Panna młoda odc. 124: Oblężenie rezydencji! Cihan pod presją mediów!

Twarz Cihana jest napięta.

„Panna młoda” Odc. 124 – streszczenie

Cihan nie pozwolił, by słowa Mukadder zawisły w powietrzu jak niepodważalny wyrok.

— Mamo, wystarczy — powiedział stanowczo, choć bez podnoszenia głosu. — Mamy dość problemów poza domem. Nie dokładajmy sobie kolejnych tutaj. Przynajmniej ty nie burz mojego spokoju.

Mukadder zacisnęła usta. Przez chwilę wyglądała, jakby chciała coś jeszcze powiedzieć, ale ostatecznie tylko pokręciła głową z wyraźnym niezadowoleniem.

Ciszę przeciął szloch Beyzy.

— Beyzo, dość… — odezwał się Cihan, już łagodniej. — Nie płacz.

— Jak mam nie płakać? — wyrzuciła z siebie, unosząc ku niemu zapłakane oczy. — Wszyscy są przeciwko mnie. Zrobili ze mnie kochankę… wystawili mnie na pośmiewisko. Jakbym sama tego chciała… jakbym marzyła, żeby tu być!

Jej głos się załamał.

— Nie mam już siły, Cihanie… naprawdę nie mam…

Odwróciła się gwałtownie i niemal wybiegła z salonu, zasłaniając twarz dłonią. Pozostali domownicy ruszyli za nią — jedni z troską, inni z ciekawością, jeszcze inni z chłodną rezerwą.

Po chwili w salonie zapadła cisza.

Zostali tylko oni.

Hancer siedziała nieruchomo w fotelu, z dłońmi splecionymi na kolanach. Jej ramiona lekko drżały, a po policzkach powoli spływały łzy, których nawet nie próbowała już ukrywać.

Cihan podszedł bliżej, po czym bez słowa uklęknął przy niej. Ten gest — cichy, pozbawiony dumy — mówił więcej niż jakiekolwiek zapewnienia.

— Hancer… — odezwał się miękko.

Delikatnie uniósł dłoń i starł kciukiem łzę z jej policzka.

— Nie zadręczaj się tak — dodał ciszej. — Spójrz na mnie.

Podniosła wzrok, choć z trudem.

— Gdzie jest ta silna kobieta, którą znam? — zapytał z lekkim, ciepłym uśmiechem. — Ta, która potrafiła stanąć naprzeciw wszystkiego i wszystkich?

Westchnął cicho.

— Stało się to, co się stało. Tego już nie cofniemy. Wieść poszła w świat… i jeszcze przez jakiś czas będzie żyła własnym życiem. Ale to tylko hałas, Hancer. Słowa. Plotki.

Na moment zawiesił głos, jakby chciał, żeby dobrze zapamiętała to, co powie dalej.

— Dopóki to się nie wyjaśni, musimy nauczyć się tego nie słuchać. Zamknąć uszy na to, co mówią inni. I trzymać się razem.

Jego spojrzenie stwardniało, ale nie wobec niej — wobec wszystkiego, co było na zewnątrz.

— Obiecuję ci… zrobię wszystko, żeby to nie zniszczyło ani ciebie, ani Beyzy. Nie pozwolę na to.

Delikatnie ujął jej dłoń.

— Ale potrzebuję cię silnej. Przy mnie. Żebym miał o co walczyć.

Hancer drgnęła lekko. Wciągnęła powietrze, jakby dopiero teraz mogła znów oddychać. Otarła policzki i, choć oczy wciąż miała wilgotne, skinęła głową.

— Będę… — wyszeptała. — Będę silna.

Spojrzała na niego — już nie tak zagubiona jak przed chwilą.

— Dla ciebie.

***

Gülsüm stała przy drzwiach, nasłuchując. Jej dłoń spoczywała już na klamce, gotowa w każdej chwili ją nacisnąć. Gdy tylko w korytarzu pojawiła się Mukadder, kobieta poruszyła się niespokojnie i dyskretnym gestem dała znak Beyzie. Potem bez słowa zniknęła, jakby rozpłynęła się w powietrzu.

Drzwi otworzyły się niemal natychmiast.

Mukadder weszła do środka i zamarła.

