„Dziedzictwo” Odc. 1002 – streszczenie
Aynur weszła do pokoju, niosąc na spodku niewielką filiżankę kawy. Odziana w bordową bluzkę i karmelową spódnicę wyglądała wyjątkowo promiennie. Podeszła do łóżka i podała napój Isil.
– Dziękuję – powiedziała matka prokuratora, przyglądając jej się z uwagą. – Dziś wyglądasz inaczej. Promieniejesz. Uśmiechasz się, jakby świat nagle przestał być dla ciebie taki ciężki.
Aynur na moment spuściła wzrok. Nie potrafiła całkowicie ukryć szczęścia, które od rana rozgrzewało jej serce. Po ostatnich wiadomościach od Sinana znów pozwoliła sobie uwierzyć, że być może nie wszystko było jeszcze stracone.
– Nie ma żadnego szczególnego powodu – odparła z lekkim, nieśmiałym uśmiechem. – Czy życzy sobie pani czegoś jeszcze?
– Nie, dziękuję, kochanie.
– W takim razie wrócę do kuchni. Mam jeszcze sporo pracy.
Aynur wyszła, cicho zamykając za sobą drzwi. Isil przez chwilę spoglądała w miejsce, w którym przed momentem stała dziewczyna. Następnie uniosła filiżankę, upiła niewielki łyk i odstawiła ją na szafkę nocną. Łagodność natychmiast zniknęła z jej twarzy.
– Czyżby Sinan spędził z nią wczorajszy wieczór? – mruknęła podejrzliwie. – Nie powiedział, dokąd poszedł, a ona wyglądała tak, jakby właśnie spełniło się jej największe marzenie.
Zmrużyła oczy, coraz bardziej przekonana, że między jej synem a Aynur wydarzyło się coś, o czym nikt nie zamierzał jej powiedzieć.
– Nie przyzwyczajaj się do tego szczęścia, Kopciuszku – dodała chłodno. – Ten uśmiech nie pozostanie na twojej twarzy zbyt długo.
Sięgnęła po telefon i wybrała numer Ezgi. Nie musiała długo czekać, zanim w słuchawce rozległ się głos dziewczyny.
– Musisz w końcu podjąć decyzję, Ezgi – oznajmiła bez zbędnych wstępów. – Zamierzasz nadal siedzieć w cieniu porażki i użalać się nad sobą czy wreszcie się podniesiesz i zaczniesz walczyć?
– Ciociu Isil…
– Nie mamy czasu na wahanie – przerwała jej stanowczo. – Sinan coraz bardziej zbliża się do Aynur. Jeśli naprawdę chcesz go odzyskać, musisz działać teraz. To jest twój moment. Być może ostatni.
***
W sypialni Poyraz kończył pakowanie rzeczy na wyjazd. Na łóżku leżała już częściowo zapełniona torba, a on po kolei sprawdzał, czy niczego nie zapomnieli. W pewnym momencie sięgnął po portfel Nany. Gdy przypadkiem go otworzył, ze środka wysunęła się niewielka fotografia.
Poyraz podniósł ją z podłogi i znieruchomiał. Było to ich wspólne zdjęcie. Przez chwilę wpatrywał się w nie z cichym wzruszeniem, jakby sam fakt, że Nana nosiła je przy sobie, potwierdzał coś, czego od dawna pragnął być pewien.
Właśnie wtedy dziewczyna weszła do pokoju. Gdy zobaczyła fotografię w jego dłoni, zatrzymała się gwałtownie.
– Wypadła, kiedy sięgnąłem po twój portfel – wyjaśnił spokojnie Poyraz, pokazując jej zdjęcie.
Nana podeszła do niego i szybko odebrała zarówno fotografię, jak i portfel. Na jej twarzy pojawił się wymuszony uśmiech.
– Właśnie zastanawiałam się, czego jeszcze nie spakowałam – rzuciła pozornie swobodnie. – No i znalazło się.
Schowała zdjęcie z powrotem do portfela, unikając jego spojrzenia.
