Panna młoda odc. 105: Porwanie Hancer! Kto szantażuje Beyzę?

Hancer siedzi na starym, brudnym materacu.

„Panna młoda” Odc. 105 – streszczenie

Cemil i Ertuğrul zatrzymali się gwałtownie przed wejściem do szpitala. Jeszcze zanim zdążyli złapać oddech, ich wzrok odnalazł ją niemal natychmiast.

Hancer.

Siedziała na ławce, skulona, jakby próbowała zmniejszyć ciężar, który ją przygniatał.

— Hancer! — zawołał Cemil, przyspieszając kroku. — Hancer!

Dziewczyna podniosła głowę. W jej oczach pojawił się błysk ulgi, który natychmiast ustąpił miejsca łzom. Wstała chwiejnie i zrobiła kilka kroków w ich stronę.

Cemil dopadł do niej pierwszy. Objęła go mocno, wtulając twarz w jego ramię, jakby tylko tam mogła się jeszcze schronić.

— Bracie… — wyszeptała, a jej głos się załamał.

Ertuğrul zatrzymał się tuż obok, spoglądając na nią z powagą.

— Wracamy z rezydencji — powiedział spokojnie. — Co się stało?

— Aysu powiedziała, że… — Cemil zawahał się, jakby nie chciał wypowiadać tych słów — że strzeliłaś do Cihana. Kochanie… jak mogło do tego dojść?

Hancer zacisnęła powieki.

— Nie chciałam… — wyszeptała. — Przysięgam, nie chciałam. To był wypadek… On nie chciał mnie wypuścić, a potem… wszystko wydarzyło się tak szybko…

Znów rozpłakała się, kurczowo trzymając się brata.

Ertuğrul ciężko westchnął, przecierając twarz dłonią.

— Ach, Cihanie… — mruknął. — To była kwestia czasu. Ostrzegałem go tyle razy… ale nigdy mnie nie słuchał.

Podniósł wzrok.

— Jaki jest jego stan?

— Był na intensywnej terapii… — odpowiedziała cicho Hancer. — Nie wiem, czy nadal tam jest. Nikt nic nie mówi…

Cemil spojrzał na nią uważniej.

— Dlaczego jesteś tutaj sama?

Hancer opuściła wzrok.

— Pani Mukadder mnie wyrzuciła… — przyznała cicho. — I ma do tego prawo. Strzeliłam do jej syna.

— Nie! — zaprotestował ostro Cemil. — Jeśli ktoś powinien ponosić winę, to on! Gdzie była jego matka, kiedy trzymał cię zamkniętą? Dlaczego wtedy nikt nie reagował?

— Nie mów tak… — pokręciła głową Hancer. — To moja wina. Mogą mnie nienawidzić, mogą mnie przeklinać, ale ja zostanę. Nie odejdę stąd, dopóki Cihan się nie obudzi.

Cemil cofnął się o krok, patrząc na nią z bólem.

— Chcesz tu czekać na człowieka, który zniszczył ci życie? Nawet jego matka cię nie chce! To wszystko wydarzyło się przez niego… przez jego upór. W przeciwnym razie nigdy nie zrobiłabyś czegoś takiego. My… my nawet nie mamy nic wspólnego z bronią…

— Nie mogę odejść — powtórzyła cicho Hancer, jakby każde słowo było przysięgą. — Muszę poczekać, aż się obudzi.

Cemil bezradnie opuścił ręce.

— On już zapłacił za to, co zrobił… — powiedział ciszej. — Nie bądź smutna. On nie jest tego wart. Chodźmy do domu, proszę…

Zapadła cisza.

Wtedy odezwał się Ertuğrul. Jego głos był spokojny, ale niósł w sobie ciężar doświadczenia.

— Człowiek zawsze zostaje wystawiony na próbę przez własne słowa — powiedział powoli. — Dlatego powinniśmy uważać, co mówimy.

Spojrzał na Hancer uważnie.

— Co powiedział Cihan? „Nie martw się, nie zostawię cię”. A teraz walczy o życie.

Krótka pauza.

— A ty? Pamiętasz, co mówiłaś? „Nawet gdyby cały świat się odwrócił, nie zostałabym z nim”.

Jego spojrzenie złagodniało.

— A jednak jesteś tutaj i czekasz, aż otworzy oczy.

Hancer nie odpowiedziała.

