Panna młoda odc. 171: Hancer i Melih wprowadzają się do starego domu! Cihan wpada w szał!

Cihan stoi w progu drzwi. Ma zaniepokojony, wręcz przestraszony wyraz twarzy.

„Panna młoda” Odc. 171 – streszczenie

Cihan zatrzymał samochód przed starym domem i wysiadł tak gwałtownie, jakby każdy kolejny oddech tylko podsycał jego gniew.

Jesienne liście wirowały na wietrze wokół schodów prowadzących na werandę. Mężczyzna otworzył bagażnik, sięgnął po ciężki młot i bez chwili wahania ruszył w stronę niewielkiego muru stojącego obok wejścia.

Pierwsze uderzenie rozdarło ciszę.

Potem drugie.

I trzecie.

Białe cegły pękały z głuchym trzaskiem, rozpadając się na kawałki. Gruz rozsypywał się po schodach i podwórzu, a każdy kolejny cios był silniejszy od poprzedniego.

Cihan nie niszczył już muru.

Wylewał na niego swoją wściekłość.

Gdy pozostał zaledwie fragment konstrukcji, drzwi domu nagle się otworzyły.

Na progu pojawił się Melih.

Za nim wyszła Hancer.

Oboje zamarli na widok gruzu i mężczyzny dzierżącego młot.

— Co tu się dzieje? — zapytał Melih chłodno.

Cihan odwrócił się w ich stronę. Jego pierś unosiła się ciężko od wysiłku.

— To ja powinienem zadać to pytanie — wycedził przez zęby. — Co wy tutaj robicie?

Melih stanął przed Hancer, jakby odruchowo chciał ją osłonić.

— To dom Hancer — odpowiedział stanowczo. — Nie musi nikogo pytać o pozwolenie, żeby tu być.

Jego spojrzenie stwardniało.

— Natomiast ty powinieneś wyjaśnić, dlaczego demolujesz cudzą własność.

— Nie doprowadzaj mnie do szału! — warknął Cihan. — Hancer, to się źle skończy!

Hancer drgnęła, ale nie cofnęła się ani o krok. Zanim zdążyła odpowiedzieć, odezwał się Melih.

— Wiele się zmieniło, Cihanie. Od tej chwili nie rozmawiaj z Hancer. Jeśli masz jakąkolwiek sprawę, zwracaj się do mnie.

Na twarzy Cihana pojawił się drwiący uśmiech.

— Naprawdę?

Przez chwilę patrzył na niego w milczeniu.

A potem nagle zamachnął się młotem i z całej siły uderzył w resztkę muru.

Kamienie eksplodowały na boki.

Ostrze młota przemknęło tuż obok głowy Meliha.

Hancer krzyknęła.

Melih jednak nawet nie drgnął. Patrzył przeciwnikowi prosto w oczy.

— Ty masz młot — powiedział spokojnie. — Ale spójrz, co mam ja.

Powoli wyciągnął zza pleców czerwone etui. Na jego okładce złotymi literami widniał napis: akt małżeństwa.

Cihan zmarszczył brwi. Przez chwilę nie rozumiał.

Potem jego wzrok zatrzymał się na obrączce na palcu Meliha.

I wszystko stało się jasne.

— Nie…

Melih uniósł dokument wyżej.

— Tak. To jest nasz akt małżeństwa.

Obok niego Hancer spuściła wzrok.

— Mój cios okazał się silniejszy od twojego — dodał Melih. — Więc odejdź stąd, zanim naprawdę stracisz nad sobą panowanie.

Przez moment świat wokół Cihana zawirował.

Poczuł, jak w uszach zaczyna mu szumieć krew.

— Zabiję cię! — ryknął.

Rzucił młot na ziemię i chwycił Meliha za marynarkę.

Pięść natychmiast poszybowała w jego twarz.

Melih zachwiał się, ale nie upadł.

Oddał cios.

Po chwili obaj mężczyźni szarpali się zaciekle na werandzie.

— Przestańcie! — krzyczała Hancer.

Próbowała stanąć między nimi.

Bezskutecznie.

W zamieszaniu została przypadkowo odepchnięta.

Straciła równowagę i upadła na twarde schody.

— Hancer! — zawołał Melih.

Natychmiast wyrwał się z uścisku przeciwnika i uklęknął przy niej.

— Wszystko w porządku?

— Tak… — odpowiedziała cicho. — Nic mi nie jest.

— Wejdź do środka.

