Panna młoda odc. 214: Miłość Cihana i Hancer odżywa!

Hancer uśmiecha się, obserwując reakcję Cihana.

„Panna młoda” Odc. 214 — streszczenie

Hancer przygotowywała manti dla Ihsana i jego żony, Hasibe. Stała przy kuchence w jasnej, nowoczesnej kuchni, w której białe blaty kontrastowały z czarnymi, połyskującymi szafkami i ciemną mozaiką nad blatem. W garnku cicho bulgotała woda, a zapach gotującego się ciasta powoli wypełniał pomieszczenie.

Towarzyszył jej Cihan. Nie pomagał bezpośrednio, ale z pełnym przekonaniem objął najważniejszą funkcję — degustatora. Stał obok, oparty swobodnie o blat, i z uwagą obserwował każdy jej ruch.

— Dobrze, że tu przyjechaliśmy — powiedział, patrząc, jak Hancer miesza w garnku, by manti się nie posklejały. — Ciocia Hasibe jest przeszczęśliwa. Ja też czuję się tu dobrze. Brakowało mi takiego miejsca. Takiego spokoju.

Hancer odłożyła łyżkę i odwróciła się w jego stronę.

— Wiesz, o czym człowiek myśli, kiedy widzi, jak wielki Cihan Develioglu udaje zwyczajnego męża?

Cihan uśmiechnął się lekko.

— A jeśli to nie jest udawanie?

Spojrzała na niego zaskoczona.

— Co masz na myśli?

Zbliżył się o krok. Jego głos stał się spokojniejszy, niemal cichy.

— Gdybyś naprawdę była ich córką, a ja naprawdę byłbym ich zięciem… Gdybyśmy naprawdę czekali na nasze dziecko… Czy takie życie by ci wystarczyło? Taki dom? Taka codzienność?

Hancer spuściła wzrok. Milczała, bo odpowiedź ugrzęzła jej w gardle.

Chciałabym móc powiedzieć ci prawdę — pomyślała. — Chciałabym powiedzieć, że to wszystko nie musi być grą. Że to twoje dziecko. Że mogłabym spędzić z tobą całe życie nawet w jednym pokoju, jeśli tylko byłbyś obok.

Z głębi domu dobiegł głos Hasibe:

— Hancer! Manti jeszcze nie są gotowe?

Hancer drgnęła, jakby wyrwana ze snu.

— Już za chwilę! Zaraz przychodzimy! — odparła głośniej, po czym spojrzała na Cihana. — Zanieś talerze, a ja przygotuję sos.

— Dobrze — odpowiedział.

Podszedł do szuflady i wysunął ją powoli. Sięgnął po talerze, ale zamiast od razu je wyjąć, zatrzymał wzrok na twarzy Hancer. Patrzył tak, jakby wciąż szukał odpowiedzi, której przed chwilą nie odważyła się wypowiedzieć.

***

Sinem spotkała na korytarzu swoją córkę. Mine stała przy windzie zapłakana i przestraszona, z drżącą brodą i oczami pełnymi łez. Kobieta natychmiast do niej podeszła i kucnęła tuż przed nią.

— Kochanie, dlaczego płaczesz? — zapytała łagodnie.

— Usłyszałam głos i zeszłam do kotłowni — odpowiedziała dziewczynka drżącym głosem. — Ciocia Beyza tam była. Rzuciła we mnie butem.

— Butem? — Sinem zmarszczyła brwi, ale zaraz otarła kciukami łzy z policzków córki. — Dobrze, kochanie, nie płacz. Idź na górę i pobaw się z Aysu.

Mine posłusznie ruszyła schodami na górę. Sinem odprowadziła ją wzrokiem, a potem skierowała się prosto do kotłowni. Przy drzwiach znalazła porzucone buty Beyzy. Podniosła je i weszła do środka.

Pomieszczenie było chłodne, surowe i nieprzyjemne. Wzdłuż ścian biegły grube rury, za plecami Beyzy stały wielkie niebieskie zbiorniki, a cisza tylko podkreślała jej upokarzające położenie. Beyza siedziała na wiklinowym fotelu, przykuta kajdankami do instalacji. Wyglądała na zmęczoną, ale gdy zobaczyła Sinem, natychmiast przybrała minę skrzywdzonej i bezbronnej kobiety.

Sinem podeszła bliżej i rzuciła buty pod jej stopy.

— Wiem, że jesteś w trudnej sytuacji, ale czy to usprawiedliwia rzucanie butami w niewinne dziecko? Doprowadziłaś Mine do płaczu. Jesteś z siebie zadowolona?

