„Panna młoda” Odc. 226 — streszczenie
Mukadder, Sinem i Hancer przyjechały do mieszkania Nusreta, by w imieniu Cihana poprosić o rękę Beyzy.
W salonie panowała napięta, niemal uroczysta cisza. Na stoliku czekał bukiet czerwonych róż, a wszyscy spodziewali się, że lada chwila w drzwiach stanie Cihan.
Ale Cihan nie przyszedł.
Zamiast niego pojawił się Yigit. Kierowca wszedł do środka z pudełeczkiem obrączek w dłoni, a na twarzy Beyzy natychmiast pojawiło się niedowierzanie. W jednej chwili zrozumiała, że Cihan zamierzał spełnić jej warunek po swojemu — i publicznie ją upokorzyć.

Beyza zbladła ze wściekłości. Nie tak wyobrażała sobie ten wieczór. Chciała triumfu, upokorzenia Hancer i dowodu, że Cihan jest gotów spełnić każde jej żądanie. Tymczasem została wystawiona na próbę we własnym domu.
Nusret natychmiast sięgnął po telefon i zadzwonił do siostrzeńca.
— Gdzie jesteś? — zapytał ostrym tonem. — Co ma znaczyć wysyłanie kierowcy z obrączkami?
Po drugiej stronie zapadła krótka cisza.
— Beyza jest obok ciebie? — spytał Cihan. — Włącz tryb głośnomówiący.
Nusret zacisnął usta, ale spełnił jego prośbę.
— Włączone. Teraz się tłumacz.
Głos Cihana rozległ się w salonie chłodno i wyraźnie.
— Wszystko odbywa się dokładnie tak, jak chciałaś, Beyzo. Zostałaś potraktowana tak samo jak Hancer. W jej przypadku zaręczyny również odbyły się bez udziału pana młodego. Wszyscy wiemy, jaką wtedy dała odpowiedź. Chciałaś być taka jak ona. Oto twoja szansa.
Po tych słowach Cihan się rozłączył.
W salonie zapadła ciężka cisza. Beyza przez chwilę stała nieruchomo, jakby nie mogła uwierzyć w to, co usłyszała. Potem gwałtownie wyrzuciła ręce przed siebie i spojrzała po obecnych z furią.
— Wiedziałyście! — syknęła. — Wiedziałyście, że Cihan nie przyjdzie, prawda?!
Mukadder odłożyła małego Cihana Gurura na kanapę i odwróciła się do bratanicy z oburzeniem.
— Nie bredź, Beyzo. Gdybym wiedziała, nigdy bym na to nie pozwoliła.
— Ty może nie — odparła Beyza, przenosząc nienawistne spojrzenie na Hancer. — Ale ona na pewno wiedziała. Od początku dziwiłam się, że tak łatwo się zgodziła. Przyszła do mnie ze spuszczoną głową, mówiła, że zrobi wszystko, a to wszystko było kłamstwem!
Hancer gwałtownie podniosła się z kanapy. Jej twarz pobladła, ale głos pozostał stanowczy.
— Wszystko, co powiedziałam, było szczere.
— Szczere? — Beyza parsknęła z pogardą. — Wiedziałaś, że Cihan mnie upokorzy. Może nawet sama podsunęłaś mu ten pomysł. Przyszłaś tutaj tylko po to, żeby zobaczyć, jak tracę panowanie nad sobą.
— Nie przyszłam dla ciebie — odpowiedziała Hancer, spoglądając na dziecko leżące na kanapie. — Przyszłam dla niego.
— Przestań udawać anioła!
— Dość! — przerwała Mukadder, stając między kobietami. — To nie z Hancer powinnaś rozmawiać, tylko ze mną. Cihana tu nie ma, więc to ja go reprezentuję.
Pochyliła się i wzięła ze stolika pudełeczko z obrączkami.
— Nie rób scen na oczach wszystkich. Załóż pierścionek.
Beyza spojrzała na nią z lodowatą pogardą.
— Pozwól, że chociaż pod jednym względem będę się różniła od tej bezwstydnicy. Nie założę sobie sama obrączki.
Jej wzrok ponownie padł na Hancer.
