„Panna młoda” Odc. 209 — streszczenie
Yonca siedziała na turkusowej kanapie w domu Tayyara i przeliczała ostatnie pieniądze. Banknoty przesuwały się nerwowo między jej palcami, a każdy z nich przypominał jej, jak niewiele czasu jej zostało.
– Sześć tysięcy sto pięćdziesiąt… – wyszeptała w końcu. – To wystarczy najwyżej na dziesięć dni.
Ciężko westchnęła i spojrzała na Cihana Gurura, który leżał na łóżku, otulony miękkim, szarym kocykiem. Obok na stoliku stała butelka z mlekiem, a w torbie leżały rzeczy kupione w pośpiechu.
– Mam jeszcze zegarki Nusreta – mruknęła, bardziej do siebie niż do dziecka. – Ale jeśli spróbuję je sprzedać, jego ludzie natychmiast mnie znajdą. Policja też mnie szuka… Co my zrobimy, synku? Musimy jak najszybciej się stąd wydostać.
Nagle rozległo się pukanie do drzwi. Yonca zesztywniała. Przez krótką chwilę była pewna, że to właściciel domu albo ktoś, komu Tayyar był winien pieniądze. Zirytowana i przestraszona jednocześnie podeszła do drzwi.
Kiedy je otworzyła, zamarła. Przed progiem stała Derya.
– Wiedziałam, że tu jesteś – powiedziała chłodno.
Nie czekając na zaproszenie, chwyciła Yoncę za ramię, wepchnęła ją z powrotem do środka i weszła za nią. Przeszły do salonu, gdzie obie usiadły na kanapie. Yonca patrzyła na nią z niepokojem.
– Jak mnie znalazłaś?
– A czy masz inny dom, do którego mogłabyś pójść? – odparła Derya. – Skąd w ogóle wziął ci się ten pomysł z porwaniem dziecka Cihana Develioglu?
Yonca natychmiast się spięła.
– To moje dziecko. Moje!
– Policja o tym nie wie – przypomniała jej Derya. – Cihan postawił wszystkich na nogi. Szukają cię wszędzie, Yonca.
– Przyszłaś tylko po to, żeby mi to powiedzieć? Czego ode mnie chcesz?
Derya prychnęła z goryczą.
– Ta wiedźma Mukadder była u mnie. Widziałam, jak się boi. Cihan zaczyna wszystko rozumieć. Beyza i Nusret trafili do aresztu. Mukadder wie, że teraz kolej na nią, a zaraz po niej na mnie. Gratuluję, Yonca. Ty jesteś na samym szczycie tej listy.
Yonca zmrużyła oczy.
– Mukadder na pewno nie przyszła cię ostrzec. Ona zawsze ma jakiś plan.
– Oczywiście, że ma – przyznała Derya. – Szuka ciebie. Chce dokończyć to, czego Nusret nie zrobił. Pomyśl. Jeśli cię uciszą, pozbędą się największego problemu. Próbowała coś ze mnie wyciągnąć, ale nic jej nie powiedziałam. Dlatego posłuchaj mnie chociaż raz: nie zabieraj dziecka ze sobą.
– Och, Derya! – Yonca przewróciła oczami. – Nikt nie prosił cię o rady.
– To zacznij wreszcie myśleć! – syknęła Derya. – Módl się, żeby pierwsza znalazła cię policja, bo jeśli dopadną cię Nusret albo Mukadder, rozszarpią cię na strzępy. Idź do Cihana, oddaj mu dziecko, a potem zniknij. On na pewno wszystko wyjaśni i raz na zawsze zakończy tę sprawę.
Yonca odwróciła wzrok w stronę łóżka. Patrzyła na chłopca z czułością, jakby cały świat poza nim przestał istnieć.
– Nie – powiedziała cicho, ale stanowczo. – Teraz już nie ma odwrotu. Nigdy więcej nie opuszczę mojego syna. Obiecałam mu to.
Derya pokręciła głową. Przez chwilę milczała, jakby próbowała jeszcze znaleźć słowa, które mogłyby przemówić Yoncy do rozsądku.
– Rozumiem. Jesteś matką. Niełatwo zostawić własne dziecko. Ale jeśli cię złapią, proszę… zapomnij o mnie. Nie zrobiłam ci nic złego. Pamiętaj, że ci pomagałam.
