„Panna młoda” Odc. 245 — streszczenie
Cihan wszedł do salonu z poważną twarzą, trzymając za tasiemkę niebieski balon. W eleganckim, pełnym kryształowych żyrandoli i jasnych mebli wnętrzu ten drobny, dziecięcy symbol wyglądał niemal nierealnie. Balon unosił się obok niego lekko, jak niemy znak obietnicy, którą przed chwilą złożył Hancer.
Mukadder i Sinem siedziały na fioletowej kanapie. Fadime stała przy stoliku i właśnie podawała pani Develioglu kawę. Gdy zobaczyły Cihana, wszystkie zamarły.
— Cihanie, synu? — odezwała się Mukadder, nie odrywając wzroku od balonu. — Skąd wracasz?
Cihan zatrzymał się na środku salonu. Nie usiadł. Nie próbował złagodzić napięcia. Spojrzał najpierw na matkę, potem na Fadime i Sinem.
— Musiałem naprawić to, co zniszczyłaś — powiedział chłodno. — Hancer wróciła do domu. I będzie tam mieszkać.
Mukadder drgnęła, ale nie zdążyła odpowiedzieć.
— Ktokolwiek zakłóci jej spokój — ciągnął Cihan twardym głosem — choćby tylko zbliżając się do jej domu, będzie miał do czynienia ze mną. To dotyczy również ciebie, Fadime.
Fadime spuściła wzrok. Sinem siedziała nieruchomo, wyraźnie poruszona jego stanowczością. Mukadder pobladła z gniewu, ale w oczach syna zobaczyła coś, co odebrało jej pewność siebie.
— Ale synu… — zaczęła.
— Nie ma żadnego „ale” — przerwał jej Cihan. — To moje ostatnie słowo. Czy wyraziłem się jasno?
W salonie zapadła ciężka cisza. Nawet Fadime nie odważyła się poruszyć.
Cihan omiótł je wzrokiem.
— Przyjmuję to milczenie za potwierdzenie.
Odwrócił się powoli i wyszedł z salonu, zabierając ze sobą niebieski balon, który kołysał się cicho pod kryształowym żyrandolem.

***
Cihan wszedł do pokoju dziecięcego z niebieskim balonem w dłoni. Przez chwilę stał przy kołysce i patrzył na syna, który leżał spokojnie wśród jasnych poduszek, ściskając w rączce drewnianą zabawkę. Potem przywiązał balon do łóżeczka i uśmiechnął się łagodnie.
— Spójrz, synu — powiedział cicho. — Twój brat przysłał ci prezent.
***
W tym samym czasie Hancer przywiązała biały balon w swojej sypialni, tuż obok łóżeczka, które już wkrótce miało należeć do jej dziecka. Pokój był jasny i spokojny. Za firanką sączyło się miękkie światło, a balon kołysał się lekko na tle okna. Hancer usiadła na brzegu łóżka, w białym swetrze i domowych kapciach, z dłońmi splecionymi na brzuchu. Przez chwilę patrzyła w lustrzane drzwi szafy, jakby szukała w swoim odbiciu odwagi.
— Zobacz, kochanie — szepnęła. — Twój brat też o tobie pamiętał.
Pogładziła brzuch i zaczerpnęła powietrza.
— Powiem twojemu ojcu prawdę. Niech wie, że jesteście braćmi. Nie będę już dłużej niczego ukrywać. Czas położyć kres sekretom. Nie rozdzielę cię z ojcem ani chwili dłużej.
Serce biło jej tak mocno, że aż przymknęła oczy.
— Teraz moje serce wali jak szalone — powiedziała drżącym głosem. — Mam tylko nadzieję, że nie zatrzyma się, kiedy stanę przed nim i wszystko wyznam.
Zamilkła na moment, po czym uniosła głowę. W jej spojrzeniu pojawiła się determinacja.
— Niech krzyczy, jeśli będzie chciał. Niech się złości. Tym razem się nie cofnę. Powiem prawdę. Nie zniosę już tego poczucia winy.