Na łóżku siedziała Beyza. Jej dłoń drżała, gdy wysypywała na nią garść tabletek. Przez ułamek sekundy zawahała się… a potem podniosła rękę do ust.

— Beyza, co ty robisz?! — krzyknęła Mukadder, rzucając się w jej stronę.

Chwyciła jej nadgarstek w ostatniej chwili. Tabletki rozsypały się po podłodze, odbijając się cicho od parkietu.

— Zostaw mnie, ciociu! — Beyza wyrwała rękę. Jej głos był zdławiony, lecz przesadnie dramatyczny. — Chcę umrzeć! Po tym wszystkim… po tych obrzydliwych wiadomościach… zostałam zhańbiona! Jak mam spojrzeć ludziom w oczy? Jak mam wyjść z domu?

Złapała się za brzuch.

— Moje dziecko… moje dziecko nie zasługuje na takie życie…

Mukadder patrzyła na nią z przerażeniem, ale i gniewem, który tlił się pod powierzchnią.

— Dziecko? — powtórzyła ostro, chwytając ją za ramiona. — Oszalałaś? Chcesz oddać zwycięstwo tej żmii? Właśnie na to liczy! Żebyś się poddała. Żeby pozbyć się was obojga jednym ciosem!

— Nie obchodzi mnie, czego ona chce! — wyrzuciła Beyza, wyrywając się z jej uścisku. — Nie chcę żyć!

Mukadder spojrzała na nią jeszcze przez chwilę, jakby coś kalkulowała. Potem odwróciła się gwałtownie i wyszła.

Wróciła niemal natychmiast — z Hancer.

— Spójrz, do czego doprowadziłaś! — rzuciła oskarżycielsko, wskazując na rozsypane tabletki. — Jeszcze chwila i Beyza by nie żyła!

Hancer zatrzymała się w progu. Jej spojrzenie najpierw padło na podłogę, potem na Beyzę. Twarz miała spokojną, niemal obojętną.

— Wystarczy, pani Mukadder — powiedziała chłodno. — To nie jest troska. To szantaż.

— Szantaż?! — oburzyła się Mukadder. — Dziewczyna chciała się zabić!

Hancer uniosła lekko brew i spojrzała na Beyzę dłużej, uważniej. W jej oczach nie było współczucia — tylko cicha, nieubłagana pewność.

— Nie — odparła spokojnie. — Ona nie chciała umrzeć.

Beyza odwróciła wzrok, jakby nagle coś ją zainteresowało w kącie pokoju.

— To tylko jej kolejna gra.

W pomieszczeniu zapadła cisza, ciężka i napięta.

Mukadder zacisnęła usta, po czym sięgnęła po buteleczkę z tabletkami i niemal wcisnęła ją Hancer w dłoń.

— Skoro jesteś taka pewna… — powiedziała lodowatym tonem. — To zatrzymaj je.

Nachyliła się lekko, patrząc jej prosto w oczy.

— Wkrótce to ty możesz ich potrzebować. Nie Beyza.

Hancer nie cofnęła ręki. Zacisnęła palce na buteleczce, nie spuszczając z niej wzroku.

I ani przez chwilę nie mrugnęła.

***

Był późny wieczór. W rezydencji panowała cisza, przerywana jedynie cichym tykaniem zegara i odległym szumem miasta. Kuchnia tonęła w miękkim, ciepłym świetle lamp nad blatem.

Fadime zatrzymała się w progu. Przez chwilę tylko patrzyła.

Melih stał przy zlewie, odwrócony do niej plecami, nalewając sobie wodę do szklanki. Ruchy miał spokojne, jakby próbował zagłuszyć nimi własne myśli.

— Melihu… — odezwała się cicho.

Odwrócił się, lekko zaskoczony.

— Mamo? — zmarszczył brwi. — Dlaczego jeszcze nie śpisz?

Fadime weszła głębiej do kuchni. Jej kroki były powolne, ciężkie.

— Sen mnie omija — odpowiedziała z westchnieniem. — Krąży wokół, ale nie chce do mnie przyjść.

Zatrzymała się naprzeciwko niego i spojrzała mu prosto w oczy.

— Myślę o tym, co zrobiłeś… i próbuję to zrozumieć. Naprawdę próbuję, synu. Ale nie potrafię.

