„Panna młoda” Odc. 106 – streszczenie
Morze było spokojne, niemal nieruchome — jakby wstrzymało oddech razem z nim. Słońce odbijało się od tafli wody tysiącem drobnych refleksów, oślepiających i nierealnych, jak obraz ze snu.
Cihan zanurzył się w wodzie bez wahania.
Chłód uderzył w jego ciało, ale nie poczuł go naprawdę — w jego głowie była tylko ona.
Hancer.
Jej sylwetka znikała pod powierzchnią, jakby morze próbowało ją zatrzymać dla siebie. Dopłynął do niej w ostatniej chwili, chwycił ją mocno i wyniósł na powierzchnię. Jej ciało było bezwładne, ciężkie, a mokre włosy przylgnęły do jej twarzy jak czarne wstęgi.
— Hancer! — jego głos zadrżał, gdy przyciągał ją do siebie. — Nie… nie zostawiaj mnie…
Z ogromnym wysiłkiem doprowadził ją do brzegu. Fale rozbijały się o ich nogi, jakby próbowały odebrać ją z powrotem, ale on nie pozwolił. Ostrożnie ułożył ją na wilgotnym piasku, klękając obok.
— Słyszysz mnie? — wyszeptał, pochylając się nad nią. — Proszę…
Hancer zakrztusiła się nagle. Jej ciało drgnęło, a potem wstrząsnął nią kaszel. Woda spłynęła z jej ust, a ona łapczywie zaczerpnęła powietrza.
Cihan zamknął oczy na ułamek sekundy, jakby właśnie wrócił do życia razem z nią.
— Uratowałeś mnie… — wyszeptała, wciąż oszołomiona, patrząc na niego z niedowierzaniem.
Pochylił się bliżej, jego twarz była tuż przy jej twarzy.
— Bałem się — powiedział cicho, ale z bólem, którego nie próbował już ukrywać. — Myślałem, że cię straciłem. A ja… nie potrafię żyć z tym strachem. Nie chcę już nigdy go czuć.
Jego dłonie zacisnęły się lekko na jej ramionach, jakby upewniał się, że naprawdę tam jest.
— Nigdy cię nie puszczę.
Nagle zmarszczył brwi, jakby coś w nim pękło, jakby dotknął wspomnienia, którego nie powinien znać.
— Hancer…
Dziewczyna uniosła się na łokciach, zaskoczona.
— Skąd… skąd znasz moje imię? — zapytała cicho. — Przecież ci go nie powiedziałam…
Uśmiechnął się blado, niemal bezradnie.
— Masz rację. Nie powiedziałaś. — Jego spojrzenie stało się głębsze, jakby zaglądał gdzieś poza tę chwilę. — Ale za każdym razem, gdy odchodzisz, moje serce zostaje przebite sztyletem*.
Zawahał się na moment, jakby szukał słów, które mogłyby unieść ciężar tego uczucia.
— To tak, jakby ktoś wbijał mi sztylet prosto w serce… a kiedy naprawdę cię nie ma… nie mogę oddychać. Jakby ten ból sięgał aż do płuc. — Wziął płytki oddech. — I wtedy zrozumiałem… że twoje imię musi brzmieć właśnie tak.
Hancer patrzyła na niego w milczeniu, a w jej oczach pojawiły się łzy — nie z bólu, lecz z czegoś znacznie głębszego.
— Przez te dwa dni… — zaczęła cicho — dałeś mi więcej szczęścia, niż kiedykolwiek miałam. Tyle, że starczyłoby na całe życie.
Jej głos zadrżał.
— Nie potrafię już żyć bez ciebie, Cihanie. Jesteś moim światem… moją jedyną miłością. Tu… i po drugiej stronie.
Cihan uniósł dłoń i delikatnie odgarnął mokre pasma włosów z jej twarzy. Jego palce zatrzymały się na jej policzku, jakby chciał zapamiętać każdy jego kształt.
— Nigdy cię nie opuszczę, Hancer — powiedział spokojnie, ale z pewnością, której nie dało się podważyć.
Nachylił się jeszcze bliżej. Ich czoła zetknęły się, a oddechy splątały w jedną, cichą przestrzeń.
Przez chwilę świat przestał istnieć.
Byli tylko oni.
