Panna młoda odc. 221: Hancer odkrywa, gdzie ukrywa się Beyza!

Hancer stoi przy pomalowanej na zielono furtce i patrzy przed siebie pewnym wzrokiem.

„Panna młoda” Odc. 221 — streszczenie

Sila przyniosła Enginowi napar z melisy, który miał pomóc mu zasnąć. Postawiła filiżankę na stoliku i usiadła obok niego na kanapie. Jej wzrok niemal od razu powędrował ku eleganckiemu pudełku leżącemu obok tacy. Miało granatowy spód, jasne wieczko i było przewiązane szeroką, satynową wstążką w głębokim odcieniu niebieskiego. Sila rozpoznała je natychmiast. To było to samo pudełko, które wcześniej znalazła w szafce nocnej Engina. Nieśmiało zerknęła w jego stronę.

— To dla ciebie — powiedział Engin.

— Dla mnie? — zapytała, udając zaskoczenie.

— Tak. Taki mały prezent. Za tamto niewłaściwe zachowanie sprzed kilku dni. Chciałem cię przeprosić. Nie otworzysz?

Sila uśmiechnęła się lekko i sięgnęła po pudełko. Choć doskonale znała jego zawartość, ostrożnie podniosła pokrywkę, jakby naprawdę widziała prezent po raz pierwszy. W środku leżała delikatna apaszka z miękkiej, połyskującej tkaniny. Miała granatowe tło ozdobione drobnym, barwnym wzorem kwiatów w odcieniach różu, fioletu, pomarańczu i zieleni. Jej brzegi zdobiły jaśniejsze pasy — błękitne i kremowe — które dodawały jej lekkości i elegancji.

— Nie jestem najlepszy w wybieraniu prezentów — przyznał Engin. — Kiedy zobaczyłem tę apaszkę, pomyślałem, że będzie odpowiednia dla kobiety. Zapytałem sekretarkę i jej też się spodobała. Uznałem, że będzie ci pasować.

— Jest piękna — odpowiedziała Sila z wdzięcznością. — Nie wiem, jak spodobałaby się innym kobietom, ale mnie naprawdę się podoba.

Wyjęła apaszkę z pudełka i rozłożyła ją w dłoniach. Engin przysunął się bliżej i pomógł jej zawiązać ją na szyi. Materiał miękko otulił jej kark, a kolorowy wzór ożywił czarno-biały sweter. Przez krótką chwilę między nimi zapadła cisza, pełna niepewnego ciepła.

— Sprawdzę jedzenie — powiedziała nagle Sila i wstała z kanapy.

Odeszła do kuchni. Gdy tylko znalazła się sama, zdjęła apaszkę z szyi i spojrzała na nią z mieszaniną zachwytu i niepokoju.

— Co ty robisz? — skarciła samą siebie półgłosem. — Opamiętaj się.

Miała do wykonania własną misję i nie mogła pozwolić sobie na słabość. Nie mogła zbliżyć się do Engina. Nawet jeśli z każdą chwilą coraz trudniej było jej udawać, że wcale tego nie pragnęła.

***

Beyza leżała wygodnie na turkusowej kanapie, z głową opartą o poduszki, i bez pośpiechu przesuwała palcem po ekranie telefonu. Miała na sobie jasnoniebieski, elegancki kardigan i jasne spodnie, jakby nawet w tym skromnym pokoju chciała wyglądać nienagannie. Leżące na łóżku dziecko zupełnie jej nie interesowało.

Dopiero dzwonek do drzwi wyrwał ją z obojętnego rozleniwienia. Westchnęła z irytacją, podniosła się niechętnie i wzięła owiniętego kocykiem Cihana Gurura na ręce.

— Chodź, mój bólu głowy — mruknęła. — Niech twoja matka później nie narzeka, że się tobą nie opiekuję.

Ruszyła z dzieckiem do drzwi i otworzyła je, spodziewając się Yoncy. Na progu zobaczyła jednak kogoś innego. 

— Tato? — zapytała zaskoczona.

— Mogę wejść?

— Tak, oczywiście.

Po chwili siedzieli już w pokoju. Beyza odłożyła Cihana Gurura z powrotem na łóżko, a sama zajęła miejsce na kanapie naprzeciwko ojca. Nusret wyglądał na zadowolonego z siebie. W ciemnym płaszczu i z pewnym wyrazem twarzy sprawiał wrażenie człowieka, który przyszedł z dobrymi wieściami.

— Mam dla ciebie świetną wiadomość — oznajmił.