Melih odwrócił wzrok, jakby spodziewał się tego tematu.

— Nie przewracaj oczami — dodała ostrzej. — Powiedz mi wprost. Kim jest ta dziewczyna, o której wspomniałeś Gülsüm? Kto tak zawrócił ci w głowie?

Zawahała się na moment.

— Powiedziałeś, że ona też coś do ciebie czuje…

Melih oparł się lekko o blat, ściskając szklankę w dłoni.

— Dlaczego pytasz o coś, na co już znasz odpowiedź?

Fadime zbladła.

— Nie mów mi tylko, że to… Sinem.

Zapadła krótka cisza.

— Tak — odpowiedział spokojnie. — To Sinem.

Uniósł głowę.

— Rozmawialiśmy. To nie jest jednostronne. Ona też… — zawahał się na ułamek sekundy — też coś do mnie czuje.

Fadime cofnęła się o krok, jakby ktoś ją uderzył.

— Synu, czy ty postradałeś zmysły? — wyszeptała, a potem jej głos nabrał siły. — Wiesz, w co się pakujesz? Wiesz, co to znaczy?

Zacisnęła dłonie.

— Jeśli pan Cihan się o tym dowie… nie tylko stracimy pracę. Wyrzuci nas z tego domu. A może i z całego miasta! Czy teraz jest na to czas? Nie widzisz, co się dzieje wokół nas?

Rozłożyła bezradnie ręce.

— My tu jesteśmy po to, żeby pracować. Służyć. Nie komplikować sobie życia!

Melih pokręcił głową, a w jego spojrzeniu pojawiła się stanowczość.

— Mamo… co takiego zrobiłem? — zapytał spokojnie. — Czy kogoś zdradziłem? Czy zrobiłem coś niehonorowego?

Zrobił krok w jej stronę.

— Mówię poważnie. To nie jest kaprys. Moje uczucia są prawdziwe.

Fadime spojrzała na niego z bólem.

— Nie zmuszaj mnie, żebym powiedziała to wprost — powiedziała ciszej, ale ostrzej. — Jesteś wolnym mężczyzną. Możesz mieć każdą kobietę… więc dlaczego wybierasz właśnie ją?

Ściszyła głos.

— Kobietę z dzieckiem… z takim bagażem.

Westchnęła ciężko.

— A nawet jeśli… nawet jeśli ją wybierzesz… myślisz, że pani Mukadder na to pozwoli? Odda ci swoją wnuczkę? Pozwoli, żebyś wszedł do tej rodziny?

Melih uniósł podbródek.

— Nie obchodzi mnie, co pomyślą inni — powiedział stanowczo. — Liczy się tylko jedno: czy Sinem tego chce.

W jego oczach pojawił się upór.

— A jeśli będzie trzeba… stanę naprzeciw wszystkim.

Fadime wpatrywała się w niego długo, jakby nie poznawała własnego syna.

— Nawet przeciwko mnie? — zapytała cicho.

Melih zmiękł.

Podszedł bliżej.

— Mamo… — powiedział łagodnie. — Jak mógłbym stanąć przeciwko tobie? Jesteś moją matką. Moją podporą… moją duszą.

Na moment zawiesił głos.

— Ale to ty musisz zdecydować… czy będziesz stała obok mnie… czy przeciwko mnie.

Ich spojrzenia się spotkały.

Potem Melih odwrócił się powoli i wyszedł z kuchni.

Drzwi zamknęły się cicho.

Fadime została sama.

Stała nieruchomo, jakby jego słowa wciąż krążyły wokół niej, nie pozwalając jej ani ruszyć się, ani złapać oddechu.

***

Nusret siedział wygodnie na kanapie, oparty plecami o miękkie poduszki. W półmroku salonu ekran telefonu rozświetlał jego twarz chłodnym, niebieskawym blaskiem. Kąciki ust unosiły mu się w cieniu zadowolenia, gdy przesuwał palcem po kolejnych nagłówkach.

„Nieznana twarz znanego biznesmena”.
„Harem Develioglu”.

Ciche, krótkie parsknięcie wyrwało mu się z gardła.

— Lepiej, niż zakładałem… — mruknął pod nosem.

Bez pośpiechu wybrał numer. Po kilku sygnałach w słuchawce odezwał się znajomy głos.

