Dziedzictwo odc. 933: Nana walczy o przebaczenie Poyraza!

Nana i Poyraz w warsztacie.

„Dziedzictwo” Odc. 933 – streszczenie

Poyraz i Mert wchodzą do ciemnego, wilgotnego magazynu, gdzie w rogu, przywiązany do krzesła, siedzi posiniaczony i wyraźnie wyczerpany Ismail. Bez słowa Poyraz podchodzi i wymierza mu kilka silnych ciosów. W jego oczach widać gniew i determinację, a głos drży od tłumionej furii, gdy po raz kolejny zadaje to samo pytanie — pytanie, które już dawno stało się jego obsesją:

– Mów! Kto cię wynajął?! Kto próbował mnie zniszczyć?!

Ismail sapie ciężko, a krew ścieka mu z wargi. W końcu, zrezygnowany i pokonany, odpowiada:
– Dobrze, wystarczy… powiem ci. To był Trucizna. On wydał rozkaz.

***

Nagle czas się cofa — retrospekcja. Magazyn jeszcze przed chwilą był pusty, gdy nagle do środka wszedł Semih. Wzrok Ismaila natychmiast się rozjaśnił, a na twarzy pojawiła się nadzieja.

– Wreszcie! Myślałem, że już po mnie. Rozwiąż mnie, musimy stąd zniknąć!

Ale Semih patrzy na niego chłodno, bez śladu współczucia.
– Nie przyszedłem cię ratować. Przyszedłem z propozycją. Poyraz tu zaraz będzie. Masz mu powiedzieć, że zatrudnił cię Trucizna.

Ismail kręci głową z niedowierzaniem.
– Zwariowałeś? Kim on w ogóle jest? Co to za gra?!
– To nie twoja sprawa. Zrobisz, co ci każę, jeśli zależy ci na życiu.

– Myślisz, że się na to nabiorę? Wsadzą mnie. Co najmniej trzy lata, jeśli nie więcej!
– Już siedziałeś. I to dla pieniędzy. Teraz też dasz sobie radę – rzuca Semih z lodowatą obojętnością.

***

Scena wraca do teraźniejszości.

Ismail spuszcza wzrok. Mówi cicho, ale wystarczająco wyraźnie, by Poyraz mógł usłyszeć każde słowo.

– To był człowiek Trucizny. Dał mi pieniądze i rozkazy. Najpierw chciał cię oczernić i zapuszkować, a potem – bez przeszkód – porwać Nanę i dziecko. Tak mi powiedział.

Poyraz zaciska pięści, a jego oddech staje się ciężki. Wciąga powietrze głęboko i długo je wypuszcza. Twarz mu twardnieje, a spojrzenie nabiera chłodnej determinacji.

Więc to jednak on… Trucizna. Znowu Trucizna.

***

Cennet wchodzi do warsztatu z determinacją w oczach. Jej kroki są pewne, a twarz napięta. Zatrzymuje się naprzeciwko Nany i patrzy na nią z chłodną stanowczością.

– Szukam syna – mówi twardym, niemal rozkazującym tonem. – Gdzie on jest?

Nana odwraca wzrok, jakby chciała ukryć lęk, który zakradł się w jej serce.
– Wyszedł z Mertem… Znaleźli jakiś ślad. Poszli za nim – odpowiada cicho.

– Twój głos drży – zauważa Cennet z nutą triumfu. – W końcu do ciebie dotarło. Za późno, ale jednak zrozumiałaś, że mój syn jest niewinny. Co? Nie masz nic do powiedzenia?

Cisza. Nana milczy, a Cennet kontynuuje. Jej głos narasta w sile.

– Nie nazywają go Burzą bez powodu. Gdy nadchodzi, ludzie drżą. Ale nie dlatego, że niszczy – tylko dlatego, że przynosi prawdę. Mój syn jest uczciwy. Sprawiedliwy. Miłosierny. Ale jego serce… kiedy zostaje zranione, nie leczy się łatwo. Ostrzegałam go przed tobą. Nie chciał słuchać. A teraz? Teraz w końcu zobaczył twoje prawdziwe oblicze.

Nana spuszcza głowę. Nie ma żadnych argumentów, żadnego wytłumaczenia. Wie, że zawiodła – i to głęboko. Gdy próbuje zebrać się na słowo, drzwi warsztatu się otwierają. Do środka wchodzi Poyraz.

– Moje dziecko! – Cennet natychmiast podbiega i chwyta go za rękę. – Czy coś się stało? Martwiłam się o ciebie.

– Ismail się przyznał – mówi spokojnie, ale z wyraźnym ciężarem w głosie. – Za wszystkim stoi Trucizna. On to zaplanował. Udawał martwego. Chciał mnie usunąć, a potem porwać Nanę i dziecko. Przekazaliśmy Ismaila policji. Wszystko jest udokumentowane.

– Więc Trucizna żyje? – pyta zdumiona Cennet.
– Tak. Ale jego plan się posypał.