W tej samej chwili telefon Hancer zabrzęczał. Na ekranie pojawiła się wiadomość od Cihana — zdjęcie niebieskiego balonu wiszącego przy łóżeczku małego Cihana Gurura. Hancer spojrzała na fotografię z czułością, a potem zrobiła zdjęcie białego balonu i wysłała je w odpowiedzi.
Przez chwilę patrzyła jeszcze w swoje odbicie w lustrze. Jej twarz była blada, ale spokojniejsza niż wcześniej.
— Muszę to zakończyć — powiedziała do siebie. — Powiem Cihanowi wszystko.
Wzięła telefon i napisała wiadomość:
„Mam ci coś ważnego do powiedzenia. Będę czekała na ciebie przy kolacji”.
Odpowiedź przyszła po chwili:
„Dobrze, przyjdę. Jeśli masz ochotę na coś specjalnego, przywiozę”.
Hancer odpisała bez wahania:
„Nie trzeba. Wystarczy, że przyjdziesz”.
Odłożyła telefon i znów objęła brzuch.
— Milczałam, żeby cię chronić, kochanie — wyszeptała. — Ale moje milczenie przyniosło tylko ból i nieporozumienia. Oskarżono mnie nawet o cudzołóstwo. To jedyny sposób, żeby ochronić nas przed kolejnymi oszczerstwami. Dalsze czekanie zrani wszystkich jeszcze bardziej. Teraz prawda musi wyjść na jaw.

***
Sinem i Melih spotkali się w parku. Usiedli na ławce pod bezlistnymi drzewami, w chłodnym, jasnym świetle dnia. W oddali majaczyła woda, a wokół nich panowała cisza, która tylko pozornie dawała ukojenie.
— Już niedługo będziemy spacerować po tym parku bez lęku, z podniesionymi głowami i trzymając się za ręce — powiedział Melih z nadzieją. — Mieszkanie jest już prawie gotowe. Muszę tylko kupić łóżko i biurko dla Mine. Potem wszystko będzie przygotowane.
Sinem nie potrafiła podzielić jego spokoju. Siedziała spięta, z dłońmi splecionymi na kolanach, i patrzyła przed siebie z poczuciem winy.
— My myślimy o przygotowaniach, a Hancer płaci za wszystko swoim cierpieniem — powiedziała cicho.
— Rozmawiałem z mamą. Prosiłem ją, żeby nie wtrącała się w życie Hancer. Jeśli będzie trzeba, porozmawiam z nią jeszcze raz.
— To nie jest sprawa, którą ty albo ja możemy łatwo naprawić. Mukadder wyrzuciła Hancer z domu.
Twarz Meliha natychmiast stężała.
— Dlaczego mi nie powiedziałaś? Gdzie ona teraz jest?
— Cihan wrócił z pracy i interweniował, dlatego do ciebie nie dzwoniłam. Sprowadził Hancer z powrotem do starego domu. Ostrzegł wszystkich w rezydencji, żeby więcej nie mieszali się w cudze sprawy. Ale ja i tak nie jestem spokojna.
Melih pochylił się ku niej i spojrzał jej prosto w oczy.
— Mówiłem od początku, że Hancer musi powiedzieć Cihanowi prawdę. Musi wyznać, że dziecko jest jego. Innego wyjścia nie ma.
— To nie jest takie proste, Melihu. Nikt nie wie, jak Cihan zareaguje.
— Nawet jeśli na początku się zezłości, z czasem zrozumie. To jego dziecko. Jestem pewien, że myślał o tym nie raz.
— Skąd możesz to wiedzieć?
Melih utkwił w niej głębsze, łagodniejsze spojrzenie.
— Bo tylko ten, kto naprawdę kocha, potrafi zrozumieć ból swoich bliskich.
Sinem zawahała się. To pytanie od dawna nosiła w sobie, choć bała się wypowiedzieć je na głos.
— A gdyby to nie było jego dziecko? — zapytała ostrożnie. — Czy Cihan potrafiłby pokochać dziecko Hancer?
Melih odpowiedział bez chwili wahania:
— A dlaczego miałby nie potrafić? Jak można nie pokochać dziecka kobiety, którą się kocha? To niemożliwe.
Jego słowa rozwiały ostatni cień wątpliwości Sinem. Usłyszała w nich nie tylko odpowiedź dotyczącą Hancer i Cihana, lecz także prawdę o Mine.