Beyza od razu się ożywiła.

— Co się stało? Co zrobił Cihan, gdy zobaczył prawniczkę?

— Powinnaś to widzieć. Szkoda, że tego nie nagrałem. Ta prawniczka jest naprawdę dobra. Osaczyła go. Cihan najpierw próbował ją zaatakować, ale kiedy zrozumiał, że nic nie wskóra, stracił panowanie nad sobą i urządził scenę. A ona odpowiedziała mu tak, że musiał zamilknąć.

Na twarzy Beyzy pojawił się pełen satysfakcji uśmiech.

— Właśnie tak doprowadzimy cię do porządku, panie Cihanie — powiedziała z triumfem. — Obniżę ten twój nos zadarty aż pod niebo.

— Nie spodziewałem się po tobie takiego ruchu — przyznał Nusret. — Tym razem trafiłaś w samo sedno. W najsłabszy punkt Cihana.

— Mówiłam ci, żebyś mi zaufał, tato. To dopiero początek. Pani Mukadder i Cihan padną przede mną na kolana. Zobaczysz.

— Twoja ciotka też do mnie dzwoniła. Odpowiedziałem jej tak, jak trzeba.

— Tym razem wiatr wieje na naszą korzyść — stwierdziła Beyza. — Idziemy naprzód z pełną prędkością.

W tej samej chwili Cihan Gurur zaczął płakać. Nusret odwrócił głowę w stronę łóżka.

— Gdzie jest jego matka?

Beyza wzruszyła ramionami.

— Moja ciocia postanowiła być wielkoduszna. Dzięki jej pieniądzom Yonca otwiera teraz własny salon fryzjerski. Została kobietą biznesu.

W zamku zazgrzytał klucz. Po chwili drzwi się otworzyły i do pokoju weszła Yonca. Miała na sobie długi, beżowy płaszcz, a jej rude włosy opadały prosto na ramiona. Gdy zobaczyła Nusreta, zatrzymała się tuż za progiem. Na jej twarzy pojawiło się napięcie, którego nie zdążyła ukryć.

Przez moment milczała, po czym zwróciła się wyłącznie do Beyzy, całkowicie ignorując obecność jej ojca.

— Pójdę przygotować coś na kolację.

Odwróciła się i ruszyła do kuchni.

Nusret odprowadził ją wzrokiem.

— Co jej się stało? — zapytał z kpiną. — Naprawdę poczuła się ważną bizneswoman.

Beyza spojrzała na niego z niepokojem.

— Zdenerwowała się, gdy cię zobaczyła. Możesz już powoli iść.

— I ty mnie wyrzucasz? — obruszył się Nusret. — Niewiarygodne. Skoro już tu przyjechałem, przynajmniej zjemy razem kolację.

Aby dać jasno do zrozumienia, że nigdzie się nie wybiera, zdjął płaszcz i rozsiadł się wygodniej.

***

Derya coraz trudniej znosiła świadomość, że jej marzenie o własnym salonie fryzjerskim wciąż pozostawało poza zasięgiem. Wiedziała, że w tej sprawie nie mogła liczyć na pomoc Cemila. Znała jednak osobę, którą łatwo mogła poruszyć, zmanipulować i wykorzystać — Hancer.

Sięgnęła po telefon i wybrała jej numer.

— Hancer, potrzebuję cię. Pomóż mi — powiedziała drżącym, przejętym głosem.

— Co się stało? — zapytała Hancer z niepokojem. — Brzmisz źle. Czy coś stało się mojemu bratu?

— Nie, twój brat jest zdrowy jak rydz, dzięki Bogu. Ale to ja cierpię. Nie wiem, co robić.

— Nie rozumiem, o czym mówisz. Masz jakiś problem, bratowo?

— Wyjaśnię ci wszystko. Przyjdź jutro z samego rana.

— Nie, zaraz u ciebie będę. Muszę wiedzieć, co się dzieje.

— Nie przychodź teraz — powstrzymała ją Derya. — Twój brat może wrócić w każdej chwili, a wtedy nie będziemy mogły spokojnie porozmawiać. Przyjdź jutro.

— Powiedz mi chociaż, o co chodzi. Nie zostawiaj mnie w takiej niepewności.

— To bardzo ważna sprawa. Jutro rano Cemil odprowadzi Emira do szkoły. Przyjdź wtedy, porozmawiamy. Muszę kończyć, pa!

Rozłączyła się, celowo zostawiając Hancer w niepokoju.