Sięgnęła do torebki i wyjęła cienki plik banknotów. Podała go Yoncy drżącą ręką.
– Przyniosłam wszystko, co miałam. Weź to. Tylko nie pozwól, żebym trafiła do więzienia. Nie niszcz mojego domu. Nie dopuść, żeby moje dziecko zostało bez matki. Proszę cię.

Yonca przyjęła pieniądze. Jej twarz nie zdradzała gniewu.
– Nie mam z tobą żadnego problemu, Deryo.
– Powiedziałam, co miałam powiedzieć. Trzymaj się.
Derya wstała i ruszyła do wyjścia. Yonca została sama. Przez moment patrzyła na zamknięte drzwi, po czym podeszła do łóżka i ostrożnie wzięła Cihana Gurura na ręce. Przytuliła go mocno do piersi, zamykając oczy.
– Nie oddam cię nikomu – wyszeptała. – Od teraz będziemy razem. Na dobre i na złe.
***
Policjant wszedł do pomieszczenia z celami i zatrzymał się przy kratach.
– Macie gościa – oznajmił krótko.
Zza jego pleców wyłoniła się Mukadder. Podeszła wolnym krokiem, otulona jasnym płaszczem, z rękami splecionymi przed sobą. Na jej ustach błąkał się delikatny uśmiech. Nawet nie próbowała ukryć, że widok Nusreta i Beyzy za kratami sprawiał jej cichą satysfakcję.
Beyza natychmiast przylgnęła do krat.
– Ciociu, błagam cię, uratuj nas! – zawołała zdesperowana.
Mukadder spojrzała na nią spokojnie.
– Nie mogę tego zrobić. Nie jestem aż tak potężna.
Nusret zmrużył oczy.
– Dlaczego jesteś taka spokojna? Skoro nie możesz nas stąd wyciągnąć, to po co przyszłaś?
Uśmiech zniknął z twarzy Mukadder. Jej rysy stwardniały.
– Przyszłam wam powiedzieć, że nic dla was nie zrobię. Ostatnim razem mieliście rację. Każdy odpowiada za siebie.
Nusret zacisnął palce na kratach.
– Nie myśl, że nas pogrążysz, a sama wyjdziesz z tego czysta.
Mukadder uniosła podbródek.
– A jak myślisz, komu Cihan uwierzy? Tobie czy mnie? Powiem mu, że mi groziłeś. Że chciałeś go zabić. Jestem jego matką. Może nie będzie się do mnie odzywał przez kilka miesięcy, ale w końcu mi wybaczy.
– Dlaczego teraz odwracasz się od nas, ciociu? – zapytała Beyza z niedowierzaniem.
Mukadder przeniosła na nią chłodne spojrzenie.
– Bo wszystko się zmieniło. Jak powiedział twój ojciec: każdy odpowiada za siebie. Bardzo spodobało mi się to zdanie, bracie.
Jej głos stał się niemal uprzejmy.
– Wychodząc, zostawię wam trochę pieniędzy. Kupicie sobie coś w kantynie. Nie wiadomo przecież, jak długo tu zostaniecie.
Nusret zbliżył twarz do krat. Jego głos zmienił się w cichy, niebezpieczny szept.
– Mukadder, niedługo do nas dołączysz. Nie zapominaj o naszych dawnych grzechach. Wystarczy jedno słowo, a wszystko wypłynie na powierzchnię.
Kobieta zamilkła. Przez kilka sekund mierzyła brata wzrokiem, jakby ważyła, czy naprawdę był zdolny posunąć się tak daleko. Potem podeszła jeszcze bliżej i również zniżyła głos.
– Będziesz miał odwagę to zrobić?
– Lepiej mnie nie sprawdzaj.
– Jak sobie chcesz.
Beyza patrzyła to na ojca, to na ciotkę.
– O czym wy mówicie?
Mukadder nie odpowiedziała. Wciąż patrzyła prosto w twarz Nusreta.
– Jeśli chcesz strzelić sobie w kolano, proszę bardzo – powiedziała lodowato. – Rozumiem więc, że nie potrzebujesz nikogo na zewnątrz. Ani pieniędzy, ani prawnika.
Odwróciła się. Na jej ustach znów pojawił się lekki, zwycięski uśmiech.
