Panna młoda odc. 110: Cihan już wie! To Beyza doprowadziła do strzału!

Cihan patrzy gniewnie.

„Panna młoda” Odc. 110 – streszczenie

Derya zatrzymała się przed zamkniętymi drzwiami pokoju dziennego. Przez chwilę nasłuchiwała, jakby miała nadzieję, że usłyszy choć najcichszy dźwięk z wnętrza.

Zapukała ostrożnie.

— Hancer? — zawołała, starając się, by jej głos zabrzmiał spokojnie. — Hancer… odezwij się. Martwię się o ciebie.

Cisza.

Nie odpowiedziało jej nic — ani krok, ani szept, ani szelest.

Derya zacisnęła usta i nacisnęła klamkę.

Drzwi ustąpiły.

W środku panował półmrok. Zasłony były częściowo zaciągnięte, a powietrze ciężkie, jakby zatrzymało w sobie wszystkie niewypowiedziane słowa.

Na kanapie, skulona, spała Hancer.

Wyglądała na wyczerpaną — jakby zasnęła nie z potrzeby snu, lecz z braku sił, by dalej czuć.

Derya podeszła wolno i usiadła obok niej. Przez chwilę tylko patrzyła, a potem ostrożnie, niemal nieśmiało, odgarnęła kosmyk włosów z jej twarzy.

Ten delikatny gest wystarczył.

Hancer poruszyła się niespokojnie, otworzyła oczy i gwałtownie uniosła się do pozycji siedzącej.

Ich spojrzenia się spotkały.

— Hancer… — zaczęła Derya cicho. — Nie rób tego. Wiem, że jesteś na mnie zła. Ty i twój brat… macie do tego prawo. Ale każdy zrobiłby to samo na moim miejscu.

Jej głos drżał.

— Twój brat był ciężko chory. A ty… podpisałaś już umowę.

Hancer spojrzała na nią długo, bez słowa.

A potem jej wzrok opadł na dłonie Deryi.

— Masz na ręce bransoletki pani Mukadder… — powiedziała cicho, z bólem. — Wzięłaś je.

Derya odruchowo poruszyła nadgarstkiem, jakby nagle poczuła ciężar biżuterii.

— Przyznaję… to był błąd — wyszeptała. — I zapłaciłam za niego. Twój brat… chce mnie wyrzucić z domu. Dopóki się nie wyprowadzę, będzie spał w sklepie.

Z trudem przełknęła ślinę.

— Jeśli zobaczy cię w takim stanie… pozbędzie się mnie jeszcze dziś.

Zbliżyła się trochę, jakby szukała zrozumienia.

— Hancer, wiesz przecież, że mój ojciec ma siedmioro dzieci. Dokąd pójdę z Emirem?

Hancer odwróciła wzrok.

— Gdybyś powiedziała mi prawdę… — zaczęła cicho — wszystko wyglądałoby inaczej. Nie doszłoby do tego ślubu. Zrezygnowałabym.

Derya pokręciła głową.

— Naprawdę w to wierzysz? — zapytała gorzko. — Podpisałaś umowę. Wzięłaś pieniądze. I tak musiałabyś wyjść za mąż.

Pochyliła się lekko.

— Czy byłoby lepiej, gdybyś wiedziała… i mimo to poszła do ołtarza?

Hancer milczała przez chwilę.

— Znalazłabym wyjście — odpowiedziała w końcu. — Poradziłabym sobie z długami. Z umową.

Jej głos załamał się.

— Ale teraz… nie potrafię sobie poradzić.

Podniosła na nią oczy.

— Bo się zakochałam.

Słowa zawisły w powietrzu, ciężkie i nieodwracalne.

— Gdybym wiedziała wcześniej… znienawidziłabym go. Nie spojrzałabym mu w twarz. Ale teraz…

Łzy zaszkliły jej oczy.

— Teraz go kocham. I to bardzo. Nie potrafię go znienawidzić.

Jej spojrzenie stwardniało.

— To wszystko przez ciebie, bratowo. To ty wepchnęłaś mnie w ten ogień.

Derya otworzyła usta.

— Skoro go kochasz, to może…

— Nie chcę tego słuchać! — przerwała jej ostro Hancer.

Wstała gwałtownie.

— Wyjdź. Nie chcę z tobą rozmawiać.

Chwyciła Deryę za ramię i poprowadziła ją do drzwi. Nie było w tym brutalności — była determinacja.

Otworzyła drzwi, wyprowadziła ją na korytarz i zamknęła je tuż przed jej twarzą.

Z trzaskiem.

***

Pielęgniarka pojawiła się na końcu korytarza i ruszyła w stronę oczekujących. Jej kroki odbijały się echem od jasnych ścian, potęgując napięcie, które od dłuższego czasu wisiało w powietrzu.

Mukadder poderwała się pierwsza. Tuż za nią wstali Nusret, Sinem i Beyza.

