„Dziedzictwo” Odc. 949 – streszczenie
Derya znajduje ranną, wyczerpaną Ayse w ciemnym zakątku opuszczonego magazynu. Kobieta ledwo oddycha, przyciśnięta do ściany, jej ciało drży z bólu i wycieńczenia. Derya staje przed nią z zimnym błyskiem w oku, celując w jej głowę.
– Nienawidzę cię! – syczy z furią. – To przez ciebie Ferit mnie nie kocha! Ty wszystko zepsułaś! Wdarłaś się między nas, zniszczyłaś to, co było nasze! Ale teraz… on znów będzie mój. Tylko ty musisz zniknąć. Ty musisz umrzeć!
Ayse zamyka oczy. Jej twarz staje się spokojna, jakby pogodziła się z losem. Łzy cisną się jej do oczu, ale nie płacze. Wie, że nie ma już gdzie uciec. Nie ma siły. Nie ma nadziei.
Derya uśmiecha się obłąkańczo i powoli kładzie palec na spuście.
– Żegnaj, Ayse.
Wtedy rozlega się huk.
Ale to nie pistolet Deryi wypala.
To Ferit, który w ostatniej chwili wbiega do magazynu i strzela – prosto w plecy kobiety, którą kiedyś uważał za prokurator Leylę Kazanci. Jej chora psychicznie siostra bliźniaczka wydaje z siebie zduszony jęk zaskoczenia. Broń wypada jej z dłoni. Chwieje się… i z głośnym łoskotem upada na beton. Z jej ust wypływa krew, a szeroko otwarte oczy patrzą gdzieś w pustkę, pełne szaleństwa i niedowierzania.
Ferit rzuca broń i podbiega do Ayse. Klęka przy niej, obejmuje ją mocno, niemal rozpaczliwie. Jej ciało drży w jego ramionach.
– Już po wszystkim. Jesteś bezpieczna. Już ci nic nie grozi – mówi niskim, stanowczym głosem. – Nigdy więcej nie pozwolę cię skrzywdzić.
Ayse otwiera oczy. Przez łzy dostrzega jego twarz. Pełną troski, bólu… i miłości.
– Ferit… – szepcze słabo. – Myślałam, że nie zdążysz…
– Zawsze zdążę. Dla ciebie. – odpowiada, a jego głos łamie się lekko, gdy przyciska ją mocniej do siebie.
W ciemnym, zimnym magazynie zapada cisza. Tylko bicie ich serc mówi, że wciąż żyją. Że koszmar się skończył.
***
Semih wychodzi z aresztu. Bez chwili wahania kieruje się prosto do domu Poyraza. Wchodzi do środka, ledwie zamykając za sobą drzwi, i rusza w stronę salonu. Tam, zupełnie niespodziewanie, widzi swoją siostrę – Cansel. Na jej widok uśmiecha się szeroko. Chce zrobić jej niespodziankę. Cicho podchodzi od tyłu i otacza ją ramionami.
Cansel reaguje instynktownie – odwraca się z impetem i… wali go torebką prosto w twarz.
– Hej! Dlaczego mnie bijesz?! – woła zaskoczony Semih, trzymając się za nos.
– A ty co sobie wyobrażasz, idioto?! Tak się podchodzi do kobiety?! – warczy wściekła Cansel, ale po chwili rzuca mu się na szyję, ściskając mocno. – Głupek z ciebie, ale… stęskniłam się.
– To w końcu chcesz mnie pobić, czy przytulać? Zdecyduj się, bo nie nadążam. – śmieje się Semih, odwzajemniając uścisk.
– Jestem zła na ciebie, Semihu! Znów wpakowałeś się w tarapaty. Cela? Serio? – patrzy mu groźnie w oczy.
– To było nieporozumienie, przysięgam. Twój brat już nie łamie prawa, naprawdę. Zmieniam się! A ty? Jak się trzymasz, moja królowo? Co ten drań ci zrobił? W celi wariowałem ze strachu. Przysięgam, prawie przegryzłem kraty z wściekłości!
Cansel zamiera na moment, po czym spuszcza wzrok i mówi poważnie:
– Ten wariat, Trucizna… nie żyje. – Jej głos brzmi twardo, ale w oczach pojawia się cień ulgi. – Jesteśmy bezpieczni. Dzięki Bogu.
Semih unosi brwi.
– Skoro już o tym mowa… gdzie jest Nana?
– Nie otworzyłam tego tematu. To ty zawsze go wyciągasz – odpowiada Cansel z niechęcią, krzyżując ręce. – Nie mogła chodzić, ale Poyraz zdziałał cuda. Po dwóch dniach zaczęła skakać jak sarna. Nieważne. Oby tylko wyzdrowiała i jak najszybciej wyniosła się stąd razem z tym dzieckiem.