– Ciociu! – krzyknęła Beyza. – Nie zostawiaj nas! Wyciągnij nas stąd! Ciociu!
Mukadder nawet się nie obejrzała. Pewnym krokiem opuściła pomieszczenie z celami, zostawiając Beyzę i Nusreta za kratami – samych z paniką, wściekłością i świadomością, że właśnie stracili ostatnią osobę, która mogła im jeszcze pomóc.

***
Hancer siedziała samotnie na kanapie. W jasnym, cichym pokoju panował spokój, ale jej myśli wciąż krążyły wokół ostatnich wydarzeń. Oparła dłoń na wyraźnie zaokrąglonym brzuchu i zaczęła masować go powolnym, czułym ruchem.
– Bądź jeszcze trochę cierpliwy, kochanie – wyszeptała, spuszczając wzrok. – Ty i twój tata wkrótce będziecie razem. Obiecuję.
W tej samej chwili ciszę przerwał dzwonek telefonu. Hancer drgnęła lekko, po czym sięgnęła po aparat leżący obok niej na kanapie. Na ekranie widniał nieznany numer.
Przez moment wahała się, czując narastający niepokój. W końcu odebrała.
– Halo?
Po drugiej stronie przez krótką chwilę panowała cisza. Potem rozległ się znajomy, napięty głos:
– Hancer? To ja… Yonca.
Hancer zerwała się na równe nogi. Serce zabiło jej gwałtownie.
– Gdzie jesteś? – zapytała natychmiast. – Dziecko jest z tobą, prawda?
– Muszę pilnie porozmawiać z tobą i Cihanem – odpowiedziała Yonca. Jej głos brzmiał tak, jakby z trudem panowała nad emocjami. – To bardzo ważne. Powiedz Cihanowi i przyjedźcie natychmiast.
***
Pół godziny później Hancer i Cihan dotarli pod wskazany adres. Samochód zatrzymał się przy wąskiej, cichej drodze, u podnóża zaniedbanego, porośniętego krzewami zbocza. Nad nimi stał stary, niepozorny dom z drewnianym ogrodzeniem i małym gankiem. Prowadziły do niego wąskie, kamienne schodki, częściowo zarośnięte bluszczem i suchymi gałęziami. Miejsce wyglądało na opuszczone i odcięte od reszty świata.
Cihan ruszył pierwszy. Wszedł po schodach, zapukał do drzwi, ale nikt mu nie odpowiedział. Przez chwilę nasłuchiwał, po czym rozejrzał się uważnie po podwórku. Cisza była złowroga. Kiedy wrócił do Hancer, stojącej przy samochodzie z niepokojem malującym się na twarzy, na drodze pojawiło się dwóch mężczyzn. Szli szybko i rozmawiali podniesionymi głosami.
– Bracie, na dachu budynku jest jakaś kobieta – powiedział jeden z nich, wskazując ręką przed siebie. – Trzyma dziecko na rękach. Oby tylko nie skoczyła. Szybko!
Cihan i Hancer spojrzeli po sobie. W jednej chwili zrozumieli, że chodzi o Yoncę. Bez słowa ruszyli za mężczyznami.
***
Yonca stała na krawędzi dachu niskiego, dwupiętrowego bloku stojącego między innymi, ciasno ustawionymi budynkami. Był to prosty, stary budynek z jasną elewacją i płaskim dachem. Wokół rozciągało się osiedle pełne bloków, nagich drzew i wąskich podwórek. Na dole, przy altanie i zaparkowanych samochodach, zebrał się tłum gapiów. Ludzie patrzyli w górę z przerażeniem, niektórzy trzymali telefony w dłoniach. Na miejscu byli już policjanci.

Yonca stała przy samej krawędzi. Wiatr poruszał jej rudymi włosami, a ona kurczowo przyciskała do piersi owiniętego w szary kocyk Cihana Gurura.
– Nie zbliżajcie się! – krzyknęła drżącym głosem. – Bo skoczę! Niech nikt nie podchodzi! To mój syn! Mój!
Hancer i Cihan przedostali się przez tłum. Gdy policjant dowodzący akcją ich rozpoznał, pozwolił im wejść na dach. Oboje ruszyli za funkcjonariuszami po schodach. Im wyżej byli, tym mocniej narastał w nich lęk.