— Pacjent prosi o swoją obrączkę — oznajmiła pielęgniarka, zwracając się bezpośrednio do Mukadder. — Przed operacją przekazałam ją pani.

Na twarzy kobiety przemknął cień niepokoju. Przez krótką chwilę milczała, jakby szukała odpowiednich słów.

— Cóż… — zaczęła niepewnie. — Zapewne myśli, że ją zgubił. Proszę mu powiedzieć, że obrączka jest u jego matki.

— Pacjent chce ją po prostu założyć — odparła spokojnie pielęgniarka.

W tej samej chwili Beyza przewróciła oczami, nie kryjąc irytacji. Sinem natomiast uniosła kąciki ust w ledwie dostrzegalnym uśmiechu — cichym, ale znaczącym.

I wtedy spojrzała na Beyzę.

To nie było zwykłe spojrzenie.

Było chłodne, przenikliwe — jak ostrze, które nie rani od razu, lecz daje wyraźnie do zrozumienia, że cios nadejdzie. W jej oczach nie było gniewu ani krzyku. Była za to pewność. Spokojna, niemal lodowata determinacja.

Jakby mówiła bez słów: to jeszcze nie koniec.

Beyza na ułamek sekundy zesztywniała.

— Dobrze, porozmawiam z nim — powiedziała Mukadder, przerywając tę niemą konfrontację, i ruszyła w stronę sali.

***


Drzwi zamknęły się cicho za jej plecami.

Cihan leżał nieruchomo, ale jego spojrzenie było już przytomne — ostre, świadome. Mukadder podeszła bliżej i usiadła na taborecie.

— Co się stało, synu? — zapytała łagodniej, niż czuła. — Czy jest jakiś problem?

Cihan przeniósł na nią wzrok.

— Czy pielęgniarka nie powiedziała ci, czego chcę?

— Powiedziała… — odparła, splatając dłonie. — Że szukasz swoich rzeczy.

— Nie rzeczy. — Jego głos stwardniał. — Obrączki. Gdzie ona jest?

Mukadder zawahała się.

— Synu… nie wiedziałam, co robię, kiedy byłeś w takim stanie. Byłam przerażona. Nie pamiętam nawet, jakie rzeczy mi przekazali…

Cihan zmrużył oczy.

Nie uwierzył ani w jedno słowo.

— Mamo — powiedział wolno, z naciskiem. — Powiedziałem, że chcę moją obrączkę.

Zamiast odpowiedzieć wprost, Mukadder odwróciła temat, jakby próbowała odzyskać kontrolę.

— Posłuchaj… dobrze zrobiłeś. Dobrze, że przegnałeś tę dziewczynę. Nie było właściwe, żeby tu została. Zwłaszcza teraz, kiedy twój syn jest w drodze. Beyza bardzo to przeżywa, ale z czasem wszystko się ułoży. Wyzdrowiejesz, wrócisz do życia… A tamta dziewczyna? Wróciła do domu brata. Pomożemy im finansowo. Jest młoda, znajdzie sobie kogoś odpowiedniego…

— Mamo.

Jedno słowo wystarczyło.

Spojrzał na nią tak ostro, że zamilkła natychmiast.

— Nie waż się mówić dalej. Jeśli myślisz, że ożenię się z Beyzą, bo Hancer odeszła… zapomnij o tym.

Jego głos był niski, ale nie znosił sprzeciwu.

— Otworzyłem oczy — dodał ciszej — ale wciąż jestem martwy.

Zapadła cisza.

— Gdzie jest moja obrączka? — powtórzył. — Daj mi ją.

Mukadder westchnęła ciężko, jakby w jednej chwili opadła z sił.

— Rozumiem… że nie chcesz Beyzy. Ale powiedz mi… co dla ciebie znaczy noszenie obrączki, skoro się rozstaliście?

Cihan nie odwrócił wzroku.

— Zostawiłem Hancer, bo musiałem. Ale jej nie porzuciłem.

Te słowa zabrzmiały jak przysięga.

— Daj mi obrączkę, mamo.

Tym razem nie zaprotestowała.

Drżącą dłonią sięgnęła do torebki i wyjęła cienką, złotą obrączkę. Przez chwilę trzymała ją w palcach, jakby ważyła coś więcej niż tylko metal.

Potem podała ją synowi.

Cihan bez wahania wsunął ją na palec.

Gest był powolny, ale zdecydowany. Ostateczny.

Mukadder odwróciła wzrok.

Nie była w stanie na to patrzeć.

***

Minął tydzień.

Sala szpitalna nie przypominała już miejsca walki o życie. Cisza była spokojniejsza, światło łagodniejsze, a dźwięk aparatury — mniej natarczywy. Cihan leżał oparty o poduszki, przykryty granatowym kocem. Jego ciało odzyskiwało siły z dnia na dzień, ale twarz… wciąż nosiła ślad tego, co się wydarzyło. Przygaszone spojrzenie, napięta linia ust — jakby coś w nim nie chciało się zagoić.

Drzwi otworzyły się cicho.

