„Panna młoda” Odc. 192 — streszczenie
Hancer pracowała w skupieniu przy swoim biurku, pochylona nad dokumentami i próbkami materiałów. W przestronnym gabinecie panowała napięta cisza. Cihan siedział po drugiej stronie pomieszczenia, przy swoim masywnym biurku, lecz od dawna nie patrzył już w ekran laptopa. Jego wzrok raz po raz uciekał ku czarnej aktówce stojącej na blacie obok Hancer.
Nie mógł znieść tego, że w ogóle się nią nie interesowała. Ani nią, ani tym, co znajdowało się w środku.
W końcu nie wytrzymał.
— Nie otworzysz? — zapytał chłodno.
Hancer podniosła wzrok znad papierów. Przez chwilę patrzyła na niego bez emocji, po czym sięgnęła po aktówkę, zdjęła ją z biurka i spokojnie odstawiła na podłogę.
— Nie ma takiej potrzeby — odparła. — Pamiętasz tego darczyńcę, który chciał pozostać anonimowy? To on ją przysłał.
Cihan zmrużył oczy, udając zaciekawienie.
— Interesujące.
— Ja nazwałabym to raczej niestosownym — powiedziała Hancer. — Chciał podobno udowodnić, że mówi poważnie. Ma czekać dziś na mnie o dwudziestej w restauracji.
— I co zamierzasz zrobić?
Hancer oparła dłoń na dokumentach. W jej twarzy widać było niepewność, ale nie słabość.
— Nie wiem. Kto wysyła komuś pieniądze w aktówce? Może nie mam dużego doświadczenia w świecie biznesu, ale to wydaje mi się nieetyczne.
Cihan odchylił się lekko w fotelu. Na jego twarzy pojawił się cień kpiącego uśmiechu.
— Zapytaj swojego męża. Gdy chodzi o pieniądze, on na pewno wie, co robić.
Hancer natychmiast spojrzała na niego ostrzej.
— Nie znasz go, Cihanie. Nie mów o nim w ten sposób.
— Bardzo dobrze znam takich ludzi jak on — odparł twardo. — Znam ich dusze na wylot, rozumiesz? Dostałaś ogromną szansę. Powiedz swojemu mężowi, że czujesz się niezręcznie z powodu tych pieniędzy. Zobaczymy, co ci poradzi.
— Melih mnie szanuje.
— Ciebie? — Cihan pochylił się nieznacznie do przodu. — Czy to, co do ciebie należy?
Hancer zamilkła. Nie dlatego, że zabrakło jej odpowiedzi, lecz dlatego, że nie widziała sensu w dalszej rozmowie. Opuściła wzrok i wróciła do dokumentów, próbując odgrodzić się od jego spojrzenia.
Cihan jednak nie przestawał jej obserwować.
Nie możesz mi odpowiedzieć, prawda? — pomyślał z ponurą satysfakcją. — Bo wiesz, że mam rację. Twój mąż podepcze twój honor i wyśle cię na tę kolację. Wtedy wreszcie zrozumiesz, kim naprawdę jest.
Hancer siedziała nieruchomo, lecz w środku aż drżała od niewypowiedzianych słów.
Gdybyś tylko wiedział, jak bardzo się mylisz — pomyślała. — Melih jest moim bezinteresownym obrońcą. Nic z tego nie należy do niego. Ani pieniądze, ani dziecko, ani nawet moje serce.
Powoli uniosła wzrok, patrząc gdzieś ponad dokumentami, jakby dopiero ta myśl naprawdę ją zabolała.
Wszystko należy do mojego najgorszego wroga. Do ciebie.
***
Fadime siedziała w pokoju dziecięcym, tuląc do piersi małego Cihana Gurura. Chłopiec, owinięty miękkim, błękitnym kocykiem, poruszył drobną rączką i wtulił twarz w jej ramię. Kobieta kołysała go ostrożnie, jakby trzymała w ramionach coś kruchego, co jednym nieuważnym gestem mogłoby rozsypać się na kawałki.
— Śpij, mój piękny — nuciła cicho, głosem drżącym od wzruszenia. — Śpij, mój paszo. Śpij, kochanie.
Przez chwilę patrzyła na spokojną twarzyczkę dziecka. Jego wielkie, ufne oczy i bezbronność ścisnęły jej serce. Westchnęła przeciągle, a w jej spojrzeniu pojawił się cień dawnego bólu.
