Panna młoda odc. 193: Beyza wybija okno! Melih ujawnia prawdę, która upokarza Cihana!

Hancer, wyraźnie przestraszona, zakrywa dłońmi uszy.

„Panna młoda” Odc. 193 — streszczenie

Późnym wieczorem Hancer przybyła na komisariat policji. Telefon, który odebrała chwilę wcześniej, zmroził jej krew w żyłach — poinformowano ją, że jej mąż, Melih Çınar, został przewieziony na posterunek.

Weszła do środka szybkim, nerwowym krokiem. Jasne światło jarzeniówek odbijało się od białej posadzki, a na ścianach wisiały policyjne emblematy i mapy. Przy biurkach siedzieli funkcjonariusze, ktoś składał zeznania, ktoś inny przewracał kartki w segregatorze. Ten zwyczajny, urzędowy gwar tylko mocniej podkreślał jej niepokój.

Hancer miała na sobie jasnobrązowy płaszcz narzucony na biały golf ozdobiony drobnymi, połyskującymi detalami. Ciemne włosy opadały jej na ramiona, a twarz, zwykle opanowana, zdradzała teraz strach i napięcie. Podeszła prosto do biurka dyżurnego.

— Dobry wieczór, panie funkcjonariuszu — powiedziała, starając się zachować spokój. — Otrzymałam telefon, że przywieziono tutaj mojego męża, Meliha Çinara.

Policjant podniósł na nią wzrok znad dokumentów.

— Tak. Jest zamieszany w bójkę.

Hancer zamarła.

— W bójkę? — powtórzyła z niedowierzaniem. Jej oczy rozszerzyły się z lęku. — Czy wszystko z nim w porządku? Czy coś mu się stało?

— Proszę się nie martwić. Nic poważnego mu nie jest — odparł funkcjonariusz spokojnie. — Wkrótce zostanie przesłuchany. Proszę usiąść i poczekać tutaj.

Wskazał rząd czarnych krzeseł ustawionych pod ścianą.

Hancer jednak nie od razu się poruszyła. Wciąż patrzyła na policjanta, jakby potrzebowała jeszcze jednej odpowiedzi, zanim zdoła usiąść.

— Z kim się pobił? — zapytała cicho.

Funkcjonariusz zerknął w notatki.

— Z tego, co ustalono, wygląda na to, że poszło o pieniądze.

Hancer spuściła wzrok. Te słowa wystarczyły, by zrozumiała więcej, niż chciała. Powoli odsunęła się od biurka i usiadła na krześle pod ścianą. Dłonie splotła na kolanach, ale palce drżały jej mimo wysiłku.

— To przeze mnie — wyszeptała, patrząc w pustkę. — Musiał pobić się z tym człowiekiem z mojego powodu.

Ciężko westchnęła. W jej oczach pojawił się cień poczucia winy.

— Powinnam była go powstrzymać. Nie powinnam pozwolić mu tam pójść.

***

Melih i Cihan siedzieli naprzeciwko siebie przy biurku policjanta. W niewielkim pomieszczeniu komisariatu panowało jasne, chłodne światło. Na ścianach wisiały policyjne emblematy, turecka flaga i portret Atatürka, a za biurkami funkcjonariusze spokojnie wypełniali dokumenty, jakby napięcie między dwoma mężczyznami nie robiło na nich żadnego wrażenia.

Cihan, w beżowym płaszczu narzuconym na ciemną koszulę, siedział sztywno, z twarzą twardą od gniewu. Melih, ubrany w ciemną kurtkę i biały T-shirt, pochylał się lekko do przodu. W jego oczach nie było strachu — tylko chłodna determinacja.

— To jeszcze nie koniec — powiedział Cihan niskim, ostrzegawczym głosem.

Melih spojrzał mu prosto w oczy.

— Skończę z tobą, kiedy stąd wyjdziemy. Nie martw się.

— Co zamierzasz skończyć, kolego? I z kim?