Potem Cihan musnął jej czoło pocałunkiem — powolnym, czułym, jak przysięga — a gdy podniosła na niego wzrok, zatrzymał się w nim na dłużej.
Jakby bał się, że jeśli choć na moment spojrzy gdzie indziej… ten sen się skończy.
* Imię Hançer oznacza po turecku „sztylet”.



***
Cihan przekroczył próg rezydencji, niosąc Hancer na rękach, jakby była czymś najcenniejszym, co kiedykolwiek trzymał. Jasne światło rozlewało się po marmurowej posadzce, odbijając się od wysokich ścian i złoconych detali, a jej biała suknia zdawała się niemal lśnić w tym blasku.
Hancer wyglądała jak ucieleśnienie delikatności — smukła, o długich, czarnych włosach opadających miękko na ramiona, które przyozdabiała subtelna, perłowa ozdoba. Jej oczy błyszczały, pełne wzruszenia i niedowierzania, a lekki uśmiech odsłaniał szczere, dziewczęce szczęście. Koronkowa suknia oplatała jej sylwetkę z niezwykłą lekkością, podkreślając jej kruchość, jakby była częścią snu, który zaraz może się rozwiać.
Zatrzymał się na środku holu i powoli postawił ją na ziemi. Przez chwilę Hancer tylko stała, rozglądając się wokół z zapartym tchem — wysokie kolumny, szerokie schody, eleganckie meble i cisza, która zdawała się mieć w sobie coś uroczystego.
— To… twój dom? — zapytała cicho, jakby bała się, że głośniejsze słowa zburzą tę chwilę.
Cihan uśmiechnął się lekko i przesunął palcami po jej policzku, zatrzymując dłoń przy jej skroni.
— To był mój dom — odpowiedział spokojnie. — Teraz jest nasz. A ty… jesteś jego sercem.
Jej spojrzenie zmiękło. Bez wahania zarzuciła mu ramiona na szyję, przylgnęła do niego, jakby chciała zatrzymać tę chwilę na zawsze.
— Jestem taka szczęśliwa… — wyszeptała.
Cihan nie odpowiedział słowami. Ujął ją ponownie, podnosząc z łatwością, i ruszył w stronę schodów. Niósł ją powoli, jakby każdy krok miał znaczenie — jakby prowadził ją nie tylko do sypialni, ale do nowego życia.
Gdy znaleźli się na górze, postawił ją delikatnie na podłodze. Przez moment patrzył na nią w milczeniu, jakby chciał zapamiętać każdy szczegół — linię jej twarzy, blask w oczach, sposób, w jaki oddycha.
Sięgnął do kieszeni marynarki i wyjął podłużne, czerwone pudełeczko. Otworzył je powoli.
W środku spoczywał delikatny łańcuszek ze złota, a na nim niewielki wisiorek w kształcie serca. Subtelny, lecz wyraźnie dopracowany — jedno serce oplatało drugie, a jego krawędzie zdobiły drobne, lśniące kamienie, które w świetle odbijały ciepły blask. Był elegancki, ale nie przesadny — jakby stworzony dokładnie dla niej.
Hancer wstrzymała oddech.
— Cihan… — szepnęła, nie odrywając wzroku od prezentu.
Odgarnęła włosy na bok, odsłaniając smukłą szyję. On stanął za nią i ostrożnie zapiął łańcuszek, pozwalając, by wisiorek spoczął tuż nad jej sercem. Jego palce musnęły jej skórę — lekko, niemal nieśmiało.
— Teraz moje serce należy do ciebie — powiedział cicho.
Odwróciła się do niego powoli. Ich spojrzenia spotkały się — już bez słów, bez wątpliwości.
Cihan ujął jej twarz w dłonie i pochylił się, składając na jej ustach delikatny pocałunek.
Ich czoła zetknęły się ze sobą, a świat wokół jakby na moment przestał istnieć.



***
Poranek przyszedł cicho, niemal niezauważalnie. Delikatne światło wślizgiwało się przez zasłony, muskając białą pościel i spokojną twarz Hancer. Leżała na boku, z dłonią wsuniętą pod policzek. Jej długie, ciemne włosy rozsypały się na poduszce niczym czarna wstęga.
Kiedy otworzyła oczy, przez chwilę trwała jeszcze w półśnie, jakby próbowała uchwycić resztki wczorajszych emocji. Dopiero po chwili dotarło do niej, że łóżko obok jest puste.