– Skoro ty, żeby uwiarygodnić nasze małżeństwo, napisałeś do mnie list miłosny, to ja noszę przy sobie nasze zdjęcie – dodała zaczepnie. – Tak na wszelki wypadek. Nie dlatego, że umieram z miłości.
Poyraz przyglądał jej się z ledwie widocznym uśmiechem. Doskonale rozumiał, że Nana po raz kolejny próbowała ukryć zakłopotanie za ironią.
Dziewczyna ruszyła w stronę drzwi, lecz na moment zatrzymała się w progu.
– Chodźmy już. Wszyscy na nas czekają. Chcą się pożegnać.
Poyraz odprowadził ją wzrokiem. Na jego twarzy malowały się jednocześnie czułość i rozbawienie. Po chwili zamknął torbę i ruszył za nią.
***
Po dłuższej podróży samochód Poyraza zatrzymał się przy wąskiej drodze prowadzącej nad jezioro. Przed nimi rozciągała się spokojna tafla wody, otoczona wysokimi sosnami i porośniętymi lasem wzgórzami. Wokół panowała niemal zupełna cisza, zakłócana jedynie szelestem gałęzi i odgłosami ptaków krążących przy brzegu.
Nana odpięła pas i rozejrzała się niepewnie. Piękno krajobrazu nie potrafiło stłumić napięcia, które od początku podróży ściskało jej żołądek.
„Wytrzymaj. Oddychaj spokojnie. Nic się nie stanie” – powtarzała sobie w myślach.
Poyraz obserwował ją ukradkiem. Dostrzegał jej nerwowość, choć Nana za wszelką cenę próbowała sprawiać wrażenie obojętnej.
„Może właśnie tutaj uda mi się wreszcie przebić przez ten mur” – pomyślał. „Może dowiem się, czego naprawdę się boi i co czuje”.
– Dalej nie pojedziemy – oznajmił, otwierając drzwi. – Hotel znajduje się niedaleko, ale ostatni odcinek musimy przejść pieszo.
Wysiedli z samochodu. Nana stanęła przy aucie i powoli rozejrzała się po otaczającym ich krajobrazie.
– Jak tu cicho… – szepnęła. – Rzeczywiście wygląda na bardzo spokojne miejsce.
– Właśnie dlatego ludzie przyjeżdżają tu w podróż poślubną – odparł Poyraz z lekkim uśmiechem. – Chcą zapomnieć o całym świecie. Zostać sami i mieć tylko siebie.
Nana natychmiast skrzyżowała ramiona i odwróciła wzrok w stronę jeziora.
– Moim zdaniem to również idealne miejsce dla kogoś, kto chce odciąć się od wszystkiego – zauważyła sucho. – Cisza, spokój i żadnych zbędnych kontaktów z ludźmi.
Poyraz spojrzał na nią z rozbawieniem.
– Zapowiada się więc, że spędzisz tu wymarzone wakacje.
***
Hotelowy korytarz był długi, jasny i niemal zupełnie cichy. Ich kroki odbijały się głuchym echem od kamiennej posadzki. Poyraz szedł przodem, podczas gdy Nana trzymała się kilka kroków za nim, wyraźnie zwalniając, im bardziej zbliżali się do pokoju.
Mężczyzna zatrzymał się przed drzwiami z numerem 203 i spojrzał na nią przez ramię.
– To tutaj – oznajmił. – Dlaczego zostałaś z tyłu?
– Po prostu trochę się zmęczyłam – odpowiedziała wymijająco, unikając jego wzroku.
– Zaraz odpoczniesz. W naszym pokoju – odparł spokojnie.
Otworzył drzwi i wykonał zapraszający gest.
– Panie przodem.
Nana przekroczyła próg, lecz po zaledwie kilku krokach znieruchomiała. Jej spojrzenie przesunęło się po wnętrzu, które bardziej przypominało scenografię romantycznego filmu niż zwykły hotelowy pokój. Na podłodze leżały czerwone balony, zagłówek zdobiły błyszczące serca, a na białej pościeli rozsypano płatki róż. Czerwone poduszki i narzuta dopełniały wystroju przygotowanego specjalnie dla nowożeńców.