Do środka weszli Engin i Yasemin.

Engin podszedł pierwszy, pewnym krokiem, choć jego spojrzenie uważnie badało stan przyjaciela. Oparł dłoń o poręcz łóżka i przyjrzał mu się z lekkim uśmiechem.

— Dobrze dziś wyglądasz — powiedział, jakby chciał zaczepić coś lżejszego w tej ciężkiej ciszy.

Yasemin nie usiadła od razu. Najpierw spojrzała na Cihana dłużej — uważnie, z troską, która szybko ustąpiła miejsca niepokojowi. Dopiero po chwili zajęła miejsce na sofie, splatając dłonie na kolanach.

— Nie chciałam o to pytać… — zaczęła cicho, ale w jej głosie było napięcie. — Ale gdzie jest Hancer? Nie widziałam jej ani razu.

Cihan nie odpowiedział od razu.

Jego wzrok powędrował gdzieś w bok, jakby szukał tam słów, których nie chciał wypowiedzieć.

— Odeszła… — powiedział w końcu, ledwie słyszalnie.

W pomieszczeniu zapadła cisza.

Yasemin zmarszczyła brwi.

— Musi czuć się winna — powiedziała szybko, jakby próbowała wypełnić tę pustkę logicznym wytłumaczeniem. — Ma wyrzuty sumienia, że cię zraniła. Przecież Hancer… ona taka jest. Wrażliwa. Sumienna. Dlatego odeszła. — Spojrzała na niego uważniej. — Nie powinieneś jej na to pozwolić. Powinieneś ją zatrzymać.

Na te słowa Engin westchnął cicho i oparł się o oparcie sofy.

— Daleko mu było do zatrzymywania kogokolwiek — rzucił chłodno. — Przegnał ją.

Yasemin spojrzała na niego gwałtownie.

— Jak to… przegnał?

Cihan zamknął na moment oczy, jakby te słowa go zmęczyły.

— Wszyscy widzieliśmy, co się stało — zaczął po chwili, spokojniej, ale z wyraźnym ciężarem w głosie — kiedy próbowałem zatrzymać ją siłą…

Urwał. Przełknął ślinę.

— Nie boję się śmierci — dodał ciszej. — Ale prawie uczyniłem morderczynię z kobiety, która mnie kochała.

Słowa zawisły w powietrzu.

Sala szpitalna. Engin stoi przy łóżku Cihana, a Yasemin siedzi na sofie.

***

Drzwi do sali otworzyły się bezszelestnie.

Beyza weszła do środka lekkim krokiem, jakby chciała rozproszyć ciężką atmosferę, która od kilku chwil wisiała w powietrzu. Na jej twarzy pojawił się starannie dobrany uśmiech — uprzejmy, ale nieco zbyt kontrolowany.

— Cihan wygląda lepiej, prawda? — zwróciła się do obecnych, przesuwając spojrzeniem po Enginie i Yasemin. — Lekarz powiedział, że jutro albo pojutrze będzie mógł wrócić do domu.

Jej głos był spokojny, niemal ciepły, ale w tej uprzejmości pobrzmiewała nuta napięcia.

Engin odchylił się lekko na kanapie i spojrzał na Cihana z cieniem ulgi.

— No to w końcu wyjdziesz z tego miejsca — powiedział. — Wrócisz do firmy i zdejmiesz ze mnie ten ciężar. Wszystko ostatnio spadło na moje barki.

Cihan tylko uniósł lekko brwi, ale nie skomentował.

— W domu zapewnimy mu najlepszą opiekę — wtrąciła Beyza szybko, jakby chciała przejąć kontrolę nad rozmową. — Jestem pewna, że szybko stanie na nogi i wróci do pracy.

Yasemin milczała przez chwilę.

Jej wzrok przesunął się powoli w dół — na brzuch Beyzy. Przyglądała mu się uważnie, zbyt uważnie, by można to było uznać za zwykłą ciekawość. W końcu wstała z miejsca i podeszła bliżej.

— Widzę, że twój brzuch już się zaokrąglił — zauważyła spokojnie, ale jej oczy pozostały czujne. — Mówiłaś, że w którym miesiącu ciąży jesteś?

Beyza na moment zamarła.

— W trzecim… chyba — odpowiedziała po chwili, z lekkim zawahaniem. — Ostatnio… wszystko mi się pomieszało. Straciłam poczucie czasu.

Yasemin nie odrywała od niej spojrzenia.

— Chodzisz regularnie na badania, prawda? — dopytała. — Kto prowadzi twoją ciążę? Może znam tego lekarza.

Pytanie zawisło w powietrzu jak pułapka.

Beyza odwróciła wzrok, jakby nagle coś na ścianie przyciągnęło jej uwagę.

— Ja… mam problem z zapamiętywaniem nazwisk — wymamrotała. — Wyleciało mi z głowy.

Na ułamek sekundy zapadła cisza.

Yasemin zrobiła jeszcze krok bliżej.