Tylko odwróciła wzrok — jakby sama nie była gotowa zmierzyć się z prawdą, którą właśnie usłyszała.

***

Cihan, choć pogrążony w głębokiej śpiączce, nie tonął w ciemności. Przeciwnie — jego umysł utkał świat miękki jak światło poranka, delikatny jak dotyk fal.

Biegli razem.

Brzeg morza ciągnął się bez końca, a ciepły piasek uginał się pod ich stopami. Woda muskała ich kostki, raz chłodna, raz przyjemnie ciepła, jakby oddychała wraz z nimi. Hancer śmiała się lekko, niemal bezgłośnie, a jej włosy tańczyły na wietrze. W dłoni trzymała słomiany kapelusz, który co chwilę wymykał się jej palcom.

— Uważaj! — zawołała, gdy Cihan ochlapał ją wodą.

— Nigdy — odpowiedział z uśmiechem, pochylając się, by znów zaczerpnąć w dłonie morskiej piany.

Świat był prosty. Bez bólu. Bez strachu. Bez przeszłości.

Zatrzymali się.

Fale uspokoiły się, jakby i one chciały słuchać ciszy między nimi. Cihan uniósł dłoń i bardzo ostrożnie odgarnął kosmyk włosów z jej twarzy. Jego palce zatrzymały się na jej policzku, jakby bał się, że to wszystko może zniknąć.

— Jesteś prawdziwa? — zapytał cicho, bardziej do siebie niż do niej.

Hancer uśmiechnęła się, a w jej oczach odbiło się światło słońca.

— A ty?

Nie odpowiedział od razu. Zamiast tego sięgnął do kieszeni. Ruch był powolny, niemal uroczysty. Gdy wyciągnął małe, czerwone pudełeczko, powietrze jakby zadrżało.

— Co to jest? — wyszeptała, czując, jak serce przyspiesza, jakby chciało wyrwać się z piersi.

Cihan uklęknął na jedno kolano, nie odrywając od niej wzroku. Otworzył pudełeczko.

W środku zalśnił pierścionek — drobny, ale pełen światła, jakby skradzionego z tego snu.

— Czy zostaniesz moją żoną?

Hancer cofnęła się o pół kroku, zaskoczona, niemal onieśmielona.

— Ale my… my nawet nie znamy swoich imion…

Cihan podniósł się powoli. Jego spojrzenie było spokojne, pewne — jakby znał odpowiedzi na wszystkie pytania świata.

— Dla mnie jesteś dziewczyną w kapeluszu — powiedział miękko. — Tą, przy której moje serce wreszcie znalazło ciszę. Może właśnie dlatego nie potrzebuję niczego więcej.

Zbliżył się i delikatnie zanurzył palce w jej włosach.

— Nie przegapmy czegoś tak pięknego… Czy chcesz przeżyć ze mną całe życie?

Hancer patrzyła na niego długo. W jej oczach pojawiło się wzruszenie, ale i cień lęku.

— A jeśli kiedyś będziesz tego żałował? Jeśli uznasz, że się pospieszyłeś?

Na jego ustach pojawił się ciepły, spokojny uśmiech.

— Czekałem na to pytanie. Nie będę żałował. Ale ty się zastanów… bo to nie jest „tak” na chwilę. To jest „tak” na zawsze. Czy będziesz mnie kochać, kiedy moje włosy posiwieją? Kiedy będę się garbił i powoli wstawał z krzesła?

Hancer zrobiła krok w jego stronę. Jej głos był cichy, ale pewny.

— Nie tylko wtedy… Nawet kiedy wydasz ostatnie tchnienie… moja odpowiedź nadal będzie brzmiała „tak”.

Cihan zamknął na chwilę oczy, jakby chciał zapamiętać tę chwilę na zawsze.

Wyjął pierścionek i wsunął go na jej palec.

Fale zaszumiały głośniej, wiatr uniósł jej włosy, a światło rozlało się wokół nich jak złoty sen.

Przytulili się mocno.

Tak mocno, jakby bali się, że jeśli się puszczą — wszystko zniknie.

— A jeśli nie będę mógł chodzić? — zapytał po chwili, gdy ich ramiona niechętnie się rozplotły. W jego głosie zabrzmiała nuta lęku, ledwie słyszalna, jak drżenie powietrza nad wodą. — Jeśli kiedyś przestanę cię rozpoznawać… jeśli będę patrzył na ciebie jak na obcą… czy wtedy też będziesz mnie kochać?

