Panna młoda odc. 81: Ukryty sekret Hancer! Cihan trafia na tabletki antykoncepcyjne!

Hancer jest w szoku, gdy widzi opakowanie tabletek antykoncepcyjnych w rękach Cihana.

„Panna młoda” Odc. 81 – streszczenie

Słońce stało już wysoko, zalewając polanę ciepłym, złotym światłem. Wysokie drzewa otaczały niewielką, drewnianą chatę, której ściany porastały dzikie pnącza, a parapety uginały się pod ciężarem kwiatów. Ciszę przerywał jedynie śpiew ptaków i cichy szum liści.

Samochód zatrzymał się na trawie.

Cihan wysiadł pierwszy, po czym obszedł auto. Hancer wyszła za nim, zatrzymując się na moment i rozglądając wokół. Dobrze znała to miejsce. Już wcześniej Cihan ją tu przywiózł – w nocy, gdy porwał ją z domu brata.

Drzwi chaty skrzypnęły.

Na zewnątrz wyszedł mężczyzna o pogodnej twarzy.

– Cihan! – zawołał z szerokim uśmiechem.

– Selim – odpowiedział Cihan, ściskając go mocno.

W uścisku było coś więcej niż zwykłe powitanie — ślad dawnych lat i wspólnych doświadczeń.

– W końcu się pojawiłeś – rzucił Selim z lekkim wyrzutem, ale w jego głosie pobrzmiewała radość. – Chodźcie, zapraszam. Siadajcie.

Wskazał na drewniany stół ustawiony przed domem. Na ławie leżał haftowany obrus, a wokół pachniały świeże zioła i kwiaty.

– Esra! Mamy gości! – zawołał w stronę otwartych drzwi.

Po chwili w progu pojawiła się młoda kobieta. Miała łagodne spojrzenie i ciepły uśmiech.

– Dzień dobry – powiedziała, zerkając najpierw na Cihana, potem na Hancer.

– To Cihan, mój przyjaciel z wojska, o którym tyle ci opowiadałem – oznajmił Selim z dumą. – A to jego żona… – spojrzał na Hancer pytająco, nie znając jej imienia.

– Hancer – odpowiedziała cicho, odwzajemniając uśmiech.

– Bardzo mi miło – odparła Esra. – Masz naprawdę piękne imię. – Jej spojrzenie na moment zatrzymało się na Cihanie. – Selim tyle o tobie mówił, że mam wrażenie, jakbym znała cię od dawna.

Z wnętrza domu nagle dobiegł płacz niemowlęcia.

Esra natychmiast odwróciła się.

– Już idę, kochanie! – zawołała i zniknęła w środku.

Cihan patrzył za nią przez chwilę, po czym przeniósł wzrok na przyjaciela.

– Myślałem, że masz córkę – powiedział.

Selim zaśmiał się cicho.

– Mam. Ale życie lubi niespodzianki. Teraz mamy też syna. – Poklepał go po ramieniu. – No, teraz wasza kolej… chociaż dopiero co się pobraliście. Najpierw nacieszcie się sobą.

Między Cihanem a Hancer przemknęło krótkie spojrzenie — ulotne, ale pełne napięcia. Żadne z nich nie skomentowało słów Selima.

– A gdzie twoja córka? – zapytał Cihan, chcąc zmienić temat.

– U swojej babci. Stęskniła się za nią.

Drzwi znów się otworzyły. Esra wyszła, trzymając w ramionach niemowlę owinięte w miękki kocyk.

– O Boże… jaki słodki… – wyszeptała Hancer, a w jej głosie pojawiło się coś miękkiego, niemal nieznanego.

– Chcesz go potrzymać? – zapytała Esra z uśmiechem.

Hancer cofnęła się odruchowo.

– Boję się, że zrobię coś źle.

– Nic nie zrobisz źle – uspokoiła ją łagodnie. – Podtrzymaj tylko główkę.