— Jestem bardzo zmęczona, Melihu — przyznała. — Życiem w tej rezydencji, zaborczością mamy Mukadder, tym ciągłym strachem i ukrywaniem się.
— Wytrzymaj jeszcze trochę — poprosił. — Kiedy Hancer powie prawdę, my też zaczniemy własne życie.
Sinem spojrzała na niego z ostrożną nadzieją.
— Daj Boże — wyszeptała.
Na ich twarzach pojawiło się coś, czego od dawna im brakowało: ciche przekonanie, że mimo wszystkiego przyszłość wciąż mogła należeć do nich.
***
Beyza spotkała się z Beren w jej kancelarii. Siedziała naprzeciwko adwokatki w przestronnym, eleganckim gabinecie, z filiżanką herbaty na biurku i chłodną determinacją w spojrzeniu.
— Hancer wszczęła postępowanie rozwodowe dokładnie w chwili, gdy Cihan zażądał rozwodu ode mnie — oznajmiła twardo, nie kryjąc oburzenia.
Beren przyjrzała jej się uważnie zza biurka.
— Być może to tylko zbieg okoliczności.
Beyza niemal parsknęła z niedowierzaniem.
— To niemożliwe. Hancer jest żmiją. Wykorzystuje każdą okazję, by osiągnąć swoje. Teraz, kiedy ja się wycofałam, zrobi wszystko, żeby odzyskać Cihana. Prawdopodobnie już teraz spotykają się potajemnie. W końcu mieszkają na tym samym podwórku.
— Twierdzisz więc, że łączy ich relacja?
— Oni tak naprawdę nigdy jej nie zerwali — odparła Beyza bez wahania. — Hancer nigdy z niego nie zrezygnowała.
Beren oparła dłonie na dokumentach leżących przed nią. Jej twarz pozostała spokojna, lecz spojrzenie stało się bardziej czujne.
— Jeżeli tak jest, możemy wnieść sprawę, zarzucając im prowadzenie niemoralnego trybu życia. Mamy także materiały z przeszłości, które mogą to poprzeć.
— Zrób to natychmiast.
— Zrobię, ale muszę cię ostrzec. Konsekwencje tej decyzji dotkną nie tylko Cihana. Odbiją się również na waszym dziecku. Musisz być na to gotowa.
Beyza nawet nie drgnęła.
— Nie obchodzi mnie to. Muszę wygrać.
Beren przez chwilę patrzyła na nią w milczeniu. W jej spojrzeniu pojawił się cień chłodnej oceny.
— Matki zazwyczaj na pierwszym miejscu stawiają swoje dziecko. Ty jednak sprawiasz wrażenie, jakbyś nie była do niego szczególnie przywiązana.
Twarz Beyzy stężała.
— To nie twoja sprawa. Skup się na swojej pracy.
— Oczywiście, że to nie moja sprawa — odparła Beren spokojnie. — Powiedziałam jedynie to, co widzę. Ostateczna decyzja należy do ciebie.
***
Derya wracała z zakupów, ciągnąc za sobą ciężki wózek na kółkach. Szła w stronę turkusowego domu z zaciśniętymi ustami i miną kobiety, która ledwo panowała nad gniewem.
— Jeszcze mam przynosić jedzenie temu zdrajcy… — syknęła pod nosem.
Zatrzymała się przed drzwiami, sięgnęła do kieszeni płaszcza i wsunęła klucz do zamka. W tej samej chwili za jej plecami rozległ się znajomy głos:
— Dzień dobry, Deryo.
Odwróciła się gwałtownie. Na podwórko weszła Mukadder. W beżowym płaszczu, z czarną torebką w dłoni i lodowatym wyrazem twarzy wyglądała tak, jakby przyszła nie z wizytą, lecz z wyrokiem.
— Co cię sprowadza w moje skromne progi, pani Mukadder? — zapytała Derya, od razu przybierając zaczepny ton.
— Czy twój mąż jest w domu?
Derya zmrużyła oczy.
— Cemil ostatnio zrobił się naprawdę popularny… Co się stało? Ty też chcesz, żeby pofarbował ci włosy?