— Mój Melih też był kiedyś taki mały — wyszeptała. — Taki bezbronny, taki mój… Z każdym rokiem, kiedy dorastał, wierzyłam, że będzie coraz bardziej przywiązany do matki. Że stanie się moim wsparciem, moją kotwicą, moją dumą. Częścią życia, którą budowałam z cierpliwością, miłością i nadzieją.
Na jej twarzy pojawił się smutny uśmiech. Pogładziła dziecko po plecach, ale myślami była daleko — przy synu, którego wciąż kochała, choć między nimi stanęło zbyt wiele słów, grzechów i ran.
— Ach, gdybym mogła teraz cofnąć czas… — szepnęła. — Gdybym mogła rozplątać wszystkie supły tej pętli, jeden po drugim. Gdybym mogła sprawić, żeby mój syn znów był owieczką swojej mamy.
Fadime spuściła wzrok na list od Meliha, który ściskała w dłoni. Papier lekko zadrżał między jej palcami. Przeczytane słowa wciąż paliły ją w sercu — czułe, bolesne, spóźnione.
Kobieta znów spojrzała na Cihana Gurura. W jej oczach zalśniły łzy.
— Uważaj, maleńki — powiedziała cicho. — Obyś ty nie zostawił swojej mamy w taki sposób. Nie rań jej serca, kiedy dorośniesz.
Przycisnęła list mocniej do piersi, jakby próbowała zatrzymać w nim resztki dawnej bliskości z synem.
— Bo jeśli kiedyś to zrobisz… — dodała z bólem — żadne słowa, choćby najpiękniejsze, nie uleczą już tej rany.

***
Engin wszedł do gabinetu Cihana i od razu rozejrzał się po przestronnym wnętrzu. Przy głównym biurku nikogo nie było. Cihan musiał wyjść. W gabinecie została tylko Hancer, siedząca przy swoim stanowisku pośród katalogów, próbek materiałów i dokumentów. Przed nią stał otwarty laptop, a przy ścianie, niemal ostentacyjnie, czekała czarna aktówka.
— Masz chwilę? — zapytał Engin, podchodząc do jej biurka.
Hancer podniosła wzrok znad ekranu i skinęła głową.
— Oczywiście. Usiądź.
Engin zajął miejsce naprzeciwko niej. Przyjrzał się jej uważnie. Na twarzy Hancer dostrzegł zmęczenie, ale też coś więcej — napięcie, którego nie potrafiła całkiem ukryć.
— Dzwoniłaś do mnie rano — zaczął. — Nie mogłem odebrać. Cały dzień miałem spotkania, potem rozprawę, a dopiero teraz udało mi się dotrzeć do biura. To nie było nic pilnego, prawda?
— Nie — odpowiedziała spokojnie. — Chciałam zapytać cię o coś związanego z komputerem, ale Cihan już to rozwiązał.
Engin uniósł brwi z lekkim zaskoczeniem. Na jego twarzy pojawił się cień rozbawienia.
— Cihan? — powtórzył. — Czyli co? Ogłosiliście rozejm?
Hancer uśmiechnęła się blado, ale zaraz spoważniała.
— Niezupełnie. Zadzwoniła przedstawicielka darczyńcy, który chce pozostać anonimowy. Powiedziała, że ten człowiek będzie dziś o dwudziestej czekał na mnie w restauracji Canzade.
Engin oparł łokieć o poręcz krzesła i spojrzał na nią spokojnie.
— Tego typu kolacje biznesowe zdarzają się dość często. Z czasem pewnie się do nich przyzwyczaisz. Ale jeśli nie czujesz się z tym komfortowo, nie musisz iść.
Hancer przez chwilę milczała. Potem przesunęła spojrzenie ku czarnej aktówce stojącej przy ścianie.
— Ten człowiek już wysłał darowiznę — powiedziała cicho. — Przysłał pieniądze w aktówce.
Engin odwrócił głowę i dopiero wtedy zauważył neseser. Jego twarz spoważniała.
— W aktówce? — powtórzył wolniej.
— Tak. — Hancer wskazała ją krótkim ruchem dłoni. — Powiedz mi, Enginie, czy to też mieści się w granicach normalnych relacji biznesowych?