Hancer nie cofnęła się ani o krok. Jej spojrzenie było spokojne, głębokie, jak morze, które przed chwilą śmiało się razem z nimi.

— Nawet wtedy — odpowiedziała cicho, ale z niewzruszoną pewnością. — Bo nawet jeśli twoje oczy mnie zapomną… twoje serce nigdy tego nie zrobi.

Zbliżyła się jeszcze bardziej, tak że ich oddechy niemal się spotkały.

— Pochylę się nad tobą i wyszepczę mu do ucha: „Jestem tą dziewczyną w kapeluszu”… a ono mnie rozpozna.

Na te słowa coś w nim pękło — nie z bólu, lecz z zachwytu. Cihan patrzył na nią, jakby była jedyną prawdą w świecie utkanym ze snu. W jej oczach odbijało się światło fal, niebo i coś jeszcze — obietnica, która nie znała końca.

Delikatnie uniósł dłoń i musnął jej policzek, jakby chciał upewnić się, że naprawdę tam jest.

Potem pochylił się i z czułością złożył na nim pocałunek — lekki jak oddech, a jednak pełen wszystkiego, czego nie dało się wypowiedzieć słowami.

Cihan całuje Hancer w policzek.

***

Gulsum od dłuższego czasu krążyła myślami wokół jednego pytania. Komu powinna przekazać prawdę o sztucznym brzuchu Beyzy? Komu zaufać… i na kim najlepiej zagrać?

W końcu odpowiedź pojawiła się sama.

Mukadder.

To ona miała pieniądze. To ona miała władzę. I to właśnie ona — teraz, gdy Cihan walczył o życie — najbardziej pragnęła prawdy. Nawet tej, która mogła wszystko zniszczyć.

Gulsum poprawiła torebkę, uspokoiła oddech i ruszyła w stronę kobiety. Każdy krok stawiała ostrożnie, jakby wchodziła na kruchy lód. Usiadła na krześle obok niej, zachowując dystans, ale jednocześnie próbując znaleźć odpowiedni moment.

— Jak się pani czuje? — zapytała cicho, z udawaną troską.

Mukadder nawet na nią nie spojrzała. Jej wzrok był wbity gdzieś w pustkę.

— Nie wiesz, co się stało? — odpowiedziała chłodno. — Jak mam się czuć?

Gulsum spuściła lekko głowę, jakby zawstydzona.

— Chciałam tylko zapytać, czy czegoś pani potrzebuje…

Mukadder gorzko się uśmiechnęła — był to uśmiech pozbawiony ciepła, ciężki od rozpaczy.

— Wiesz, czego potrzebuję. Ale to nie leży w twojej mocy. Jeśli Bóg nie wysłucha naszych modlitw… jeśli nie okaże miłosierdzia… — Jej głos zadrżał. — Tylko On może uratować mojego syna. Niczego więcej nie chcę.

Zapadła cisza. Napięta, gęsta.

Gulsum zawahała się tylko na ułamek sekundy. Potem, jakby kierowana nagłym impulsem, wyciągnęła rękę i delikatnie dotknęła ramienia Mukadder.

— Może… — zaczęła ostrożnie — może Bóg już odpowiedział na pani modlitwy. Może przysłał mnie…

Mukadder gwałtownie strąciła jej dłoń.

— Co ty robisz?! — syknęła, odwracając się do niej z gniewem. — Na co ty sobie pozwalasz? Jak śmiesz mnie dotykać?!

Gulsum natychmiast cofnęła rękę, jak oparzona.

— Przepraszam… ja tylko… — zająknęła się. — Pomyślałam, że… że skoro tak rozmawiamy, jesteśmy sobie bliskie…

To wystarczyło. Mukadder poderwała się z miejsca nagle.

— Bliskie?! — powtórzyła z niedowierzaniem, a jej głos podniósł się, przyciągając spojrzenia innych. — Myślisz, że nie mam nikogo, żebyś ty miała być mi bliska?! Kim ty w ogóle jesteś?!

Zrobiła krok w jej stronę, patrząc na nią z góry.

— Jesteś zwykłą służącą! Służącą! My, Develioglu, swój ból nosimy w sobie. Nie potrzebujemy pocieszenia od takich jak ty!

Gulsum skuliła się, opuszczając głowę. Jej dłonie zacisnęły się na materiale spódnicy. Nie odezwała się ani słowem.