Hancer wstała powoli i wyciągnęła ręce. Gdy tylko dziecko znalazło się w jej ramionach, jej ciało jakby samo odnalazło właściwy rytm. Przytuliła je ostrożnie, ale pewnie — jakby ten gest był w niej od zawsze.

Cihan obserwował ją uważnie.

– Zrobię kawę, póki Ali jest zajęty – zażartowała Esra i zniknęła w domu.

W tej samej chwili rozległ się dźwięk telefonu. Hancer drgnęła.

– Możesz podać? – rzuciła, nie odrywając wzroku od dziecka.

Cihan sięgnął do jej torebki leżącej na ławie. Zamek cicho rozsunął się pod jego palcami.

I wtedy to zobaczył.

Małe, różowe opakowanie.

Zatrzymał się na ułamek sekundy. Serce uderzyło mu mocniej.

To nie były witaminy, o których Hancer powiedziała mu poprzedniego wieczoru.

Wyjął pudełko nieznacznie, tylko na tyle, by upewnić się, że się nie myli. Nazwa nie pozostawiała żadnych wątpliwości.

Tabletki antykoncepcyjne.

Wczorajszy wieczór wrócił do niego z całą ostrością. Jej spojrzenie. Jej kłamstwo.

Powoli wsunął opakowanie z powrotem do torebki. Jego twarz pozostała niewzruszona, ale w oczach pojawił się cień.

Podał jej aparat.

– Dziękuję – powiedziała cicho Hancer, wciąż kołysząc dziecko.

Cihan usiadł z powrotem przy stole.

Patrzył przed siebie, lecz tak naprawdę nie widział już ani drzew, ani domu, ani przyjaciela.

W jego głowie było tylko jedno.

Rozmowa.

I tym razem nie zamierzał jej uniknąć.

***

Hol szpitala był jasny i chłodny, niemal sterylny. Białe ściany odbijały światło jarzeniówek, a jedynym mocniejszym akcentem był intensywnie różowy szyld kliniki, wiszący za ladą recepcji. W powietrzu unosił się zapach środków dezynfekujących, który zdawał się tłumić wszelkie emocje — choć tych Beyzie zdecydowanie nie brakowało.

Podeszła do lady pewnym, spokojnym krokiem. Yonca szła obok niej — równie opanowana, jakby obie dokładnie wiedziały, po co tu przyszły i co zaraz się wydarzy.

– Dzień dobry. Szukam pani Yasemin – powiedziała Beyza, opierając dłonie o blat.

Rejestratorka podniosła wzrok znad dokumentów.

– Niestety, dziś ma wolne.

Na twarzy Beyzy przemknął ledwie uchwytny cień rozczarowania — odegrany z precyzją — podczas gdy w jej oczach czaił się chłodny spokój i pełna kontrola nad sytuacją.

– Och… to naprawdę ważne. Muszę z nią porozmawiać.

– Rozumiem, ale nic na to nie poradzę – odparła spokojnie kobieta. – Może jednak będę mogła pomóc. Z jakim problemem pani przychodzi?

Beyza zawahała się na ułamek sekundy, po czym westchnęła lekko, jakby przyznanie się do tego wymagało od niej wysiłku.

– Wygląda na to, że jestem w ciąży. Zrobiłam test w domu… ale nie mam pewności.

Rejestratorka skinęła głową, przechodząc od razu do rzeczowego tonu.

– W takim razie zaczniemy od badań. Gdy wyniki będą gotowe, będzie pani mogła skonsultować się z panią Yasemin. – Wskazała korytarz po prawej. – Proszę tędy. Pielęgniarka się panią zajmie.

Yonca i Beyza ruszyły we wskazanym kierunku. Ich kroki odbijały się cicho od gładkiej podłogi. Drzwi gabinetu zamknęły się za nimi z miękkim kliknięciem.

W środku panował porządek typowy dla takich miejsc — metalowe tacki, równo ustawione probówki, segregatory w intensywnych kolorach. Na ścianie wisiał plakat o macierzyństwie, kontrastujący z chłodnym charakterem pomieszczenia.