— Moje nerwy są w strzępach! — zawołała Beyza z rozpaczą. — Próbowałam pozbyć się tych przeklętych kajdanek, ale nie mogłam ich ruszyć. Do tego Gülsüm mnie zdenerwowała. To ona była moim celem, nie Mine. Wiem, że ty też mnie obwiniasz, ale uwierz mi, to nie jest tak, jak myślisz. Cihan testuje mnie moim dzieckiem. Za wszystko odpowiada ta żmija Hancer. Zatruła umysł mojego męża. Proszę cię, Sinem, pomóż mi. Tylko ty możesz go przekonać.

— Ale co ja mogę zrobić? — zapytała Sinem, bezradnie rozkładając ręce.

— Po prostu z nim porozmawiaj. Jestem pewna, że cię posłucha.

— W tej chwili Cihan raczej nikogo nie będzie słuchał. Nigdy nie widziałam go tak wściekłego, a przecież wiele już przeszedł. Porozmawiaj z mamą Mukadder. Może ona zdoła go przekonać.

— Ciocia nawet tu nie przyszła — odparła Beyza z udawaną rozpaczą. — Traktuje mnie tak, jakbym była nic niewarta. Ale to normalne. Zawsze będzie stała po stronie swojego syna.

— A twój ojciec? On nie może czegoś zrobić?

— Jakby Cihan słuchał mojego ojca… On też jest teraz dla niego wrogiem. Sinem, tylko ty jedna możesz mnie uratować. Proszę, porozmawiaj z Cihanem. Spójrz na moje palce. Zrobiły się sine od tych kajdanek. Próbki zostały pobrane, wyniki będą znane lada dzień. Dlaczego do tego czasu muszę znosić takie tortury? Jeśli Cihan ma rację, poniosę konsekwencje. Przyjmę każdą karę. Ale on oskarżył mnie nie na podstawie faktów, tylko przez słowa tej żmii. A jeśli się myli? Jeśli mnie oczernił? Ty patrzysz na to wszystko i nic nie robisz. Czy bierność nie jest największym grzechem? Jak później poradzisz sobie z wyrzutami sumienia?

Sinem milczała, ale w jej spojrzeniu pojawiło się wahanie. Beyza natychmiast to dostrzegła i mówiła dalej, coraz bardziej dramatycznym tonem:

— Ta Hancer to prawdziwa żmija. Jej oczy zawsze są zwrócone na cudzego mężczyznę. Najpierw Cihan, potem Melih. Jakby na świecie nie było innych mężczyzn. Wiesz, że ona robi to wszystko z zazdrości? Nie może nas znieść. Ani ciebie, ani mnie. Chce być szczęśliwa, podczas gdy wszystkie kobiety wokół niej mają cierpieć. Wyniki nadejdą i wtedy wszyscy poznają prawdę. Ale teraz musimy się zjednoczyć. Nie pozwól, żebym cierpiała przez tę niesprawiedliwość. Błagam cię, Sinem, pomóż mi.

Sinem długo patrzyła na nią w milczeniu. W końcu westchnęła ciężko.

— Dobrze. Porozmawiam z Cihanem. Ale nie obiecuję, że uda mi się go przekonać.

— Jestem pewna, że ci się uda — odparła Beyza natychmiast. — Dziękuję.

Sinem odwróciła się i wyszła. Gdy tylko zniknęła za drzwiami, twarz Beyzy zmieniła się w jednej sekundzie. Nie było już rozpaczy, bezradności ani łez kobiety, którą spotkała wielka niesprawiedliwość. Został chłodny, przebiegły wyraz — tak dobrze do niej pasujący.

— Jaka ta Sinem jest naiwna — mruknęła pod nosem. — Wystarczyło uronić jedną łzę, a od razu się nabrała. Brawo. A teraz idź i rozwiąż to za mnie.

Opadła głębiej na wiklinowy fotel i odetchnęła pełną piersią. Przez chwilę znów poczuła, że odzyskuje kontrolę.

***

Sinem wyszła z rezydencji. Chłodne powietrze uderzyło ją w twarz, gdy stanęła na rozległym, wybrukowanym dziedzińcu przed białą willą Develioglu. Przed wejściem, między ozdobnymi latarniami i przygaszoną fontanną, zatrzymał się właśnie samochód Cihana. Zza kierownicy wysiadł Yigit, jego młody kierowca.

Sinem natychmiast ruszyła w jego stronę.