— Kilka łez i już poczułaś się częścią rodziny?! — ciągnęła Mukadder, coraz bardziej rozjuszona. — Wynoś się stąd! Słyszysz?! Wynoś się! Wszyscy się wynoście!

Popchnęła Gulsum w stronę stojących nieopodal Fadime i Meliha.

Melih zrobił krok do przodu, wyraźnie wzburzony.

— To już przesada… — zaczął.

Ale Fadime chwyciła go za ramię i lekko pokręciła głową.

— Nie teraz — szepnęła stanowczo.

Melih zacisnął szczęki, ale ustąpił.

W milczeniu, ciężkim jak burzowe niebo, cała trójka odwróciła się i ruszyła w stronę wyjścia ze szpitala.

***

Hancer długo stała pod drzwiami, jakby sam próg tej sali był granicą między życiem a czymś, czego nie potrafiła nazwać. Dopiero po chwili zebrała się na odwagę i weszła do środka.

W pomieszczeniu panowała cisza, przerywana jedynie miarowym dźwiękiem aparatury. Cihan leżał nieruchomo, blady, z zamkniętymi oczami, jakby zapadł w sen głębszy niż noc. Przewody, monitor, kroplówka — wszystko przypominało, że jego życie zawisło na cienkiej nici.

Hancer podeszła powoli, jakby każdy krok mógł go obudzić… albo odebrać.

Usiadła przy łóżku. Drżącą dłonią sięgnęła po jego rękę — była ciepła. Ta drobna oznaka życia sprawiła, że jej oddech zadrżał. Drugą dłonią delikatnie dotknęła jego policzka, przesuwając palcami po jego skórze, jakby chciała zapamiętać każdy szczegół.

Łzy spłynęły po jej twarzy bezgłośnie.

— Wiem, że mnie słyszysz… — wyszeptała, pochylając się nad nim. — A jeśli nawet nie słyszysz… to czujesz. Czujesz, że tu jestem.

Przesunęła dłonią po jego włosach, powoli, czule, jakby głaskała kogoś, kto za chwilę może zniknąć.

— Przepraszam cię, Cihanie… — jej głos załamał się. — Nie mogłam zostać. Choć niczego na świecie nie pragnęłam bardziej… niż zostać przy tobie. Zestarzeć się z tobą… odejść razem z tobą…

Zacisnęła powieki, jakby te słowa ją bolały.

— Ale nie mogłam. Nie było nam to dane.

Oparła czoło o jego dłoń, a jej ramiona lekko zadrżały.

— Jeśli teraz otworzysz oczy… będę musiała odejść — dodała ciszej. — I to jest najokrutniejsze ze wszystkiego.

Na chwilę zamilkła, jakby zbierała w sobie resztki siły.

— Już cię nie obwiniam… — wyszeptała po chwili. — Może tak właśnie miało być. Może taka była nasza historia… krótka, bolesna… ale prawdziwa.

Uniósłszy jego dłoń, przyłożyła ją do swojego policzka i zamknęła oczy, jakby chciała zatrzymać tę chwilę na zawsze.

— Wybacz mi… tylko o to proszę.

Jej oddech stał się spokojniejszy, choć łzy wciąż płynęły.

— Nigdy nie zapomnę tej nocy… — powiedziała niemal szeptem. — Nocy, kiedy byliśmy tylko my. Bez strachu, bez kłamstw… Kiedy złożyliśmy sobie przysięgę, której nikt nie słyszał… a jednak była prawdziwsza niż wszystko inne.

Delikatnie przesunęła kciukiem po jego dłoni.

— Wtedy naprawdę do siebie należeliśmy.

Podniosła na niego spojrzenie — jakby liczyła, że choć przez ułamek sekundy jego powieki drgną.

— Będę żyć tylko po to, żeby pamiętać tamten moment… — dodała cicho. — Bo był jedynym, który naprawdę był nasz.

Jej głos stał się niemal niesłyszalny.

— Nie kochałam nikogo przed tobą… i nikogo po tobie nie pokocham.

Pochyliła się i musnęła jego czoło lekkim, drżącym pocałunkiem.

Jakby żegnała się… choć wciąż nie była gotowa odejść.

***

Wieczór otulił rezydencję miękkim półmrokiem. Wysoki, jasny hol tonął w ciepłym świetle żyrandola, który odbijał się w lśniącej posadzce niczym rozbite szkło. Cisza była niemal nienaturalna — ciężka, napięta, jakby ściany same przysłuchiwały się nadchodzącej burzy.