Prawnik zawahał się. Nie chciał jej niepotrzebnie straszyć, ale nie zamierzał też bagatelizować sprawy.
— To już wygląda… dość niestosownie — przyznał w końcu. — Zwłaszcza jeśli mówimy o fundacji. Takie wpłaty powinny przechodzić oficjalną drogą.
Hancer odetchnęła cicho, jakby jego słowa potwierdziły to, co sama czuła od pierwszej chwili.
— Właśnie tak pomyślałam. Dlatego nie potrafię zdecydować, czy powinnam pójść na tę kolację, czy nie. Z jednej strony fundacja bardzo potrzebuje pieniędzy. Z drugiej… wszystko w tej sytuacji wydaje mi się niewłaściwe.
Engin pochylił się nieco ku niej. Tym razem mówił poważnie, bez cienia żartu.
— Wiesz, że fundacja jest dla mnie niezwykle ważna. To dzieło mojej siostry. Zależy mi, żeby przetrwała. Ale tej decyzji nie mogę podjąć za ciebie.
Hancer spojrzała na niego niepewnie.
— Nie mam jeszcze doświadczenia w tej pracy.
— To nie ma znaczenia — odparł łagodnie. — Jesteś prezeską. Masz prawo samodzielnie decydować, gdzie postawić granicę. Kiedy wspierałem cię w walce o tę funkcję, nie myślałem wyłącznie o ostatniej woli Yasemin. Wiedziałem, że będziesz dobrą prezeską. Wiedziałem, że masz serce, rozsądek i odwagę, których ta fundacja potrzebuje.
Hancer spuściła wzrok, poruszona jego słowami.
— Naprawdę tak myślisz?
Engin uśmiechnął się ciepło.
— Naprawdę. Dlatego poprę każdą decyzję, jaką podejmiesz w sprawie tej kolacji. Jeśli pójdziesz, będę cię wspierał. Jeśli odmówisz, również stanę po twojej stronie.
Na twarzy Hancer pojawił się pierwszy szczery uśmiech tego dnia. Napięcie w jej ramionach powoli zelżało. Sama myśl, że nie jest z tym wszystkim całkiem sama, dodała jej sił.
— Dziękuję, Enginie — powiedziała cicho.
— Nie dziękuj — odparł spokojnie. — Po prostu zaufaj sobie. Masz lepszy osąd, niż sądzisz.
Hancer spojrzała jeszcze raz na czarną aktówkę, a potem na ekran laptopa. Tym razem w jej oczach nie było już tylko niepewności. Była decyzja, która dopiero zaczynała w niej dojrzewać.


***
Beyza siedziała w salonie mieszkania ojca, rozparta na jasnej kanapie, jakby próbowała wmówić sobie, że choć na chwilę odzyskała dawną swobodę. Obok niej, przy stoliku, stał rząd kolorowych toreb z zakupami — złotych, czerwonych, białych i zielonych. Ich widok powinien przynieść jej satysfakcję, ale nawet nowe ubrania nie były w stanie uciszyć niepokoju, który od wielu dni nie opuszczał jej ani na moment.
Naprzeciwko, na drugiej kanapie, siedział Nusret. W ciemnym garniturze i golfie wyglądał surowo, niemal ponuro. Obserwował córkę z chłodną uwagą człowieka, który zbyt dobrze znał jej słabości.
— Trochę się rozerwałam — powiedziała Beyza z udawaną lekkością. — Od kilku dni siedziałam tylko w domu. Prawie zanudziłam się na śmierć.
Nusret zmarszczył brwi.
— Zabierz dziecko na spacer. Rób to, co robią inne matki.
Beyza od razu skrzywiła się z niechęcią.
— Proszę cię, nie wspominaj mi teraz o dziecku. Chciałam przez chwilę pobyć sama. Poszłam na zakupy. To była moja terapia.
— Co kupiłaś? — zapytał ojciec, zerkając na torby.
— Najlepsze ubrania z nowej kolekcji. Chcesz zobaczyć?
— Kupiłaś coś tylko dla siebie?
Beyza spojrzała na niego z autentycznym zdziwieniem.
— A dla kogo miałam kupić? — Wzruszyła ramionami. — Cihan złości się, kiedy przynoszę mu prezenty.
Nusret pochylił się lekko do przodu. Jego twarz stężała.