— Nie.

Spojrzała na obu mężczyzn z determinacją.

— Nigdzie nie pójdę. Zostanę tutaj, dopóki nie przestaniecie walczyć.

W tym samym momencie na podwórku pojawiły się Beyza i pokojówki.

Widok gruzu, roztrzaskanego muru i stojącej obok Meliha Hancer sprawił, że Beyza aż pobladła ze złości.

— Co ty tutaj robisz, łachudro?! — wrzasnęła. — Jak bardzo trzeba być bezwstydnym człowiekiem? Wyrzucamy cię drzwiami, a ty wracasz oknem!

— Beyzo, nie mieszaj się! — rzucił ostro Cihan.

Ale kobieta nie zamierzała milczeć.

— Oczywiście, że będę się mieszać! To również mój dom!

Wskazała drżącym palcem na Hancer.

— Mam już tego dość! Naruszyliście naszą prywatność, zniszczyliście spokój tego miejsca!

Jej głos stawał się coraz bardziej histeryczny.

— Cihan też ma cię dość! Nie chce nawet słyszeć twojego imienia, a co dopiero cię oglądać! Wymazał cię ze swojego życia! Czy ty tego nie rozumiesz?!

Hancer zacisnęła dłonie, ale nie odpowiedziała.

Za to Melih zrobił krok naprzód.

— To wasz problem — powiedział spokojnie. — Jeśli przeszkadza wam widok tego domu, przestańcie na niego patrzeć.

Spojrzał na zburzony mur.

— Albo postawcie nowy na środku podwórka.

Objął Hancer ramieniem.

— Ten dom należy do Hancer. I tutaj pozostanie.

Nagle z tłumu wysunęła się Fadime. Jej twarz była mokra od łez.

Zanim ktokolwiek zdążył zareagować, podeszła do syna i wymierzyła mu siarczysty policzek.

Dźwięk uderzenia rozległ się po całym podwórku.

— Jeszcze masz czelność się odzywać?! — zawołała.

Melih zacisnął szczękę, ale nie odpowiedział.

— Niech przeklęte będą wszystkie moje wysiłki! — szlochała kobieta. — Nie takiego syna wychowałam! Stałeś się moją największą hańbą!

Potem spojrzała na Hancer. W jej oczach pojawił się ból większy od gniewu.

— Nazywałaś mnie siostrą. Kochałam cię jak własną córkę. Chroniłam cię, przytulałam, martwiłam się o ciebie…

Głos jej się załamał.

— Czy na całym świecie nie było innego mężczyzny? Musiałaś wybrać właśnie mojego syna? Musiałaś wciągnąć go w ten ogień?

Hancer poczuła, jak serce ściska jej się z bólu. Nie potrafiła odpowiedzieć.

Melih stanął przed nią.

— Mamo, nie waż się obrażać Hancer.

Tym razem jego głos był twardy jak kamień.

— Mnie możesz mówić wszystko. Ale jej nie wolno ci krzywdzić.

Spojrzał znacząco na brzuch Hancer.

— Jest w ciąży. To, co robisz, jest niewybaczalne.

W tej samej chwili od strony rezydencji dobiegł rozpaczliwy krzyk.

— Szybko! Pomocy!

Na podwórko wbiegła zadyszana Sinem.

— Mama upadła! — zawołała przerażona. — Chodźcie szybko!

Beyza pobladła. Fadime zakryła usta dłonią.

Cihan bez słowa ruszył biegiem w stronę rezydencji. Za nim pobiegły Beyza i pokojówki.

Po kilku sekundach na podwórku pozostali jedynie Hancer, Melih i Sinem.

Sinem nie ruszyła się z miejsca.

Stała nieruchomo i patrzyła na nich.

Na Hancer stojącą u boku Meliha.

Na obrączkę błyszczącą na jego dłoni.

Na czerwony akt małżeństwa, który wciąż trzymał w ręku.

W jednej chwili wróciły do niej wszystkie słowa, które kiedyś od niego usłyszała.

Obietnice.

Wyznania.

Marzenia o wspólnej przyszłości.

Jeszcze niedawno były dla niej wszystkim.

Teraz nie znaczyły już nic.

Sinem poczuła piekący ból pod powiekami. Odwróciła wzrok.

A potem, nie mówiąc ani słowa, odwróciła się i powoli odeszła.

Każdy kolejny krok oddalał ją od człowieka, którego kochała.