Na dachu panowało napięcie tak gęste, że każdy oddech wydawał się za głośny. Yonca stała na płaskim dachu niewielkiej nadbudówki, tej samej, przez którą wychodziło się na taras. Była wyżej niż pozostali i znajdowała się niebezpiecznie blisko krawędzi. Jeden nieostrożny ruch mógł skończyć się tragedią.

– Yonca, nie rób tego – odezwał się Cihan spokojnie, choć jego twarz była napięta. – Proszę, zejdź stamtąd.
– Chciałaś porozmawiać – dodała Hancer cicho, ostrożnie stawiając krok do przodu. – Przyjechaliśmy od razu. Dlaczego tam weszłaś? Zejdź, proszę. Wysłuchamy cię.
– Chciałam porozmawiać, ale zgłosiliście mnie na policję! – zawołała Yonca przez łzy. – Teraz jestem tutaj przez was! Nie zostawiliście mi wyboru!
– Yonca, obiecuję, że cię wysłuchamy – powiedział Cihan, nie odrywając wzroku od dziecka. – Powiesz nam wszystko, co chcesz. Tylko daj mi Cihana Gurura. Proszę.
– Nie! – krzyknęła, cofając się jeszcze bliżej krawędzi. – Nie dam go nikomu! To mój syn! Mój! Nie zbliżajcie się, bo skoczę!
Wysunęła jedną nogę poza krawędź dachu. Na dole rozległy się przerażone okrzyki. Hancer zamarła, a Cihan uniósł dłonie w uspokajającym geście.


– Yonca, posłuchaj mnie – mówił dalej łagodnie, starając się panować nad głosem. – Nie pozwól, żeby dziecko ucierpiało. Ono niczemu nie jest winne. Powiedz mi, co się stało. Czy Beyza cię wykorzystała? Czy to ona cię zmusiła? Daj mi dziecko, a obiecuję, że ochronię cię przed Beyzą. Nie pozwolę jej się do ciebie zbliżyć.
– Nie słuchasz mnie! – Yonca pokręciła głową, zalewając się łzami. – Chcesz mi go tylko odebrać. Wszyscy chcecie mi go odebrać! A ja już raz go straciłam. Nie przeżyję tego drugi raz. To mój syn, rozumiesz? To ja go urodziłam!
Skupiona na Cihanie, nie zauważyła policjanta, który powoli skradał się za jej plecami. Funkcjonariusz wykorzystał moment, w którym Yonca odwróciła głowę ku Hancer. Jednym szybkim ruchem chwycił ją od tyłu i odciągnął od krawędzi.
Yonca krzyknęła. Na dachu zrobiło się zamieszanie. Jeden z policjantów natychmiast przejął dziecko, a dwóch kolejnych pochwyciło kobietę za ramiona. Cihan Gurur zaczął płakać, ale był już bezpieczny.
– Nie! Oddajcie mi go! – krzyczała Yonca, szarpiąc się rozpaczliwie. – To mój syn! Nie zabierajcie mi go!
Wyrwała się na moment i dopadła do Cihana. Chwyciła go za rękę, patrząc na niego oczami pełnymi bólu i desperacji.
– Posłuchaj mnie, błagam. To wszystko wina Beyzy. On jest moim synem. To ja go urodziłam. Naprawdę tak było. Proszę, nie oddzielaj mnie od niego. Nie każ mi znowu go stracić.
Cihan patrzył na nią z napiętą twarzą. Wysłuchał jej, tak jak obiecał, ale nie potrafił wydobyć z siebie ani słowa. W jego oczach pojawiło się coś więcej niż gniew — cień nagłego, bolesnego zrozumienia.
Policjanci odprowadzili Yoncę w stronę schodów. Kobieta wciąż odwracała głowę, próbując zobaczyć dziecko.
Hancer stała nieruchomo. Nagle wróciło do niej wspomnienie sprzed kilku miesięcy.
– Widziałam ją na komisariacie – powiedziała cicho. – Była wtedy w ciąży.
Cihan drgnął. W jego pamięci również odżyła pewna scena: dzień, w którym Yonca przyszła do rezydencji i uparcie twierdziła, że musi powiedzieć mu coś bardzo ważnego. Wtedy nagle odebrała telefon, zdenerwowała się i zbyła go słabym, nieprzekonującym wyjaśnieniem.