***

Nazajutrz rano Hancer zjawiła się w domu bratowej. Przyszła pełna obaw, przekonana, że wydarzyło się coś poważnego. Weszła do skromnego pokoju o błękitnych ścianach, z piecykiem stojącym przy ścianie, szarą kanapą pod oknem i prostymi zasłonami w kwiatowy wzór. Derya siedziała na sofie w różowej bluzce, czarnej spódnicy w drobne białe kwiaty i zielonych kapciach. Uśmiechała się z pozorną serdecznością, ale w jej spojrzeniu kryła się kalkulacja.

Hancer usiadła obok niej. Miała na sobie ciemny płaszcz i bordową spódnicę, a na twarzy wyraźne napięcie.

— Chcę otworzyć salon, ale znasz naszą sytuację, Hancer — zaczęła Derya.

— Jaki salon? O czym ty mówisz?

— Salon fryzjerski. Próbowałam namówić Cemila, żebyśmy wzięli kredyt, ale on się nie zgadza. Tylko ty możesz mi pomóc. Jesteś przecież prezeską fundacji. Pomagasz obcym ludziom, więc pomyślałam, że równie dobrze możesz pomóc własnej bratowej.

Hancer spojrzała na nią z niedowierzaniem.

— I to jest ten twój wielki problem? Całą noc nie mogłam spać, odchodziłam od zmysłów ze strachu.

— No tak, bo ty żyjesz wygodnie — odparła Derya z wyrzutem. — Masz dom, udziały i męża, który dobrze zarabia. Pomóż mi trochę, żebym i ja mogła stanąć na nogi.

— Dobrze, bratowo, ale…

— Nie mów „dobrze” takim tonem — przerwała jej Derya. — Ja też chcę stanąć na własnych nogach i zacząć zarabiać. Twój brat jeden dzień pracuje, a potem przez dziesięć dni leży chory w łóżku. Podobno twoja fundacja pomaga kobietom w potrzebie. Pomóż mi, żebym i ja mogła poczuć się szczęśliwa. Proszę cię, Hancer. Raz na sto lat proszę cię o coś dla siebie. Chyba możesz coś dla mnie zrobić. Jesteś przecież prezeską.

— Bratowo, to tak nie działa…

— Hancer, odkąd odeszłaś z tego domu, nie ma z ciebie żadnej korzyści. Przynajmniej w tej jednej sprawie mnie nie odrzucaj.

Hancer zacisnęła dłonie na kolanach. Próbowała zachować spokój, choć słowa Deryi wyraźnie ją zabolały.

— Myślisz, że nie zrobiłabym tego, gdybym mogła? Ale odpowiadam przed innymi ludźmi. Jeśli pomogę komuś z własnej rodziny, może to zostać źle zrozumiane.

— A czy krewny nie może być osobą potrzebującą?

— Bratowo, proszę cię… Mam tysiąc innych problemów. Beyza wyprowadziła się i zabrała dziecko. Chce rozwieść się z Cihanem. Jakby tego było mało, Cihan obwinia mnie o wszystko.

Twarz Deryi stężała. W jednej chwili zniknęła z niej udawana łagodność.

— Mam już tego dość! — wybuchła. — Nie zadzwoniłam do ciebie po to, żeby słuchać twoich żalów. Myślałam, że mi pomożesz, ale ty najwyraźniej pomagasz tylko obcym ludziom!

Hancer spuściła wzrok. Była zmęczona, przybita i przytłoczona, ale nie chciała całkowicie odmawiać.

— Dobrze, bratowo. Porozmawiam z Enginem. Niech on oceni tę sytuację od strony prawnej.

Derya natychmiast się uspokoiła. Na jej ustach pojawił się cień zwycięskiego uśmiechu.

— Czekam na dobre wieści — zaznaczyła, zanim Hancer opuściła dom.

***

Idąc przez dzielnicę, Hancer nagle zwolniła kroku. Po drugiej stronie ulicy dostrzegła Yoncę stojącą przed salonem fryzjerskim. Nad wejściem wisiał szyld „Gurur Bayan Kuaförü”, a przy witrynie ustawiono białe ławki i stolik. Między donicami z roślinami krzątała się pracownica w beżowym fartuchu, przecierając szklaną powierzchnię niebieską ściereczką, podczas gdy Yonca instruowała ją z miną osoby, która od dawna zarządzała tym miejscem.

Hancer zatrzymała się z niedowierzaniem.

— Czy to jej salon? — zapytała samą siebie. — Skąd wzięła na niego pieniądze?