— Jeśli chcesz, mogę poprowadzić twoją ciążę — powiedziała łagodnie, ale w jej tonie pobrzmiewała stanowczość. — Będziesz miała pewność, że wszystko jest pod kontrolą.

Beyza uśmiechnęła się nerwowo. Ten uśmiech nie sięgał już oczu.

— Nie, dziękuję — odpowiedziała szybko. — Jestem zadowolona z obecnego lekarza. Ale… jeśli coś się zmieni, na pewno się do ciebie zgłoszę.

Rozejrzała się niespokojnie po pomieszczeniu, jakby szukała punktu zaczepienia, pretekstu, czegokolwiek, co pozwoliłoby jej uniknąć dalszych pytań.

Yasemin skinęła głową.

— Jak uważasz.

Brzmiało to neutralnie.

Ale jej spojrzenie już takie nie było.

W jej oczach pojawił się cień podejrzenia — cichy, ale wyraźny. Jakby właśnie zobaczyła coś, co nie pasowało do reszty układanki… i nie zamierzała tego zignorować.

***

Cemil siedział na kanapie, pochylony lekko do przodu, z dłońmi splecionymi nerwowo między kolanami. Jego głos był spokojny, ale w tym pozornym opanowaniu pobrzmiewała ostateczność.

— Pojawił się kupiec na sklep — powiedział, nie patrząc na Hancer. — Daje mniej, niż bym chciał… ale to nie ma już znaczenia. Sprzedam go. Jak tylko dopniemy szczegóły… wyjedziemy stąd.

Hancer zesztywniała. Jej spojrzenie zatrzymało się na twarzy brata, jakby próbowała upewnić się, że dobrze go usłyszała.

— Wyjedziemy? — powtórzyła cicho. — Co masz na myśli, bracie?

Cemil w końcu podniósł wzrok. W jego oczach nie było wahania.

— Nic nas tu już nie trzyma — odpowiedział stanowczo. — To miejsce przyniosło nam tylko ból. Zaczniemy od nowa. Gdzieś daleko. Bez nich wszystkich.

Na korytarzu Derya zamarła.

Stała przy ścianie, ukryta za framugą, jakby bała się, że nawet jej oddech zdradzi jej obecność. Gdy usłyszała te słowa, gwałtownie zasłoniła usta dłonią. Oczy rozszerzyły się w niemym przerażeniu.

— A bratowa? Emir? — zapytała Hancer, a w jej głosie pojawił się niepokój. — Tak po prostu ich zostawisz?

Cemil zamknął na chwilę oczy.

— Emir to co innego — powiedział ciszej. — Kocham go jak własnego syna. Będzie mi go brakować każdego dnia… ale nie mogę już żyć z Deryą. To małżeństwo od dawna nie istnieje.

Te słowa uderzyły Deryę jak policzek.

Oparła się o ścianę, jakby nagle zabrakło jej sił. Jej palce zacisnęły się na materiale sukienki, a oddech stał się płytki i urywany.

— Nie mów tak… — głos Hancer zadrżał. — Proszę cię, bracie. Martwię się o ciebie. Śpisz w sklepie, uciekasz od domu… ale to nie jest rozwiązanie. Chcesz zniszczyć swoją rodzinę przeze mnie? Nie podejmuj takiej decyzji…

Cemil pokręcił głową, powoli, jak ktoś, kto już dawno wszystko w sobie zamknął.

— To nie jest decyzja z wczoraj — odparł spokojnie. — Podjąłem ją dawno temu. To rozstanie… będzie lepsze dla nas obojga. Czasem jedynym wyjściem jest odejść. Na zawsze.

Na korytarzu Derya osunęła się niemal bezgłośnie na ścianę.

Jej dłoń powędrowała do szyi, jakby próbowała złapać oddech, który gdzieś się zagubił. W oczach pojawiły się łzy — najpierw nieśmiało, potem coraz szybciej, aż zamgliły jej spojrzenie.

— On… naprawdę podjął decyzję… — wyszeptała do siebie, z trudem wydobywając głos. — Zabierze ją… i odejdzie…

Jej głos się załamał.

— Jeśli ich nie pogodzę… jeśli nie sprowadzę Hancer z powrotem do Cihana… co się ze mną stanie? — dodała drżąco. — Zostanę sama… zupełnie sama…

Łza spłynęła po jej policzku.

A w salonie rozmowa toczyła się dalej — jakby nikt nie słyszał, że tuż obok czyjś świat właśnie się rozpada.

***

Następnego dnia poranek był jasny i spokojny, jakby świat — choć na chwilę — zapomniał o wszystkich napięciach ostatnich dni.

Sinem wyszła z rezydencji i zatrzymała się na dziedzińcu, poprawiając pasek torebki na ramieniu. Czekała na taksówkę, która miała zabrać ją do szpitala. Przez moment stała w ciszy, wpatrzona gdzieś przed siebie, pogrążona w myślach.

— Dzień dobry, pani Sinem.