– Proszę usiąść – powiedziała pielęgniarka, przygotowując stanowisko.

Yonca zajęła miejsce na fotelu. Jej dłonie drżały lekko, choć starała się to ukryć. Beyza stanęła tuż obok niej, nachylając się nieznacznie.

W chwili, gdy pielęgniarka odwróciła się, by sięgnąć po rękawiczki, Beyza wykonała szybki, niemal niezauważalny ruch. Zsunęła z dłoni kopertę i wsunęła ją do kieszeni fartucha.

Gest był płynny. Wyćwiczony.

Spojrzenie pielęgniarki na ułamek sekundy zatrzymało się na kieszeni, do której trafiła koperta.

Na jej ustach pojawił się ledwie dostrzegalny uśmiech — szybki, kontrolowany, niemal niewidoczny dla postronnego obserwatora.

Cichy sygnał, zrozumienie i zgoda.

Bez słów wróciła do swoich czynności, jakby nic się nie wydarzyło.

– Proszę się rozluźnić – powiedziała, zakładając rękawiczki i delikatnie ujmując rękę Yoncy.

Igła błysnęła w świetle lampy.

Yonca zacisnęła usta, gdy cienka stal przebiła skórę. Po chwili krew zaczęła wypełniać probówkę, gęsta i ciemnoczerwona.

Beyza obserwowała wszystko w milczeniu. Jej twarz była spokojna.

– Gotowe – oznajmiła pielęgniarka, odkładając próbkę i sięgając po etykietę.

Chwila, która trwała zaledwie sekundę, a miała znaczenie większe niż cokolwiek wcześniej.

Na probówce pojawiło się nazwisko. Nie Yoncy. Beyzy.

Beyza uśmiechnęła się lekko, niemal niezauważalnie.

Plan właśnie zaczął się realizować.

***

Noc była ciepła, a powietrze nad wybrzeżem drżało od miejskich świateł odbijających się w wodzie. Rząd latarni ciągnął się wzdłuż drogi, rzucając na asfalt miękkie, żółtawe światło. W ciszy słychać było jedynie odległy szum fal.

Cihan nagle zatrzymał samochód. Silnik zamilkł.

– Wysiądź – powiedział krótko.

Hancer spojrzała na niego zaskoczona, ale nie zaprotestowała. Wysiadła powoli, poprawiając płaszcz. On zrobił to samo, po czym obszedł auto i zatrzymał się naprzeciwko niej.

Bez słowa sięgnął po jej torebkę.

– Cihan… co ty robisz? – zapytała, czując narastający niepokój.

Nie odpowiedział. Otworzył ją i zaczął przeszukiwać zawartość. Po chwili jego dłoń zatrzymała się.

Wyciągnął opakowanie. Uniósł je na wysokość jej oczu.

– Co to jest? – jego głos był napięty, ostry. – Wyjaśnij mi to.

Hancer zamarła. Jej spojrzenie utknęło na pudełku, jakby widziała je pierwszy raz.

– Jak… jak się dowiedziałeś? – wyszeptała po chwili.

Cihan zaśmiał się krótko, bez cienia rozbawienia.

– Nie powinienem był tego znaleźć, tak? Przepraszam. – Sarkazm w jego głosie był niemal namacalny. – Trafiłem na to przypadkiem. Telefon mojej żony zadzwonił, a ja, głupi, sięgnąłem do jej torebki. Do torebki kobiety, o której byłem przekonany, że niczego przede mną nie ukrywa.

Zrobił krok w jej stronę.

– Myślałem, że jeśli czegoś nie chcesz, powiesz mi to wprost. Że najpierw porozmawiasz ze mną, zamiast robić coś za moimi plecami.

– Mylisz się, Cihanie…

– W takim razie powiedz mi – przerwał ostro. – Co to robi w twojej torebce?

Zapadła cisza.