— Idzie nawet lepiej, niż planowałem — powiedział spokojnie, niemal z rozbawieniem. — Artykuły rozchodzą się jak ogień. Jutro dostaniesz ode mnie nowe informacje… jeszcze ciekawsze. Uwierz mi, będziesz miał z tego niemały zysk.

Zerknął na ekran. Drugie połączenie.

— Przepraszam, muszę kończyć — dodał krótko i bez cienia wahania rozłączył się.

Natychmiast odebrał kolejne.

— Tak, Beyzo?

Po drugiej stronie zapadła chwila ciszy, jakby dziewczyna zbierała w sobie odwagę.

— Tato… — jej głos był napięty. — Naprawdę nie sądziłam, że to zrobisz. W rezydencji panuje chaos. Cihan jest osaczony z każdej strony.

Nusret uśmiechnął się szerzej, opierając łokieć o oparcie kanapy.

— Poczekaj — powiedział spokojnie, niemal miękko. — To dopiero pierwsze podmuchy. Nie masz pojęcia, jaki huragan dopiero nadciąga.

— Ale tym razem uderzyłeś też we mnie — odparła z wyrzutem. — Wszyscy nazywają mnie jego kochanką. Zniszczyłeś mnie, żeby uderzyć w niego.

Na moment zapadła cisza.

— To było konieczne — odpowiedział chłodno Nusret. — Cihan to dumny mężczyzna. Żyje reputacją. Jeśli chce ją ocalić… będzie musiał wziąć cię za rękę i postawić przy sobie.

Słowa zawisły w powietrzu jak wyrok.

— Co teraz? — zapytała ciszej. — Jaki jest kolejny ruch?

Nusret odchylił głowę, spoglądając w sufit, jakby widział już całą rozpisaną partię.

— Nie martw się — powiedział z pewnością. — Bądź gotowa. Jutro po ciebie przyjadę.

Na jego twarzy pojawił się cień triumfu.

Gra dopiero się zaczynała.

***

Następnego dnia rezydencja, zwykle spokojna i odcięta od świata, przypominała oblężoną twierdzę.

Melih wszedł do środka szybkim krokiem. Zatrzymał się w holu, gdzie stali już Cihan i Nusret. W powietrzu wyczuwało się napięcie — ciężkie, lepkie, jak przed burzą.

— Panie Cihanie… — zaczął, próbując złapać oddech. — Kiedy rano odwoziłem Mine do szkoły, przed bramą nie było nikogo. Ale teraz… — zawahał się, kręcąc głową. — Teraz roi się tam od ludzi. Dziennikarze. Kamery. Fotografowie. Nagrywają rezydencję, obserwują każdy ruch. Rejestrują, kto wchodzi i wychodzi.

Cihan zacisnął szczękę, a w jego oczach błysnęła irytacja.

— Tylko tego brakowało — syknął pod nosem.

Nusret, stojący nieco z boku, splótł ręce na piersi. Na jego twarzy przemknął cień chłodnej satysfakcji, choć szybko go ukrył.

— Oni tak łatwo nie odpuszczą — stwierdził spokojnie.

W tej samej chwili drzwi wejściowe otworzyły się ponownie. Do środka wszedł Engin, wyraźnie zdenerwowany, poprawiając marynarkę.

— Na zewnątrz jest chaos — powiedział, zerkając po zebranych. — Ledwo udało mi się tu dostać. Reporterzy są wszędzie. Pytania, kamery, przepychanki…

— Wiemy — przerwał mu Cihan chłodno. — Melih właśnie nas uprzedził.

Melih potarł brodę, spoglądając w stronę drzwi, jakby już rozważał działanie.

— Jeśli chcesz, mogę ich stamtąd przepędzić — zaproponował stanowczo.

— Nawet o tym nie myśl — uciął natychmiast Engin. — To tylko pogorszy sytuację. W oczach opinii publicznej będzie to wyglądało jak przyznanie się do winy.

Cihan skinął głową, choć wyraźnie z trudem panował nad emocjami.

— Engin ma rację. Nie możemy dolewać oliwy do ognia. Już i tak jest wystarczająco źle.