Policjant podniósł głowę znad dokumentów. Atmosfera natychmiast zgęstniała.

— Panowie, wystarczy — uciął stanowczo. — Nie zapominajcie, gdzie jesteście. Zaraz wrócę i zabiorę was na przesłuchanie. Do tego czasu macie siedzieć spokojnie.

Wstał od biurka, po czym zwrócił się do kolegi siedzącego obok:

— Powierzam ich tobie. Pilnuj, żeby nie narobili kolejnych problemów.

Gdy wyszedł, Melih uśmiechnął się kpiąco.

— Słyszałeś? Mówił do ciebie.

Cihan zacisnął szczękę.

— A ja myślę, że do ciebie. Siedź spokojnie, żebym cię nie zabił.

Kąciki ust Meliha uniosły się jeszcze wyżej.

— Z czego się śmiejesz? — warknął Cihan.

— Z ciebie.

— Czego mi brakuje? — syknął Cihan. — Wygląda na to, że nie widzisz samego siebie.

Melih spoważniał. Jego spojrzenie stało się ostre, niemal przenikliwe.

— Myślisz, że mnie zraniłeś? Nic z tego. Gniew, chciwość i arogancja tak bardzo cię zaślepiły, że nawet nie widzisz, co naprawdę robisz. Wydaje ci się, że prowadzisz wojnę ze mną i z Hancer, ale tak naprawdę walczysz sam ze sobą.

Cihan patrzył na niego coraz ciemniejszym wzrokiem.

— Uważaj na słowa.

— Myślisz, że skrzywdziłeś Hancer — ciągnął Melih spokojnie. — Ale każdy cios, który jej zadajesz, wraca do ciebie. Wbijasz sztylet nie w jej serce, tylko we własne. Jeszcze tego nie rozumiesz, ale pewnego dnia, krok po kroku, sam doprowadzisz się do upadku.

Cihan zerwał się z krzesła.

— Co ty bredzisz?! — ryknął.

W tej samej chwili do pomieszczenia wrócił policjant.

— Cisza! — rozkazał. — Dość tego. Chodźcie za mną.

Obaj mężczyźni wstali i ruszyli za nim na korytarz. W poczekalni, na czarnym krześle pod ścianą, siedziała Hancer. Miała na sobie jasnobrązowy płaszcz i biały sweter ozdobiony drobnymi, połyskującymi detalami. Gdy zobaczyła Meliha, natychmiast podniosła się z miejsca, ale zaraz potem dostrzegła Cihana. Zaskoczenie odbiło się na jej twarzy.

— Zaczekajcie tutaj — powiedział funkcjonariusz. — Wrócę po jeden dokument.

Odszedł, zostawiając ich na chwilę samych. Hancer spojrzała najpierw na Meliha, potem na Cihana. Jej niepokój powoli ustępował miejsca podejrzeniu.

— Cihanie… co ty tutaj robisz? — zapytała. — Spotkaliście się tutaj?

Cihan odpowiedział chłodno:

— Obaj zostaliśmy tu przewiezieni. Jesteśmy tutaj, bo twój mąż nie wie, kiedy przestać.

Melih natychmiast odwrócił głowę w jego stronę.

— To ty nie wiesz, kiedy przestać.

— Chwileczkę… — Hancer zamilkła nagle.

W jej oczach pojawiło się zrozumienie. Kolejne fakty zaczęły układać się w całość: anonimowy darczyńca, aktówka pełna pieniędzy, kolacja w restauracji, bójka i obecność Cihana na komisariacie.

Powoli utkwiła wzrok w byłym mężu.

— To ty jesteś tym anonimowym darczyńcą? — zapytała z niedowierzaniem. — To ty wysłałeś pieniądze?

Cihan nie odwrócił spojrzenia.

— Oboje jesteście chciwi. Musiałem to udowodnić.

Hancer zbladła, jakby jego słowa uderzyły ją prosto w twarz.

— Jak mogłeś zrobić coś takiego?

Melih zrobił krok w jej stronę.