Uniósłszy się lekko, dostrzegła małą, starannie złożoną karteczkę. Sięgnęła po nią i rozłożyła drżącymi palcami.
„Podążaj ścieżką”.
Zmarszczyła lekko brwi, a potem podniosła wzrok.
Na podłodze, tuż przy łóżku, zaczynała się wąska linia z czerwonych płatków róż. Prowadziła dalej — ku drzwiom, jak zaproszenie do czegoś nieznanego, a jednocześnie pięknego.
Hancer zsunęła się z łóżka. Jej bose stopy dotknęły chłodnej podłogi. Miała na sobie lekką, różową piżamę w drobne kropki, która podkreślała jej naturalność i niewinny urok. Ruszyła powoli, ostrożnie stawiając kroki wzdłuż pachnącej ścieżki.
Każdy krok budził w niej rosnącą ciekawość.
Płatki prowadziły ją przez korytarz, potem w dół schodami — ich miękka czerwień kontrastowała z jasnym marmurem — aż w końcu wyprowadziły ją na zewnątrz.
Słońce było już wysoko. Taras otwierał się na przestrzeń ogrodu, a błękit wody w basenie migotał w świetle dnia. Pośrodku stał elegancko nakryty stół — trzy miejsca, starannie przygotowane, z kwiatami i porcelaną, jak na wyjątkową okazję.
Hancer zatrzymała się, rozglądając się wokół z lekkim uśmiechem i nutą zdziwienia.
Wtedy poczuła czyjąś obecność.
Cihan pojawił się obok niej niemal bezszelestnie. W dłoni trzymał pojedynczą, czerwoną różę. Jego spojrzenie było ciepłe, pełne czułości.
— Dzień dobry, kochanie — powiedział miękko, podając jej kwiat.
Uśmiechnęła się i przyjęła różę, przesuwając palcami po aksamitnych płatkach.
— Dzień dobry… — odpowiedziała cicho. — To wszystko… dla mnie?
— Dla nas — poprawił ją łagodnie.
Spojrzała na stół, po czym znów na niego.
— Spodziewamy się gościa?
Cihan skinął głową, a w jego oczach pojawił się cień powagi.
— Tak. Już tu jest. Chcę przedstawić ci kogoś bardzo ważnego.
Hancer uniosła lekko brwi.
— Kogo?
Na moment zawahał się, jakby ważył słowa.
— Moją mamę.
Jej spojrzenie natychmiast powędrowało w kierunku, który wskazał.
Po drugiej stronie basenu stała Mukadder.
Ubrana w elegancką, białą koszulę z delikatnym wiązaniem pod szyją i ciemną spódnicę, wyglądała nienagannie. Jej postura była wyprostowana, a twarz spokojna. Na ustach malował się matczyny, ciepły uśmiech.
To nie była ta sama kobieta, którą znamy z napiętych, chłodnych spojrzeń i ostrych słów. Ta Mukadder wydawała się inna — jakby zdjęła z siebie ciężar gniewu i zastąpiła go czymś znacznie bardziej ludzkim.
To była Mukadder ze snu Cihana — matka, o jakiej zawsze marzył.



***
W realnym świecie Hancer obudziła się nagle. Przez chwilę nie wiedziała, gdzie jest. Dopiero chłód podłogi i ciężkie, duszne powietrze przywróciły jej świadomość.
Znajdowała się w drewnianej, odosobnionej chacie. Przez wąskie szczeliny w zabitych oknach wpadały ostre smugi światła, przecinając półmrok niczym noże. W ich blasku wirowały drobinki kurzu, jakby czas zatrzymał się tu dawno temu.
Serce zaczęło bić jej szybciej.
Rzuciła się w stronę drzwi.
— Pomocy! — krzyknęła, uderzając w nie pięściami. — Czy ktoś mnie słyszy?! Jestem tutaj!
Jej głos odbił się głuchym echem od ścian i zgasł w ciszy.
Nagle zamek szczęknął.
Drzwi otworzyły się ciężko, a w progu stanął Tayar. Jego sylwetka przecięła światło, rzucając długi cień na podłogę.
Bez słowa podszedł bliżej i brutalnie ją odepchnął. Hancer straciła równowagę i upadła na cienki materac. Obok niej wylądował mały, zmięty worek.