— Jesteś teraz matką, Beyzo. Matką — podkreślił twardo. — Jaka matka idzie na zakupy i nie kupuje niczego dla swojego dziecka? Słuchaj mnie uważnie. To długa gra. Nie możesz pominąć żadnego szczegółu. Musisz wyglądać jak dobra matka. Zachowywać się jak dobra matka. Kiedy będziesz wracała do rezydencji, kup coś dla dziecka.
Beyza parsknęła z goryczą i opadła głębiej na kanapę.
— Tato, cały pokój jest już pełen jedzenia dla dzieci, butelek i brudnych pieluch. Jestem uwięziona w tej rezydencji, a moim współwięźniem jest płaczliwe dziecko Yoncy.
— Spokojnie. Z każdym miesiącem będzie łatwiej.
— Wcale nie — odparła natychmiast. — Kiedy urośnie, będzie jeszcze gorzej. Cihan znosi mnie tylko ze względu na to dziecko. A kiedy ono przestanie być małe i bezbronne, ja stanę się dla niego jeszcze mniej ważna.
Nusret westchnął ciężko.
— Znowu wszystko sprowadzasz do Cihana.
— Bo wszystko zrobiłam dla niego! — wyrzuciła z siebie Beyza. Jej głos nagle zadrżał, ale nie od żalu, tylko od rozpaczy i gniewu. — Wszystko. Chciałam znowu być jego żoną. Chciałam odzyskać swoje miejsce u jego boku. Dla niego popełniłam nawet morderstwo.
W jednej chwili przed oczami Beyzy stanął obraz Yasemin. Jej krzyk. Szarpanina. Głuchy, przerażający odgłos uderzenia głową o kant pianina. Ten dźwięk wracał czasem w najmniej oczekiwanych momentach, jak echo, którego nie dało się uciszyć.
Beyza potrząsnęła głową, jakby chciała odpędzić wspomnienie.
— I wszystko na próżno — powiedziała gorzko. — Cihan mnie ignoruje, a Hancer została prezeską stowarzyszenia. Każdego dnia jest w firmie. Każdego dnia siedzi blisko niego. Patrzy na niego, rozmawia z nim, oddycha tym samym powietrzem.
— Powinnaś była mnie wtedy posłuchać — odparł Nusret chłodno. — Teraz musisz wychowywać to dziecko i pilnować swojej roli.
Beyza zamilkła na moment. Jej spojrzenie pociemniało. Powoli pochyliła się ku ojcu i ściszyła głos.
— Tato… jest jeszcze jeden sposób.
Nusret spojrzał na nią podejrzliwie.
— Jaki sposób?
— Może Hancer też powinna zniknąć — wyszeptała. — Wtedy Cihan nie miałby już powodu, żeby ode mnie odchodzić.
Nusret natychmiast zesztywniał. W jego oczach pojawił się gniew, ale też strach.
— Czy ty oszalałaś? — syknął. — Nawet nie waż się o tym myśleć.
Beyza uniosła wzrok, zaskoczona jego gwałtownością.
— Dlaczego? Przecież gdyby jej nie było…
— Cihan nigdy nie przestałby jej szukać — przerwał jej ostro. — Nigdy. A szukając Hancer, zacząłby rozgrzebywać wszystko. Każdy ślad, każdą rozmowę, każdy brudny sekret, który ukryliśmy. Odkryłby prawdę o Yoncy. O dziecku. O wszystkim. Zniszczyłabyś nie tylko siebie, ale nas wszystkich. Zgnilibyśmy w więzieniu, rozumiesz?
Beyza odwróciła wzrok. Przez chwilę milczała, a potem uśmiechnęła się smutno, prawie pusto.
— Dla skazanych jest jeszcze nadzieja — powiedziała cicho. — Pewnego dnia odsiedzą swój wyrok i wyjdą na wolność.
Zacisnęła palce na kolanach.
— Ale dla mnie nie ma żadnej nadziei. Nie ma już żadnej szansy, żeby Cihan kiedykolwiek mnie pokochał.
Spuściła głowę. Kolorowe torby z zakupami stały obok niej jak kpina z luksusu, który nie potrafił dać jej tego, czego pragnęła najbardziej.