— Hancer, idź do domu — powiedział spokojniej, choć w jego głosie wciąż pobrzmiewał gniew. — Przyjdę, jak tylko nas zwolnią. Wtedy porozmawiamy.

Cihan uśmiechnął się kpiąco.

— Posłuchaj swojego męża.

Hancer spojrzała na niego z bólem i niedowierzaniem, lecz nie zdążyła odpowiedzieć. Policjant wrócił i gestem nakazał zatrzymanym iść za sobą.

Melih i Cihan ruszyli w stronę pokoju przesłuchań. Hancer została na korytarzu sama. Przez chwilę stała nieruchomo, po czym ciężko opadła z powrotem na krzesło.

Teraz znała prawdę.

Cihan nie tylko zastawił na nią pułapkę. Chciał udowodnić, że była taka, jaką sam ją sobie wyobraził — chciwa, wyrachowana i gotowa sprzedać własną godność za pieniądze.

***

Kilka minut później na korytarz komisariatu wpadła Beyza. Jej szybki krok, napięta twarz i zaciśnięte usta zdradzały, że przyjechała tu nie po wyjaśnienia, lecz po winnego. Miała na sobie czarny, skórzany płaszcz narzucony na fioletową bluzkę, a w dłoni ściskała torebkę. W jasnym, chłodnym wnętrzu posterunku wyglądała jak ktoś, kto zaraz rozpocznie kolejną awanturę.

Od razu dostrzegła Hancer siedzącą pod ścianą. Ruszyła ku niej, nie próbując nawet ukryć wściekłości.

— Oczywiście! — prychnęła z pogardą. — Powinnam była od razu się domyślić, że to ty za tym stoisz! Teraz doprowadziłaś mojego męża na policję?

Hancer uniosła głowę. Była zmęczona, roztrzęsiona i wciąż pełna gniewu po tym, czego dowiedziała się o Cihanie. Nie miała siły na kolejne oskarżenia.

— Beyzo, jestem już wystarczająco zła — powiedziała chłodno. — Nie zmuszaj mnie, żebym jeszcze z tobą się użerała.

— Ty po prostu nie potrafisz zostawić nas w spokoju — syknęła Beyza, zatrzymując się tuż przed nią. — W jakie kłopoty tym razem wpakowałaś Cihana?

Hancer powoli podniosła się z krzesła. Jej spojrzenie stwardniało.

— Dość.

Beyza zmierzyła ją wzrokiem pełnym nienawiści.

— Jesteś naprawdę bezwstydną kobietą. Mąż, dziecko, które nosisz… Nic cię nie powstrzyma, prawda?

Hancer pobladła, ale nie cofnęła się ani o krok.

— Nic o mnie nie wiesz, Beyzo. Nie masz prawa mnie osądzać.

— A co jeszcze muszę wiedzieć? — rzuciła tamta z drwiącym uśmiechem. — Wszystko jest jasne jak słońce. Jesteś niemoralną kobietą.

Siedzący za biurkiem funkcjonariusz natychmiast wstał. Głos miał stanowczy, ale opanowany.

— Drogie panie, znajdujecie się na komisariacie policji — przypomniał. — Proszę zachować spokój. Pani usiądzie tam, a pani tutaj.

Wskazał im miejsca po przeciwnych stronach korytarza.

Beyza zacisnęła usta, lecz posłuchała. Hancer również usiadła, choć obie ani na chwilę nie przestały mierzyć się pełnymi niechęci spojrzeniami. Między nimi wisiało napięcie tak gęste, że nawet obecność policjantów nie potrafiła go rozproszyć.

Po chwili drzwi pokoju przesłuchań otworzyły się. Na korytarzu pojawił się Melih. Hancer natychmiast wstała i podeszła do niego, z ulgą szukając w jego twarzy odpowiedzi. Beyza także zerwała się z miejsca. Na widok Meliha jej brwi uniosły się w zaskoczeniu, a zaraz potem w jej głosie zabrzmiała drwina.