— Przedstawienie skończone. Zabierajcie to i wynoście się.
Wskazała ręką na czerwone róże i pudełeczko z obrączkami.
Mukadder zacisnęła palce na pudełku.
— To ty postawiłaś warunek. Spełniliśmy go. Teraz ty dotrzymaj słowa.
Beyza chwyciła bukiet róż i z wymuszonym uśmiechem wcisnęła go Hancer w ręce.
— Weź. Na pamiątkę dzisiejszego dnia.
Hancer przyjęła kwiaty bez słowa. W jej oczach pojawił się ból, którego nie potrafiła już ukryć.
Nusret próbował jeszcze opanować sytuację.
— W porządku. Wszyscy jesteśmy zdenerwowani. Uspokójmy się, a potem porozmawiajmy.
— Nie chcę rozmawiać — ucięła Beyza. — Nie założę tego pierścionka, dopóki Cihan nie przyjdzie osobiście.
Odwróciła się gwałtownie i wyszła z salonu, zostawiając za sobą ciszę cięższą niż wszystkie wypowiedziane słowa.
Mukadder spojrzała na Sinem i Hancer.
— Idźcie. Ja zaraz przyjdę.
Kobiety ruszyły do wyjścia. Gdy została z bratem sama, Mukadder ponownie wzięła na ręce Cihana Gurura i podeszła do Nusreta.
— Nusrecie, nie pozwól, żeby to trwało dłużej — powiedziała cicho, lecz stanowczo. — Przekonaj swoją córkę. Inaczej Cihan naprawdę się z nią rozwiedzie.
Nusret westchnął ciężko. Doskonale wiedział, że Beyza nie należała do osób, które łatwo było skłonić do ustępstw.
— Ja też mam dość stania w samym środku tego konfliktu — odparł zmęczonym głosem. — Ale ona mnie nie słucha. Widzisz, co się z nią dzieje. Oszalała z zazdrości. Hancer stała się jej obsesją.
— Zamiast zajmować się Hancer, powinna zająć się własnym dzieckiem — odpowiedziała Mukadder ostro. — Jaka matka zostawia syna na kanapie jak poduszkę i wychodzi obrażona z pokoju? Jeśli dalej będzie tak postępować, Cihan znów zacznie mieć wątpliwości.
— Nie zrzucaj całej winy na Beyzę — powiedział Nusret. — Błędy twojego syna zrujnowały moją córkę. Sama widziałaś, jak dziś wieczorem zabawił się jej uczuciami.
Mukadder przyjęła te słowa z napiętą twarzą.
— Beyza pierwsza zaczęła tę grę. Dobrze, mój syn też wybrał złą drogę, ale chciał jej pokazać, że nie może nim manipulować. Porozmawiaj z nią. Ta sytuacja nie może dalej eskalować.
— Po dzisiejszym wieczorze już mnie nie posłucha — odparł Nusret. — To nie ja muszę z nią rozmawiać, tylko jej mąż.
Mukadder spuściła wzrok na dziecko, które trzymała w ramionach.
— Jeśli choć trochę znam swojego syna, spali za sobą wszystkie mosty. Nie włoży tego pierścionka na palec.
Podała bratu małego Cihana Gurura, zabrała torebkę i opuściła mieszkanie. W salonie zostały tylko róże, obrączki i gorzkie poczucie porażki, którego nikt nie potrafił już ukryć.

***
Hancer weszła do gabinetu Cihana szybkim, zdecydowanym krokiem. Jasna marynarka kontrastowała z ciemnym, eleganckim wnętrzem biura, a jej napięta twarz od razu zdradzała, że nie przyszła na spokojną rozmowę. Cihan siedział za szerokim biurkiem. Gdy tylko ją zobaczył, podniósł wzrok i zmarszczył brwi.
— Czy nie powinnaś być teraz u Beyzy? — zapytał chłodno.
Hancer zatrzymała się kilka kroków od niego.
— Podoba ci się to, prawda? — rzuciła ostro. — Nie przepuszczasz żadnej okazji, żeby mnie upokorzyć. Chciałam tylko naprawić swój błąd, a ty zrobiłeś ze mnie pionka w swojej grze.