I od życia, które właśnie rozsypało się na kawałki niczym cegły rozbite przez młot Cihana.

***

Cihan niemal wyważył drzwi do pokoju matki.

Widok, który zobaczył po wejściu, sprawił, że cała jego wściekłość natychmiast ustąpiła miejsca niepokojowi.

Mukadder leżała bezradnie na podłodze między łóżkiem a wózkiem inwalidzkim. Jej włosy rozsypały się po drewnianych deskach, a twarz była blada i wykrzywiona bólem.

— Mamo! — zawołał, rzucając się w jej stronę.

Klęknął przy niej i ostrożnie wsunął ręce pod jej ramiona.

— Nic ci nie jest? Słyszysz mnie?

Mukadder otworzyła oczy i spojrzała na syna zmęczonym wzrokiem.

— Cihanie…

Nie czekając ani chwili dłużej, podniósł ją z podłogi i ułożył na łóżku. Poprawił poduszkę pod jej głową i przykrył ją kocem.

W tym czasie do pokoju wbiegły Beyza, Fadime i Gulsum.

Na twarzach wszystkich malował się niepokój.

— Co się stało? — zapytała Fadime, zatrzymując się przy łóżku.

— Upadła — odpowiedział krótko Cihan, nie odrywając wzroku od matki.

Mukadder oddychała ciężko. Przez chwilę przyglądała się synowi, jakby próbowała odczytać coś z jego twarzy.

W końcu odezwała się słabym, drżącym głosem.

— Co to były za krzyki na zewnątrz?

Jej spojrzenie stało się bardziej czujne.

— Pokłóciłeś się z kimś?

Cihan zacisnął szczękę.

— To nic ważnego, mamo.

Delikatnie poprawił jej włosy.

— Powiedz lepiej, jak się czujesz. Uderzyłaś się w głowę? Kręci ci się w głowie? Jeśli trzeba, natychmiast zadzwonię po lekarza.

Mukadder lekko pokręciła głową.

— Nie… nic mi nie jest.

Przez moment milczała. Potem zadała pytanie, którego wszyscy się spodziewali.

— Hancer przyszła?

W pokoju zapadła ciężka cisza.

— Znowu jest w starym domu?

Cihan nie odpowiedział.

Zrobiła to Beyza.

— Niestety tak — powiedziała z goryczą. — I nie przyszła sama.

Na jej ustach pojawił się pełen pogardy uśmiech.

— Przyprowadziła ze sobą swojego męża. Meliha.

Słowo „mąż” zabrzmiało w pokoju wyjątkowo ciężko.

Beyza spojrzała na Cihana.

— Przysięgam, że ta kobieta w końcu zrobi z niego mordercę.

Cihan odwrócił wzrok.

Jego dłonie zacisnęły się w pięści.

Mukadder natychmiast to zauważyła.

Sięgnęła do niego i chwyciła go za rękę.

Mimo osłabienia jej uścisk był zaskakująco stanowczy.

— Nie waż się, synu.

Cihan spojrzał na nią.

W oczach matki nie było gniewu.

Był tylko strach.

Strach o niego.

— Posłuchaj mnie bardzo uważnie — powiedziała cicho. — Od tej chwili nie będziesz się już przejmował Hancer.

— Mamo…

— Nie. Pozwól mi skończyć.

Jej głos zadrżał.

— Nawet gdyby cały świat stanął w ogniu, nie wolno ci przez nią stracić rozumu.

Spojrzała mu prosto w oczy.

— Jest tylko jedna rzecz, która powinna być dla ciebie ważna.

Cihan milczał.

— Twój syn.

W pokoju zrobiło się zupełnie cicho.

— Masz dziecko, Cihanie. Dziecko, które potrzebuje ojca.

Mukadder ścisnęła mocniej jego dłoń.

— Nie możesz wpakować się w żadne kłopoty. Nie możesz pozwolić, by gniew odebrał ci przyszłość.

Po jej policzkach spłynęły łzy.

— Twój syn nie może zostać bez ojca.

Słowa matki zawisły między nimi.

Cihan nie odpowiedział.

Przez dłuższą chwilę patrzył gdzieś przed siebie, jakby walczył z własnymi myślami.

W jego głowie wciąż powracał obraz Meliha stojącego obok Hancer.

Obrączka na jego palcu.

Akt małżeństwa.

Ich spojrzenia.

Ich wspólny dom.

Powoli wysunął dłoń z uścisku matki.