Yonca zauważyła ją, uśmiechnęła się szeroko i pomachała ręką. Po chwili podeszła bliżej.

— To twój salon? — zapytała Hancer, nie kryjąc zdziwienia.

— Tak, mój — odparła Yonca z dumą. — A ty co tu robisz?

— Byłam u mojego brata. Mieszka niedaleko. Właśnie od niego wracam.

— Rozumiem. Wejdź do środka, proszę. Skoro już się spotkałyśmy, porozmawiajmy chwilę.

Weszły do salonu. W środku panował zapach kosmetyków i świeżo przetartej podłogi. Przy ścianie stała kanapa, obok niej niski stolik, a dalej stanowiska fryzjerskie, lustra i półki z produktami. Yonca wskazała Hancer miejsce, po czym usiadła naprzeciwko niej.

— Hancer, nie miałyśmy okazji porozmawiać po tamtym incydencie — zaczęła ostrożnie. — Uwierz mi, całkowicie straciłam nad sobą kontrolę. Nawet nie pamiętam, jak tam trafiłam. Przeze mnie wybuchł chaos. Postawiłam cię w bardzo niezręcznej sytuacji. Proszę, wybacz mi.

Hancer przyjrzała jej się uważnie.

— Szybko się otrząsnęłaś — zauważyła.

Yonca spuściła wzrok, jakby zawstydzona, choć w jej głosie pobrzmiewała przygotowana wcześniej odpowiedź.

— To dzięki pani Mukadder. Zrobiło jej się mnie żal. Skoro jej wnuk wrócił do domu cały i zdrowy, dała mi trochę pieniędzy z wdzięczności. Pomogła mi się pozbierać i jak najszybciej stanąć na nogi.

— Czyli pani Mukadder ci pomogła — powtórzyła Hancer. — W takim razie zapewne wiesz, co się wydarzyło.

Yonca uniosła brwi.

— Nie. Co się stało?

— Beyza zabrała dziecko i opuściła dom.

Twarz Yoncy na moment stężała, ale szybko odzyskała panowanie nad sobą.

— Nie wiedziałam.

— Nie jesteś blisko związana z panią Mukadder? Myślałam, że ci powiedziała.

— Nic mi nie mówiła. Poza tym na pewno nie będzie opowiadać mi o wszystkim, co dzieje się w rezydencji.

W tej chwili do salonu zajrzał łysiejący mężczyzna w średnim wieku.

— Pani Yonco, materiały przyszły — oznajmił.

Yonca natychmiast wstała.

— Przepraszam cię na chwilę — zwróciła się do Hancer i wyszła przed lokal.

Hancer została sama. Jej spojrzenie przesunęło się po wnętrzu salonu, aż w końcu zatrzymało się na telefonie leżącym na stoliku. Po chwili ekran się rozświetlił. Urządzenie zaczęło dzwonić, a na wyświetlaczu pojawiło się imię Beyzy.

Hancer zamarła. Widok tego połączenia natychmiast wzbudził jej podejrzenia. Gdy jednak Yonca wróciła do środka, Hancer nie zdradziła po sobie ani cienia zaskoczenia. Zachowała spokojną twarz, choć w jej głowie zaczęły układać się kolejne pytania.

***

Cihan siedział na brzegu łóżka w dziecięcym pokoju. Wpatrywał się w puste, białe łóżeczko z delikatnym baldachimem, jakby sama obecność tych rzeczy mogła przywołać syna z powrotem. W dłoni ściskał telefon. Jego twarz była napięta, a spojrzenie twarde, choć pod gniewem krył się strach, którego nie potrafił już ukryć.

Wtedy nadeszła wiadomość od Beyzy:

„Nie jestem tak bezduszna, jak myślisz. Spotkajmy się w parku obok wybrzeża”.

Nie zwlekał ani chwili. Wsiadł do samochodu i pojechał pod wskazany adres. Lokalizacja, którą przesłała mu żona, zaprowadziła go w okolice placu targowego, tuż obok parku. Ulica była niemal pusta. Cihan rozejrzał się nerwowo, zaciskając palce na telefonie. Nigdzie nie widział ani Beyzy, ani dziecka.

Nagle jego wzrok padł na wózek dziecięcy, który samotnie zjeżdżał ze stromej uliczki wprost w stronę skrzyżowania.

Serce podeszło mu do gardła.

— Synu! — krzyknął i rzucił się biegiem przed siebie. — Synu!

Był jednak zbyt daleko. Wózek nabierał prędkości, a z poprzecznej drogi wyjechał biały van. Chwilę później pojazd uderzył w wózek, przewracając go na bok.