Odwróciła się. Melih zbliżał się do niej spokojnym krokiem.

— Dzień dobry — odpowiedziała łagodnie, obdarzając go ciepłym, szczerym uśmiechem.

Sięgnęła do torebki i wyjęła zwinięty arkusz papieru, starannie przewiązany czerwoną wstążką. Przez chwilę obracała go w palcach, jakby chciała jeszcze raz upewnić się, że robi dobrze.

— To dla ciebie — powiedziała, wyciągając rękę.

Melih spojrzał na nią z lekkim zaskoczeniem.

— Dla mnie? Co to takiego?

— Rozwiń — odparła miękko.

Mężczyzna rozwiązał wstążkę i ostrożnie rozłożył kartkę.

Na papierze, lekko pogniecionym i pokolorowanym dziecięcą ręką, widniał rysunek Mine. Kolory były intensywne, choć nierówne, linie niepewne, ale pełne życia. Na środku kartki znajdował się czerwony samochód — duży, niemal większy niż wszystko wokół, z dwoma grubymi kołami i prostokątnymi oknami. Za kierownicą siedziała postać narysowana kilkoma pewnymi kreskami — z szerokim uśmiechem i uniesioną ręką, jakby machała na pożegnanie.

Obok auta stały jeszcze dwie sylwetki — jedna wyższa, druga mniejsza. Ich ręce były splecione, a nad nimi unosiło się wielkie, żółte słońce z długimi, promienistymi liniami, rozciągającymi się na pół kartki. W rogu ktoś — zapewne sama Mine — dorysował coś, co przypominało dom i kawałek zielonej trawy, choć wszystko było bardziej symbolem niż dokładnym obrazem.

To nie był tylko rysunek.

To było wspomnienie.

— Mine narysowała to dla ciebie — odezwała się Sinem ciszej. — Wkrótce wyjedziesz… Chciała, żebyś miał coś od niej. Na pamiątkę. Bardzo cię lubi.

Melih uśmiechnął się, a jego spojrzenie złagodniało.

Delikatnie przesunął palcem po papierze, zatrzymując się na postaci przy samochodzie.

— To pewnie ja — powiedział z lekkim rozbawieniem, ale i wzruszeniem. — Widzisz? Nawet macham na pożegnanie.

Podniósł wzrok na Sinem.

— Naprawdę… bardzo mi się podoba. Dziękuję.

Sinem skinęła głową.

— Wszyscy tutaj… jesteśmy jak rodzina — dodała. — Fadime, Aysu, Gülsüm… i ty też. Mam nadzieję, że nie zrozumiałeś mnie źle…

Melih spuścił wzrok na rysunek.

— Byłem trochę zraniony — przyznał szczerze. — Ale teraz… to już nie ma znaczenia.

W tym momencie na dziedziniec wjechała taksówka, przerywając ich rozmowę.

Sinem odetchnęła cicho, jakby wracała do rzeczywistości. Uśmiechnęła się jeszcze raz — tym razem trochę smutniej.

— Do zobaczenia, Melihu.

— Do zobaczenia.

Wsiadła do samochodu. Drzwi zamknęły się miękko, a po chwili pojazd ruszył i powoli zniknął za bramą rezydencji.

Melih stał jeszcze przez chwilę w miejscu.

Potem spojrzał ponownie na rysunek.

Na czerwony samochód. Na słońce. Na małe postacie stojące obok siebie.

I uśmiechnął się — całkowicie szczerze.

***

Ertugrul usiadł na kanapie naprzeciwko Hancer. Przez chwilę tylko jej się przyglądał — spokojnie, uważnie, z troską, której nie potrafił ukryć.

— Powiedz mi — odezwał się w końcu łagodnie. — Dlaczego jesteś taka?

Hancer uniosła na niego zmęczone spojrzenie.

— Jaka?

— Jak cień samej siebie — odpowiedział cicho. — Załamana. Jakby życie z ciebie uleciało.

Na jej twarzy pojawił się cień gorzkiego uśmiechu.

— Nie muszę nic mówić… — szepnęła. — Wiesz wszystko.

Ertugrul pokręcił głową.

— Wiem, ale chcę to usłyszeć od ciebie. — Nachylił się lekko. — Czy jesteś smutna z powodu Cihana?

Na dźwięk jego imienia coś w niej drgnęło.

— Jak mogłabym nie być? — odpowiedziała, a jej głos zadrżał. — Prawie go zabiłam… A on nadal ponosi tego konsekwencje.

— Nie mów tak — przerwał jej spokojnie. — Byłem u niego. Dochodzi do siebie. Wkrótce stanie na nogi, zobaczysz.

Hancer skinęła głową, ale w jej oczach nie pojawiła się ulga.

— Wyzdrowieje… dzięki Bogu — wyszeptała. — Ale to niczego nie zmienia…

Łza zatrzymała się na jej rzęsach, zanim powoli spłynęła po policzku. Starła ją szybko, jakby nie chciała, by ktokolwiek ją zobaczył.