Beyza i Sinem weszły do środka niemal jednocześnie. Kroki Sinem były spokojne, opanowane. Beyza poruszała się szybciej, nerwowo, jakby chciała jak najszybciej zamknąć za sobą ten dzień.

Sinem zatrzymała się nagle pośrodku holu.

— Dopóki mama nie przeprosi, Fadime i reszta nie wrócą do pracy — powiedziała stanowczo, a jej głos odbił się echem od wysokich ścian. — To, co im powiedziała… było nie do przyjęcia.

Beyza prychnęła cicho, odwracając głowę.

— Są rozpieszczeni — rzuciła chłodno. — Zbyt długo pozwalano im na zbyt wiele.

Odwróciła się, poprawiając pasek torebki na ramieniu.

— Ale spokojnie… — dodała z cieniem uśmiechu. — Gdy urodzę dziecko, wszystko się zmieni. Pokażę im, kto tu naprawdę rządzi. Będą chodzić jak w zegarku.

— Już dawno powinnaś zrozumieć, że ludźmi nie da się sterować — odpowiedziała Sinem, nie ruszając się z miejsca. — Niczego się nie nauczyłaś.

Beyza zatrzymała się. Powoli odwróciła głowę i spojrzała na nią spod przymrużonych powiek. W jej oczach pojawił się chłód, niemal drapieżny błysk.

Zrobiła kilka kroków w stronę Sinem.

— Jesteś zazdrosna — powiedziała cicho, ale wyraźnie. — Widzisz to wszystko i nie możesz tego znieść. Urodzę dziedzica i zajmę miejsce mojej cioci. A ty? — uśmiechnęła się lekko. — Zostaniesz w moim cieniu.

Ich spojrzenia zderzyły się na krótką, napiętą chwilę.

Beyza odwróciła się pierwsza i odeszła. Stukot jej obcasów rozbrzmiewał w pustym holu jak odliczanie.

***

Drzwi jej pokoju zamknęły się z trzaskiem.

Wnętrze było eleganckie, dopracowane w każdym detalu — lustro w ozdobnej ramie, ciężkie zasłony, miękkie światło lamp. A jednak w tej chwili wszystko wydawało się duszne, przytłaczające.

Beyza rzuciła kurtkę na łóżko, zaraz potem torebkę. Materiał rozsunął się bezwładnie, jakby sam poddał się jej gniewowi.

— Wszystkim wam pokażę… — syknęła, zaciskając dłonie. — Każdemu z osobna…

Odwróciła się gwałtownie. Jej oddech był przyspieszony.

— A ty jesteś pierwsza na mojej liście, pani Sinem — dodała ciszej, z jadem w głosie.

Nagle ciszę przeciął krótki dźwięk telefonu.

Zamarła.

Przez ułamek sekundy nie ruszyła się wcale, jakby coś niewidzialnego ścisnęło jej gardło.

Dźwięk powtórzył się.

Powoli podeszła do łóżka. Sięgnęła do torebki i wyjęła telefon. Ekran rozświetlił się w półmroku, rzucając zimne światło na jej twarz.

Nieznany numer.

Zmarszczyła brwi i otworzyła wiadomość.

Najpierw zobaczyła zdjęcie.

Biaława, nienaturalnie gładka forma leżąca na trawie. Zaokrąglony kształt. 

Proteza brzucha ciążowego, która zniknęła spod jej bluzki po omdleniu.

Jej palce zesztywniały.

Serce uderzyło mocniej — raz, drugi — aż nagle zaczęło walić jak oszalałe.

Pod zdjęciem widniały słowa:

„Szukasz tego?”

Beyza wciągnęła gwałtownie powietrze.

Jej oczy rozszerzyły się ze strachu, a usta rozchyliły, jakby chciała coś powiedzieć — ale nie była w stanie wydobyć z siebie głosu.

Telefon zadrżał w jej dłoni.

Ktoś znał jej sekret.

***

Wieczór zapadł już na dobre, a dziedziniec przed szpitalem spowiło chłodne, sztuczne światło lamp. Wąskie cienie drzew i donic wydłużały się na kostce brukowej, tworząc nieregularne, niespokojne kształty. Powietrze było ciężkie, jakby przesiąknięte ciszą i oczekiwaniem.