– Bogu dzięki! – wzdycha kobieta z ulgą, a potem, ściskając syna mocno, dodaje ze łzami w oczach: – Udowodniłeś swoją niewinność. A ten diabeł sam wpadł we własną pułapkę. Dziękuję Ci, Boże, tysiąckrotnie!

Nana stoi z boku, oszołomiona, przejęta, przepełniona żalem. W jej oczach pojawiają się łzy. Patrzy na Poyraza, ale on nawet na nią nie spojrzy.

– W moich oczach zawsze byłeś niewinny, synu – mówi Cennet z dumą. – Twoje sumienie, honor i moralność są niezniszczalne. Bóg widzi wszystko. I to On osądzi tych, którzy działają ze złą intencją.

Poyraz kiwa głową.
– Wróć do domu, mamo. Ja jeszcze tu chwilę zostanę.

Cennet przytula go raz jeszcze i rusza do wyjścia. Przed wyjściem zatrzymuje się jednak na moment, by rzucić Nanie ostatnie, chłodne, pełne pogardy spojrzenie.

Nana powoli podchodzi do Poyraza. Chce coś powiedzieć, ale nie wie, jak zacząć. Jej głos jest cichy, niepewny.
– Poyraz… chcę tylko…

– Zostało piętnaście minut do ostatecznego terminu – przerywa jej chłodno. – Pewnie i tak nie wierzysz w to, co mówię. Ale Rustem to potwierdzi. Nie potrzebujesz mojego słowa. Masz fakty.

Sięga po telefon i wybiera numer znajomego policjanta. Rozmawia z nim krótko i rzeczowo w trybie głośnomówiącym. Potwierdzenie pada. Wszystko, co powiedział, jest prawdą.

Poyraz kończy rozmowę i rusza do wyjścia.
– Czekaj! – Nana chwyta go za przedramię. Jej głos łamie się pod naporem emocji. – Bardzo mi przykro… naprawdę…

– Powiedziałem ci, że w ciągu jednej doby udowodnię swoją niewinność. A ty przegrasz. Ta chwila właśnie nadeszła. I nie mam już nic do powiedzenia osobie, która wątpiła we mnie, gdy najbardziej potrzebowałem wsparcia.

Bez słowa więcej, wychodzi.

Nana zostaje sama. Zasłania usta dłonią, próbując powstrzymać łkanie. Szok, żal, wstyd – wszystko miesza się w niej w jednym bolesnym uderzeniu.
– Co ja zrobiłam…? – szepcze z rozpaczą.

***

Późnym popołudniem, gdy zmierzch otula dom miękkim światłem, Nana zatrzymuje Poyraza na schodach. Jej twarz jest napięta, a głos ledwo słyszalny, pełen błagania.

– Proszę, wysłuchaj mnie choć przez minutę – mówi, patrząc mu prosto w oczy. – W warsztacie nie było okazji, nie dałeś mi dojść do słowa, więc pozwól mi chociaż teraz. Oszalałam, kiedy zobaczyłam narkotyki. Chciałam tylko jedno – zabrać Yusufa i uciec. Ale zrobiłam to z jednego powodu.

Zawiesza głos na chwilę, zbierając siły.

– Tak bardzo ci wierzyłam. Naprawdę. Po raz pierwszy od miesięcy zaufałam komuś całym sercem. I kiedy myślałam, że się pomyliłam… to rozczarowanie było nie do zniesienia. Przestraszyłam się. Nie tylko o dziecko, ale też… o siebie.

Poyraz patrzy na nią chłodno. W jego oczach nie ma już tego ciepła, które kiedyś sprawiało, że topniał lód. Mówi spokojnie, ale jego słowa tną jak nóż.
– Zaufanie to próba, Nano. A ty jej nie przeszłaś.

Odwraca się i rusza dalej.
– Będziesz tu, dopóki Trucizna stanowi zagrożenie. Nie martw się – nic się nie zmieni. Ale też… nic już nie będzie takie samo.

Mija ją i znika w korytarzu, zostawiając ją ze ściśniętym gardłem.

Ale Nana nie daje za wygraną. Skoro słowa nie wystarczyły, może przemówi coś innego – coś prostego, szczerego, zrobionego od serca. Pamięta, jak kiedyś powiedział, że kocha domowe jedzenie, że smaki dzieciństwa potrafią ukoić każdą burzę. I tak właśnie, późnym wieczorem, mimo zmęczenia i bólu, zakasa rękawy.

W kuchni roznosi się aromat pieczonych ziemniaków, pomidorowego sosu, ziół. Przygotowuje wszystko z czułością – sałatkę ziemniaczaną, chrupiące frytki, ulubione dania Poyraza.

W końcu delikatnie puka do jego drzwi i podaje tacę z jedzeniem.
– Szukam sposobu, żeby się odkupić – mówi cicho, niemal szeptem. – Nie wiem, czy to wystarczy. Ale zrobiłam to dla ciebie. Tak, jak potrafię.