– Milczysz, bo nie masz odpowiedzi – dodał z goryczą. – Zrobiłem dla ciebie wszystko. Nigdy nie byłem wobec nikogo tak wyrozumiały, a ty? Wciąż mnie wystawiasz na próbę.

Hancer drżącymi dłońmi odebrała mu opakowanie. Otworzyła je i wyjęła blister.

Pełny. Ani jednej brakującej tabletki.

– Widzisz? – powiedziała szybko. – Nawet ich nie tknęłam.

Ale jego to nie uspokoiło.

– Sam fakt, że je masz, wystarczy – odpowiedział chłodno. – To znaczy, że o tym myślisz.

– Nie! – zaprzeczyła stanowczo. – To nie ja… To twoja matka.

Cihan zmarszczył brwi.

– Moja matka? Co ona ma z tym wspólnego?

– To ona mi je dała.

Słowa zawisły w powietrzu. Cihan odwrócił się gwałtownie, przeczesując dłonią włosy.

– Weszła do mojego pokoju, zaraz po tym, jak wróciliśmy z firmy – mówiła dalej Hancer, ciszej, ale pewniej. – Włożyła mi je do ręki i kazała brać. Było mi wstyd, więc schowałam je do torebki. Nie chciałam, żebyś je zobaczył.

Zawahała się na moment.

– Ale po tym, co o mnie powiedziałeś… może powinnam je wziąć. Bez zastanowienia.

Cihan natychmiast się odwrócił. Wrócił do niej kilkoma szybkimi krokami. Stanęli bardzo blisko siebie.

– Co o tobie powiedziałem? – zapytał, a jego spojrzenie znów stwardniało. – Powiedz mi.

Hancer spuściła wzrok.

– Byłam na balkonie… tamtego dnia, kiedy pokłóciłeś się z wujkiem. Słyszałam twoją rozmowę z matką.

– Co dokładnie słyszałaś?

Podniosła na niego oczy.

– Nie pamiętasz? Chcesz, żebym to powtórzyła?

– Powiedz.

Jego głos podniósł się. Napięcie wisiało między nimi jak napięta struna.

Hancer zacisnęła palce na opakowaniu.

– Powiedziałeś… że nie jestem na twoim poziomie.

Cihan chwycił ją za rękę i przyciągnął bliżej.

– Słyszałaś tylko to i uznałaś, że to wystarczy, żeby mnie ukarać? – zapytał ostro. – A słyszałaś resztę?

***

Wspomnienie wróciło nagle, jak echo.

Cihan siedział naprzeciwko matki, spokojny, pewny.

– Ona jest wyjątkowa – mówił, patrząc jej prosto w oczy. – Szczera, sprawiedliwa, czysta. Bardzo mi odpowiada. Naprawdę mi się podoba. I dlatego nie obchodzi mnie jej pochodzenie, wykształcenie ani majątek, mamo. Moje uczucia są ważniejsze.

***

– Tego już nie usłyszysz – powiedział teraz chłodno.

Puścił jej rękę.

– Straciłaś swoją szansę, kiedy zaczęłaś we mnie wątpić.

Odwrócił się i ruszył w stronę samochodu.

– Wsiadaj.

Drzwi trzasnęły głośno, gdy zajął miejsce za kierownicą.

Hancer stała jeszcze przez chwilę, nieruchoma, z opakowaniem w dłoni. Światła miasta migotały w jej oczach, rozmyte przez łzy, których nie chciała uronić.

W końcu ruszyła. Powoli, niepewnie.

Otworzyła drzwi i usiadła obok niego, czując, że dystans między nimi jest większy niż kiedykolwiek wcześniej.

***

Pokój tonął w półmroku. Ciężkie zasłony tłumiły światło, a jedynym źródłem ciepłego blasku była lampka stojąca przy łóżku. Na rzeźbionym, drewnianym wezgłowiu odbijały się cienie, a w powietrzu unosiła się cisza przerywana jedynie spokojnym oddechem śpiącej Mukadder.

Drzwi otworzyły się nagle.