— Co ty bredzisz? — obruszyła się Mukadder. — Zawołaj męża, jak ci mówię.
— Po co ci mój mąż?
— Muszę mu powiedzieć, co zrobiła jego siostra. No dalej, idź i go zawołaj.
Derya uniosła brwi. Gniew Mukadder wyraźnie ją zaciekawił.
— Skoro przyszłaś tu w takim stanie, sprawa musi być poważna. Co Hancer znowu zrobiła?
— Nie mam ochoty na plotki, Deryo. Idź i zawołaj Cemila!
— Dobrze, dobrze. Poczekaj tutaj.
Derya weszła do domu i od razu ruszyła do pokoju, w którym zamknęła męża. Otworzyła drzwi i zamarła. Pokój był pusty. Po Cemilu nie zostało ani śladu. Tylko otwarte okno i poruszana wiatrem firanka zdradzały, którędy uciekł.
Twarz Deryi stężała. Zacisnęła zęby, po czym wróciła na zewnątrz, kipiąc ze złości.
— Cemila nie ma w domu — oznajmiła krótko.
Mukadder spojrzała na nią uważnie.
— Sądząc po twojej minie, doskonale wiesz, dokąd poszedł.
— Oczywiście, że wiem — odparła Derya z irytacją. — Kręci się pewnie przy Yoncy. Na pewno siedzi w jej salonie.
Mukadder nie powiedziała już ani słowa. Odwróciła się i odeszła, jakby usłyszała wszystko, czego potrzebowała.
Derya odprowadziła ją ponurym spojrzeniem.
— Oby ten salon zawalił im się wszystkim na głowy — mruknęła pod nosem.
Po chwili wróciła do środka i zatrzasnęła za sobą drzwi.
***
W salonie Yoncy panował zwyczajny, pracowity gwar. Klientka siedziała przed lustrem w pelerynie fryzjerskiej, Yonca krzątała się obok niej z uśmiechem, a Cemil stał przy wózku z farbami i mieszał coś w miseczce. Tylko że myślami był zupełnie gdzie indziej. Ręka poruszała się mechanicznie, a jego wzrok co chwilę uciekał w stronę drzwi.
Zaniepokojona Yonca podeszła bliżej.
— Co robisz, Cemilu? — zapytała półgłosem, żeby nie przestraszyć klientki. — Nie przesadziłeś z rozjaśniaczem? Gdzie ty znowu odpłynąłeś?
— Do mojego strażnika — mruknął. — Do Deryi. Boję się, że zaraz odkryje, że nie ma mnie w domu. Może skończę tę mieszankę i wrócę?
Klientka spojrzała na niego w lustrze.
— Panie Cemilu, a na jaki kolor zafarbuje mi pan włosy, kiedy już zostaną rozjaśnione? Ma pan jakiś konkretny pomysł?
Cemil drgnął, jakby wyrwano go z głębokiego snu.
— Mam — odparł niespodziewanie ostrym tonem. — Pomaluję pani włosy na kolor buntu.
Sam zdziwił się własnym słowom. Odchrząknął i natychmiast złagodniał.
— Przepraszam. Powiedziałem tak, bo każdy artysta, którego sztuka jest zakazywana, w końcu zaczyna się buntować. A sztuki nie wolno zakazywać. Nikomu.
Klientka uśmiechnęła się z zachwytem.
— Ach, teraz jestem jeszcze bardziej podekscytowana. Nie mogę się doczekać efektu.
W tej samej chwili drzwi salonu się otworzyły. Do środka weszła Mukadder. Miała na sobie elegancki beżowy płaszcz, a jej twarz była tak napięta, że od razu uciszyła wesołą atmosferę. Cemil zamarł na jej widok.
Mukadder nawet się nie przywitała. Stanęła przed nim i wypaliła:
— Twoja siostra nie potrafi utrzymać przy sobie mężów. Z obecnym też się rozwodzi.


Cemil spojrzał na nią oszołomiony.
— Nie… Moja siostra by tego nie zrobiła.
— A jednak zrobiła.
— To niemożliwe. Ona i Melih dobrze się dogadywali. Nie mieli powodu, żeby się rozwodzić.