Poyraz patrzy na nią długo, bez słowa. Potem jego wzrok zatrzymuje się na jedzeniu – i zaraz wraca do niej, jakby jego spojrzenie miało teraz chłód szkła.
– Próbujesz na próżno – mówi chłodno. – To niczego nie zmieni.

Odwraca się i odchodzi. Nawet nie spojrzał na talerz.

Nana zostaje sama, z tacą pełną ciepła, którego on już nie chce przyjąć. W jej oczach zbierają się łzy, ale nie pozwala im spłynąć. Jeszcze nie teraz. To jeszcze nie koniec.

***

Nazajutrz, gdy Poyraz wchodzi do warsztatu, ku swojemu zaskoczeniu zastaje tam Nanę. Stoi przy stole, jakby czekała na niego od dawna.
– Co ty tu robisz? – pyta chłodno.

– Przyszłam, żebyś mnie wysłuchał – odpowiada, chwytając go za ramię. – Musimy w końcu to wyjaśnić. Porozmawiać, jak dorośli.
– Rozmowa już była. I wszystko zostało powiedziane. To koniec – rzuca sucho. – Nie mamy już o czym rozmawiać.

– Mylisz się! – protestuje z determinacją.
– Nadal nie rozumiesz? – jego głos staje się ostrzejszy. – Zaufanie… przyjaźń… to wszystko zniknęło. Nic już z tego nie zostało.

Wtedy Nana gwałtownie sięga po klucze leżące na stole i przekręca zamek w drzwiach.
– Powiedziałam, że mamy o czym rozmawiać! – rzuca z uporem. – Nie wypuszczę cię stąd, dopóki się nie pogodzimy!

– Nie trać sił. Otwórz drzwi, Nano – mówi spokojnie, ale z wyczuwalnym chłodem.
– Nie. Najpierw musisz mnie wysłuchać! Wiem, że jesteś zraniony. Wściekły. I masz do tego prawo. Ale spróbuj choć raz spojrzeć z mojej perspektywy. Ja… ja po prostu ci zaufałam. Po raz pierwszy od bardzo dawna komuś zaufałam.

– I właśnie to zaufanie obróciłaś w pył. – Poyraz kręci głową. – Znowu wszystko zniszczyłaś. Znowu. Może ty po prostu nie potrafisz zaufać nikomu – nawet sobie.
– Potrafię – odpowiada, a jej głos lekko drży. – Bo zaufałam tobie. I dlatego tak bardzo to wszystko boli.

Poyraz odwraca wzrok, jakby chciał uciec od emocji, które znów w nim buzują. Nana robi krok w jego stronę.

– Pamiętasz, jak nas znalazłeś? Byliśmy przerażeni. Zranieni. A ty walczyłeś, żeby zdobyć nasze zaufanie. Krok po kroku burzyłeś mury, które budowałam latami.

– A potem znowu wepchnęłaś mnie w ciemność – rzuca gorzko. – Za każdym razem, gdy wyciągałem do ciebie rękę, wbijałaś w nią pazury.
– Ale potem je schowałam – mówi cicho. – Bo ci zaufałam. Bo stałeś się dla mnie kimś ważnym. Skrzywdziłam cię, wiem. Ale zrobiłam to, bo bałam się o Yusufa. Nie potrafię być bierna, gdy chodzi o jego bezpieczeństwo.

Chwila ciszy.
– Jesteś dla mnie kimś cennym, Poyraz. Nie chcę cię stracić.

Poyraz patrzy na nią uważnie. Jego twarz pozostaje kamienna, ale oczy zdradzają, że coś w nim drga.

– Skoro tak bardzo ci zależy, pokaż to. Udowodnij mi, że twoje słowa nie są puste.
– Ale jak? – pyta zrozpaczona. – Zrobiłam ci wszystko, co tylko można było z ziemniaków – uśmiecha się przez łzy. – I nic. Nie zadziałało.

– Jeśli naprawdę szczerze żałujesz, znajdziesz sposób. A teraz przestań płakać. To nie pasuje do dziewczyny z takim temperamentem.

Nana ociera łzy dłonią. W jej oczach pojawia się nowa iskra.
– Skoro mam znaleźć sposób, to znaczy, że jest nadzieja – mówi cicho. – Znajdę go. Obiecuję.

Powoli odmyka drzwi i wychodzi, zostawiając za sobą nie tylko zapach wyrzutów sumienia, ale i cień determinacji. Tym razem naprawdę się nie podda.

Powyższy tekst stanowi autorskie streszczenie i interpretację wydarzeń z serialu Emanet. Inspiracją do jego stworzenia były filmy Emanet 669. Bölüm i Emanet 670. Bölüm dostępne na oficjalnym kanale serialu w serwisie YouTube. W artykule zamieszczono również zrzuty ekranu pochodzące z tych odcinków, które zostały użyte wyłącznie w celach informacyjnych i ilustracyjnych. Wszystkie prawa do postaci, fabuły i materiału źródłowego należą do ich prawowitych właścicieli.

Podobne wpisy