Panna młoda odc. 109: Spotkanie po tragedii! Cihan łamie serce Hancer!

Hancer i Cihan z bliskiej odległości patrzyli sobie w oczy.

„Panna młoda” Odc. 109 – streszczenie

Drzwi chaty skrzypnęły ciężko, gdy Tayar wszedł do środka. Do wnętrza wdarł się na moment snop światła, który przeciął półmrok i osiadł na zakurzonej podłodze.

Hancer siedziała na materacu, skulona, jakby próbowała zniknąć w ciszy tego miejsca. Podniosła głowę dopiero wtedy, gdy usłyszała jego kroki.

— Wstawaj — rzucił krótko Tayar. — Idziemy.

Jej serce zabiło szybciej.

— Dokąd? — zapytała niepewnie, podnosząc się powoli.

Mężczyzna spojrzał na nią bez emocji.

— Twój mąż chce cię widzieć.

Te słowa uderzyły w nią jak piorun.

Hancer poderwała się gwałtownie, jakby nagle odzyskała wszystkie siły.

— Cihan… żyje? — wyszeptała, a w jej oczach zapłonęła nadzieja, której nie było tam od dni.

— Otworzył oczy — odpowiedział sucho Tayar. — I chce cię zobaczyć.

Przez ułamek sekundy Hancer stała nieruchomo, jakby nie była w stanie przyjąć tej wiadomości. A potem jej twarz rozjaśniła się nagle — tak czysto, tak prawdziwie, że aż nie pasowało to do mroku wokół niej.

Złożyła dłonie na piersi i przymknęła oczy.

— Boże… dziękuję Ci… — wyszeptała drżącym głosem. — Dziękuję…

Jej ramiona opadły z ulgą, jakby ktoś zdjął z nich niewidzialny ciężar.

Tayar obserwował ją przez chwilę, po czym skrzywił się lekko.

— Podziękuj też za siebie — mruknął chłodno. — Gdyby twój mąż się nie obudził… już kopałbym dla ciebie grób.

Słowa zawisły w powietrzu, ciężkie i brutalne.

Ale Hancer nawet ich nie usłyszała.

Albo nie chciała usłyszeć.

Dla niej liczyło się tylko jedno.

Cihan żył.

***

Cihan leżał nieruchomo, wpatrzony w sufit, gdy nagle jego uwagę przykuł ruch przy drzwiach. Na mlecznej szybie pojawił się cień — znajomy zarys sylwetki.

Serce zabiło mu szybciej.

Uniósł głowę, mimo bólu, który natychmiast przeszył jego ciało. Przez krótką chwilę był pewien, że to ona.

Hancer.

Drzwi rozsunęły się cicho.

Do sali weszła jednak Beyza — ubrana w szpitalny fartuch ochronny, z włosami ukrytymi pod czepkiem. Jej obecność natychmiast zgasiła to krótkie, bolesne tchnienie nadziei.

Cihan opadł ciężko na poduszkę.

Beyza podeszła spokojnym krokiem, jakby nic się nie wydarzyło, i usiadła na taborecie przy jego łóżku.

— Cihanie… jak się czujesz? — zapytała łagodnie.

Nie odpowiedział od razu. Odwrócił wzrok w bok, unikając jej spojrzenia.

— Widzisz, jak wyglądam — rzucił chłodno, bez cienia emocji.

Na twarzy Beyzy pojawił się cień zmartwienia — starannie wyreżyserowany.

Położyła dłoń na brzuchu i przesunęła ją powoli, jakby chciała podkreślić każde słowo.

— Bardzo nas przestraszyłeś… — powiedziała miękko. — Twoje dziecko też to przeżyło.

Cihan zacisnął szczękę.

— Beyzo — odezwał się po chwili, tym razem wyraźnie ostrzej. — Nie chcę teraz z nikim rozmawiać. Potrzebuję ciszy. Wyjdź.

Na moment zapadła cisza.

Ale Beyza tylko lekko się uśmiechnęła, jakby wcale nie usłyszała odmowy.

— Dobrze… nie będziemy rozmawiać — odpowiedziała spokojnie. — Posiedzę tylko chwilę. Ty i tak odpoczywasz.

Pochyliła się nieco bliżej, znów kładąc dłoń na brzuchu.