— A może… — podjął ostrożnie Ertugrul — to nie tylko o jego zdrowie chodzi? Może boli cię to, że się rozstaliście?

Hancer zacisnęła dłonie na kolanach.

— Najbardziej boli mnie to, że mi nie wybaczył — powiedziała w końcu. — Zrzucił na mnie całą winę. Jakby wszystko, co się wydarzyło… było tylko moją odpowiedzialnością. — Urwała na moment. — Nawet jeśli się rozstaniemy… nie chcę, żeby nosił w sobie ten ból. A jednak… to właśnie zostawił mi jako karę.

Ertugrul zmarszczył lekko brwi.

— Karę? — powtórzył. — A jaka jest jego kara?

Hancer zaśmiała się krótko, bez radości.

— Ma żyć beze mnie.

Zapadła cisza.

Ertugrul oparł się o oparcie kanapy i spojrzał na nią głęboko, jakby próbował przebić się przez mur, który sama wokół siebie zbudowała.

— Oboje zostaliście skazani — powiedział powoli. — I to na dożywocie. Rozstanie to tylko pozór, córko. Prawda jest taka, że jesteście skazani… na siebie.

Hancer odwróciła wzrok.

W tym momencie do przedpokoju weszła Derya, niosąc tacę z filiżankami kawy. Jej ruchy były nieco zbyt szybkie, jakby próbowała zagłuszyć własne napięcie.

— Przyniosłam kawę…

— Dziękuję, ale nie będę pił — przerwał jej Ertugrul, wstając. — Hancer i ja wychodzimy.

Obie kobiety spojrzały na niego zaskoczone.

— Dokąd? — zapytała Hancer.

Spojrzał na nią stanowczo.

— Do Cihana. Usiądziecie i porozmawiacie.

Hancer od razu pokręciła głową.

— Nie mamy już o czym rozmawiać…

— Widzisz, wujku Ertugrulu — wtrąciła Derya z napiętym uśmiechem. — Ona jest strasznie uparta.

Ertugrul nawet na nią nie spojrzał.

— Hancer — powiedział poważnie — to nie jest dziecięca kłótnia, którą można zamieść pod dywan. Nie możesz tak po prostu odwrócić się i odejść. Usiądźcie jak dorośli i powiedzcie sobie wszystko do końca.

— Powiedziałam mu wszystko — odpowiedziała cicho, ale stanowczo. — A ty znasz Cihana. On nie cofa słów. — Wzruszyła lekko ramionami. — To naprawdę koniec.

Ertugrul patrzył na nią jeszcze przez chwilę.

Potem ciężko westchnął.

— Kiedy tu przychodziłem, miałem nadzieję — przyznał. — Myślałem, że mimo wszystko… wciąż o nim myślisz. Że coś was jeszcze łączy.

Jego spojrzenie stwardniało.

— Teraz widzę, że się myliłem. Życzę ci wszystkiego dobrego.

Odwrócił się i wyszedł, nie oglądając się za siebie.

Drzwi zamknęły się cicho, ale ten dźwięk zabrzmiał w pomieszczeniu jak coś ostatecznego.

Derya stała nieruchomo przez chwilę, po czym sięgnęła po filiżankę. Uniosła ją do ust i niemal jednym haustem wypiła gorzką kawę, jakby chciała zagłuszyć narastający w niej niepokój.

A Hancer… siedziała dalej w tym samym miejscu, jeszcze bardziej nieruchoma niż wcześniej.

***

W sali szpitalnej Sinem stała przy stoliku, starannie składając rzeczy Cihana i układając je w torbie. Każdy ruch miała spokojny, niemal troskliwy — jakby próbowała w ten sposób uporządkować coś więcej niż tylko ubrania.

— Cihanie… — odezwała się łagodnie, nie odwracając się jeszcze w jego stronę. — Przyniosłam ci czyste ubrania. Jeśli masz siłę, możesz się przebrać.

— Dziękuję, bratowo — odpowiedział cicho.

W jego głosie było coś ciężkiego, przygaszonego. Nie brzmiał jak ktoś, kto właśnie wraca do zdrowia.

Sinem zatrzymała się na moment. Odwróciła głowę i spojrzała na niego uważnie.

— Czy coś cię boli? — zapytała ciszej. — Nie wyglądasz najlepiej… jakbyś był gdzieś daleko.

— Nic mi nie jest — odparł krótko.

Zostawiła torbę na krześle i podeszła bliżej łóżka. Przez chwilę milczała, jakby dobierała słowa.

— Nie wszystko jest takie złe — powiedziała w końcu miękko. — Wyzdrowiałeś. Wracasz do domu. To przecież dobra wiadomość.

Cihan nie odpowiedział od razu. Wpatrywał się gdzieś przed siebie, w pustą przestrzeń.

— Czy są jakieś wieści o Hancer? — zapytał nagle.

Sinem lekko pokręciła głową.

— Nie.

Zapadła cisza, cięższa niż wcześniej.