Uderzyły o ścianę z głośnym trzaskiem.

Mukadder drgnęła gwałtownie, jak wyrwana z głębokiego snu. Podniosła się na łokciu, zmrużyła oczy i spojrzała w stronę wejścia.

– Cihanie? – jej głos był jeszcze senny, ale już napięty. – Co się dzieje, synu?

Stał w progu, nieruchomy, z zaciśniętymi szczękami. Jego spojrzenie było zimne, twarde jak stal.

– Wstań – powiedział krótko. – Musimy porozmawiać.

Nie było w tym prośby. Tylko rozkaz.

Mukadder przez chwilę patrzyła na niego w milczeniu, jakby próbowała odczytać coś z jego twarzy. Potem zrzuciła kołdrę, wsunęła stopy w kapcie i podniosła się powoli. Przeszła kilka kroków i usiadła w czerwonym, ciężkim fotelu naprzeciwko niego, zakładając nogę na nogę. Gest ten był wyuczony, kontrolowany.

Cihan opadł na drugi fotel, pochylony do przodu, z rękami splecionymi tak mocno, że pobielały mu knykcie.

– Dlaczego jesteś tak zdenerwowany o tej porze? – zapytała chłodno. – Co się stało?

Uniósł głowę.

– Co próbujesz zrobić, mamo? – jego głos drżał od tłumionego gniewu. – Jaki jest twój problem?

Mukadder zmarszczyła brwi.

– Co znowu zrobiłam?

Cihan zaśmiał się krótko. Gorzkо.

– Nie chcesz wnuka? – rzucił. – Czy nie o to było całe to zamieszanie?

– Oczywiście, że chcę – odpowiedziała natychmiast, niemal z oburzeniem. – Bardziej niż czegokolwiek na świecie.

Cihan pochylił się jeszcze bardziej.

– Więc jak mogłaś dać tabletki antykoncepcyjne mojej żonie?

Zapadła cisza. Mukadder nie odwróciła jednak wzroku.

– Więc ci powiedziała – stwierdziła chłodno.

Jej twarz stwardniała.

– Chcę wnuka. Ale nie od Hancer.

Słowa spadły ciężko, bez wahania.

– Może to być każda kobieta… ale nie ona – dodała z narastającą pogardą. – Żałuję dnia, kiedy stanęłam pod drzwiami jej domu. Żałuję, że wtedy nie połamałam sobie nóg. Żałuję, że zmusiłam cię do tego małżeństwa.

Cihan zamknął oczy na ułamek sekundy, jakby coś w nim właśnie pękło.

– Powiedziałem ci… – zaczął wolniej, ale jeszcze bardziej przejmująco – że ją kocham. Że jeśli będę miał dziecko, to tylko z nią.

Podniósł na nią wzrok.

– A ty co zrobiłaś?

Mukadder westchnęła ciężko, jakby rozmawiała z kimś nierozsądnym.

– Teraz jesteś oczarowany jej urodą – powiedziała. – Nie myślisz racjonalnie. Później zrozumiesz, że ona nie pasuje do naszej rodziny. Zrobiłam to dla ciebie. Żebyś kiedyś nie żałował.

Cihan pokręcił głową, nie dowierzając.

– Więc to ty będziesz decydować o wszystkim? – jego głos się zaostrzył. – Nawet o tym, kogo mam kochać?

– Tak – odpowiedziała bez wahania. – Bo ty nie potrafisz podejmować właściwych decyzji. Muszę interweniować. Dla twojego dobra. Dla dobra naszej rodziny.

Te słowa zawisły w powietrzu jak wyrok. Cihan wstał gwałtownie.

– Nie mogę uwierzyć, że to słyszę – wyszeptał, przeczesując włosy drżącą dłonią. – Do tej pory tłumaczyłem cię przed samym sobą. Mówiłem, że jesteś zazdrosna jak każda matka… że jesteś do mnie przywiązana.

Spojrzał na nią ostro.