— I ty tutaj jesteś? — zapytała. — Co tu robisz?

Hancer odwróciła się ku niej. Tym razem w jej spojrzeniu nie było już tylko bólu. Była też zimna, spokojna pewność.

— Zapytaj swojego męża — odpowiedziała. — Pewnie i tak opowiedział już o wszystkim w zeznaniu, ale ty również go zapytaj. Zapytaj, dlaczego mężczyzna daje zamężnej kobiecie aktówkę pełną pieniędzy.

Beyza zamarła.

Przez moment nie potrafiła wypowiedzieć ani słowa. Jej twarz, jeszcze przed chwilą pełna pogardy, nagle stężała z niedowierzania.

Hancer nie czekała na odpowiedź. Odwróciła się do Meliha i razem z nim ruszyła ku wyjściu, zostawiając Beyzę samą z pytaniem, którego ta nie chciała usłyszeć.

***

Następna scena rozgrywała się w rezydencji Develioglu. Nocna cisza, która zwykle wypełniała eleganckie wnętrza domu, została brutalnie rozerwana krzykiem Beyzy.

— Wszystko na nic! — wybuchła, stojąc naprzeciwko Cihana w salonie. — Nie potrafisz zrezygnować z tej dziwki, prawda?!

Jej głos odbił się od ścian niczym trzask szkła. Beyza miała na sobie połyskującą, fioletową koszulę i czarne spodnie, lecz nawet staranny wygląd nie był w stanie ukryć furii, która wykrzywiała jej twarz. Wbijała w Cihana spojrzenie pełne żalu, zazdrości i nienawiści.

Cihan stał przed nią sztywno, w ciemnym garniturze, z twarzą napiętą od gniewu. Obok niego znajdowała się Mukadder, zaniepokojona gwałtownością tej awantury. Nieco dalej, przy kanapie, stała Sinem ze skrzyżowanymi ramionami. Obserwowała scenę z dystansu, jakby nie zamierzała mieszać się w burzę, która właśnie wybuchła.

— Uspokój się — powiedziała Mukadder do bratanicy. — Dlaczego krzyczysz?

Beyza odwróciła się ku niej gwałtownie.

— Twój syn dał tej dziwce pieniądze, żeby poszła z nim na kolację!

Cihan natychmiast zmrużył oczy.

— Beyzo — odezwał się lodowato. — Uważaj na słowa.

— Nadal jej bronisz! — krzyknęła z niedowierzaniem. — Nawet teraz!

W tej samej chwili z góry dobiegł przestraszony głos Mine:

— Mamo!

Dziewczynka musiała obudzić się przez krzyki. Sinem natychmiast oderwała się od miejsca i szybkim krokiem opuściła salon, zostawiając ich samych w narastającym napięciu.

Mukadder spojrzała na syna z niepokojem.

— Czy Beyza mówi prawdę? — zapytała ostrożnie. — Co zamierzałeś zrobić z tą bezwstydną kobietą?

Cihan zacisnął szczękę.

— Mamo, przynajmniej ty nie zaczynaj.

— Odpowiedz swojej matce! — naciskała Beyza, nie dając mu chwili wytchnienia. — Czy nie wysłałeś walizki pełnej pieniędzy, żeby Hancer poszła z tobą na kolację? Czy potem nie pobiłeś się z jej mężem i nie trafiłeś na policję? No powiedz! Zaprzeczysz?

Cihan podszedł do niej gwałtownie i mocno zacisnął dłoń na jej ramieniu. Gest był tak stanowczy, że Beyza na moment zamilkła.

— Idź do swojego pokoju — powiedział twardo. — W tej chwili.

Brzmiał tak, jakby karcił niesforne dziecko, a nie własną żonę. To jeszcze bardziej ją upokorzyło.

— Najpierw mi odpowiedz! — wyrzuciła z siebie, nie zamierzając ustąpić. — Co byś zrobił, gdyby Hancer naprawdę przyszła na tę kolację? Usiadłbyś naprzeciwko niej? Patrzyłbyś jej w oczy? Flirtowałbyś z nią?