Cihan natychmiast się spiął. Wstał zza biurka, jakby każde jej słowo uderzało w jego dumę.
— Przyszłaś mnie pouczać?! — warknął.
— A nie mam do tego prawa?
— Nie masz — odparł twardo. — To, co zrobiłem, dotyczy wyłącznie mnie. Nie chciałaś uwolnić się od poczucia winy? Dałem ci taką możliwość. Reszta nie jest twoją sprawą.
Hancer spojrzała na niego z niedowierzaniem.
— Jak możesz mówić, że to nie moja sprawa? Twoja żona jest przekonana, że działałam razem z tobą. Oskarżyła mnie, że od początku wiedziałam, że nie przyjdziesz. Myśli, że pojawiłam się tam tylko po to, żeby patrzeć, jak zostaje upokorzona.
Na ustach Cihana pojawił się cień gorzkiego uśmiechu.
— Beyza jest bardzo mądra.
— Co ty wygadujesz?!
Hancer, nie panując nad emocjami, ruszyła ku niemu i w odruchu uniosła dłonie, jakby chciała uderzyć go w pierś. Cihan jednak chwycił ją za nadgarstki i przyciągnął do siebie. Znaleźli się tak blisko, że Hancer musiała unieść głowę, by spojrzeć mu w oczy.


— Czy to kłamstwo? — zapytał niskim, napiętym głosem. — Naprawdę nie domyślałaś się, jak to się skończy? Nie rozumiesz, że nie podporządkuję się żadnej kobiecie poza tobą?
Hancer zamarła. Jego spojrzenie było twarde, a jednocześnie pełne uczuć, których nie potrafił już ukryć.
— Nazywam się Cihan Develioglu i zawsze dotrzymuję słowa — ciągnął. — Ta historia zaczęła się od ciebie i na tobie się zakończy. Od tej chwili każdy, kto stanie mi na drodze, przegra. Nawet ty.
Hancer milczała. Przez chwilę patrzyła na niego bez słowa, jakby nagle zabrakło jej sił na dalszą walkę.
Cihan puścił jej dłonie.
— Idź do domu — powiedział już ciszej. — Ktoś na ciebie czeka.
Odwróciła się, zrobiła kilka kroków w stronę wyjścia, po czym zatrzymała się na moment, jakby jeszcze walczyła sama ze sobą. Nie obejrzała się jednak za siebie. Zacisnęła palce na pasku torebki i wyszła z gabinetu, zostawiając Cihana samego pośród ciszy, której nie potrafiło przerwać nawet jego zwycięstwo.
***
Następnego dnia Hancer stała przy oknie starego domu. Odsunęła delikatną firankę i spojrzała na dziedziniec. Jej uwagę od razu przyciągnął Melih, który przemknął ścieżką w stronę rezydencji. Szedł ostrożnie, jakby nie chciał, żeby ktokolwiek go zauważył.
Hancer zmarszczyła brwi. Coś w jego zachowaniu od razu wzbudziło jej niepokój.
Tymczasem Melih spotkał się z Sinem na uboczu, za rezydencją. Kobieta miała na sobie szary komplet i niebieską chustę, która wyraźnie odcinała się od zieleni ogrodu. Była spięta. Nerwowo rozejrzała się dookoła, zanim odezwała się cichym, stanowczym głosem:
— Proszę, nie dzwoń do mnie więcej w ciągu dnia.
Melih spojrzał na nią z ciepłym, ale nieustępliwym uśmiechem.
— Nie wytrzymam bez ciebie ani minuty dłużej, Sinem. Czy nie straciliśmy już wystarczająco dużo czasu? Przemyślałaś moją propozycję?


Sinem odwróciła wzrok.
— Widzę, że nie wiesz, co wydarzyło się wczoraj wieczorem.
— Nie wiem. Dopiero wróciłem po nocnej zmianie. Nie zdążyłem jeszcze porozmawiać z Hancer. Co się stało?
— Cihan zebrał nas wszystkich w domu Nusreta, ale sam nie pojawił się na zaręczynach.
Melih westchnął z irytacją i przewrócił oczami.