Teraz wszystko zaczynało układać się w całość. Yonca nie przyszła wtedy bez powodu. Chciała powiedzieć prawdę. Prawdę, której ktoś nie pozwolił jej wypowiedzieć.
***
Mine uparła się, że chce pozbyć się skarbonki, którą dostała od dziadka. Sinem nie rozumiała, skąd w dziewczynce wzięła się tak silna niechęć do tego drobiazgu, ale widząc jej napiętą twarz, postanowiła nie naciskać.
– Dobrze, kupimy nową – powiedziała łagodnie. – Ale najpierw sprawdźmy, ile udało ci się do tej pory uzbierać.
Wyciągnęła rękę po różową skarbonkę, lecz Mine nagle wyrwała ją z jej dłoni i wybiegła z domu. Sinem ruszyła za nią natychmiast. Dogoniła córkę dopiero na podwórku, przed rezydencją. Dziewczynka biegła tak szybko, że nie patrzyła pod nogi. W pewnej chwili skarbonka wysunęła jej się z rąk, spadła na bruk i rozbiła się z głuchym trzaskiem.
Na kamieniach rozsypały się monety, wypadł złożony banknot i niewielka kartka papieru. To właśnie ona przykuła uwagę Sinem. Kobieta powoli schyliła się i podniosła list. Już po pierwszych słowach zamarła.
To było pismo Meliha.
Nie wiem, jak powinienem to powiedzieć. Wiem tylko, że każde moje słowo jest szczere i że stoję za nim całym sercem. Znalazłaś mężczyznę, który naprawdę cię kocha. Jesteś jedyną właścicielką mojego serca, Sinem. Pragnę tylko jednego: stworzyć z tobą dom i sprawić, byś była szczęśliwa. Jeśli czujesz to samo, spotkajmy się w urzędzie stanu cywilnego. Przywiozę suknię ślubną i obrączki.
Sinem czytała list z bijącym sercem. Z każdym zdaniem jej twarz bladła coraz bardziej. Melih nie kłamał. Nie rzucał pustych obietnic. Naprawdę chciał się z nią ożenić. Naprawdę czekał na nią tamtego dnia.
W końcu oderwała wzrok od kartki i spojrzała na córkę.
– Dlaczego schowałaś to w skarbonce? – zapytała cicho.
Mine stała przed nią ze spuszczoną głową. Jej drobne palce nerwowo zaciskały się na brzegu bluzy.
– Brat Melih powiedział, żebym ci to dała – wyznała drżącym głosem. – Ale ty zabroniłaś mi z nim rozmawiać. Bałam się, że będziesz zła. Dlatego schowałam list do skarbonki.
Podniosła na matkę załzawione oczy.
– Bardzo się na mnie gniewasz? Przepraszam, mamo.
Sinem poczuła, jak coś boleśnie ściska jej serce. Kucnęła przed córką i natychmiast przytuliła ją do siebie.
– Nie, kochanie. To nie twoja wina – wyszeptała, gładząc ją po włosach. – To ja wszystko zniszczyłam.
Objęła Mine mocniej, jakby chciała ukryć przed całym światem własny ból i wstyd. Po chwili jej usta zadrżały, a z gardła wyrwał się ledwie słyszalny szept:
– Boże… co ja zrobiłam?


***
Gabinet komisarza wypełniała ciężka, duszna cisza. Yonca siedziała naprzeciwko biurka, blada, zapłakana i wyraźnie wyczerpana po wydarzeniach na dachu. Tuż obok stała policjantka, trzymając na rękach owiniętego w szary kocyk Cihana Gurura. Dziecko było już bezpieczne, ale prawda, która zaczynała wychodzić na jaw, okazywała się znacznie straszniejsza, niż ktokolwiek mógł przypuszczać.
W pomieszczeniu byli także Cihan i Hancer. Siedzieli w milczeniu, uważnie wsłuchując się w każde słowo Yoncy.
– Bałam się, że nie dam rady się nim zaopiekować – powiedziała kobieta łamiącym się głosem. Łzy spływały jej po twarzy, a dłonie drżały na kolanach. – Beyza zaproponowała, żebym oddała jej dziecko. A ja… ja się zgodziłam. Nie wiem, jak mogłam to zrobić, ale zrobiłam.
Komisarz patrzył na nią uważnie.
– Oddałaś jej dziecko dobrowolnie?