— Niech twój syn poczuje, że jesteś przy nim… — dodała cicho. — On też się bał. Kiedy lekarz powiedział, że mamy być gotowi na najgorsze… zrobiło mi się słabo. Zemdlałam.

Jej głos zadrżał — idealnie wyważony między słabością a kontrolą.

— Ale teraz wszystko będzie dobrze. My… już czujemy się lepiej. Ja i dziecko.

Cihan milczał.

Jego spojrzenie pozostało utkwione w suficie, ale napięcie w jego twarzy zdradzało, że każde jej słowo trafiało w niego jak cichy, uporczywy nacisk.

— Ty też wyzdrowiejesz — dokończyła Beyza łagodnie.

Nie odpowiedział.

Bo wiedział jedno.

To nie była osoba, którą chciał zobaczyć, gdy otworzył oczy.

***

Korytarz przed oddziałem intensywnej terapii tonął w chłodnym, sztucznym świetle. Cisza była ciężka, przerywana jedynie odległym pikaniem aparatury i przytłumionymi krokami personelu.

Nusret krążył nerwowo wzdłuż ściany, z rękami splecionymi za plecami, jak drapieżnik zamknięty w klatce. Co kilka kroków zatrzymywał się na moment, po czym znów ruszał, nie znajdując sobie miejsca.

Mukadder siedziała na plastikowym krześle pod ścianą. Wyprostowana, nieruchoma, z dłońmi zaciśniętymi na torebce, wyglądała jak posąg — tylko drżenie palców zdradzało, jak wiele kosztuje ją zachowanie pozorów spokoju.

Nagle oboje podnieśli wzrok.

Na końcu korytarza pojawili się Tayar i Hancer.

Mężczyzna prowadził ją zdecydowanie, trzymając za ramię. Jego uścisk był twardy, niemal brutalny. Hancer szła obok niego w milczeniu, blada, ale wyprostowana.

Mukadder odwróciła głowę z wyraźną niechęcią.

— Nusrecie… nie chcę z nią rozmawiać — powiedziała chłodno, nie patrząc w ich stronę. — Idź i uprzedź ją. Niech trzyma język za zębami. Cihan nie może się niczego dowiedzieć.

Nusret skinął głową i ruszył naprzód.

Tayar zatrzymał się kilka kroków przed nimi i puścił ramię Hancer. Dziewczyna zrobiła pół kroku w tył, jakby odzyskiwała równowagę — nie tylko fizyczną.

Nusret stanął naprzeciw niej i wyciągnął rękę w geście, który miał sprawiać wrażenie uprzejmości, ale w rzeczywistości był tylko kolejną formą nacisku.

— Chodź. Porozmawiamy — powiedział cicho.

Hancer nawet nie drgnęła. Cofnęła się o krok, patrząc na niego uważnie, bez strachu — raczej z chłodną świadomością.

— Nie ma takiej potrzeby — odpowiedziała spokojnie. — Doskonale wiem, co chcesz mi powiedzieć.

Na moment zapadła cisza.

— Nie musisz mnie ostrzegać — dodała. — Cihan nie dowie się ode mnie niczego.

Kącik ust Nusreta drgnął w czymś, co miało przypominać uśmiech.

— Brawo — mruknął z ironią. — Widzę, że jednak potrafisz myśleć.

Zbliżył się odrobinę, obniżając głos.

— W takim razie idź. Posłuchaj, co Cihan ma ci do powiedzenia… a potem zniknij. Na zawsze.

Hancer uniosła podbródek.

— Nie martw się. Nie zamierzałam tu zostać.

Minęła go bez pośpiechu.

Jej kroki były ciche, ale pewne, gdy podeszła do drzwi oddziału intensywnej terapii.

***

Beyza uniosła lekko głowę, gdy na korytarzu rozległ się cichy odgłos kroków. Nie musiała się odwracać — wiedziała, kto nadchodzi.

Na jej twarzy przemknął cień napięcia, który jednak zniknął równie szybko, jak się pojawił.

— Nie będę cię już niepokoić — powiedziała miękko, podnosząc się z taboretu. — Odpocznij. Jeśli będziesz czegoś potrzebował…

Pochyliła się i ujęła dłoń Cihana, jakby chciała zostawić po sobie ostatni ślad obecności.