Cansel zerka na zegarek.
– Muszę iść. Klienci wkrótce się zjawią. I zapamiętaj jedno: trzymaj się z dala od Nany. Zbliżysz się do niej – skrzywdzę cię tak, że długo nie zapomnisz.
Wychodzi z salonu, zostawiając za sobą ciszę… i swój telefon na stoliku.
***
Semih nie traci czasu. Udaje się prosto do pokoju Nany, którą zastaje, jak z trudem stawia kroki, opierając się na kuli. Na jego widok dziewczyna przystaje z lekkim uśmiechem.
– Nana… Co się wydarzyło, kiedy mnie nie było? Gdy usłyszałem, że ten potwór cię zaatakował, oszalałem. Chciałem rozwalić całą celę gołymi rękami. Ale… widzę, że jesteś cała.
– Dzięki Poyrazowi. – Nana uśmiecha się lekko. – On nas uratował.
– Cansel powiedziała, że nie mogłaś chodzić. A teraz patrz – stoisz na nogach.
– Dziękuję Bogu za każdy krok. Poyraz był przy mnie, ćwiczył ze mną. Bez niego… nie wiem, czy dałabym radę.
– Znowu ten Poyraz… – burczy Semih pod nosem.
– Co powiedziałeś? – pyta Nana, nie dosłyszawszy.
Semih szybko się poprawia.
– To twój sukces, Nano. Jesteś silna. Czy mogę ci jakoś pomóc? Może… mogę podać ci rękę? Nie potrzebujesz tej kuli.
Nana potrząsa głową.
– Dziękuję, poradzę sobie. – Jej głos jest spokojny, ale stanowczy. – Twoja siostra bardzo za tobą tęskniła. Spędź z nią trochę czasu.
Semih milknie. Patrzy na nią przez dłuższą chwilę. W jego oczach widać żal, troskę… i coś jeszcze.
***
Semih wraca do salonu. Stawia kroki powoli, z głową pełną sprzecznych myśli. Zatrzymuje się na środku pomieszczenia i mówi cicho, ale z wyczuwalną złością:
– Zaledwie chwila mojej nieobecności, a pan Poyraz stał się bohaterem dnia… – jego głos drży z żalu i zazdrości. – Wystarczy trochę czasu. Jeszcze zobaczą, że to ja jestem sercem tej historii. Gdybym miał coś dla Nany, może spojrzałaby na mnie inaczej. Może… przytuliłaby mnie. Ale do tego potrzeba pieniędzy.
Rozgląda się po pokoju i wtedy jego wzrok zatrzymuje się na stoliku. Leży tam telefon. Podchodzi bliżej.
– To… telefon Cansel? – unosi brwi i bierze urządzenie do ręki. – Idealnie. Znalazłem źródło mojego prezentu. Wystarczy kilka kliknięć. Znam swoją siostrę – trzyma hasła zapisane w wiadomościach jak ostatnia naiwna.
Odblokowuje ekran i wchodzi do aplikacji Wiadomości. Przewija rozmowy, aż trafia na serię wiadomości, które Cansel wymieniała z… Trucizną. Z początku nie dowierza. Z każdym kolejnym SMS-em jego twarz blednie, a oddech przyspiesza.
– To niemożliwe… – szeptem wypowiada słowa, jakby bał się, że ich głośne wypowiedzenie potwierdzi prawdę.
Wiadomości są jasne – Cansel od dawna ściśle współpracowała z Trucizną. Dostarczała mu informacji, osłaniała go, może nawet pomagała w jego brudnych interesach.
Semih cofa się o krok, jakby telefon parzył go w dłonie.
– Siostro… co ty zrobiłaś…? – jego głos łamie się, a oczy napełniają się bólem i niedowierzaniem. – Byłaś z nim… od początku? Wszystko było kłamstwem?
W ciszy salonu słychać jedynie przyspieszone bicie jego serca. Telefon w jego rękach staje się ciężarem prawdy, której nie chciał znać.
***
Sinan wciąż przebywa w domu Aynur, rzekomo po to, by mieć oko na Fehmiego. Wchodzi do salonu i siada obok starszego mężczyzny na kanapie.
– Wszystko w porządku? – pyta cicho, zauważając, że coś trapi Fehmiego. – Wyglądasz na zamyślonego.
– Synu… – odzywa się z wahaniem Fehmi. – Przypomniałem sobie. Jesteś przyjacielem Aynur… nazywałem cię „synem”. Ale moja pamięć to ruletka – raz ją mam, raz tracę.
– Nie przemęczaj się. Z czasem wszystko wróci – odpowiada spokojnie Sinan. – Pamięć to delikatna sprawa. Trzeba cierpliwości.