– Ale to nie jest przywiązanie. To coś innego. Ty chcesz kontrolować moje życie.

Zrobił krok w jej stronę.

– Nie obchodzi cię, czy jestem szczęśliwy.

Jego głos stwardniał.

– To nie jest miłość, mamo. To choroba.

Mukadder zesztywniała.

– Jak śmiesz… – zaczęła, ale przerwał jej.

– Przez lata byłem zły na ojca – ciągnął. – Nadal jestem. Ale może w jednej rzeczy miał rację.

Zapadła ciężka cisza.

– Kto wie, jakie plany miałaś wobec niego.

Na twarzy Mukadder pojawiło się niedowierzanie, a potem gniew.

– Co ty sugerujesz?

Cihan spojrzał jej prosto w oczy.

– Że ojciec odszedł przez ciebie.

– Co to za bzdury! – wybuchła, zrywając się z fotela. – Poszedł za tamtą bezwstydną kobietą! Zostawił nas! Ja cię wychowałam! Ja i tylko ja!

Jej głos drżał, ale nie było w nim słabości — tylko furia.

– A ty teraz depczesz swoją matkę? Bronisz tego człowieka?

Cihan nie cofnął się ani o krok.

– Widziałem dziś, jak daleko jesteś w stanie się posunąć – powiedział cicho, ale każde słowo było jak cios. – Myślałem, że robisz to dla mnie. Że naprawdę chcesz mojego dobra.

Pokazał na nią palcem.

– Ale ty zawsze robisz to dla siebie.

Mukadder zbladła.

– Nie bądź niewdzięczny! – krzyknęła. – Wszystko, co mam, poświęciłam dla ciebie!

– I oczekujesz, że po tym wszystkim w to uwierzę? – odpowiedział gorzko.

– Cihanie… mylisz się…

– Naprawdę? – Jego oczy zwęziły się. – Zmusiłaś mnie do ślubu z Beyzą. Dlaczego?

Na ułamek sekundy coś przemknęło przez twarz Mukadder.

Cień.

Niepokój.

Ale zniknął tak szybko, jak się pojawił.

Cihan tego nie zauważył.

– Nieważne – dodał po chwili, z rezygnacją, która bolała bardziej niż gniew. – Cokolwiek za tym stało… zniszczyłaś mi życie.

Zatrzymał się tuż przed nią. Patrzył na nią z góry.

– Czy było warto?

Mukadder milczała.

Cihan uniósł rękę i wskazał na nią palcem — gest oskarżenia, ostateczny.

– Od dziś… nic już nie będzie takie samo.

Odwrócił się gwałtownie i ruszył do drzwi.

Trzask.

Cisza wróciła nagle, ciężka i przytłaczająca.

Mukadder została sama. Siedziała nieruchomo, patrząc przed siebie, jakby nagle cały świat wymknął jej się spod kontroli.

A jednak w jej oczach, obok gniewu i urazy… tliło się coś jeszcze.

Strach.

***

Pokój Hancer był pogrążony w miękkim, wieczornym półmroku. Fioletowa tapeta, zdobiona ornamentami, odbijała ciepłe światło lampki nocnej, a na podłodze leżały porzucone kapcie – jakby ktoś jeszcze chwilę temu próbował odnaleźć spokój, którego nie było.

Drzwi otworzyły się bez pukania. Do środka wszedł Cihan.

Hancer natychmiast podniosła głowę. Siedziała na łóżku, podkulając nogi, w zielonej sukience, która kontrastowała z chłodnymi barwami wnętrza. W jej oczach pojawiło się coś na kształt nadziei — ciche, ostrożne oczekiwanie.

– Cihanie… – zaczęła, niemal szeptem.

Może przyszedł porozmawiać. Może wrócił. Może jeszcze nie wszystko stracone.

On jednak nawet na nią nie spojrzał.

Podszedł do łóżka, sięgnął po poduszkę i chwycił ją zdecydowanym ruchem.

Bez słowa. Bez jednego spojrzenia.