Jego twarz pozostawała nieruchoma, ale oczy pociemniały od tłumionych emocji.

Bez słowa wstał.

— Cihanie… — szepnęła Mukadder.

Nie odpowiedział.

Odwrócił się i ruszył ku drzwiom.

Fadime, Beyza i Gulsum śledziły go z niepokojem.

Drzwi zamknęły się za nim cicho.

A jednak wszystkim obecnym wydało się, że ten dźwięk zabrzmiał jak zapowiedź czegoś znacznie groźniejszego niż kłótnia na podwórku.

Bo milczenie Cihana było o wiele bardziej niebezpieczne niż jego gniew.

***

Cihan wszedł do gabinetu ciężkim krokiem. Wciąż kipiał od gniewu po scenie przed starym domem, ale widok, który zastał po przekroczeniu progu, na moment go zatrzymał.

Przed jego biurkiem stały Fadime i Aysu. Obie miały spuszczone głowy i dłonie splecione przed sobą. Wyglądały tak, jakby przyszły usłyszeć wyrok.

Przez chwilę w pomieszczeniu panowała cisza.

W końcu Fadime odważyła się podnieść wzrok.

— Za pańskim pozwoleniem, panie Cihanie… odchodzimy — powiedziała cicho.

Jej głos drżał.

— Nie potrafimy już spojrzeć ludziom w oczy w tym domu.

Aysu zacisnęła usta, walcząc ze łzami.

Fadime przełknęła ślinę.

— Ja szczególnie nie potrafię.

Na jej twarzy pojawił się ból matki, która czuje się odpowiedzialna za cudze błędy.

— Urodziłam dziecko, wychowałam je najlepiej, jak umiałam… ale najwyraźniej nie miałam wpływu na jego charakter.

Głos załamał jej się zupełnie.

— To, co zrobił Melih… jest również moim wstydem. Dlatego przepraszam. W imieniu mojego syna proszę o wybaczenie.

W oczach Aysu zalśniły łzy.

Obie odwróciły się, gotowe odejść.

— Siostro Fadime.

Głos Cihana zatrzymał je przy drzwiach. Kobieta odwróciła się niepewnie.

Cihan stał nieruchomo za biurkiem. Po raz pierwszy od dawna nie było w nim gniewu.

— Nie zrobiłaś niczego, czego musiałabyś się wstydzić.

Fadime spojrzała na niego z niedowierzaniem.

— Podnieś głowę.

Przez chwilę milczał.

— Pracujesz w tym domu od wielu lat. Byłaś przy naszej rodzinie, kiedy inni przychodzili i odchodzili. Nadal będziesz tutaj pracować.

Jego spojrzenie stwardniało.

— Jeśli ktoś powinien się wstydzić i odejść, to tylko oni.

Fadime nie potrafiła odpowiedzieć. Skinęła jedynie głową, a po jej policzku spłynęła łza.

Razem z Aysu opuściły gabinet.

Gdy drzwi zamknęły się za nimi, do środka wszedł Engin.

Prawnik zatrzymał się przy biurku i uważnie przyjrzał przyjacielowi.

Cihan wyglądał jak człowiek stojący na granicy wytrzymałości.

— Nie zrobiłeś żadnego szaleństwa, prawda? — zapytał ostrożnie.

Cihan spojrzał na niego.

Nie odpowiedział.

Ale napięte mięśnie szczęki i ciemne spojrzenie powiedziały wszystko.

Engin westchnął ciężko.

— Żałuję, że od razu za tobą nie pojechałem.

Obaj usiedli naprzeciw siebie.

Na biurku leżały porozrzucane dokumenty, lecz żaden z nich nie zwracał na nie uwagi.

Cihan oparł łokieć o blat i przycisnął zaciśniętą pięść do ust.

Engin pokręcił głową.

— Powinienem był zabronić ci wracać do domu.

— Zabronić? — prychnął Cihan.

— Tak. Przynajmniej nie pogorszyłbyś sytuacji.

To wystarczyło. Cihan gwałtownie poderwał się z krzesła.

— To nie ja ją pogorszyłem!

Jego głos odbił się od ścian gabinetu.

— To ta dwójka wszystko zniszczyła!

Zaczął nerwowo chodzić po pokoju.

— Musi istnieć jakieś rozwiązanie. Działka należy do mnie. Znajdź jakiś przepis, jakąś lukę, cokolwiek!

Odwrócił się gwałtownie w stronę przyjaciela.