Cihan biegł, jakby walczył o każdy oddech. Kierowca wysiadł z auta blady jak ściana i razem z nim dopadł do przewróconego wózka. Obaj zajrzeli do środka.

Wózek był pusty.

Leżał w nim tylko błękitny kocyk.

Ulga uderzyła w Cihana z taką siłą, że na moment zabrakło mu tchu. Podniósł kocyk drżącymi dłońmi i przycisnął go do siebie, ale zaraz potem w jego oczach pojawiła się furia. Zrozumiał, że cała scena została starannie zaplanowana.

Kilkanaście metrów dalej, ukryta za rogiem pobliskiego budynku, Beyza obserwowała wszystko z chłodnym zadowoleniem. Trzymała Cihana Gurura na rękach i uśmiechała się lekko.

— Twój tata bardzo cię kocha — szepnęła do dziecka. — Widziałeś, jak się przestraszył? Biedaczysko… Ale ta miłość sprawi mu ból. Straszny ból. Na razie tylko trochę go zdezorientowaliśmy.

Cihan podniósł głowę i rozejrzał się gwałtownie.

— Beyza! — krzyknął. — Beyza!

Rzucił się w stronę bocznych uliczek, zaglądał za budynki, biegł między zaparkowanymi samochodami, ale nigdzie jej nie było. Beyza zdążyła się ukryć, a potem spokojnie wsiadła z dzieckiem do taksówki.

Usiadła na tylnej kanapie, poprawiła kocyk wokół chłopca i spojrzała na telefon, który właśnie zaczął dzwonić.

— Twój tata prawie nas złapał — powiedziała z rozbawieniem. — Oto i on. Co zrobimy? Odbierzemy czy jeszcze trochę go potorturujemy? Kto wie, co przeszło mu przez głowę…

Przez chwilę patrzyła na ekran, po czym odebrała połączenie.

— Co ty próbujesz zrobić?! — warknął Cihan.

— Nic — odparła spokojnie. — Czy to nie ty mówiłeś, że tęsknisz za synem? Wysłałam ci więc jego wózek i kocyk.

— Jesteś chora, rozumiesz? Chora! Zabiorę mojego syna. Uratuję go z twoich rąk!

Beyza zaśmiała się cicho.

— Nic nie możesz zrobić. Możesz tylko poczuć jego zapach na kocyku. Jeśli będziesz go dobrze przechowywał, może utrzyma się trochę dłużej. To maksimum, na jakie cię teraz stać.

Rozłączyła się, zostawiając Cihana na środku ulicy z kocykiem w dłoniach i gniewem, który coraz mocniej wypierał strach.

***

Hancer ukryła się przed domem Yoncy. Przycupnęła za zieloną metalową furtką, tuż przy zarośniętym zboczu prowadzącym do starego domu. Osłaniały ją suche gałęzie, splątane krzewy i dzikie pnącza porastające niski mur. Nad nią wznosiły się nierówne, omszałe schodki i zaniedbany ogród, a dalej stara zabudowa z białym płotkiem i nagimi drzewami. To odludne, nieco ponure miejsce dawało jej dobrą kryjówkę. Mogła widzieć drogę, sama pozostając niemal niewidoczna.

Czekała cierpliwie, nie spuszczając wzroku z podjazdu. Wreszcie dostrzegła osobę, na którą wypatrywała. Beyza szła w stronę domu, niosąc na rękach Cihana Gurura owiniętego jasnym, puszystym kocykiem. Rozejrzała się krótko, podeszła do drzwi, otworzyła je własnym kluczem i weszła do środka.

Hancer ostrożnie wychyliła się zza zarośli. Na jej twarzy pojawił się cień satysfakcji.

— Tak jak przypuszczałam — szepnęła do siebie. — Znalazłam was.

Poprawiła torebkę na ramieniu, wyprostowała się i ruszyła drogą zdecydowanym krokiem.

Powyższy tekst stanowi autorskie streszczenie i interpretację wydarzeń z serialu Gelin. Inspiracją do jego stworzenia był film Gelin 164.Bölüm dostępny na oficjalnym kanale serialu w serwisie YouTube. W artykule zamieszczono również zrzuty ekranu pochodzące z tego odcinka, które zostały użyte wyłącznie w celach informacyjnych i ilustracyjnych. Wszystkie prawa do postaci, fabuły i materiału źródłowego należą do ich prawowitych właścicieli.

Podobne wpisy