Odwrócił się i ruszył w stronę drzwi.

– Cihan… – jej głos tym razem był cichszy, kruchy, jakby mogło go złamać jedno słowo więcej.

Nie zatrzymał się. Drzwi zamknęły się za nim z głuchym kliknięciem.

Cisza, która po nim została, była cięższa niż jakiekolwiek słowa.

Hancer przez chwilę siedziała nieruchomo, wpatrzona w miejsce, gdzie jeszcze przed sekundą stał. Jakby liczyła, że wróci. Że to tylko chwila.

Ale nie wrócił.

Jej ramiona opadły.

Wypuściła powoli powietrze, jakby coś w niej pękło.

– Ach, Hancer… – szepnęła do siebie, z goryczą, której nie potrafiła już ukryć. – Dlaczego byłaś taka głupia?

Przymknęła oczy.

– Dlaczego oceniłaś go na podstawie jednego zdania, nie znając całej prawdy?

Jej głos zadrżał.

– Widzisz, co zrobiłaś? Jest na ciebie zły. Nawet na ciebie nie spojrzał.

Otworzyła oczy i spojrzała w stronę drzwi. Puste.

– Jak mam to teraz naprawić? – wyszeptała.

Jej spojrzenie zaszkliło się, ale łzy nie spłynęły. Zatrzymały się gdzieś na granicy dumy i bólu.

Usiadła nieruchomo na środku łóżka, otulona ciszą, która zdawała się wypełniać każdy kąt pokoju.

Tej nocy sen nie miał do niej przyjść.

***

Poranek był cichy, niemal nienaturalnie spokojny. Światło wpadające przez okno rozlewało się po korytarzu, podkreślając pustkę, która jeszcze kilka godzin wcześniej była wypełniona napięciem.

Hancer nie spała prawie całą noc.

Siedziała na łóżku, wsłuchując się w każdy dźwięk dochodzący z korytarza, jakby od niego zależało wszystko. I kiedy w końcu usłyszała znajomy odgłos otwieranych drzwi pokoju Cihana, poderwała się natychmiast.

Serce zaczęło bić szybciej.

Podeszła do drzwi i otworzyła je niemal w tym samym momencie, w którym on pojawił się na korytarzu.

– Cihanie… – odezwała się, robiąc krok w jego stronę. – Nie bądź zły. Porozmawiajmy.

Zatrzymał się.

Przez krótką chwilę stał tyłem, jakby się wahał. Potem odwrócił się powoli i podszedł bliżej, aż stanął naprzeciwko niej. Ich spojrzenia się spotkały.

Jego było chłodne. Zdystansowane.

– Nie mamy o czym rozmawiać – powiedział spokojnie, ale stanowczo.

Te słowa uderzyły ją mocniej, niż gdyby podniósł głos.

– Źle cię zrozumiałam – odpowiedziała szybko, jakby bała się, że za chwilę znów odejdzie. – I niesłusznie cię obwiniłam.

W jej głosie była szczerość. I żal.

Cihan przyglądał się jej przez moment w milczeniu. Potem niespodziewanie uniósł ręce i objął jej twarz. Jego dłonie były ciepłe, ostrożne — jakby dotykał czegoś kruchego.

Odgarnął kosmyk włosów z jej policzka.

Patrzył na nią uważnie. Zbyt uważnie.

– Przepraszam – wyszeptała. – Cokolwiek powiesz… masz rację.

Na ułamek sekundy coś drgnęło w jego spojrzeniu.

Ale zaraz zniknęło.

– To nie jest takie proste, Hancer – powiedział cicho, cofając dłonie. – Nadal mi nie wierzysz. A bez tego… nie mamy na czym budować.

Zrobił krok w tył.

– Nie da się tego naprawić jednym „przepraszam”. Powinnaś usiąść i naprawdę się nad tym zastanowić.

Odwrócił się, gotów odejść. Ale wtedy jej dłoń zacisnęła się na jego ramieniu.

Zatrzymała go.