W tej samej chwili drzwi sali rozsunęły się cicho.

W progu stanęła Hancer.

Cihan natychmiast podniósł głowę. Mimo bólu spróbował się unieść, opierając się na łokciach. Jego spojrzenie, jeszcze przed chwilą obojętne, nagle ożyło.

Beyza cofnęła rękę, jak oparzona.

Ich spojrzenia spotkały się na ułamek sekundy — chłodne, napięte, pełne niewypowiedzianej rywalizacji.

Bez słowa odwróciła się i wyszła z sali, zatrzaskując za sobą ciszę, która natychmiast wypełniła przestrzeń.

Hancer podeszła powoli do łóżka.

Jej ruchy były ostrożne, niemal nieśmiałe. Poprawiła poduszkę pod głową Cihana, wygładziła kołdrę, jakby chciała naprawić choć drobny fragment tego, co między nimi pękło.

Dopiero potem usiadła na taborecie.

Przez chwilę milczała.

— Przepraszam… — powiedziała w końcu cicho, a w jej głosie zadrżała szczerość, której nie sposób było podrobić. — Bardzo tego żałuję. Tego, że wycelowałam w ciebie…

Zacisnęła dłonie na kolanach.

— Nie chciałam cię skrzywdzić. Nie wiedziałam, że to tak się skończy. Myślałam… że mnie puścisz, kiedy zobaczysz broń. Nie myślałam o niczym innym. Byłam przerażona.

Cihan patrzył na nią uważnie.

— Wiem — odpowiedział spokojnie. — Nie dałem ci wyboru.

Hancer przełknęła ślinę.

— Proszę… wybacz mi. Jeśli… jeśli byś się nie obudził… — głos jej się załamał — nie potrafiłabym z tym żyć. Każda chwila, kiedy tu leżałeś, a mnie przy tobie nie było… paliła mnie od środka.

Zapadła cisza.

— Wierzę ci — powiedział po chwili Cihan. — Jesteś dobrą osobą, Hancer.

Jego spojrzenie złagodniało, ale tylko na moment.

— To ja przesadziłem. Naciskałem cię. Zbyt mocno. Zbyt długo. Chciałem cię zatrzymać za wszelką cenę… nawet wbrew tobie.

Zawahał się.

— Zawsze byłaś szczera. Chciałaś tylko jednego… odejść.

Przyjrzał się jej uważnie.

— I myślę, że nadal tego chcesz. Twój brat… mistrz Ertugrul… wszyscy cię szukali.

Hancer pokręciła głową.

— Zniknęłam, bo nie miałam odwagi spojrzeć twojej mamie w oczy — wyszeptała. — Zraniłam was wszystkich. Ciebie najbardziej.

Cihan westchnął ciężko.

— Dobrze… nie smuć się już. To koniec.

Te słowa zawisły w powietrzu jak wyrok.

— Teraz jesteś wolna.

Hancer spojrzała na niego z niedowierzaniem.

— To wszystko? — zapytała cicho. — Dlatego mnie wezwałeś?

— Nie tylko. — Jego głos stał się poważniejszy. — Jestem ci winien przeprosiny. Za wszystko. Za to, że cię zatrzymałem. Za to, że nie chciałem przyjąć prawdy.

Odwrócił wzrok.

— Byłem głupi. Nie rozumiałem, że moja żona naprawdę chce odejść.

Hancer potrząsnęła głową.

— To już nie ma znaczenia. Zapomniałam o tym.

— Nie — przerwał jej łagodnie. — Nie musisz nic wyjaśniać. Zrozumiałem.

Spojrzała na niego z nadzieją, która ledwie się w niej tliła.

— Więc… wybaczasz mi?

Cihan milczał przez dłuższą chwilę.

A potem jego twarz stężała.

— Czy ci wybaczam? — powtórzył cicho.

W jego oczach pojawił się gniew — nie gwałtowny, lecz głęboki, bolesny.

— Nigdy ci nie wybaczę.

Słowa spadły między nich jak ciężki kamień.

— Cihanie… — wyszeptała.

— To nie chodzi o strzał — przerwał jej stanowczo. — Nie tego nie potrafię wybaczyć.