Hancer szła powoli wzdłuż budynku, tym samym rytmem, który narzuciła sobie dwa dni temu. Jej kroki były ciche, niemal bezgłośne, jakby bała się zakłócić kruche zawieszenie między nadzieją a strachem. Nie spała. Nie jadła. Trwała.

Obiecała sobie, że nie odejdzie stąd, dopóki nie usłyszy, że Cihan się obudził. I tej obietnicy trzymała się kurczowo — jak ostatniej rzeczy, która jeszcze dawała jej sens.

Zatrzymała się na chwilę, obejmując się ramionami. Przymknęła oczy.

— Proszę… — wyszeptała niemal bezgłośnie. — Tylko się obudź…

Nie wiedziała, że nie jest sama.

W cieniu, kilka kroków za nią, poruszył się mężczyzna. Jego sylwetka niemal stapiała się z półmrokiem. Tayar. Wysłany przez Nusreta. Cierpliwy i bezgłośny.

Obserwował ją przez chwilę, jak drapieżnik oceniający moment ataku.

A potem ruszył.

Szybko. Zdecydowanie.

Hancer nie zdążyła się odwrócić.

Silne ramię owinęło się wokół jej ciała, przyciągając ją gwałtownie do tyłu. Drugą dłonią mężczyzna przycisnął do jej ust chusteczkę nasączoną ostrym, duszącym zapachem.

— Mm—! — próbowała krzyknąć, ale dźwięk ugrzązł w jej gardle.

Jej ciało napięło się instynktownie. Szarpała się, próbowała wyrwać, odepchnąć go, złapać powietrze. Jej palce zacisnęły się na jego rękawie.

— Spokojnie… — mruknął nisko, niemal bez emocji. — Nie potrwa to długo.

Zapach był zbyt silny.

Świat wokół niej zaczął się rozmywać. Światła zamieniły się w rozlane plamy. Dźwięki przycichły, jakby ktoś nagle oddalił je o całe kilometry.

Jej ruchy słabły z każdą sekundą.

Jeszcze jedna próba.

Jeszcze jeden oddech.

I nagle… cisza.

Ciało Hancer zwiotczało całkowicie, opadając bezwładnie w ramiona Tayara. Jej głowa przechyliła się na bok, włosy osunęły się na twarz.

Mężczyzna przytrzymał ją pewniej, poprawiając uścisk, jakby właśnie przejął coś, co od dawna do niego należało.

Spojrzał szybko wokół.

Pusto.

Bez świadków.

— I po wszystkim — mruknął pod nosem.

A potem, nie oglądając się za siebie, zaczął ją odciągać w stronę cienia.

***

Noc była gęsta i ciężka, jakby las wokół wstrzymał oddech. Stara, drewniana chata stała na uboczu, ukryta wśród wysokich drzew o splątanych koronach. Ich gałęzie poruszały się lekko na wietrze, szeleszcząc cicho, jakby szeptały coś niepokojącego. Wąska droga prowadząca do budynku była niemal niewidoczna w półmroku.

Samochód zatrzymał się gwałtownie tuż przed wejściem. Reflektory przecięły ciemność ostrym światłem, na moment oświetlając spróchniałe deski werandy i zapadnięty dach.

Tayar wysiadł bez słowa. Otworzył tylne drzwi i bez cienia wahania wyciągnął bezwładne ciało Hancer. Jej głowa opadła mu na ramię, włosy zasłoniły twarz, a ręce zwisały bez sił.

— Jeszcze trochę… — mruknął pod nosem, bardziej do siebie niż do niej.

Poprowadził ją przez skrzypiące schody i pchnął drzwi, które otworzyły się z przeciągłym jękiem.

W środku panował półmrok. Jedyna słaba żarówka rzucała drżące, żółtawe światło, które ledwo rozpraszało cienie. Na podłodze leżał stary, cienki materac, obok przewrócone krzesło i porzucone, zakurzone przedmioty. Powietrze było duszne, przesiąknięte wilgocią i zapachem stęchlizny.

Tayar puścił ją bezceremonialnie.

Hancer opadła na podłogę ciężko, z cichym jękiem.

Przez chwilę wszystko wirowało jej przed oczami. Obrazy rozmazywały się, światło pulsowało, a serce biło nierówno, jakby próbowało wyrwać się z piersi.

Powoli zaczęła odzyskiwać świadomość.

— G… gdzie… — wyszeptała, próbując się podnieść. — Gdzie jestem…?