Fehmi spogląda gdzieś w dal, jakby próbował przebić się przez mgłę wspomnień.
– To dziwne… – mruczy. – Pamiętam dużo z wczorajszego dnia. Jadłem fasolę. Aynur wróciła z rozmowy kwalifikacyjnej, była przygnębiona. Ty rozmawiałeś przez telefon. Z tym człowiekiem, który ją skrzywdził. Jak on się nazywał? Safet? Mówiłeś coś o pieniądzach. Że wysłałeś je… że to problem z bankiem…
W tym momencie w drzwiach staje Aynur. Słyszała wszystko. Jej twarz blednie, a oczy rozszerzają się z niedowierzaniem.
– Wysłałeś pieniądze… – jej głos drży z oburzenia. – …żeby zablokować moją szansę na pracę?!
Sinan milczy przez chwilę, zaskoczony jej nagłym pojawieniem się. Próbuje znaleźć słowa.
– Aynur, ja tylko…
– Wstydź się! – przerywa mu ostro, a jej wzrok mógłby zmrozić stal.
Odwraca się na pięcie i wychodzi, zostawiając go w ciszy przesiąkniętej poczuciem winy.
***
Kwadrans później.
Sinan podchodzi do drzwi pokoju Aynur. Unosi rękę, by zapukać… ale w tym samym momencie drzwi się otwierają. Aynur staje przed nim, jakby czekała.
– Jak mogłeś? – mówi zimno. – Jak mogłeś wtrącić się w coś, co nie było twoją sprawą? Jak mogłeś mi przeszkodzić w zdobyciu pracy?!
– Chciałem cię ochronić – odpowiada spokojnie Sinan. – To nie była dobra decyzja. Masz już pracę – u mnie. Bezpieczną, stabilną. Nie musisz szukać niczego innego.
– Nie wierzę… – prycha Aynur. – Jesteś tak arogancki, że nawet nie potrafisz przeprosić.
Sinan opuszcza wzrok.
– Masz rację. Popełniłem błąd. Przepraszam. Ale zrobiłem to, bo się o ciebie martwię. Zareagowałaś impulsywnie, rzucając pracę. To nie było rozsądne.
– Nie. To była najrozsądniejsza decyzja, jaką mogłam podjąć. – Jej głos jest spokojny, ale stanowczy. – Może będę cierpieć, może będzie mi ciężko, ale nigdy więcej nie będę dla ciebie pracować. Jesteś najbardziej samolubnym człowiekiem, jakiego znam. Myślisz tylko o sobie.
Jej głos zaczyna łamać się od emocji, ale nie przerywa.
– Oczywiście, przyzwyczaiłeś się do mnie. Bo kto inny znosi twoje humory? Kto gotuje tak jak ja? Kto ci sprząta, kto się tobą opiekuje? Myślałeś, że jestem na ciebie skazana, prawda? Że zostanę, bo nie mam dokąd pójść.
Zbliża się do niego, patrząc mu prosto w oczy.
– Ale wiesz co? Bóg jest sprawiedliwy. Znalazłam pracę. Na komisariacie. I mam nadzieję, że nie jesteś na tyle podły, żeby i tym razem próbować mi zaszkodzić.
Odwraca się, ale na chwilę jeszcze się zatrzymuje.
– Zapamiętaj dobrze, panie Sinanie: nigdy więcej nie będę dla ciebie pracować. Nigdy.
***
Semih wpada do salonu fryzjerskiego jak burza. Jego twarz płonie gniewem, a oczy iskrzą od furii. Cansel, która właśnie myje podłogę mopem, podnosi wzrok, zaskoczona.
– Ty… okrutna kobieto! – wybucha Semih, rzucając telefon na ladę.
– Co się dzieje? – pyta oszołomiona Cansel, nie rozumiejąc, skąd ta wściekłość.
– Widziałem wiadomości! – krzyczy Semih i wskazuje ekran telefonu. – Zdradziłaś Nanę! Wydałaś ją Truciźnie jak zwierzę na rzeź!
Cansel zamiera, ale próbuje grać do końca. Udaje zaskoczenie, a w jej głosie brzmi nutka oburzenia:
– O czym ty mówisz?! Co niby miałabym mieć wspólnego z tym potworem?!
– Nie udawaj! Znalazłem całą korespondencję! Zapisałaś go jako „T”, ale to jasne jak słońce! Pisałaś o „karetce” i „grobie”! T jak Trucizna! Przecież właśnie w karetce Nana i Yusuf zostali porwani! Połączyłaś siły z tym mordercą, a teraz patrzysz mi w oczy i kłamiesz?! Może oszukasz innych, ale nie mnie!