— Mówiłem ci to już sto razy — odparł z trudem powstrzymywaną złością. — Chciałem dać im nauczkę. Jej i jej mężowi. Chciałem, żeby wreszcie stąd odeszli.

Beyza parsknęła z gorzkim śmiechem.

— Nauczkę? Nie dam się nabrać na te kłamstwa. Poczekaj. Zobaczymy, czy zdołasz przekonać do nich własnego syna.

Odwróciła się gwałtownie i wybiegła z salonu. Po chwili wróciła z płaczącym Cihanem Gururem na rękach. Chłopiec, owinięty błękitnym kocykiem, zanosił się od płaczu, przestraszony hałasem i napięciem, którego nie mógł zrozumieć.

— Powiedz jemu! — rzuciła Beyza, podchodząc bliżej. — Powiedz swojemu synowi, że to wszystko było tylko nauczką. Dalej! Zobaczymy, czy on też uwierzy w twoje kłamstwa!

Twarz Cihana stężała. Gniew w jego oczach natychmiast ustąpił czemuś zimniejszemu i groźniejszemu.

— Nie krzycz, Beyzo — powiedział cicho, ale jego głos przeciął powietrze ostrzej niż krzyk. — Przestraszyłaś dziecko.

Mukadder zrobiła krok naprzód.

— Beyzo, czy ty oszalałaś?

— Tak! — krzyknęła Beyza. — Twój syn doprowadził mnie do szaleństwa!

Cihan wyciągnął ręce.

— Daj mi dziecko.

Beyza cofnęła się odruchowo, mocniej przyciskając chłopca do siebie.

— Nie. Już nie będę ci się podporządkowywać. Czy tego chcesz, czy nie, jesteśmy małżeństwem. Masz żonę i dziecko. Wreszcie nauczysz się zachowywać tak, jak powinieneś.

Cihan zrobił krok bliżej. Jego spojrzenie stało się lodowate.

— Daj mi dziecko — powtórzył głosem, od którego Beyza zastygła w bezruchu.

Nie znalazła w sobie odwagi, by dalej się opierać. Cihan przejął syna z jej ramion i natychmiast przytulił go do piersi. Jego twarz złagodniała, gdy spojrzał na zapłakane dziecko.

— Już dobrze, synku — powiedział cicho, spokojnie, niemal czule. — Jestem tutaj. Nie bój się.

Kołysał chłopca ostrożnie, jakby w jednej chwili cały gniew, który przed chwilą w nim kipiał, został odsunięty na bok. Potem jednak spojrzał na Beyzę. Jego wzrok znów stwardniał.

— Tobą zajmę się później.

Minął ją bez kolejnego słowa i opuścił salon z dzieckiem na rękach.

Beyza została pośrodku pokoju, roztrzęsiona i upokorzona. Przez chwilę patrzyła za nim, a potem gwałtownie odwróciła się do Mukadder.

— Widziałaś? — zapytała, oddychając ciężko. — Widziałaś, jak traktuje mnie twój syn? W ogóle go nie obchodzę. W jego oczach nie znaczę nawet połowy tego, co ta niemoralna żmija.

W jej spojrzeniu pojawił się niebezpieczny błysk.

— Ale wiem, co zrobię. Tylko poczekaj.

Nie czekając na reakcję Mukadder, odwróciła się na pięcie i wybiegła z salonu, jakby gniew prowadził ją prosto ku kolejnej katastrofie.

***

Hancer i Melih siedzieli obok siebie na różowej kanapie w salonie starego domu. Za oknami zapadła noc, a ciężkie, brązowe zasłony tłumiły chłód bijący od szyb. W pokoju panowała cisza, lecz nie dawała ukojenia. Oboje wciąż nosili w sobie ciężar wydarzeń z komisariatu.