— Twoje śniadanie — rzucił obojętnie. — Jedz.
Hancer nawet nie spojrzała na jedzenie. Podniosła się na łokciach, wpatrując się w niego z mieszaniną strachu i gniewu.
— Kim jesteś? — wyrzuciła z siebie. — Czego ode mnie chcesz? Dlaczego mnie porwałeś? Co ja ci zrobiłam?!
Tayar westchnął ciężko, jakby jej słowa były dla niego jedynie irytującym szumem.
— Ile jeszcze pytań? — mruknął. — Zostaniesz tu, dopóki nie dostanę dalszych instrukcji.
— Jakich instrukcji?! — jej głos zadrżał. — Kto ci kazał to zrobić? Po co mnie tu przyprowadziłeś?!
— Ja tylko wykonuję rozkazy. — wzruszył ramionami. — Nie zadaję pytań. I ty też nie powinnaś.
Hancer zacisnęła dłonie.
— Mój mąż… — jej głos nagle złagodniał, załamał się. — Mój mąż walczy o życie na intensywnej terapii. Proszę… pozwól mi go zobaczyć. Tylko raz. Chcę wiedzieć, że żyje. Przysięgam… wrócę. Możesz potem zrobić ze mną, co chcesz…
Tayar prychnął krótko, bez cienia współczucia.
— Jasne. Mam cię wypuścić, a ty grzecznie wrócisz przed dziewiątą? — zakpił.
W oczach Hancer pojawiły się łzy.
— Czy ty w ogóle masz sumienie?! — krzyknęła. — Mówię ci, że on może umrzeć!
— Zamknij się! — warknął nagle, robiąc krok w jej stronę. — Siedź tu i jedz. Z tobą też nie będzie inaczej, jeśli nie przestaniesz.
Hancer zrozumiała, że słowa nic tu nie zmienią.
Gwałtownie zerwała się i rzuciła do drzwi.
Nie zdążyła.
Tayar był szybszy. Złapał ją za ramię i z brutalną siłą pchnął z powrotem na materac. Powietrze uciekło jej z płuc.
— Myślisz, że dokąd pójdziesz? — syknął.
Sięgnął po zwinięty przy ścianie sznur.
Hancer zaczęła się szarpać, ale jego uchwyt był zbyt silny. Zaciągnął ją na krzesło i zmusił, by usiadła. Jej nadgarstki zostały skrępowane za oparciem, szorstkie włókna boleśnie wbiły się w skórę. Potem związał jej nogi, unieruchamiając ją całkowicie.
— Nie! Proszę… — wyszeptała, coraz bardziej bezradna.
Nie odpowiedział.
Z kieszeni wyciągnął kawałek materiału i bez wahania wcisnął jej go do ust, kneblując ją ciasno.
Hancer wydała stłumiony krzyk.
Przez chwilę patrzył na nią bez emocji, jakby była tylko kolejnym zadaniem do wykonania.
Potem odwrócił się i wyszedł.
Drzwi zamknęły się z głuchym trzaskiem.
W chacie znów zapadła cisza — przerywana jedynie jej przyspieszonym oddechem i cichym skrzypieniem krzesła.
***
Po ostatniej kłótni Cemil nie wrócił do domu. Minęła noc, a jego miejsce przy stole wciąż pozostawało puste, jak wyrzut sumienia, którego nie dało się uciszyć.
Derya jeszcze wczoraj zaniosła mu jedzenie do sklepu. Stała chwilę w progu, trzymając w dłoniach ciepły jeszcze pojemnik, jakby niósł w sobie coś więcej niż tylko posiłek — może nadzieję na rozmowę, na pojednanie. Cemil jednak nawet na nią nie spojrzał. Minął ją obojętnie, jakby była powietrzem.
Ta cisza zaczęła ciążyć na całym domu. Najbardziej na Emirze.
Chłopiec snuł się po mieszkaniu przygaszony, cichy, jakby nagle ktoś odebrał mu dziecięcą lekkość. Tego ranka wyszedł do szkoły bez śniadania. Derya patrzyła za nim w drzwiach, czując, jak ściska ją w środku coś ciężkiego i bolesnego.
Sięgnęła po telefon.
Hancer. Musi zadzwonić do Hancer. Może ona przemówi Cemilowi do rozsądku. Może jeszcze nie wszystko stracone.