Podparła się na łokciu i spojrzała na stojącego nad nią mężczyznę. Jego twarz była chłodna, obca, pozbawiona emocji.

Strach uderzył w nią nagle, jak fala.

— Kim jesteś? — zapytała już głośniej. W jej głosie zabrzmiała panika. — Czego ode mnie chcesz?!

Tayar milczał.

Odwrócił się, jakby jej słowa nie miały żadnego znaczenia.

— Hej! — krzyknęła, zrywając się chwiejnie na nogi. — Stój! Dokąd idziesz?!

Nie odpowiedział.

Podszedł do drzwi, otworzył je i wyszedł na zewnątrz.

— Nie! — Hancer rzuciła się za nim, potykając się niemal o własne nogi.

Zanim zdążyła dobiec, drzwi zatrzasnęły się z hukiem.

Rozległ się dźwięk przekręcanego klucza.

Cisza.

Na sekundę świat zamarł.

A potem wszystko w niej eksplodowało.

Dopadła drzwi i zaczęła w nie uderzać z całej siły.

— Otwórz! — krzyczała, waląc pięściami w twarde drewno. — Wypuść mnie stąd! Słyszysz?! Otwórz!

Szarpnęła klamkę. Bezskutecznie.

— Pomocy! Ratunku! Ktoś… ktoś mnie słyszy?!

Jej głos odbijał się od ścian i wracał do niej echem, coraz słabszy, coraz bardziej rozpaczliwy.

Na zewnątrz rozległ się dźwięk uruchamianego silnika.

Hancer zamarła na ułamek sekundy.

— Nie… — wyszeptała, opierając czoło o drzwi.

Silnik zawył, potem odgłos opon na żwirze… i cisza.

Została sama.

W środku starej, odciętej od świata chaty.

Jej oddech przyspieszył, a dłonie zaczęły drżeć. Powoli cofnęła się od drzwi i rozejrzała wokół, jakby dopiero teraz naprawdę zobaczyła, gdzie się znajduje.

— Nie… nie… — powtarzała cicho, kręcąc głową.

Świadomość uderzyła w nią bezlitośnie.

Nikt jej tu nie znajdzie.

I nikt jej nie usłyszy.

***

Szpitalny korytarz był cichy, niemal nienaturalnie spokojny. Światło jarzeniówek odbijało się od chłodnych ścian, a powietrze przesycone było zapachem środków dezynfekcyjnych. Na ustawionych pod ścianą krzesełkach siedzieli obok siebie Nusret i Mukadder — dwoje ludzi, których twarze zdradzały zmęczenie, ale i coś jeszcze… napięcie, którego nie dało się ukryć.

Nusret nachylił się lekko w stronę siostry, ściszając głos.

— Rozmawiałem z moim człowiekiem — powiedział spokojnie. — Zabrał dziewczynę. Ptak jest już w klatce.

Mukadder drgnęła nieznacznie, ale nie odwróciła wzroku.

— Teraz wszystko zależy od ciebie — dodał. — Jedno słowo… i stanie się to, czego zechcesz.

Przez chwilę milczała. Jej palce zacisnęły się na materiale spódnicy.

— Czy to naprawdę takie proste, Nusrecie? — zapytała w końcu, a w jej głosie zabrzmiała nuta niepokoju. — A jeśli coś pójdzie nie tak? Jej brat może i jest głupi… ale potrafi węszyć.

Nusret uśmiechnął się chłodno.

— Nie myśl o tym. Wszystko zostało przewidziane.

— A jeśli nie?

Spojrzał na nią uważnie, niemal z pobłażaniem.

— Widzisz, w jakim jest stanie. Jest złamana, zdesperowana. Historia napisała się sama — powiedział spokojnie. — Panna młoda nie wytrzymała bólu po tym, co stało się z jej mężem… i odebrała sobie życie.

Mukadder zamknęła oczy na krótką chwilę.

— Nikt nie będzie zadawał pytań — dodał cicho Nusret. — Nawet jej brat.

Zapadła cisza.

— Dziękuję ci, bracie… — powiedziała w końcu Mukadder, z wyraźnym wzruszeniem. — Zawsze jesteś przy mnie wtedy, gdy stoję na krawędzi. Gdyby nie ty… spaliłabym się od środka z tej żądzy zemsty.

Spojrzała na niego ciężkim wzrokiem.

— Znowu ugasiłeś ten ogień.