***
Wieczorem w starym domu panowała cisza, ale nie był to spokój. W salonie, między różową kanapą a szarą sofą, stała Hancer. Przygotowała się do kolacji, choć wciąż nie wiedziała, czy naprawdę powinna na nią pójść.
Miała na sobie długą, zwiewną sukienkę w głębokim bordowym kolorze. Luźny krój miękko układał się na jej sylwetce, a lekkie, opadające rękawy dodawały jej delikatności. Ciemne włosy spływały falą na ramiona. Mimo elegancji w jej postawie nie było pewności siebie — stała nieruchomo, z dłońmi splecionymi przed sobą, jakby każda decyzja ważyła więcej, niż była w stanie unieść. Na stopach wciąż miała domowe, czerwono-niebieskie kapcie, co tylko mocniej zdradzało jej wahanie. Była gotowa i jednocześnie zupełnie niegotowa.
Na górę wszedł Melih. Zatrzymał się na progu salonu i spojrzał na nią uważnie.
— Przygotowałaś się — zauważył. — Czyli jednak idziesz na tę kolację?
Hancer spuściła wzrok.
— Nie wiem, Melihu. Naprawdę nie wiem. Jestem całkowicie zdezorientowana.
Wskazała dłonią na czarną aktówkę leżącą na komodzie.
— Ten człowiek wysłał to do firmy.
Melih zmarszczył brwi. Przez moment patrzył na neseser, a w jego spojrzeniu pojawił się cień niepokoju. Od razu go rozpoznał. Widział, jak Cihan wychodził z rezydencji z identyczną aktówką.
— Co jest w środku? — zapytał podejrzliwie.
— Sam zobacz.
Melih podszedł do komody, ujął aktówkę i położył ją na stoliku. Metalowe zamki kliknęły cicho, gdy je otworzył. W środku leżały równo ułożone paczki pieniędzy.
Jego twarz natychmiast stężała.
— Wysłał ci do firmy teczkę pełną pieniędzy? — zapytał z gniewem.
Zatrzasnął aktówkę i rzucił ją na kanapę, jakby sam jej dotyk był czymś brudnym.
Hancer drgnęła, ale nie zaprotestowała.
— Chciał pokazać, że mówi poważnie. Jego asystentka przekazała, że i tak przekaże darowiznę, niezależnie od tego, czy pójdę z nim na kolację, czy nie.
Melih odwrócił się ku niej gwałtownie.
— I zamierzasz pójść z takim człowiekiem na kolację?
— Gdyby chodziło tylko o mnie, odpowiedź byłaby prosta — powiedziała cicho. — Ale chodzi o fundację. O ludzi, którym możemy pomóc. Dlatego czuję, jakbym miała związane ręce.
— Więc nie chcesz iść.
To nie było pytanie. Raczej stwierdzenie, które Hancer bała się wypowiedzieć na głos.
— Engin powiedział, żebym nie wywierała na sobie presji. Że jakąkolwiek decyzję podejmę, on będzie mnie wspierał. — Spojrzała na Meliha z niepewnością. — A ty? Jak uważasz? Powinnam pójść?
Melih przez chwilę milczał. W jego twarzy gniew mieszał się z troską.
— Hancer, powiedziałem ci już wczoraj. Nie mogę podjąć tej decyzji za ciebie. Nie mogę udzielić ci rady tak, jakby chodziło tylko o zwykłe spotkanie biznesowe.
Zrobił krok bliżej i spojrzał jej prosto w oczy.
— Ale powiem ci jedno. Gdyby Aysu miała pójść na taką kolację, nie pozwoliłbym jej. Nie po tym, jak jakiś mężczyzna próbuje kupić sobie wieczór z kobietą aktówką pełną pieniędzy.
Jego głos stwardniał.
— Co dobrego może wyniknąć z takiego zaproszenia? Niech przeklęte będą jego pieniądze i jego hojność, jeśli od początku stawia cię w sytuacji, w której czujesz wstyd i niepokój.
Hancer patrzyła na niego w milczeniu. Dopiero teraz, słysząc te słowa, poczuła, że jej własny lęk nie był przesadą. Że to nie brak doświadczenia podpowiadał jej ostrożność, lecz instynkt, którego nie powinna lekceważyć.