Sygnał. Jeden. Drugi. Trzeci.
Nic.
Derya zmarszczyła brwi i spróbowała ponownie. Potem jeszcze raz. Bez skutku.
— Dlaczego nie odbierasz…? — mruknęła, czując narastający niepokój.
Szybko wybrała numer Cihana.
Telefon milczał.
Jej serce zaczęło bić szybciej.
— Co się z nimi wszystkimi dzieje? — powiedziała półgłosem, spacerując nerwowo po przedpokoju. — Czy coś się stało…? Mam złe przeczucia…
Nie potrafiła już czekać.
Wybrała numer Sinem.
— Przepraszam, że przeszkadzam — zaczęła od razu, gdy tylko usłyszała jej głos. — Ale nie mogę skontaktować się z Hancer. Jej telefon nie odpowiada, tak samo jak Cihana. Jestem pokłócona z mężem, nie mam kogo zapytać… Co się dzieje? Mam nadzieję, że wszystko w porządku…
Po drugiej stronie zapadła krótka cisza.
— Ty… nic nie wiesz? — odezwała się w końcu Sinem, wyraźnie zaskoczona.
Derya zamarła.
— Wiem tylko, że Cihan zamknął Hancer w pokoju — odpowiedziała szybko. — Dlatego dzwonię. Martwię się o nią.
Westchnienie po drugiej stronie było ciężkie, jak zapowiedź czegoś złego.
— Pani Deryo… wydarzyły się straszne rzeczy. Cihan jest w szpitalu.
— Co?! — Derya aż cofnęła się o krok. — W jakim szpitalu? Co się stało mojemu szwagrowi?!
— Jest ranny… — głos Sinem zadrżał. — Hancer do niego strzeliła…
Zapadła cisza.
— Co… ty… mówisz…? — wyszeptała Derya, jakby każde słowo kosztowało ją wysiłek. — Przecież Hancer nie potrafi nawet trzymać broni… Ona nie skrzywdziłaby nikogo. Jak mogła strzelić do mężczyzny, którego kocha?
— To był wypadek — odpowiedziała cicho Sinem.
Derya zamknęła oczy.
— Boże… co nas spotyka… — jej głos się załamał. — W jakim on jest stanie?
— Leży na oddziale intensywnej terapii. Czekamy, aż się obudzi. Hancer jest przy nim.
Derya przycisnęła telefon do ucha mocniej, jakby to mogło zmienić rzeczywistość.
— Boże… miej go w swojej opiece… — wyszeptała.
Rozłączyła się powoli.
Przez chwilę stała nieruchomo, wpatrując się w pustkę.
— Hancer… — jej głos nagle stwardniał, przesycony bólem i gniewem. — Zniszczyłaś nie tylko swój dom… ale i mój…
Odwróciła się gwałtownie, zaciskając dłonie.
— Jeśli on umrze… to koniec wszystkiego… — dodała cicho.
I po raz pierwszy od dawna naprawdę się przestraszyła.
***
Nusret wszedł do rezydencji pewnym krokiem, jak człowiek, który ma już w głowie gotowy plan. Nie zatrzymał się ani na chwilę — od razu skierował się do pokoju córki. Beyza ruszyła za nim bez słowa.
Nie zauważyli, że kilka kroków za nimi idzie Gülşüm.
Zatrzymała się tuż przy drzwiach i przywarła do ściany. Wstrzymała oddech, nasłuchując.
W środku zapadła ciężka cisza, którą pierwszy przerwał Nusret.
— Rozmawiałem z lekarzem Cihana — powiedział chłodno. — Nie miał dla mnie dobrych wieści. Jego stan jest niestabilny. W każdej chwili mogą go zaintubować.
Usiadł w fotelu z pozornym spokojem, jakby mówił o czymś zupełnie zwyczajnym.
Beyza pobladła. Jej dłonie zadrżały.
— Przestań robić taką minę — rzucił ostro. — Usiądź.
Posłusznie podeszła do drugiego fotela i niemal w niego opadła. Jej spojrzenie było rozbite, pełne sprzecznych emocji.
— Człowiek, za którym teraz płaczesz — ciągnął Nusret — wyrzucił cię z domu bez cienia wahania. Dla innej kobiety. Pamiętasz?
Beyza odwróciła wzrok.