— Dzwoniła? — dopytał po chwili. — Pytała o mnie?

Choć starał się brzmieć obojętnie, w jego głosie nie było ani krzty nadziei — jakby już znał odpowiedź.

— Nie — powtórzyła cicho. — Odkąd ją odesłałeś… ja też nie dzwoniłam.

Westchnęła.

— Chciałabym, żeby to wszystko potoczyło się inaczej.

Cihan odwrócił głowę w jej stronę. Jego spojrzenie było chłodne, ale pod powierzchnią kryło się coś znacznie głębszego.

— Tak właśnie powinno być — powiedział. — Zraniłem ją. Hancer… nie jest kimś, kto sięga po broń. To ja ją do tego doprowadziłem.

Sinem zacisnęła usta. Widać było, że walczy ze sobą.

Przez chwilę milczała, po czym wzięła głęboki oddech.

— To nie jest tylko jej wina — powiedziała w końcu, a jej głos nabrał stanowczości. — I nie tylko twoja.

Cihan zmarszczył brwi i spojrzał na nią uważniej.

— Co masz na myśli?

Sinem zawahała się jeszcze przez ułamek sekundy, ale było już za późno, by się wycofać.

— Największą winę ponosi Beyza — powiedziała wprost.

Cihan wyprostował się lekko, jakby nagle zapomniał o bólu.

— Co to znaczy?

— To ona powiedziała Hancer, gdzie jest broń — kontynuowała spokojnie, choć w jej oczach pojawiło się napięcie. — To ona podsunęła jej ten pomysł. Wskazała jej miejsce… i doradziła, żeby wycelowała w ciebie.

Słowa zawisły w powietrzu jak wyrok.

Twarz Cihana zmieniła się w jednej chwili. Zbladł, a potem jego rysy napięły się, jakby ogień rozlał się pod skórą. W jego oczach pojawił się gniew — ostry, niekontrolowany.

W tym momencie drzwi otworzyły się bez pukania.

Do sali weszła Beyza, lekko zdyszana, z pozornie spokojnym uśmiechem.

— No dalej, chodźmy — rzuciła swobodnie. — Doktor wypisał już receptę, a tata zaraz przyjedzie.

Urwała. Dopiero teraz zobaczyła jego twarz.

Zobaczyła spojrzenie, które w nią uderzyło jak chłodny podmuch.

Zobaczyła drżące wargi i napięte dłonie.

— Coś się stało? — zapytała ostrożnie, a jej głos stracił pewność.

Cihan nie odpowiedział od razu. Wpatrywał się w nią tak, jakby widział ją po raz pierwszy.

— Bratowo… — powiedział w końcu, nie odrywając wzroku od Beyzy. — Zostaw nas samych.

Sinem spojrzała jeszcze raz na Beyzę — krótko, znacząco — po czym bez słowa wyszła z sali, cicho zamykając za sobą drzwi.

W pomieszczeniu zrobiło się duszno.

Cihan powoli podniósł się do pozycji siedzącej. Każdy ruch był ciężki, ale w jego oczach nie było już słabości.

Był tylko gniew.

Beyza cofnęła się o pół kroku, instynktownie.

W ciszy, która zapadła, było jasne jedno.

Za chwilę wszystko wybuchnie.

Powyższy tekst stanowi autorskie streszczenie i interpretację wydarzeń z serialu Gelin. Inspiracją do jego stworzenia był film Gelin 80.Bölüm dostępny na oficjalnym kanale serialu w serwisie YouTube. W artykule zamieszczono również zrzuty ekranu pochodzące z tego odcinka, które zostały użyte wyłącznie w celach informacyjnych i ilustracyjnych. Wszystkie prawa do postaci, fabuły i materiału źródłowego należą do ich prawowitych właścicieli.

Podobne wpisy

  • Panna młoda odc. 74: Nusret zrywa z Yoncą! Dziecko nie jest jego!

    Podczas badania USG lekarka potwierdza, że ciąża Yoncy rozwija się prawidłowo i ma już 12 tygodni, co wywołuje szok na twarzy Nusreta. Mężczyzna uświadamia sobie, że dziecko nie może być jego. W rezydencji trwają przygotowania do rodzinnej sesji zdjęciowej, podczas której Cihan staje po stronie Hancer i prezentuje ją jako swoją żonę. Mimo napięć z Mukadder para zbliża się do siebie. Nusret konfrontuje Yoncę, oskarża ją o oszustwo i zrywa z nią, wyrzucając ją ze swojego życia. Po powrocie ujawnia prawdę Beyzie, co tylko podsyca jej gniew i chęć zemsty wobec Hancer i Cihana.

  • Panna młoda odc. 82: Cihan w szoku! Ciąża Beyzy spada jak grom z jasnego nieba!