— Płacę ci właśnie za takie rzeczy.

Engin nawet nie drgnął.

— Już ci mówiłem.

Rozłożył ręce.

— Nie możesz zburzyć domu bez zgody właściciela.

— Musi być jakiś sposób!

— Nie ma.

— Nie wierzę.

— A ja nie mogę zmienić prawa tylko dlatego, że jesteś zły.

Przez chwilę mierzyli się wzrokiem. W końcu Cihan zaśmiał się gorzko.

— Znam cię, Enginie. Gdybyś chciał, znalazłbyś rozwiązanie.

Podszedł do okna.

— Gdyby wszystko zależało ode mnie, oblałbym ten dom benzyną i podpalił.

Po tych słowach w gabinecie zapadła cisza.

— Ale moja matka jest chora.

Spuścił wzrok.

— Nie przeżyłaby tego.

Zacisnął dłonie.

— Mam związane ręce.

— Naprawdę oszalałeś.

Cihan odwrócił się gwałtownie. Engin spojrzał mu prosto w oczy.

— Dom należy do Hancer.

— Nie przypominaj mi tego.

— A jednak muszę.

Prawnik również wstał.

— Sam jej go przekazałeś.

— Wiem!

— Nie. Nie wiesz.

Engin pokręcił głową.

— To ty zmusiłeś ją, żeby go przyjęła. Wtedy uważałeś, że postępujesz słusznie.

Cihan odwrócił wzrok.

— Niech będę przeklęty.

Jego głos zabrzmiał niemal jak szept.

— Kolejny błąd, który popełniłem przez Hancer.

— Gdybyś nie uparł się na zburzenie tego domu, nie byłoby jej tam teraz.

Cihan spojrzał na niego ostro.

— Czyli to moja wina?

— Nie powiedziałem tego.

— Ale właśnie to sugerujesz.

— Sugeruję, że przestałeś kierować się rozsądkiem.

— A oni kierują się rozsądkiem? 

— Nie wiem.

Engin wzruszył ramionami.

— Wiem tylko jedno.

Zrobił krok w stronę przyjaciela.

— Hancer bawi się z tobą.

Cihan zmarszczył brwi.

— Co to za bzdury.

— To nie są bzdury.

Głos Engina stwardniał.

— Posłuchaj mnie. Ty nie próbowałeś zburzyć tego domu dlatego, że przeszkadza ci budynek.

Cihan milczał.

— Chciałeś sprowokować Hancer.

— Nieprawda.

— Prawda.

Engin nie ustępował.

— Chciałeś, żeby przyjechała tu i cię zatrzymała. Chciałeś zobaczyć, czy jeszcze jej zależy.

Cihan zacisnął szczęki.

— Nadal szukasz nadziei.

Te słowa trafiły celniej niż wszystkie wcześniejsze.

— I twoje życzenie się spełniło — ciągnął Engin spokojnie. — Hancer wróciła do tego domu. Może dla wspomnień.

Engin spojrzał w stronę okna.

— Może dla dziecka. Może dla siebie.

Po chwili znów spojrzał na przyjaciela.

— Ale ten dom coś dla niej znaczy. Tak samo jak kiedyś znaczył coś dla ciebie.

Wskazał dłonią w kierunku starej posiadłości.

— Więc okaż mu odrobinę szacunku.

Przerwał na moment.

— I zachowaj się jak cywilizowany człowiek.

Cihan milczał. Po raz pierwszy od wielu godzin nie miał żadnej odpowiedzi.

Odwrócił głowę i zacisnął usta.

Bo choć każde słowo Engina budziło w nim sprzeciw, wiedział, że przyjaciel dostrzegł coś, czego on sam nie chciał przed sobą przyznać.

Nie walczył ze starym domem.

Nie walczył nawet z Melihem.

Tak naprawdę walczył z własną nadzieją, że Hancer kiedyś do niego wróci.

Powyższy tekst stanowi autorskie streszczenie i interpretację wydarzeń z serialu Gelin. Inspiracją do jego stworzenia był film Gelin 126.Bölüm dostępny na oficjalnym kanale serialu w serwisie YouTube. W artykule zamieszczono również zrzuty ekranu pochodzące z tego odcinka, które zostały użyte wyłącznie w celach informacyjnych i ilustracyjnych. Wszystkie prawa do postaci, fabuły i materiału źródłowego należą do ich prawowitych właścicieli.

Podobne wpisy