— Nieważne — dodał po chwili. — Cihan i tak został wyeliminowany z gry. A wszystko dzięki Hancer. Jeśli pozbędziemy się również jej… cały majątek rodu Develioğlu przypadnie tobie.
W pokoju zrobiło się jeszcze ciszej.
— Jak… zamierzasz się jej pozbyć? — zapytała cicho Beyza.
Na ustach Nusreta pojawił się cień uśmiechu.
— Zostaw to mnie. Ty skup się na tym, żeby niczego nie zepsuć. Twoja ciotka już zaczęła się uginać. Odda ci połowę rezydencji.
Beyza uniosła głowę. W jej oczach pojawił się błysk.
— Naprawdę? — wyszeptała, jakby nie dowierzała. — Połowa… będzie moja?
— Tak — potwierdził spokojnie. — Obiecała mi to. O ile znowu nie narobisz problemów.
Zawiesił na niej uważne spojrzenie.
— A propos problemów… odezwał się szantażysta?
Beyza pokręciła głową.
— Nie. Ale podał kwotę. Trzysta tysięcy.
Nusret parsknął cicho.
— To znaczy, że nie umie negocjować.
— Dokładnie — przytaknęła Beyza, odzyskując pewność siebie. — Mając coś takiego… i żądać tak mało?
Za drzwiami Gülşüm zmrużyła oczy. Jej usta drgnęły.
— Czyli mogłabym dostać więcej… — szepnęła do siebie. — Gdybym tylko zażądała…
Na moment zamyśliła się, rozważając.
— Nie… — pokręciła głową. — Nie zaryzykuję. Jeśli złamię umowę, mogę nie dostać nic. Trzysta tysięcy… musi mi wystarczyć.
Odsunęła się cicho od drzwi i ruszyła na dół, znikając bezszelestnie w korytarzu.
W pokoju Nusret pochylił się lekko do przodu.
— Ktokolwiek to jest — powiedział powoli — zna sytuację i próbuje ją wykorzystać.
Zrobił krótką pauzę.
— Dlatego zrobimy dokładnie to, czego chce.
Jego głos był spokojny. Zbyt spokojny.
***
Kolejna scena snu Cihana.
Mukadder podeszła powoli do stolika ustawionego przy basenie. Woda migotała w słońcu, rzucając na jej twarz miękkie refleksy. Zatrzymała się na chwilę przed Hancer i spojrzała na nią uważnie — tym razem nie chłodno, nie z dystansem, lecz ciepło, niemal czule.
— Witaj w naszej rodzinie, córko — powiedziała łagodnie.
Hancer spuściła wzrok z szacunkiem i delikatnie ucałowała dłoń teściowej. Ten gest, prosty i pełen pokory, zdawał się na moment zatrzymać czas.
Po chwili cała trójka zajęła miejsca przy stole.
Mukadder nie odrywała spojrzenia od Hancer, jakby chciała zapamiętać każdy szczegół jej twarzy.
— Cihan mówił, że jesteś piękna — zaczęła z lekkim uśmiechem. — Ale to, co widzę… to coś więcej. Nic dziwnego, że zakochał się w tobie bez pamięci. Niech Bóg chroni was przed złym okiem.
Hancer uśmiechnęła się nieśmiało.
— Przepraszam, że wszystko wydarzyło się tak nagle — powiedziała cicho. — Nawet nie miałyśmy okazji się poznać…
Mukadder machnęła lekko ręką, jakby to była rzecz zupełnie nieważna.
— Widocznie tak miało być. Nie przejmuj się tym. Czas nie ma znaczenia, jeśli serca już się odnalazły. Najważniejsze, żebyście byli szczęśliwi.
— Jesteśmy — odezwał się Cihan, splatając palce z dłońmi Hancer. — Jesteśmy naprawdę szczęśliwi, mamo.
Mukadder spojrzała na niego z czułością, w której pobrzmiewała nuta tęsknoty.
— Niech tak zostanie, synu… bo ja nie będę tu wiecznie.
— Proszę, nie mów tak — Hancer aż się wzdrygnęła. — Nie daj Boże…
Mukadder uśmiechnęła się lekko, pogodzona.
— Zanim odejdę, wystarczy mi jedno — że zobaczę, że mój syn znalazł miłość. A teraz widzę to wyraźnie… i jestem spokojna.