Spojrzał w bok.

— Nie mogę wybaczyć tego, że mnie zostawiłaś. W połowie drogi.

Jego głos stwardniał.

— Obiecaliśmy sobie, że będziemy razem. Na dobre i na złe. A ty… złamałaś tę obietnicę.

Hancer zamarła.

— To jedyna rzecz, której ci nie wybaczę.

— Cihanie…

Nie spojrzał na nią.

Jakby nagle przestała istnieć.

— Powiedziałem wszystko, co miałem powiedzieć — dodał cicho. — Nie jestem zły. To tylko… rana.

Krótka pauza.

— Z czasem się zagoi.

Odwrócił głowę w stronę okna.

— Idź.

***

Hancer nie poruszyła się.

Stała przy łóżku, jakby zapuściła tam korzenie — jakby każde jego słowo próbowało ją odepchnąć, a ona uparcie odmawiała cofnięcia choćby o krok.

— Nigdzie nie pójdę — powiedziała w końcu twardo, unosząc podbródek. — Nie możesz mnie tak po prostu odesłać.

Cihan odwrócił lekko głowę, spoglądając na nią z cieniem zdziwienia, ale i chłodu.

— Naprawdę? — zapytał cicho. — Czy to nie ty chciałaś odejść? Więc dlaczego teraz, kiedy wreszcie cię puszczam… nie jesteś zadowolona?

Hancer zacisnęła dłonie.

— Bo to nie jest wolność — odpowiedziała, a w jej głosie pojawiła się nuta gniewu. — To dług. Zostawiasz mnie z poczuciem winy, jakbym była winna wszystkiemu, co się stało.

Zrobiła krok bliżej.

— A to nie jest cała prawda. Tak bardzo mnie okłamałeś, Cihanie… — jej głos zadrżał. — Kiedy przyszłam do twojego domu, ona wciąż tam była. Twoja była żona. Ja i ona pod jednym dachem… Jak mam o tym zapomnieć?

Cihan nie odpowiedział. Słuchał w milczeniu. Jego twarz pozostawała nieruchoma, ale napięcie w jego spojrzeniu zdradzało, że każde jej słowo trafia w czułe miejsce.

— Dlaczego teraz — ciągnęła Hancer ciszej — odsyłasz mnie z tym ciężarem? Dlaczego to ja mam odejść jako ta winna?

Wzięła głęboki oddech.

— Nie odejdę. Nie dopóki mi nie wybaczysz.

Zapadła długa cisza.

Cihan zamknął na moment oczy, jakby zbierał siły. Potem powoli uniósł rękę i wskazał miejsce obok siebie.

— Usiądź.

Hancer zawahała się tylko przez sekundę. Wstała z taboretu i ostrożnie usiadła na skraju łóżka.

Cihan podparł się na łokciach, ignorując ból, i spojrzał jej prosto w oczy.

— Popełniłem błąd — powiedział spokojnie, ale ciężko. — A może coś więcej niż błąd.

Krótka pauza.

— Moją karą będzie życie bez ciebie.

Jego spojrzenie nie drgnęło.

— A twoją… będzie życie z tym, co czujesz teraz.

Słowa zawisły między nimi jak wyrok, którego nie dało się cofnąć.

— Idź.

Tym razem w jego głosie nie było już wahania.

Hancer patrzyła na niego jeszcze przez chwilę — jakby chciała coś powiedzieć, jakby wciąż liczyła, że znajdzie w nim choć odrobinę miękkości.

Ale jej nie znalazła.

Powoli wstała.

Odwróciła się i wyszła, nie oglądając się za siebie.

Drzwi zamknęły się cicho.

Na korytarzu jej kroki były ciężkie, jakby każdy z nich coś w niej łamał.

Kilka metrów dalej stała Beyza.

Obserwowała ją uważnie — i gdy zobaczyła jej przygaszoną twarz, opuszczone ramiona, w jej oczach pojawił się błysk satysfakcji.

Kąciki ust uniosły się w ledwie zauważalnym uśmiechu.

Właśnie o to jej chodziło.

***

Korytarz szpitalny był jasny, ale chłodny — sterylny zapach i przytłumione dźwięki kroków potęgowały napięcie, które wisiało w powietrzu.