Wszystko wokół zdawało się krzyczeć, że czeka ich noc pełna miłości.
Nana odwróciła się gwałtownie do męża.
– Poważnie?! Po co to wszystko?! Kto wpadł na taki pomysł?! – zapytała z oburzeniem. – Co za niedorzeczność!
Jej ton był ostry, lecz Poyraz bez trudu dostrzegł kryjące się pod nim zakłopotanie.
– To apartament dla nowożeńców – przypomniał z udawaną niewinnością. – A my, technicznie rzecz biorąc, przyjechaliśmy tu w podróż poślubną.
Podszedł bliżej i ujął ją za dłoń.
– Co ty wyprawiasz?! – Nana natychmiast wyrwała rękę. – Naprawdę uwierzyłeś, że jesteśmy tu na miesiącu miodowym?
– Przypominam, że mój brat zażądał mnóstwa zdjęć – odpowiedział Poyraz, wzdychając teatralnie. – Uznałem, że to dobre tło. A ty co sobie wyobraziłaś?
– Że kompletnie straciłeś rozum.
– Skoro już tu jesteśmy, zróbmy zdjęcie. Nie każmy Sahinowi długo czekać.
Poyraz stanął obok niej, uniósł telefon i włączył przedni aparat. Nana patrzyła w ekran bez cienia uśmiechu, spięta i wyraźnie skrępowana. Pierwsza fotografia wyszła dokładnie tak, jak można się było spodziewać – oboje wyglądali na śmiertelnie poważnych, jakby zamiast romantycznej podróży czekało ich przesłuchanie.
Poyraz przyjrzał się zdjęciu, po czym zerknął na żonę z rozbawieniem.
– Kolor twojej twarzy doskonale pasuje do wystroju. Jesteś niemal tak czerwona jak te serca.
– To przez zimno – odpowiedziała szybko Nana. – Na pewno nie przez ciebie.
– Oczywiście – przytaknął z przesadną powagą. – Ale kiedy brat zobaczy tę minę, pomyśli, że hotel ci się nie spodobał. Uśmiechnij się chociaż trochę. Mamy przecież wyglądać jak zakochane małżeństwo podczas romantycznej podróży.
– Tylko na potrzeby zdjęcia – zastrzegła.
– Naturalnie.
Poyraz ponownie uniósł telefon, lecz tym razem objął ją ramieniem i przyciągnął nieco bliżej. Nana zesztywniała, jednak nie zdążyła zaprotestować. Mężczyzna uśmiechnął się szeroko do aparatu, a po chwili na jej ustach również pojawił się delikatny, choć wciąż nieco niepewny uśmiech.
Rozległ się dźwięk migawki.
Drugie zdjęcie wyszło znacznie lepiej. Za dobrze jak na dwoje ludzi, którzy uparcie przekonywali samych siebie, że jedynie odgrywali zakochaną parę.
***
Ezgi wzięła sobie do serca słowa Isil. Po raz pierwszy od dawna poczuła, że znów ma przed sobą konkretny cel. Nie zamierzała dłużej rozpamiętywać porażki ani bezczynnie patrzeć, jak Sinan coraz bardziej się od niej oddalał. Postanowiła zawalczyć o niego do końca.
Jeszcze tego samego dnia pojawiła się w domu prokuratora. W dłoni trzymała niewielką, drewnianą szkatułkę. Gdy ją otworzyła, oczom Isil ukazała się delikatna złota bransoletka — dawny prezent od Sinana. Zdobiły ją zawieszki w kształcie liter „S” i „E”, połączone maleńkim sercem.
Isil przyjrzała się biżuterii z wyraźnym zainteresowaniem. Po chwili na jej twarzy pojawił się zadowolony uśmiech.
– To doskonały pomysł – stwierdziła z uznaniem. – Kiedy Aynur zobaczy ją na twoim nadgarstku, pomyśli, że Sinan podarował ci ją niedawno.
Ezgi przesunęła palcami po złotych zawieszkach, jakby dotykała ostatniego śladu dawnej miłości.
– Tylko jak sprawić, żeby w to uwierzyła? – zapytała niepewnie.