– Dobrze – powiedziała, z determinacją, której sama się nie spodziewała. – Bądź zły. Nie rozmawiaj ze mną. Krzycz na mnie, jeśli chcesz.

Zawahała się tylko przez moment.

– Ale przyjdź dziś wieczorem do mojego pokoju.

Zapadła cisza. Cihan nie odwrócił się. Nie odpowiedział.

Po prostu wyswobodził się z jej uścisku i odszedł, zostawiając ją samą na progu.

Hancer stała jeszcze przez chwilę, patrząc za nim, jak znika za zakrętem korytarza.

Potem powoli zamknęła drzwi. Oparła się o nie plecami, jakby nagle zabrakło jej sił. Odchyliła głowę do tyłu i zamknęła oczy.

Z jej ust wyrwało się ciężkie westchnienie.

Czekała.

I wiedziała, że to czekanie będzie trudniejsze niż wszystko, co wydarzyło się do tej pory.

***

Poranek był chłodny, a powietrze na zewnątrz wydawało się cięższe niż zwykle. Cihan wyszedł z rezydencji szybkim, zdecydowanym krokiem, jakby chciał zostawić za sobą wszystko, co wydarzyło się w środku.

Zatrzymał się przy samochodzie i wyciągnął kluczyki.

Nagle jego telefon zawibrował. Spojrzał na ekran.

Yasemin.

Zmarszczył lekko brwi i odebrał.

– Tak, Yasemin? – odezwał się, opierając się o drzwi auta. – Coś się stało? Zwykle nie dzwonisz o tej porze.

Po drugiej stronie zapadła krótka cisza, jakby kobieta dobierała słowa.

– Cihanie… czy możesz dziś do mnie przyjść? – jej głos był spokojny, ale napięty. – Musimy porozmawiać. To ważne.

Cihan od razu wyczuł, że coś jest nie tak.

– Dobrze – odpowiedział, prostując się. – Przyjdę z Enginem, jak tylko skończymy pracę.

– Nie – przerwała mu natychmiast.

Jej ton się zmienił. Stał się stanowczy. Twardy.

– Musisz przyjść teraz.

Cihan zamarł na moment.

– Teraz? – powtórzył. – Co się dzieje?

Serce zaczęło bić mu szybciej.

– Coś z Hancer? – zapytał odruchowo, a w jego głosie pojawił się niepokój, którego nie potrafił ukryć.

– Nie, to nie dotyczy Hancer – odpowiedziała. – To coś… związanego z Beyzą.

Cihan zmarszczył brwi jeszcze bardziej.

– Z Beyzą? – powtórzył powoli. – O co chodzi?

Znowu cisza. Tym razem cięższa.

– Tego nie da się wyjaśnić przez telefon – powiedziała w końcu Yasemin. – Musisz przyjść. I to jak najszybciej.

Klik.

Połączenie zostało przerwane.

Cihan przez chwilę patrzył na wygaszony ekran telefonu, jakby próbował z niego wyczytać coś więcej.

Coś było nie tak. Bardzo nie tak.

Bez chwili zawahania otworzył drzwi samochodu, wsiadł do środka i odpalił silnik. Jego ruchy były szybkie, napięte.

Silnik zawarczał.

Auto ruszyło gwałtownie, zostawiając za sobą rezydencję — i wszystkie niewyjaśnione sprawy, które właśnie zaczynały się komplikować jeszcze bardziej.

Powyższy tekst stanowi autorskie streszczenie i interpretację wydarzeń z serialu Gelin. Inspiracją do jego stworzenia były filmy Gelin 57.Bölüm i Gelin 58.Bölüm dostępne na oficjalnym kanale serialu w serwisie YouTube. W artykule zamieszczono również zrzuty ekranu pochodzące z tych odcinków, które zostały użyte wyłącznie w celach informacyjnych i ilustracyjnych. Wszystkie prawa do postaci, fabuły i materiału źródłowego należą do ich prawowitych właścicieli.

Podobne wpisy