Przeniosła spojrzenie na Hancer.
— Cihan mówił mi, że dorastałaś bez rodziców.
W oczach dziewczyny pojawił się cień smutku.
— Byłam bardzo mała, kiedy ich straciłam — odpowiedziała cicho. — Nawet nie pamiętam ich twarzy…
Mukadder nachyliła się ku niej, a jej głos złagodniał jeszcze bardziej.
— W takim razie nie patrz na mnie jak na teściową… tylko jak na matkę. Bóg dał mi dwóch synów… a teraz dał mi córkę.
Hancer zadrżały usta.
— Dziękuję… — wyszeptała. — Dziękuję, że mnie zaakceptowałaś.
Mukadder zaśmiała się cicho.
— Nie przesadzaj. — Puściła do niej oko. — Od czasu do czasu i tak zamienię się w typową teściową.
Na jej twarzy pojawił się figlarny uśmiech.
— A skoro już o tym mowa… chcę wnuka.
— Mamo… — westchnął Cihan z rozbawieniem. — Dopiero co się pobraliśmy.
— I co z tego? — odparła natychmiast. — Wiesz, czego nauczyło mnie życie? Że szczęścia nie odkłada się na później. Trzeba brać je tu i teraz.
Rozłożyła ręce szerokim gestem.
— Chcę domu pełnego dzieci. Odważnych chłopców, takich jak ty… i pięknych dziewczynek jak Hancer. Chcę śmiechu, hałasu, życia… Podarujcie mi wnuki, a potem róbcie, co chcecie. Obiecuję, że zajmę się nimi wszystkimi.
Wstała, jakby nagle uznała, że powiedziała już wszystko.
— Dobrze, nie będę wam więcej przeszkadzać. Wrócę później.
— Mamo… — odezwała się cicho Hancer.
Również wstała i podeszła do niej. Bez wahania objęła ją ramionami.
Mukadder odwzajemniła uścisk.
Przez krótką chwilę żadna z nich się nie odezwała.
W ich oczach pojawiło się wzruszenie — ciche, szczere, jakby obie znalazły w sobie coś, czego od dawna im brakowało.


***
Hancer zdołała się uwolnić.
Szorstki sznur w końcu ustąpił, a kiedy Tayar zbliżył się do niej — chwyciła leżący obok odłamek szkła i bez wahania wbiła go w jego nogę. Mężczyzna syknął z bólu, cofając się, a ona wykorzystała tę jedyną szansę.
Wybiegła.
Drzwi chaty uderzyły o ścianę, gdy wypadła na zewnątrz, łapiąc łapczywie powietrze. Nie oglądała się za siebie. Biegła przed siebie, ile sił w nogach — przez nierówną, leśną drogę, potykając się o kamienie i korzenie. Gałęzie smagały jej twarz, oddech rwał się w piersi, ale nie zwalniała.
Wolność była tuż przed nią.
I wtedy…
Na drodze, jak spod ziemi, pojawił się samochód.
Z piskiem opon zatrzymał się tuż przed nią, odcinając jej drogę ucieczki.
Hancer stanęła jak wryta.
Drzwi auta otworzyły się powoli.
Najpierw wysiadł Nusret.
Potem Mukadder.
Ich spojrzenia były spokojne. Zbyt spokojne.
— Dokąd tak pędzisz, synowo? — odezwała się Mukadder miękkim, niemal uprzejmym tonem.
To jedno słowo wystarczyło.
Strach ścisnął Hancer za gardło.
Całe jej ciało zesztywniało. Nogi odmówiły posłuszeństwa, jakby wrosły w ziemię. Nie była w stanie zrobić ani kroku. Nawet oddech ugrzązł jej w piersi.
Zrozumiała.
Nie uciekła.
Wpadła prosto w ich ręce.


Powyższy tekst stanowi autorskie streszczenie i interpretację wydarzeń z serialu Gelin. Inspiracją do jego stworzenia był film Gelin 77.Bölüm dostępny na oficjalnym kanale serialu w serwisie YouTube. W artykule zamieszczono również zrzuty ekranu pochodzące z tego odcinka, które zostały użyte wyłącznie w celach informacyjnych i ilustracyjnych. Wszystkie prawa do postaci, fabuły i materiału źródłowego należą do ich prawowitych właścicieli.