Hancer miała na sobie biały, miękki sweter z drobnymi połyskującymi zdobieniami i długą, ciemną spódnicę. Siedziała skulona, ze splecionymi dłońmi, jakby próbowała powstrzymać drżenie. Melih, w ciemnej kurtce i białej koszulce, pochylił się do przodu, opierając łokcie na kolanach. Na jego twarzy wciąż malowało się napięcie.

— Nadal nie mogę uwierzyć, że to zrobił — powiedziała Hancer cicho, wciąż lekko roztrzęsiona. — Że posunął się aż tak daleko.

Melih zacisnął dłonie.

— Zazdrość go zaślepiła — odparł. — Za każdym razem przekracza kolejną granicę. Ta aktówka była ostatnią kroplą, która przelała czarę.

Hancer spojrzała na niego z bólem i poczuciem winy.

— To ty najbardziej cierpisz, choć nie jesteś niczemu winien.

— Poradzę sobie z tym — zapewnił ją spokojniej. — Nie martw się o mnie.

— Nie mogę już tego znieść — wyszeptała. — Naprawdę nie mogę. Wyjedźmy stąd po cichu, Melihu. Zanim wydarzy się coś jeszcze gorszego.

Melih uniósł wzrok. Przez chwilę patrzył na nią w milczeniu, a potem skinął głową.

— Masz rację. Najlepiej będzie się przeprowadzić. Nie mówię tego ze względu na siebie, tylko na ciebie i dziecko. Musicie być bezpieczni.

Nie zdążyła odpowiedzieć. Nagle ciszę przeciął ostry huk tłuczonego szkła. Szyba pękła z trzaskiem, a do środka wpadł kamień, zatrzymując się na białej firance. Hancer i Melih zerwali się na równe nogi. Przez ułamek sekundy oboje patrzyli w stronę okna, nie rozumiejąc, co się stało.

Chwilę później z zewnątrz rozległ się przeraźliwy, pełen furii krzyk Beyzy:

— Hancer! Wyjdź stamtąd, dziwko! Wyjdź, żebym mogła ci pokazać! Pokażę ci, co znaczy kręcić się wokół mojego męża! Zapłacisz mi za to!

Hancer instynktownie przycisnęła dłonie do głowy, jakby chciała odgrodzić się od tego głosu. Jej oczy rozszerzyły się z przerażenia. Melih natychmiast odwrócił się w stronę okna i ruszył krok naprzód, gotów stanąć między nią a kolejnym atakiem.

Na zewnątrz pojawił się Cihan. Zobaczył Beyzę, której twarz wykrzywiała wściekłość, i bez słowa chwycił ją mocno za ramię. Nie pozwolił jej krzyczeć dalej. Poprowadził ją prosto do rezydencji, a potem do jej pokoju.

Kiedy drzwi zamknęły się za nimi, Beyza próbowała wyrwać rękę, lecz Cihan nie ustąpił. Stał przed nią z twarzą zimną i nieprzejednaną.

— Najwyższy czas położyć kres twoim wybrykom — powiedział lodowato. — To ostatnia noc, którą spędzisz z synem.

Beyza zamarła.

— Co?

— Jutro pojedziesz do domu ojca — oznajmił. — I nie wrócisz tutaj, dopóki nie dojdziesz do siebie.

Jego głos był tak twardy i stanowczy, że po raz pierwszy Beyza nie odważyła się zaprotestować. Patrzyła na niego szeroko otwartymi oczami, jakby dopiero teraz zrozumiała, że przekroczyła granicę, za którą nie czeka już żadna łagodność.

Cihan odwrócił się na pięcie i wyszedł, zostawiając ją samą z własnym gniewem, upokorzeniem i strachem.

***

Nazajutrz rano, kiedy Hancer się obudziła, Melih od dawna był już na nogach. W domu panowała cicha, blada jasność poranka. Przez naprawione okno wpadało mleczne światło, rozpraszane przez firanki i ciężkie, brązowe zasłony.