Nusret skinął głową, jakby przyjmował to jak coś oczywistego.

— Mam nadzieję, że tym razem to zapamiętasz.

Mukadder wyprostowała się, a w jej spojrzeniu pojawiła się chłodna determinacja.

— Dostałam lekcję — powiedziała twardo. — Bez względu na to, jak to się skończy, połowa rezydencji przypadnie mojemu wnukowi. Beyza, jako jego matka, dostanie drugą połowę. Niczego mu nie odmówię. Będzie dziedzicem rodu Develioglu. Będzie miał wszystko.

Nusret uśmiechnął się pod nosem.

— Oby tylko nadeszły dobre wieści o moim synu… — dodała ciszej Mukadder, a jej głos na moment się załamał.

W tej samej chwili telefon Nusreta zawibrował.

— Odbierz — powiedziała, wstając powoli. — Ja pójdę zapytać pielęgniarkę o Cihana.

Odeszła szybkim krokiem, zostawiając go samego.

Nusret spojrzał na ekran.

Beyza.

Westchnął ciężko i odebrał.

— Tato, już po nas! — wyrzuciła z siebie histerycznie. — Jesteśmy skończeni! Wszystko się rozpadło!

Jego twarz natychmiast stężała.

— Co się znowu stało?

— Ktoś znalazł sztuczny brzuch…

Zapadła krótka, ciężka cisza.

— Co ty mówisz? — wycedził. — Kto?

— Nie wiem! — głos Beyzy drżał. — Wiadomość przyszła z nieznanego numeru. To musi być ktoś, kto chce mnie szantażować!

— Odpowiedziałaś?

— Nie. Zadzwoniłam do ciebie od razu.

Nusret zamknął oczy na ułamek sekundy, jakby próbował opanować gniew.

— Beyza… — powiedział powoli. — Twoje problemy nie mają końca. I wiesz dlaczego? Bo działasz sama. Bezmyślnie. Bez konsultacji.

— Tato…

— Milcz! — uciął ostro. — Wyłącz telefon. Muszę pomyśleć.

— Poczekaj! — przerwała mu nagle. — Przyszła druga wiadomość…

Jego spojrzenie zaostrzyło się.

— Co napisał?

— „Nie chcesz odpowiedzieć? Mogę wysłać to do pani Mukadder.” — Jej głos prawie się załamał. — Tato… to koniec. On naprawdę to zrobi. To ktoś, kto nas zna!

Nusret zacisnął szczękę.

— A czego się spodziewałaś? Że obcy człowiek nagle znajdzie twój sekret? — syknął. — Ledwo uspokoiłem twoją ciotkę, daliśmy sobie chwilę oddechu, a ty znowu wszystko niszczysz!

— Nie krzycz na mnie! — odpowiedziała rozpaczliwie. — Stało się! Powiedz mi tylko, co mam zrobić!

Zapadła chwila ciszy.

— Uspokój się — powiedział w końcu chłodno. — Ktokolwiek to jest… chce pieniędzy. Czeka, aż się odezwiesz.

— Co mam mu napisać?

— Nic. Jeszcze nie. — Jego głos był już opanowany, wyrachowany. — Zostaw go w niepewności. Niech sam się odsłoni.

— Czy ciocia jest obok ciebie?

— A co ci do tego?

— Jeśli szantażysta naprawdę wyśle jej wiadomość… — urwała na moment. — Zabierz jej telefon. Nie pozwól nikomu się z nią skontaktować.

Nusret wypuścił powoli powietrze. Przez chwilę milczał.

— Zajmę się tym — powiedział krótko.

Rozłączył się.

Opuścił telefon i spojrzał przed siebie, a jego twarz stężała.

Znów.

Znów musi sprzątać po własnej córce.

I znów stawka była zbyt wysoka, by pozwolić sobie na błąd.

Powyższy tekst stanowi autorskie streszczenie i interpretację wydarzeń z serialu Gelin. Inspiracją do jego stworzenia były filmy Gelin 76.Bölüm i Gelin 77.Bölüm dostępne na oficjalnym kanale serialu w serwisie YouTube. W artykule zamieszczono również zrzuty ekranu pochodzące z tych odcinków, które zostały użyte wyłącznie w celach informacyjnych i ilustracyjnych. Wszystkie prawa do postaci, fabuły i materiału źródłowego należą do ich prawowitych właścicieli.

Podobne wpisy