***
Cihan wyszedł z restauracji, w której Hancer miała spotkać się z tajemniczym darczyńcą. Nocne powietrze było chłodne, a światła parkingu odbijały się na karoseriach zaparkowanych samochodów. Mężczyzna miał na sobie elegancki, beżowy płaszcz, który tylko podkreślał jego surową postawę. Podszedł do auta i podał pieniądze parkingowemu, nie odrywając wzroku od wejścia do lokalu.
Hancer nie przyszła.
Ta myśl przez chwilę zawisła w nim jak niedopowiedziane oskarżenie. Trudno było stwierdzić, czy czuł ulgę, rozczarowanie, czy gniew. Na jego twarzy malowało się jednak napięcie, którego nie potrafił ukryć.
— Pani Hancer nie przyszła — powiedział półgłosem, bardziej do siebie niż do kogokolwiek innego. — To znaczy, że zostało jej jeszcze trochę dumy.
Już miał wsiąść do samochodu, gdy z boku rozległ się spokojny, kpiący głos.
— Długo na mnie czekasz?
Cihan powoli odwrócił głowę.
Kilka kroków dalej stał Melih. W ciemnej kurtce, z twarzą oświetloną zimnym blaskiem latarni, wyglądał spokojnie, niemal zbyt spokojnie. W dłoni trzymał czarną aktówkę. Tę samą, która wcześniej miała skusić Hancer.
Podszedł bliżej i rzucił neseser na maskę samochodu Cihana. Głuchy dźwięk uderzenia przeciął ciszę parkingu.
— Czy to ty jesteś tym anonimowym darczyńcą? — zapytał.
Cihan wyprostował się powoli. Jego spojrzenie stwardniało, ale nie odpowiedział od razu.
Melih uśmiechnął się krótko, bez cienia rozbawienia.
— Oczywiście. Jak mogłem nie zrozumieć tego od razu? To przecież takie typowe dla ciebie. Ukryć się za cudzym głosem, podsunąć pieniądze, zastawić pułapkę i czekać, kto w nią wpadnie. Skłamałbym, gdybym powiedział, że jestem zaskoczony. Chociaż przyznaję, nie spodziewałem się, że okażesz się aż tak lekkomyślny.
Cihan spojrzał na niego chłodno. Na jego twarzy pojawił się cień drwiącego uśmiechu.
— Za to ja jestem zaskoczony — powiedział spokojnie. — Nie sądziłem, że potrafisz zachować się tak męsko.
Melih zmrużył oczy.
— To według ciebie jest męskość? Zaprosić kobietę na kolację za pomocą teczki pełnej pieniędzy?
Cihan zrobił krok w jego stronę. Między nimi zostało już niewiele przestrzeni.
— Interesujące — odparł cicho. — Nie jesteś zazdrosny o to, że twoja żona codziennie pracuje ze swoim byłym mężem. Nie przeszkadza ci, że siedzi ze mną w jednym gabinecie. Ale wystarczyło, że miała pójść na kolację z obcym mężczyzną, a od razu się pojawiłeś.
Na ustach Meliha pojawił się kpiący uśmiech. Cihan zacisnął szczękę.
— Dlaczego się śmiejesz?
— Bo nadal nic nie rozumiesz — odpowiedział Melih spokojnie.
W oczach Cihana błysnął gniew.
— Zabiję cię.
Melih nawet nie drgnął. Spojrzał mu prosto w twarz, a jego głos stał się niski i twardy.
— To ja powinienem zabić ciebie. Ale nie zrobię tego z szacunku do twojego dziecka.
Słowa uderzyły w Cihana mocniej niż pięść. Jego twarz stężała, a spojrzenie pociemniało. Przez chwilę wyglądał tak, jakby za moment naprawdę stracił nad sobą panowanie.
Między nimi leżała czarna aktówka — niemy dowód gry, którą Cihan rozpoczął, przekonany, że zdemaskuje Hancer.
Tymczasem to on sam został przyłapany.


Powyższy tekst stanowi autorskie streszczenie i interpretację wydarzeń z serialu Gelin. Inspiracją do jego stworzenia był film Gelin 142.Bölüm dostępny na oficjalnym kanale serialu w serwisie YouTube. W artykule zamieszczono również zrzuty ekranu pochodzące z tego odcinka, które zostały użyte wyłącznie w celach informacyjnych i ilustracyjnych. Wszystkie prawa do postaci, fabuły i materiału źródłowego należą do ich prawowitych właścicieli.