    Cihan dowiaduje się od Yasemin, że Beyza jest w trzecim miesiącu ciąży. Wstrząśnięty konfrontuje ją i Nusreta, którzy wykorzystują sytuację przeciwko niemu. Mukadder grozi Hancer i próbuje ją zastraszyć, a konflikt w domu narasta. Hancer walczy o małżeństwo, nie znając prawdy, podczas gdy Cihan ukrywa ciążę Beyzy i coraz bardziej się od niej oddala. Intryga Beyzy zaczyna działać, a relacja Cihana i Hancer staje na krawędzi rozpadu.

  • Panna młoda odc. 56: Cihan porywa Hancer w środku nocy!

    Nusret odwiedza Yoncę w jej gabinecie i proponuje wspólne wyjście po pracy. Kobieta wręcza mu elegancki prezent – tesbih z szafirowych koralików, symbolizujących wierność. Rozmowa szybko schodzi na temat lojalności i zdrady. Nusret przyznaje, że dla ukochanej osoby jest gotów poświęcić wszystko, ale zdrady nigdy nie wybacza. Cemil barykaduje drzwi domu, zdecydowany nie dopuścić, by ktoś tej nocy porwał Hancer. W sypialni Derya żartuje, że Cihan może porwać żonę przez okno. Wkrótce okazuje się, że nie żartowała – Cihan rzeczywiście pojawia się nocą pod oknem Hancer. Pod pretekstem rozmowy wyciąga ją na zewnątrz, a chwilę później zamyka drzwi samochodu i oznajmia, że właśnie ją porywa. Zabiera dziewczynę do odosobnionej chaty w lesie. Gdy Hancer próbuje uciec, Cihan zatrzymuje ją i siłą wnosi do środka.

  • Panna młoda odc. 25: Engin wyrzuca Cihanowi prawdę w oczy!

    Beyza przygotowuje się do tajemniczego spotkania z Yoncą i wychodzi z domu z dużą czarną torbą, wzbudzając nieufność Mukadder. W rezydencji narasta napięcie – Mukadder obawia się kolejnych problemów, a jej gniew kieruje się zarówno na Sinem, jak i Beyzę. W firmie dochodzi do ostrej konfrontacji między Cihanem a Enginem, gdy Cihan odkrywa zdjęcie Engina z Hancer i oskarża przyjaciela o zdradę. Engin ujawnia prawdę o zatrzymaniu brata Hancer i podważa osądy Cihana. Po ich rozstaniu Cihan odnajduje pieniądze, które rzekomo zniknęły, co rodzi w nim pierwsze wątpliwości co do winy Hancer. W kawiarni Beyza spotyka się z Yoncą, lecz zamiast gotówki przekazuje jej luksusowe przedmioty, prowokując nowy konflikt i zapowiadając kolejne konsekwencje.

  • Panna młoda odc. 17: Hancer i Cihan ustalają datę ślubu!

    Hancer i Cihan zjawiają się w urzędzie stanu cywilnego, by jak najszybciej ustalić termin ślubu, jednak urzędnik informuje ich, że formalności nie mogą zostać dopełnione z powodu przysługującego Beyzie ustawowego terminu na odwołanie od rozwodu. Hancer odkrywa, że mężczyzna zaczął szukać nowej żony niemal natychmiast po rozstaniu z Beyzą i w gniewie opuszcza urząd, odmawiając podpisu. Tymczasem Nusret dowiaduje się, że Beyza współpracowała z kobietą, która przekazała mediom plotkarskim informacje o Cihanie i Hancer. Ojciec nie tylko jej nie powstrzymuje, ale podsuwa nową, bardziej wyrafinowaną strategię. Beyza przygotowuje „prezent” dla rywalki. Następnego dnia Hancer i Cihan ponownie składają dokumenty – data ślubu zostaje ustalona. Oboje odchodzą w milczeniu, nieświadomi intrygi, która właśnie zaczyna działać.

  • Panna młoda odc. 9 i 10: Cihan na kolacji w domu Hancer!

    Yonca obserwuje posiadłość Develioglu i upewnia się, że Beyza przeżyła wypadek, co budzi w niej wściekłość i zapowiedź dalszego szantażu. Nusret próbuje przekonać Cihana, by zrezygnował z małżeństwa z Hancer, lecz mężczyzna stanowczo odrzuca prośbę i deklaruje, że dotrzyma danego słowa. Mukadder podejmuje decyzję o przygotowaniu domu dla Hancer, co wywołuje gniew Beyzy. Cemil odwiedza Cihana w firmie, oddaje zapomniany pierścionek i żąda zapewnienia, że jego siostra będzie szanowana. W trakcie rozmowy słabnie, a Cihan odwozi go do domu. Wieczorem Cemil przekonuje Hancer i Cihana do założenia pierścionków, traktując to jako symbol zaręczyn. Po wyjściu Cihan zdejmuje obrączkę, a Hancer słyszy, jak brat chwali przyszłego zięcia, nie znając prawdy. Beyza odkrywa, że Cemil spotkał się z Cihanem, i poprzysięga zniszczyć rywalkę. Nazajutrz Derya publikuje w sieci zdjęcie „zaręczonej” pary.