Yonca spuściła głowę.
– Tak. Ale potem żałowałam. Chciałam je odzyskać. Wtedy Beyza bardzo się zdenerwowała. Ma ojca… Nusreta. To on zamknął mnie w swoim domu. Powiedział: „Tutaj urodzisz. To dziecko będzie nasze”.
Twarz Cihana stwardniała. Siedział nieruchomo, ale widać było, że każde kolejne zdanie wbijało się w niego jak nóż.
– Gdzie urodziłaś? – zapytał komisarz.
– W domu Nusreta.
– Sama?
– Nie. Była tam położna.
– Znasz ją? Rozpoznałabyś ją?
Yonca pokręciła głową.
– Nie. Nawet gdyby teraz przede mną stanęła, chyba bym jej nie poznała. Wszystko było jak koszmar. Całe moje ciało było we krwi. Beyza stała nade mną i krzyczała: „No dalej, urodź wreszcie!”. Poród trwał wiele godzin, a ona była coraz bardziej wściekła…
Cihan poderwał się z miejsca. Nie był w stanie słuchać dalej. Na jego twarzy odmalował się gniew, wstręt i niedowierzanie. Bez słowa wyszedł z gabinetu. Hancer natychmiast ruszyła za nim.
Na korytarzu czekał Engin. Gdy zobaczył Cihana, od razu się wyprostował.
– Zadzwoniłem do twojej mamy – powiedział. – Powiedziałem jej, że dziecko się odnalazło.
Cihan przetarł twarz dłonią. Wciąż nie wiedział, że Mukadder również była częścią tej gry.
– Dobrze zrobiłeś. Na pewno bardzo to przeżywa. – Urwał na moment, jakby z trudem łapał oddech. – Jestem na siebie wściekły. Po raz kolejny dałem się wciągnąć w grę Beyzy i jej ojca.
– Oszukali nie tylko ciebie – odezwała się cicho Hancer. – Oszukali nas wszystkich.
Cihan spojrzał przed siebie pustym wzrokiem.
– Przez miesiące kładłem to dziecko spać. Brałem je na ręce. Przytulałem je, myśląc, że jest moje… – Głos mu zadrżał, lecz zaraz znów stwardniał od gniewu. – Jedno z tych potworów jest moim wujkiem, a drugie moją prawną żoną. Jak można być aż tak podłym? Jak można zrobić coś takiego bezbronnemu dziecku? Nie mieści mi się to w głowie, Enginie. Ja wariuję!
Nagle uderzył pięścią w ścianę. Potem drugi raz. Hancer podbiegła do niego i chwyciła go za ramię, próbując go powstrzymać.
– Cihanie, przestań. Proszę – powiedziała łagodnie, ale stanowczo. – Nie niszcz siebie. To nie ty zasługujesz na karę. Oni za to odpowiedzą.
Engin stanął bliżej przyjaciela.
– Hancer ma rację. Beyza i Nusret zostaną ukarani, bądź tego pewien. Najpierw trzeba formalnie potwierdzić, że Beyza nie jest matką dziecka. Procedura już ruszyła. Cihan Gurur zostanie zabrany do szpitala na badania.
Cihan uniósł głowę. W jego spojrzeniu, mimo bólu, pojawiła się stanowczość.
– Ja go zabiorę. Dopóki nie będzie wyników, dziecko zostanie ze mną. Nie pozwolę, żeby cierpiało ani chwili dłużej.
Engin skinął głową.
– Dobrze. Zajmę się formalnościami. Ale musimy zachować spokój. Przed nami długa i ciężka droga. W tej sprawie jest oszustwo, porwanie dziecka, groźby… a być może także coś, co doprowadzi nas do prawdy o śmierci mojej siostry. Właśnie dlatego musimy być silni.
Powyższy tekst stanowi autorskie streszczenie i interpretację wydarzeń z serialu Gelin. Inspiracją do jego stworzenia był film Gelin 155.Bölüm dostępny na oficjalnym kanale serialu w serwisie YouTube. W artykule zamieszczono również zrzuty ekranu pochodzące z tego odcinka, które zostały użyte wyłącznie w celach informacyjnych i ilustracyjnych. Wszystkie prawa do postaci, fabuły i materiału źródłowego należą do ich prawowitych właścicieli.