— Naprawdę nie rozumiem, o co mu chodzi.
— Myślę, że on sam też tego nie rozumie — odparła Sinem smutno. — Wiem tylko, że jest bardzo nieszczęśliwy.
Melih zrobił krok bliżej.
— A my? Co z nami, Sinem? Jak długo jeszcze będziemy nieszczęśliwi? Możemy być razem. Możemy być szczęśliwi. Wszystko zależy od ciebie.
Sinem nie odpowiedziała. Zamiast tego znów rozejrzała się niespokojnie.
— Chodźmy, zanim ktoś nas zobaczy — powiedziała i ruszyła w stronę frontowego wejścia.
Melih wyprzedził ją i zastąpił jej drogę.
— Sinem, tak jak mówiłem, musimy wreszcie podjąć decyzję. Nasze szczęście jest w twoich rękach.
W tej samej chwili na alejce pojawiła się Hancer. Szła powoli w stronę rezydencji, ale zatrzymała się, gdy zobaczyła ich razem. Jej twarz stężała.
Sinem dostrzegła ją kątem oka i zamarła.
— Hancer… — szepnęła do Meliha. — Widziała nas.
Nie czekając na odpowiedź, natychmiast weszła do rezydencji. Melih został sam na sam z Hancer, która patrzyła na niego uważnie, próbując odczytać z jego twarzy prawdę.
— O czym rozmawiałeś z Sinem? — zapytała.
Melih odwrócił wzrok tylko na ułamek sekundy.
— O niczym ważnym. Po prostu spotkaliśmy się i przywitaliśmy. Całą noc prowadziłem samochód, jestem wykończony. Pójdę odpocząć.
Nie dodał już nic więcej. Ruszył w stronę starego domu, zostawiając Hancer samą na środku dziedzińca.
Ona jednak nie uwierzyła w ani jedno jego słowo. Widziała wystarczająco dużo, by zrozumieć, że to spotkanie nie było przypadkowe. Melih i Sinem coś przed nią ukrywali.
***
Sinem weszła do swojego pokoju szybkim, niemal nerwowym krokiem. Na korytarzu jeszcze próbowała zachować spokój, ale gdy tylko zamknęły się za nią drzwi, cała siła nagle ją opuściła.
Zdjęła szary płaszcz i usiadła na brzegu łóżka. Jasna sypialnia, miękka narzuta i kolorowy, pikowany zagłówek kontrastowały z niepokojem, który ściskał jej serce. Niebieska chusta opadała na jej ramiona, a twarz, jeszcze przed chwilą opanowana, teraz zdradzała zmęczenie, strach i bezradność.
— Boże, co ja mam zrobić? — wyszeptała ciężko.
Spuściła wzrok na dłonie splecione na kolanach. Wciąż miała przed oczami Meliha. Jego głos, spojrzenie i słowa, których tak bardzo pragnęła słuchać, a jednocześnie tak bardzo się bała.
— Kocham go… Bardzo go kocham. Nie zniosę rozstania z nim — przyznała sama przed sobą. — Ale jak mogę zrobić to Hancer?
Jej oddech zadrżał. Przymknęła powieki, jakby próbowała odsunąć od siebie obraz Hancer stojącej na dziedzińcu.
— Kiedy nasze spojrzenia się spotkały, nogi prawie się pode mną ugięły. Przez tyle miesięcy ją obwiniałam. Myślałam, że odebrała mi mężczyznę, którego kocham. A prawda była zupełnie inna.
Sinem przełknęła łzy i spojrzała w pustkę.
— Melih był dla niej tylko oparciem. Kimś, kto podał jej rękę, kiedy wszyscy inni się od niej odwrócili. Jeśli teraz przyjmę jego propozycję, Hancer zostanie sama. Odbiorę jej nadzieję. Odbiorę jej jedyne wsparcie. I to właśnie wtedy, gdy nosi pod sercem niewinne dziecko.
Po pokoju rozeszło się kolejne, ciężkie westchnienie. Sinem pochyliła głowę, czując, że znalazła się między miłością a sumieniem. Każda decyzja mogła kogoś zranić.