Hancer weszła do salonu jeszcze nie do końca spokojna po wydarzeniach minionej nocy. Miała na sobie miękki, kremowy sweter z delikatnie połyskującymi zdobieniami i długą, czarną spódnicę. Na jej twarzy wciąż widać było zmęczenie, ale gdy spojrzała w stronę okna, przystanęła z zaskoczeniem.

Melih stał przy nim z wysokim, zwiniętym rulonem w dłoniach. Był ubrany prosto — w szary komplet i jasną koszulkę — ale w jego postawie było coś zdecydowanego, jakby od świtu czekał właśnie na tę chwilę.

— Naprawiłeś okno — zauważyła Hancer cicho.

Melih spojrzał na nią i skinął głową.

— Tak. Wstałem wcześnie i się tym zająłem.

Hancer przeniosła wzrok na rulon.

— A to? Co to jest?

Na twarzy Meliha pojawił się poważny, niemal twardy wyraz.

— Wiadomość dla Cihana — odparł. — W jego własnym języku.

Hancer zmarszczyła brwi, nie rozumiejąc.

— Co chcesz zrobić?

— Wszyscy czekają, aż odejdziemy — powiedział spokojnie. — Odejść możemy. Ale nie po cichu. Nie tak, jakbyśmy się wstydzili. Nie tak, jakbyśmy uciekali.

Podszedł do okna i otworzył je szeroko. Chłodne powietrze poruszyło firanką. Melih rozwiązał sznurek, którym przewiązany był rulon, po czym wychylił się ostrożnie i zaczął rozwijać duży, błękitny baner. Hancer podeszła bliżej, śledząc każdy jego ruch z napięciem.

Po chwili materiał opadł na zewnętrzną ścianę domu. Na tle jasnej fasady pojawił się ogromny napis białymi, drukowanymi literami:

WŁASNOŚĆ FUNDACJI

Baner był widoczny z daleka. Nie dało się go przeoczyć. Każdy, kto spojrzałby w stronę starego domu, musiałby zobaczyć prawdę, którą Hancer tak uparcie próbowała ukryć — że oddała ten dom fundacji, nie dla poklasku, nie dla zemsty, lecz po to, by uratować dzieło Yasemin.

Melih zamknął okno i odwrócił się do niej.

Hancer powoli usiadła na kanapie. Ciężko wypuściła powietrze, jakby dopiero teraz dotarło do niej, że tajemnica przestała być tajemnicą.

Melih usiadł obok niej, pochylając się lekko w jej stronę.

— Wiem, że chciałaś to zachować dla siebie — powiedział łagodnie. — Wiem, że nie zależało ci na tym, żeby ktokolwiek się dowiedział. Ale nie powinnaś dłużej milczeć.

Hancer spojrzała na niego z niepokojem.

— Melihu…

— Nie — przerwał jej spokojnie. — Teraz wszyscy zobaczą, że przekazałaś dom fundacji. Nie będą mogli dalej mówić, że jesteś chciwa. Nie będą mogli udawać, że zrobiłaś to wszystko dla siebie.

Spojrzał w stronę okna, za którym błękitny baner poruszał się lekko na wietrze.

— Może kiedy zobaczą prawdę na własne oczy, choć trochę zawstydzą się słów, które ci powiedzieli.

Hancer milczała. W jej oczach pojawiło się wzruszenie, ale też lęk przed tym, co przyniesie ta decyzja. Melih nie cofnął jednak wzroku. Tym razem nie chodziło już tylko o obronę starego domu.

Chodziło o obronę jej godności.

***

Zdenerwowany Cihan siedział przy biurku w swoim gabinecie. Przed nim leżał otwarty laptop, obok dokumenty i telefon, lecz mężczyzna nie potrafił skupić się na pracy. Wciąż miał przed oczami błękitny baner zawieszony na starym domu. Wielki napis „Własność fundacji” wracał do niego uparcie, jak wyrzut, którego nie umiał uciszyć.