— Dzień dobry — powiedział uprzejmie Yigit. — Byłem na zakupach. Kupiłem artykuły spożywcze.

— Dobrze. Jadę do firmy, muszę porozmawiać z Cihanem. Zaczekam na ciebie i pojedziemy razem.

Yigit zawahał się lekko.

— Dobrze, ale pana Cihana nie ma teraz w firmie.

Sinem zmarszczyła brwi.

— To nic. Poczekam. Na pewno wkrótce wróci.

— Wątpię — odparł chłopak. — Z samego rana zawiozłem go do Tarabyi.

To jedno słowo wystarczyło, by twarz Sinem stężała. Tarabya. Od razu zrozumiała, po co Cihan mógł tam pojechać. I z kim.

W jej głowie natychmiast odezwały się słowa Beyzy, wypowiedziane w kotłowni z udawaną rozpaczą: „Hancer jest prawdziwą żmiją. Jej oczy zawsze są zwrócone na cudzego mężczyznę. Najpierw Cihan, potem Melih. Nie może nas znieść. Ani ciebie, ani mnie”.

Yigit wyjął z bagażnika siatki z zakupami i ruszył w stronę rezydencji, nieświadomy, jaki niepokój zasiał w Sinem. Ona została jeszcze chwilę przy samochodzie, z coraz twardszym spojrzeniem.

Po chwili odwróciła się i pewnym krokiem ruszyła w stronę bramy. Miała już jasno określony cel.

***

Po wspólnym posiłku Hancer przygotowała herbatę i wszyscy przenieśli się do przestronnego salonu. Przez szerokie przeszklenia wpadało miękkie dzienne światło, a za drzwiami tarasowymi widać było ogród i stół ustawiony na zewnątrz. W jasnym wnętrzu, między białymi kanapami, ozdobnymi stolikami i połyskującą taflą telewizora, panowała ciepła, niemal rodzinna atmosfera.

Cihan i Ihsan usiedli na jednej kanapie, Hancer zaś zajęła miejsce obok Hasibe. Kobieta z uśmiechem odgarnęła włosy dziewczyny z ramienia, jakby od zawsze miała do tego prawo.

— Jak się poznaliście? — zapytała, patrząc z czułą ciekawością na Hancer. — Właściwie nic o tym nie wiem. Aż czuję się tak, jakbyśmy byli sobie obcy.

— Hasibe, co to za pytanie? — wtrącił łagodnie Ihsan. — Rodzice nie muszą wiedzieć wszystkiego.

— Ja opowiem — odezwał się Cihan.

Odstawił szklankę z herbatą na stolik, po czym utkwił spojrzenie w Hancer. Na jego twarzy pojawił się cień uśmiechu, ale w głosie pobrzmiewało coś więcej niż zwykła gra.

— To nie była miłość od pierwszego wejrzenia — zaczął. — Naszą znajomość można było nazwać raczej nienawiścią. Był między nami konflikt. Bardzo bolesny. Te oczy… — spojrzał na Hancer uważniej — złamały mi serce. A potem przyzwyczaiłem się do tego bólu.

Hasibe od razu zwróciła się do dziewczyny.

— Córko, dlaczego zasmuciłaś mojego przystojnego zięcia?

Cihan uniósł brew, wyraźnie rozbawiony.

— No dalej, odpowiedz swojej mamie.

Hancer spuściła wzrok, ale nie pozwoliła mu wygrać tej potyczki.

— Ale ty też mnie zasmuciłeś — zauważyła cicho. — Dlaczego o tym nie opowiesz?

— Hasibe, po co wracamy do przeszłości? — westchnął Ihsan. — Dzieci zaraz zaczną się kłócić.

— Nawet kłócenie się z nią sprawia mi przyjemność — odparł Cihan bez wahania. — Kochaliśmy się w trudnych chwilach, niechcący raniąc siebie nawzajem. Ale czasem właśnie takie próby sprawiają, że miłość staje się silniejsza.

Hasibe słuchała go z rosnącym wzruszeniem. W jej spojrzeniu pojawiła się aprobata, jakby każde jego słowo utwierdzało ją w przekonaniu, że Hancer naprawdę znalazła szczęście.

— Im dłużej cię słucham, tym bardziej cieszę się, że poślubiłeś moją córkę — powiedziała. — Taka miłość nie zdarza się ot tak. Doceniaj swojego męża, córko.