— Boże… — szepnęła z rozpaczą. — Jestem w ślepej uliczce. Nie wiem, którą drogą pójść. Proszę, wskaż mi wyjście.
***
Melih i Hancer weszli do salonu starego domu. W jasnym pomieszczeniu, między różową kanapą a szarą sofą, panowała cisza, która tylko podkreślała napięcie między nimi. Hancer zatrzymała się na środku pokoju, blada i wyraźnie zmęczona po minionej nocy. Melih zdjął kurtkę, spojrzał na nią uważnie i zapytał łagodnie:
— Jak minęła ostatnia noc? Czujesz się choć trochę lepiej?
Hancer spuściła głowę. Nie musiała nic mówić. Jej milczenie było wystarczającą odpowiedzią.
— Rozumiem, że nie było dobrze — stwierdził cicho Melih.
Wtedy Hancer podniosła wzrok. W jej oczach pojawiła się decyzja, która zaskoczyła nawet ją samą.
— Wyprowadźmy się stąd — powiedziała nagle. — Miałeś rację. Nie musimy dłużej znosić tego cierpienia. Opuśćmy to miejsce jak najszybciej.
Melih spojrzał na nią z niedowierzaniem.
— Jak to? Teraz? Od razu?
— Tak. Jeszcze dziś — odpowiedziała stanowczo. — Im dłużej tu zostaniemy, tym bardziej ty i moje dziecko będziecie cierpieć. Chodźmy stąd, Melihu.
— A poród? — zapytał, próbując przemówić jej do rozsądku. — Najpierw musisz urodzić. To nie jest dobry moment na szukanie domu i zaczynanie wszystkiego od nowa.
— Mamy czas, żeby zbudować nowe życie. To nie musi być takie trudne. Wynajmiemy dom, kupimy najpotrzebniejsze rzeczy i jakoś sobie poradzimy.
Melih odwrócił wzrok. Jeszcze niedawno nie zawahałby się ani chwili. Gdyby Hancer poprosiła go o to wcześniej, zabrałby ją z tego miejsca bez jednego pytania. Teraz jednak wszystko było inne.
— Hancer, jestem niewyspany i boli mnie głowa — powiedział, szukając ucieczki od rozmowy. — Pójdę się położyć. Porozmawiamy później, dobrze?
Nie czekał na odpowiedź. Wszedł do swojego pokoju i ciężko usiadł na wąskim łóżku. Jasne wnętrze, uporządkowane meble i poranne światło wpadające przez okno nie przynosiły mu spokoju. Przeciwnie, cisza tylko mocniej przygniatała jego myśli.
Mówisz mi, żebyśmy się wyprowadzili — pomyślał, pochylając głowę. — Dawniej pojechałbym z tobą bez zastanowienia. Ale teraz nie mogę. Już raz straciłem Sinem. Nie mogę stracić jej ponownie.
Zacisnął dłonie, jakby próbował powstrzymać narastający ból.
Wziąłem cię pod swoje skrzydła, Hancer, kiedy byłaś zupełnie sama. Chciałem cię ochronić. Chciałem ochronić Sinem i twoje dziecko. Myślałem, że jeśli się pobierzemy, wszystko jakoś się ułoży. Ale nic się nie ułożyło. Przeciwnie, jeszcze bardziej wszystko skomplikowaliśmy.
Melih zamknął oczy. Przed sobą widział twarz Sinem — jej strach, wahanie i uczucie, którego oboje nie potrafili już dłużej udawać.
Sinem mnie potrzebuje. Kobieta, którą kocham, znów stanęła na rozdrożu. Nie mogę jej zawieść. Nie tym razem.

Powyższy tekst stanowi autorskie streszczenie i interpretację wydarzeń z serialu Gelin. Inspiracją do jego stworzenia były filmy Gelin 167.Bölüm i Gelin 168.Bölüm dostępne na oficjalnym kanale serialu w serwisie YouTube. W artykule zamieszczono również zrzuty ekranu pochodzące z tych odcinków, które zostały użyte wyłącznie w celach informacyjnych i ilustracyjnych. Wszystkie prawa do postaci, fabuły i materiału źródłowego należą do ich prawowitych właścicieli.