– Najpierw musisz znaleźć pretekst, żeby wyciągnąć Sinana z domu – odpowiedziała Isil bez chwili namysłu. – Zaproś go na kolację, spacer albo zwykłą rozmowę. Nieważne dokąd. Ważne, żeby Aynur wiedziała, że spędziliście czas sam na sam. Potem pokażesz się z bransoletką. Resztę dopowie sobie sama.
W głosie kobiety pobrzmiewała chłodna pewność, jakby każdy element planu był już przesądzony.
Ezgi zamknęła szkatułkę i zacisnęła na niej palce. W jej oczach pojawiła się determinacja, której od dawna w nich nie było.
– Zrobię to – oznajmiła stanowczo. – Tym razem się nie wycofam.
Isil spojrzała na nią z aprobatą. Wiedziała, że wystarczyło zasiać w sercu Aynur ziarno podejrzenia. Resztę miała zrobić zazdrość.
***
Nana i Poyraz wybrali się na spacer po lesie otaczającym hotel. Wąska ścieżka wiła się między wysokimi drzewami i gęstymi krzewami, a chłodne, rześkie powietrze pachniało igliwiem, wilgotną ziemią i opadłymi liśćmi. Zimowe słońce przedzierało się przez gałęzie, rozlewając na drodze blade smugi światła.
Początkowo szli razem, lecz Nana szybko poczuła, że bliskość męża coraz bardziej ją krępowała. Potrzebowała chwili samotności, by uspokoić myśli i uporządkować emocje, które od przyjazdu nie dawały jej spokoju.
– Chcę przejść się sama – oznajmiła stanowczo. – Nie musisz cały czas za mną chodzić.
Poyraz spojrzał na nią z nieufnością, ale ostatecznie nie zaprotestował. Został z tyłu, podczas gdy ona ruszyła przed siebie.
Nana zagłębiała się coraz dalej w las. Przez pewien czas była przekonana, że bez trudu odnajdzie drogę powrotną. Dopiero gdy ścieżka zaczęła się rozwidlać, a otaczające ją drzewa wydały się niemal identyczne, zrozumiała, że straciła orientację.
Zatrzymała się i rozejrzała nerwowo. Wokół panowała głęboka cisza, przerywana jedynie szelestem liści i odległym śpiewem ptaków.
„Spokojnie” – próbowała dodać sobie otuchy. – „Zaraz odnajdziesz właściwą drogę. Nie ma powodu do paniki”.
Wtedy usłyszała za plecami cichy trzask gałęzi.
Zamarła.
Po chwili rozległ się kolejny krok, a potem następny. Ktoś zbliżał się do niej powoli, jakby starał się nie zdradzić swojej obecności.
Serce Nany zaczęło bić jak oszalałe. Dziewczyna rozejrzała się gorączkowo i dostrzegła leżący przy ścieżce gruby kawałek drewna. Chwyciła go obiema rękami, ściskając tak mocno, że pobielały jej palce.
Kroki były coraz bliżej.
Gdy usłyszała ruch tuż za sobą, odwróciła się gwałtownie i bez zastanowienia zamachnęła się polanem.
– Ała! – rozległ się znajomy głos.
Nana znieruchomiała. Przed nią stał Poyraz, który trzymał się za głowę i patrzył na nią z mieszaniną bólu, niedowierzania i złości.
– Ty?! – wykrzyknęła, szeroko otwierając oczy.
– Nie, niedźwiedź! – odburknął. – Oczywiście, że ja! Kogo jeszcze zamierzałaś pobić w tym lesie?
– Powiedziałam ci, że chcę zostać sama! – przypomniała mu ostro. – Śledziłeś mnie?
– Zostawiłem cię samą na kilka minut, a ty zdążyłaś się zgubić i zaatakować pierwszą osobę, która próbowała cię odnaleźć – odpowiedział z wyrzutem. – Myślałaś, że pozwolę ci błąkać się po lesie bez opieki?
Nana spojrzała na miejsce, w które go uderzyła. Jej złość natychmiast ustąpiła miejsca niepokojowi.