Engin odetchnął głęboko i przeszedł do konkretów:

— Złożyliśmy pozwy przeciwko portalom, które opublikowały te materiały. Treści powinny zostać usunięte w ciągu kilku dni. Do tego czasu musimy jednak działać ostrożnie. Nikt z domowników nie może rozmawiać z mediami. Żadnych komentarzy, żadnych zdjęć, żadnych słów.

Zapadła krótka cisza.

— Porozmawiam z nimi — powiedział w końcu Cihan, tonem nieznoszącym sprzeciwu. — Muszą zrozumieć, że każdy błąd może nas drogo kosztować.

Spojrzał na Meliha.

— Melihu, zbierz wszystkich w salonie.

Melih skinął głową i bez słowa ruszył w głąb rezydencji, a napięcie w powietrzu tylko jeszcze bardziej zgęstniało.

***

Do firmy dotarli szybkim, zdecydowanym krokiem. Już w recepcji dało się wyczuć zmianę — rozmowy milkły, gdy tylko przechodzili obok, a spojrzenia pracowników były zbyt długie, zbyt uważne. Nie było w nich zwykłej ciekawości. Było coś więcej.

W gabinecie drzwi zamknęły się z głuchym trzaskiem, odcinając ich od szeptów.

Cihan zatrzymał się na środku, przesuwając dłonią po karku, jakby chciał strząsnąć z siebie napięcie.

— Enginie… — zaczął nisko. — Oni patrzą na mnie, jakbym był kimś obcym. Jakbym był intruzem we własnej firmie. — Jego głos stwardniał. — Jak mamy się pozbyć tego oszczerstwa?

Engin westchnął cicho, opierając się o krawędź biurka.

— Robię wszystko, co mogę — odpowiedział spokojnie, choć w jego tonie pobrzmiewało zmęczenie. — Ale plotek nie da się zatrzymać jednym ruchem. Rozwód, akt małżeństwa… wszystko już krąży w sieci. To nie przypadek. Ten dziennikarz musi mieć dostęp do źródła. I to blisko ciebie.

Zawahał się na moment, po czym dodał ciszej:

— Ktoś z firmy… albo ktoś z rodziny. Inaczej nie zdobyłby tylu szczegółów.

Cihan ciężko opadł na fotel za biurkiem. Skóra skrzypnęła pod jego ciężarem. Przez chwilę patrzył w pustkę, jakby próbował poukładać chaos, który wymknął się spod kontroli.

— Do diabła… — warknął. — Teraz wszyscy wiedzą wszystko. Nie zostało nic, co można by ukryć.

Engin pokręcił głową. Jego spojrzenie było poważne, niemal ostrzegawcze.

— Obawiam się, że to dopiero początek.

Cihan uniósł wzrok, w którym pojawił się błysk gniewu.

— Co jeszcze mogą wyciągnąć? Co jeszcze zostało?

Engin zawahał się, po czym podszedł bliżej i ściszył głos:

— Jest jeszcze jedna rzecz. O wiele poważniejsza.

Krótka pauza.

— Ciąża Beyzy.

Słowa zawisły w powietrzu jak ciężki kamień.

Cihan poderwał się gwałtownie z miejsca. Krzesło zaskrzypiało, odsuwając się z impetem.

— Nikt! — wycedził przez zaciśnięte zęby, a jego dłoń zacisnęła się w pięść. — Nikt nie ma prawa się o tym dowiedzieć. Rozumiesz? Moje dziecko nie będzie częścią tego cyrku.

Podszedł bliżej Engina, patrząc mu prosto w oczy.

— Zrób wszystko, żeby to zatrzymać.

Engin wypuścił powoli powietrze. Wiedział, że to polecenie brzmi prosto tylko na pierwszy rzut oka.

W rzeczywistości… było prawie niemożliwe.

Powyższy tekst stanowi autorskie streszczenie i interpretację wydarzeń z serialu Gelin. Inspiracją do jego stworzenia był film Gelin 90.Bölüm dostępny na oficjalnym kanale serialu w serwisie YouTube. W artykule zamieszczono również zrzuty ekranu pochodzące z tego odcinka, które zostały użyte wyłącznie w celach informacyjnych i ilustracyjnych. Wszystkie prawa do postaci, fabuły i materiału źródłowego należą do ich prawowitych właścicieli.

Podobne wpisy