— Powód jest prosty — odparła Mukadder zimno. — Ta wiejska piękność obrała sobie za cel powrót do rezydencji.
Twarz Cemila stwardniała.
— Proszę uważać na słowa. Nic nie powiem ze względu na różnicę wieku, ale nie pozwolę obrażać mojej siostry.
— Mówię najprawdziwszą prawdę, panie Cemilu. Przyszłam cię ostrzec. Mój syn się rozwodzi. Ona także odchodzi od męża. I nagle oboje znowu znaleźli się obok siebie.
— Nie. Hancer by tego nie zrobiła…
— Dlaczego miałabym cię okłamywać? Jeśli mi nie wierzysz, idź i zapytaj ją sam. Przykleiła się do Cihana jak kleszcz. Przeklęta utrzymanka… Ale wybiję to mojemu synowi z głowy. Tym razem nie będę miała litości.
Mukadder przesunęła wzrokiem po salonie i zatrzymała spojrzenie na Yoncy.
— Twoja szefowa dobrze wie, do czego jestem zdolna, kiedy bronię swojej rodziny. Weź to sobie do serca.
Poprawiła płaszcz, odwróciła się i wyszła, zostawiając po sobie ciężką ciszę.
Cemil stał nieruchomo, całkowicie zdruzgotany. Jeszcze przed chwilą mówił o sztuce, buncie i zakazanych talentach. Teraz wpatrywał się w drzwi, jakby wraz z Mukadder wyszła z salonu cała jego pewność.
***
Sila weszła do szpitalnego magazynu leków ostrożnie, jakby każdy krok mógł zdradzić jej obecność. Pomieszczenie było chłodne i surowe. Na półkach stały równo ustawione butelki, pudełka i fiolki, a pod ścianą czekały metalowe wózki z przygotowanymi środkami dla pacjentów.
Dziewczyna szybko omiotła wzrokiem etykiety. Po chwili dostrzegła wózek podpisany imieniem Garip. Zatrzymała się przy nim, zacisnęła palce w niebieskich rękawiczkach i pochyliła nad przygotowanymi fiolkami.
— Już niedługo przestaną nazywać cię Dziwakiem, bracie — wyszeptała. — Znowu staniesz się Metinem Develioglu. Nie pozwolę, żeby dłużej cię odurzali.
Jej twarz była skupiona i blada od napięcia. Wiedziała, że nie ma wiele czasu. Sięgnęła po fiolkę z głównym środkiem i usunęła z niej zawartość, po czym rozejrzała się nerwowo po półkach.
— Co mogłabym wlać zamiast tego? — szepnęła do siebie. — Myśl, Sila… Myśl.
Wtedy jej spojrzenie padło na szafkę oznaczoną napisem „Witaminy”. Na jednej z półek stały niewielkie ampułki z żółtawym płynem.
— Witaminy — powiedziała cicho, jakby właśnie znalazła rozwiązanie. — Mają podobny kolor i nie zrobią mu krzywdy.
Ostrożnie sięgnęła po jedną z fiolek. Po chwili podmieniła zawartość tak, by na pierwszy rzut oka nikt nie zauważył różnicy. Jeszcze raz sprawdziła wózek, poprawiła ustawienie naczyń i upewniła się, że wszystko wygląda tak samo jak przed jej przyjściem.
Dopiero wtedy pozwoliła sobie na głębszy oddech.
Teraz pozostało jej tylko czekać. Czekać, aż Metin odzyska świadomość, przypomni sobie, kim naprawdę był, i stanie twarzą w twarz z rodziną, która przez lata odbierała mu wolę, pamięć i życie.


Powyższy tekst stanowi autorskie streszczenie i interpretację wydarzeń z serialu Gelin. Inspiracją do jego stworzenia były filmy Gelin 181.Bölüm i Gelin 182.Bölüm dostępne na oficjalnym kanale serialu w serwisie YouTube. W artykule zamieszczono również zrzuty ekranu pochodzące z tych odcinków, które zostały użyte wyłącznie w celach informacyjnych i ilustracyjnych. Wszystkie prawa do postaci, fabuły i materiału źródłowego należą do ich prawowitych właścicieli.