Zawstydzona Hancer wstała i zaczęła zbierać puste szklanki po herbacie, chcąc ukryć rumieniec i wzruszenie, które zdradzały ją bardziej niż słowa.

Hasibe odprowadziła ją spojrzeniem, po czym uśmiechnęła się do Cihana.

— Spójrz na nią. Widzisz, jak się o ciebie troszczy? To znaczy, że bardzo cię kocha.

Cihan lekko się poruszył, jakby te słowa dotknęły w nim miejsca, którego sam bał się nazwać.

— Jak to zrozumiałaś, mamo? — zapytał cicho.

Hasibe spojrzała na niego z matczyną pewnością.

— Widzę, jak na ciebie patrzy, synu. Tylko kobieta, która kocha, patrzy tak na swojego męża.

***

Derya ukrywała się w obskurnym, wilgotnym pomieszczeniu, które bardziej przypominało piwnicę albo zapomnianą komórkę niż miejsce nadające się do życia. Ściany były częściowo obdrapane, częściowo przykryte surowym kamieniem. Przy starych, zniszczonych drzwiach stała jej bordowa walizka, jak niemy dowód nagłej ucieczki. W kącie walały się plastikowe wiadra, deski, miotły i różne rupiecie. W powietrzu unosił się zapach kurzu, wilgoci i starej farby.

Derya siedziała na odwróconym wiadrze, przygarbiona i wyraźnie wyczerpana. Miała na sobie ciemny, śliwkowy płaszcz, czarny golf i czarną, połyskującą spódnicę. Jej rude włosy były potargane, twarz blada, a oczy zaczerwienione od niewyspania i płaczu. Nie było w niej już śladu kobiety, która jeszcze niedawno marzyła o luksusie, salonie piękności i wielkim życiu.

Przed sobą ustawiła dwa plastikowe wiadra jedno na drugim, tworząc z nich prowizoryczny stolik. Na małym talerzyku leżał zimny menemen, który zagryzała czerstwą bułką. Była tak głodna, że jadła łapczywie, niemal bez oddechu, zbierając kawałkiem pieczywa resztki sosu.

— Mówią, że dla człowieka nie ma gorszej kary niż głód — mruknęła, przeżuwając. — I to jest najprawdziwsza prawda. Musiałam zakraść się do własnej kuchni jak złodziej. W lodówce był jeszcze ayran… Gdybym go wzięła, smakowałoby o wiele lepiej.

Nagle zamarła. Gdzieś wśród rupieci coś zaszurało. Uniosła głowę. W jej oczach natychmiast pojawił się strach.

— Co to było? — wyszeptała.

Odłożyła kawałek bułki, rozejrzała się nerwowo i chwyciła za kij od szczotki, jakby miał ją obronić przed całym światem.

— Boże… mysz! — jęknęła, po czym zaczęła uderzać kijem o podłogę. — Wynoś się stąd! Słyszysz? Uciekaj!

Jej głos załamał się, a kij zadrżał w dłoniach. W jednej chwili cała złość ustąpiła miejsca rozpaczy. Derya spojrzała na brudną podłogę, na wiadra, zimne jedzenie i własną walizkę stojącą przy drzwiach.

— Co jeszcze spotka mnie w tym śmietniku? — powiedziała drżącym głosem. — Deryo, zostawiłaś ciepły dom, wygodne łóżko, męża i syna… Oni są teraz bezpieczni, a ty siedzisz tutaj, pośród kurzu, głodu i myszy.

Przycisnęła kij mocniej do piersi, jakby szukała w nim oparcia.

— Ale to wszystko dla ich dobra — dodała ciszej. — Żeby nic złego im się nie stało, muszę to wytrzymać. Taki jest los tych, którzy uciekają.

Spojrzała na talerz z resztkami jedzenia, lecz nie miała już siły jeść. W oczach znów zebrały jej się łzy. W tej zimnej, brudnej kryjówce po raz pierwszy naprawdę poczuła, jak daleko znalazła się od życia, które sama porzuciła.

Powyższy tekst stanowi autorskie streszczenie i interpretację wydarzeń z serialu Gelin. Inspiracją do jego stworzenia były filmy Gelin 158.Bölüm i Gelin 159.Bölüm dostępne na oficjalnym kanale serialu w serwisie YouTube. W artykule zamieszczono również zrzuty ekranu pochodzące z tych odcinków, które zostały użyte wyłącznie w celach informacyjnych i ilustracyjnych. Wszystkie prawa do postaci, fabuły i materiału źródłowego należą do ich prawowitych właścicieli.

Podobne wpisy