dalej. — Kiedy przyjdzie na świat, powinno widzieć silną matkę.

Jego spojrzenie złagodniało.

— Kobietę, która się nie poddała.

Uśmiechnął się lekko.

— Kobietę, która chodzi z podniesioną głową.

Hancer odwróciła wzrok.

— Nie jestem taka silna, jak myślisz.

— Jesteś silniejsza od wszystkich ludzi, których znam.

Słowa te sprawiły, że w jej oczach znów pojawiły się łzy.

Melih sięgnął do kieszeni marynarki.

Po chwili wyciągnął niewielką obrączkę. Złoty krążek błysnął w zimowym słońcu.

Hancer natychmiast zamarła.

— Melihu…

— Załóż ją.

Przez moment tylko patrzyła na obrączkę spoczywającą na jego dłoni.

— Nie mogę.

— Dlaczego?

— Bo jeśli ją założę…

Urwała.

— To tak, jakbym ukradła marzenia innej kobiety.

Melih milczał przez chwilę. 

— Ta kobieta już dawno zrezygnowała z naszych wspólnych marzeń.

Jego głos był spokojny. Pozbawiony żalu.

— I szanuję jej decyzję.

Delikatnie wyciągnął rękę w stronę Hancer.

— Weź tę obrączkę.

Hancer nadal się wahała.

— Melihu…

— Albo ją założysz, albo naprawdę wrzucę ją do morza.

Na jej twarzy pojawił się cień uśmiechu. Pierwszy od wielu godzin.

Melih również się uśmiechnął.

— Nie patrz na nią jak na obrączkę.

— A jak?

Spojrzał na złoty krążek.

— Jak na kotwicę.

Hancer zmarszczyła lekko brwi.

— Kotwicę?

— Tak.

Jego wzrok powędrował gdzieś w dal.

— Nie są to obrączki z wielkiej miłości. Nie są symbolem spełnionych marzeń.

Po chwili znów spojrzał na nią.

— Ale mogą być czymś innym.

— Czym?

— Kotwicami, które nie pozwolą nam odpłynąć.

W jego głosie zabrzmiała szczerość.

— Czymś, co utrzyma nas na nogach, kiedy wszystko wokół będzie próbowało nas przewrócić.

Hancer długo patrzyła na obrączkę. Potem powoli wyprostowała palec i wsunęła na niego złoty krążek. 

Przez moment oboje wpatrywali się w niego w milczeniu.

Na tle czerwonej sukienki i ciemnego płaszcza złoto błyszczało wyjątkowo wyraźnie.

Hancer delikatnie dotknęła obrączki opuszkami palców.

Jakby próbowała oswoić się z jej ciężarem.

Melih wyciągnął drugą obrączkę i bez słowa założył ją na własny palec.

Przez chwilę siedzieli obok siebie w milczeniu.

Dwoje ludzi połączonych nie przez romantyczne marzenia, lecz przez wspólną walkę z losem.

A mimo to po raz pierwszy od dawna oboje poczuli, że nie są w tej walce sami.

Powyższy tekst stanowi autorskie streszczenie i interpretację wydarzeń z serialu Gelin. Inspiracją do jego stworzenia były filmy Gelin 124.Bölüm i Gelin 125.Bölüm dostępne na oficjalnym kanale serialu w serwisie YouTube. W artykule zamieszczono również zrzuty ekranu pochodzące z tych odcinków, które zostały użyte wyłącznie w celach informacyjnych i ilustracyjnych. Wszystkie prawa do postaci, fabuły i materiału źródłowego należą do ich prawowitych właścicieli.

Podobne wpisy