– Twoja głowa krwawi! – zawołała. – Pokaż mi to.
– Nic mi nie jest – mruknął, próbując zachować godność.
– Jak to nic?! Uderzyłam cię polanem! Możesz mieć wstrząśnienie mózgu albo krwotok wewnętrzny!
Poyraz skrzywił się i dotknął obolałego miejsca.
– Krwotoku dostałem już w dniu, w którym się z tobą ożeniłem – stwierdził ponuro. – Od tamtej pory tylko czekam, aż mnie wykończysz.
Nana zmierzyła go ostrym spojrzeniem.
– Jeszcze raz zażartujesz, a naprawdę cię dobiję.
– Wspaniale – westchnął teatralnie. – Tak właśnie wyobrażałem sobie podróż poślubną. Inni dostają romantyczne kolacje, spacery przy świetle księżyca i śniadania do łóżka. Ja dostałem przemoc domową na leśnej ścieżce.
– Przestań nazywać ten wyjazd podróżą poślubną! – warknęła, ponownie unosząc polano.
Poyraz odruchowo cofnął się o krok.
– Dobrze, dobrze. Odłóż broń. Porozmawiamy jak cywilizowani ludzie.
Nana rzuciła kawałek drewna na ziemię, po czym ponownie przyjrzała się jego głowie. Nie potrafiła już ukrywać niepokoju.
– Naprawdę boli? – zapytała znacznie łagodniej.
– Nie, wcale – odpowiedział ironicznie. – Zawsze marzyłem, żebyś rozbiła mi głowę podczas spaceru.
– Sam jesteś sobie winien. Skradałeś się jak złodziej.
– Nie skradałem się. Szedłem za tobą.
– Bez jednego słowa!
– Wołałem cię. To ty byłaś tak zajęta gubieniem się, że niczego nie słyszałaś.
Nana westchnęła ciężko. Przez chwilę patrzyła na niego z irytacją, lecz w końcu zbliżyła się i ostrożnie ujęła go pod ramię.
– Wracamy do hotelu – zdecydowała. – Trzeba opatrzyć ranę.
– Czyli jednak się o mnie martwisz?
– Martwię się tylko dlatego, że nie chcę później tłumaczyć wszystkim, dlaczego wróciłam bez męża.
– Rozumiem. Czysty obowiązek małżeński.
– Dokładnie.
Ruszyli w stronę hotelu. Nana szła tuż przy nim, wciąż trzymając go za ramię, jakby obawiała się, że w każdej chwili może stracić równowagę. Poyraz nie protestował. Przeciwnie, pozwolił jej się prowadzić, choć na jego ustach igrał ledwo zauważalny uśmiech.
– Kamień, pistolet, teraz polano… – wyliczał po chwili. – Zaczynam się zastanawiać, co przygotowałaś na jutro. Maczetę?
– Poyraz…
– Siekierę?
– Zamknij się.
– Może truciznę?
Nana ścisnęła mocniej jego ramię.
– Powiedziałam, żebyś przestał żartować.
Jej głos był surowy, lecz troska, z jaką go podtrzymywała, przeczyła każdemu wypowiedzianemu słowu. Poyraz dostrzegł to bez trudu, jednak tym razem postanowił niczego nie komentować.
Szli więc dalej w milczeniu, otoczeni szumem drzew i blaskiem zimowego słońca. Między nimi nadal unosiło się napięcie, lecz nie wynikało już wyłącznie ze złości. Kryło się w nim coś znacznie bardziej niebezpiecznego – czułość, której oboje uparcie nie chcieli nazwać.
Powyższy tekst stanowi autorskie streszczenie i interpretację wydarzeń z serialu Emanet. Inspiracją do jego stworzenia był film Emanet 723. Bölüm dostępny na oficjalnym kanale serialu w serwisie YouTube. W artykule zamieszczono również zrzuty ekranu pochodzące z tego odcinka, które zostały użyte wyłącznie w celach informacyjnych i ilustracyjnych. Wszystkie prawa do postaci, fabuły i materiału źródłowego należą do ich prawowitych właścicieli.


