Zacisnął szczękę. Złość mieszała się w nim z upokorzeniem i czymś, czego nie chciał nazwać po imieniu. Hancer oddała dom fundacji. Zrobiła to naprawdę. A on, przekonany, że zdemaskuje jej chciwość, sam wpadł we własną pułapkę.

— Powinnaś była mi powiedzieć, zanim doprowadziłaś mnie do tego punktu — wysyczał, jakby Hancer mogła go usłyszeć. Jak zwykle łatwiej było mu obwinić ją niż spojrzeć na własne błędy. — Dlaczego nie powiedziałaś? Dlaczego to ukryłaś?

Sięgnął po telefon i wybrał numer sekretarki. Kiedy usłyszał głos Hilal, nawet nie dał jej dojść do słowa.

— Dziś nie przyjadę do firmy — oznajmił krótko.

Rozłączył się natychmiast i odłożył telefon na biurko. W gabinecie znów zapadła ciężka cisza.

Po chwili drzwi się otworzyły. Do środka weszła Beyza. Miała na sobie czarną, elegancką sukienkę i perły, jakby staranny wygląd miał przykryć wczorajszą awanturę. Powoli podeszła do biurka, ostrożnie dobierając słowa. Wiedziała, że Cihan nadal jest wściekły.

— Zachowałam się wczoraj wobec ciebie niesprawiedliwie — zaczęła łagodnie. — Przyszłam cię przeprosić. Źle zrozumiałam sytuację i byłam na ciebie bardzo zła.

Cihan nawet nie podniósł na nią wzroku.

Beyza przełknęła ślinę i mówiła dalej, próbując nadać głosowi miękkość, której wcale nie czuła.

— Ale cokolwiek zrobiłeś, zrobiłeś dobrze. Ta dziewczyna wreszcie odchodzi. Widziałeś, co powiesili na starym domu? Nawet kiedy się wynoszą, muszą urządzić przedstawienie.

Cihan powoli uniósł spojrzenie. Jego twarz pozostała chłodna i nieprzenikniona.

— Przygotowałaś się do wyjazdu do ojca, prawda?

Beyza zesztywniała. Na moment z jej twarzy zniknęła udawana łagodność.

— Oboje byliśmy zdenerwowani — powiedziała szybko. — Powiedzieliśmy sobie przykre rzeczy. Na chwilę zapomnieliśmy o Cihanie Gururze. Przecież on nie potrafi obejść się bez zapachu swojej matki. Nie możesz rozdzielić mnie z dzieckiem.

Cihan pozostał niewzruszony.

— Yigit czeka na dole. Zawiezie cię do mieszkania ojca.

— Ale Cihanie… — Beyza zrobiła krok bliżej. W jej głosie pojawiła się panika. — Posłuchaj mnie chociaż przez chwilę.

— Nie spiesz się z powrotem — przerwał jej lodowato. — Zaopiekuję się swoim synem. A ty nie zbliżysz się do dziecka, dopóki nie ochłoniesz.

Beyza zamilkła. Przez chwilę patrzyła na niego z niedowierzaniem, jakby dopiero teraz zrozumiała, że jego decyzja naprawdę jest ostateczna. Żadne przeprosiny, żadne czułe słowa i żadne zasłanianie się dzieckiem nie mogły już tego zmienić.

Powoli cofnęła się od biurka. Potem odwróciła się gwałtownie i wyszła z gabinetu. W jej kroku nie było już wcześniejszej skruchy. Została tylko wściekłość kobiety, która właśnie straciła kolejną bitwę.

Powyższy tekst stanowi autorskie streszczenie i interpretację wydarzeń z serialu Gelin. Inspiracją do jego stworzenia był film Gelin 143.Bölüm dostępny na oficjalnym kanale serialu w serwisie YouTube. W artykule zamieszczono również zrzuty ekranu pochodzące z tego odcinka, które zostały użyte wyłącznie w celach informacyjnych i ilustracyjnych. Wszystkie prawa do postaci, fabuły i materiału źródłowego należą do ich prawowitych właścicieli.

Podobne wpisy