Sinem siedziała na plastikowym krześle pod ścianą, wyprostowana, z dłonią opartą na torebce. Jej spojrzenie było nieobecne, utkwione gdzieś w przestrzeni, jakby próbowała wyprzedzić myśli, które i tak wracały.

Po chwili na końcu korytarza pojawiła się Beyza.

Szła spokojnym krokiem, jakby miała tu pełne prawo być — pewna siebie, opanowana. W dłoniach trzymała dwa papierowe kubki z kawą. Zatrzymała się przy Sinem i bez słowa wyciągnęła jeden z nich w jej stronę.

— Przyniosłam ci kawę — powiedziała miękko. — Z mlekiem. Taką lubisz, prawda?

Sinem spojrzała na nią krótko. Jej wzrok był chłodny, niemal obojętny.

— Nie chcę. Dziękuję.

Beyza nie cofnęła ręki.

— Weź, skoro przyniosłam. 

Westchnienie Sinem było ciche, ale wyraźne. Niechętnie sięgnęła po kubek, jakby robiła to tylko po to, by zakończyć tę wymianę.

Przez chwilę obie milczały.

— Kiedy już wypijesz… — odezwała się Beyza, siadając obok — nie czekaj tu bez sensu. Mine niedługo wróci ze szkoły.

Sinem uniosła lekko brew.

— Zostawiłam ją z domownikami. Poradzą sobie. — Jej głos był spokojny, ale stanowczy. — Odejdę, kiedy zobaczę Cihana.

Beyza odwróciła głowę w jej stronę.

— Nie wiadomo, kiedy lekarz pozwoli na wizyty. Możesz tu siedzieć godzinami. To nie ma sensu.

Tym razem Sinem spojrzała na nią uważniej — ostrzej.

— Dlaczego tak bardzo chcesz się mnie pozbyć?

W pytaniu nie było podniesionego tonu. Było coś gorszego — bezpośredniość.

Beyza lekko się uśmiechnęła, ale w jej oczach nie było ciepła.

— A dlaczego ty jesteś wobec mnie taka wroga?

Sinem pokręciła głową, jakby nie miała cierpliwości do tej gry.

— Nie próbuj, Beyzo. To na nic.

Zbliżyła się nieco, ściszając głos.

— Powiem Cihanowi, że to ty dałaś Hancer broń. Dziś. Albo jutro. Powiem mu, jak tylko go zobaczę.

Uśmiech Beyzy zgasł.

Na moment.

— Cihan dopiero co wrócił z martwych — odpowiedziała spokojnie, choć w jej głosie pojawiła się cienka nuta napięcia. — Jeśli naprawdę chcesz pomóc Hancer… spóźniłaś się.

Zrobiła krótką pauzę.

— Wygonił ją. Powiedział jej prosto w oczy, żeby odeszła.

Słowa uderzyły w Sinem, ale nie złamały jej postawy.

Powoli wstała.

Przerzuciła torebkę przez ramię i spojrzała na Beyzę z góry — spokojnie, ale z wyraźną determinacją.

— Wiesz… — zaczęła cicho — podżeganie też jest karalne.

Beyza zesztywniała.

— Skoro Hancer została ukarana — dodała Sinem — ty też nie powinnaś czuć się bezpieczna.

Przez chwilę patrzyły na siebie w milczeniu.

Potem Sinem odwróciła się i ruszyła korytarzem. Jej kroki były pewne, zdecydowane.

Beyza została na miejscu.

Kubek w jej dłoni lekko zadrżał.

Na jej twarzy pojawiło się coś, czego nie potrafiła ukryć.

Niepewność.

Powyższy tekst stanowi autorskie streszczenie i interpretację wydarzeń z serialu Gelin. Inspiracją do jego stworzenia były filmy Gelin 79.Bölüm i Gelin 80.Bölüm dostępne na oficjalnym kanale serialu w serwisie YouTube. W artykule zamieszczono również zrzuty ekranu pochodzące z tych odcinków, które zostały użyte wyłącznie w celach informacyjnych i ilustracyjnych. Wszystkie prawa do postaci, fabuły i materiału źródłowego należą do ich prawowitych właścicieli.

Podobne wpisy