Cansel otwiera usta, jakby chciała się bronić, ale Semih nie daje jej dojść do słowa.
– Dlaczego? Dlaczego to zrobiłaś?! Ten psychopata chciał ich zabić!
Cansel spuszcza wzrok. Po raz pierwszy nie znajduje słów. W końcu mówi cicho, drżącym głosem:
– Zrobiłam to dla ciebie… Trucizna wiedział wszystko. Wiedział, że to ty podłożyłeś narkotyki w warsztacie. Wiedział, że przez ciebie Poyraz trafił do więzienia. Gdyby to wypłynęło – byłbyś skończony. Trafiłbyś za kraty, a ja… ja zostałabym sama z dzieckiem. Bez pieniędzy, bez dachu nad głową. Musiałam to zrobić. Dla nas.
Zapada złowroga cisza. Nagle, w drzwiach salonu staje Sahin. Słyszał wszystko. Jego twarz jest blada jak papier, a oczy rozszerzone z szoku.
– Szwagrze…? – Semih próbuje się uśmiechnąć, ale głos mu drży.
– Ty… niewdzięczniku! – ryczy Sahin, a potem zwraca się do żony. – A ty?! Zdradziecka kobieto! Jak mogliście to zrobić?!
– Sahinie, proszę, uspokój się… – zaczyna Semih, lecz Sahin doskakuje do niego i chwyta go za kurtkę, przyciskając do ściany. Choć jego ciało osłabione jest chorobą, dawna siła boksera eksploduje gniewem.
– Zabiję cię! Zniszczyłeś Poyraza! Zrujnowałeś jego życie, jego honor! Zdeprawowałeś moją rodzinę!
– Sahinie, proszę, puść go! – błaga Cansel, próbując odciągnąć męża. – Zabijesz mojego brata!
Sahin nie słucha. Odepchnięta Cansel ląduje na podłodze, uderzając plecami o szafkę. Przez chwilę nie może złapać tchu.
– Ty diablico… – warczy Sahin, pochylając się nad nią. – Opuścisz ten dom. Wyniesiesz się z tej dzielnicy. Rozwiodę się z tobą. Wrócisz do piekła, z którego wyszłaś! A ty, łajdaku… – spogląda z pogardą na Semiha – spędzisz resztę życia za kratami. Poyraz dowie się o wszystkim. Rozliczy was!
Sahin rusza w stronę wyjścia, zdecydowany oddać sprawiedliwość w ręce tego, kogo zniszczyli. Wtedy Semih, działając pod wpływem impulsu, sięga po kij od mopa i z całej siły uderza Sahina w tył głowy.
Mężczyzna osuwa się bezwładnie na podłogę. Przez chwilę panuje absolutna cisza.
– Co ty zrobiłeś?! – krzyczy Cansel, zrywając się z podłogi. – Zabiłeś go?!
– Nie, chciałem… tylko go powstrzymać! – Semih cofa się, patrząc z przerażeniem na nieruchome ciało.
Cansel pochyla się nad mężem.
– Oddycha… Dzięki Bogu. Ale krwawi! Zrób coś! Dzwoń po karetkę! – krzyczy do brata.
– Nie mogę. – głos Semiha jest pusty.
– Jak to nie możesz?! – krzyczy Cansel. – On umrze!
– Jeśli zadzwonię, wszystko się wyda. To będzie nasz koniec. Oboje nas zamkną!
Nagle, w drzwiach pojawia się Nana. Choć nadal kuleje, jej krok jest pewny.
– Bracie Sahinie! Boże! Co mu się stało?!
Rzuca się do jego ciała i przykłada dłoń do jego policzka.
– Poślizgnął się i upadł… – Cansel kłamie bez przekonania.
– Krwawi z głowy. Semih, przynieś ręcznik! – rozkazuje Nana. – Zadzwoniliście już po karetkę?
– Właśnie mieliśmy… – jąka się Semih.
– To dzwońcie NATYCHMIAST! – krzyczy Nana. – To może być krwotok wewnątrzczaszkowy! Każda sekunda ma znaczenie!
Czy Sahin przeżyje? Czy będzie pamiętał, jaką zbrodnię popełnili jego żona i szwagier?
Powyższy tekst stanowi autorskie streszczenie i interpretację wydarzeń z serialu Emanet. Inspiracją do jego stworzenia były filmy Emanet 681. Bölüm i Emanet 682. Bölüm dostępne na oficjalnym kanale serialu w serwisie YouTube. W artykule zamieszczono również zrzuty ekranu pochodzące z tych odcinków, które zostały użyte wyłącznie w celach informacyjnych i ilustracyjnych. Wszystkie prawa do postaci, fabuły i materiału źródłowego należą do ich prawowitych właścicieli.

















