Panna młoda odc. 85: Hancer dowiaduje się, że Beyza jest w ciąży!

Kolaż z dwóch zdjęć - twarze Beyzy i Hancer. Obie są zaskoczone.

„Panna młoda” Odc. 85 – streszczenie

Po tym, jak znalazła zdjęcie z badania USG, Hancer nie potrafi już dłużej żyć w niepewności. Obraz niewyraźnego płodu wciąż stoi jej przed oczami, a serce bije szybciej z każdą kolejną myślą. To nie może być przypadek. To musi mieć związek z miejscem, do którego potajemnie przychodzi Cihan.

Dlatego znów stoi przed tymi samymi drzwiami.

Cisza na korytarzu wydaje się nienaturalnie ciężka. Hancer ściska w dłoni torebkę, jakby szukała w niej oparcia.

– Kim jesteś…? – szepcze niemal bezgłośnie. – Kogo on tutaj odwiedza?

Przez chwilę tylko patrzy na klamkę, jakby bała się, że jej dotknięcie zmieni wszystko.

– A jeśli prawda mnie zniszczy…?

Zamyka oczy, bierze głęboki oddech i unosi dłoń. Jej palce drżą, gdy zbliżają się do dzwonka.

– Muszę wiedzieć. Nieważne, jak bardzo to zaboli.

***

W tym samym czasie, po drugiej stronie drzwi, Beyza siedzi na kanapie, z telefonem przy uchu. Jej głos jest napięty, ale kontrolowany.

– Jeśli nie dojdziemy do porozumienia, Cihan naprawdę zażąda testu DNA – mówi szybko. – Nie spodziewałam się, że sprawy zajdą tak daleko… Nie, nie zamierzam się poddać. Ale musimy coś wymyślić.

Nagle rozlega się dźwięk dzwonka. Beyza prostuje się.

– Wygląda na to, że przyszedł – rzuca chłodno. – Najpierw wysyła prawnika, a teraz sam chce ze mną rozmawiać. Dobrze… zobaczymy.

Rozłącza się i odkłada telefon na stolik. Jej kroki są spokojne, niemal pewne, kiedy podchodzi do drzwi. Przekręca klucz i otwiera.

– Cihanie…

Słowo zamiera jej na ustach.

W progu stoi Hancer.

Przez ułamek sekundy obie kobiety milczą. Czas jakby się zatrzymał.

– Beyza…? – głos Hancer jest cichy, pełen niedowierzania.

– Hancer? – odpowiada tamta, marszcząc brwi. – Co ty tutaj robisz?

Spojrzenie Hancer błądzi po wnętrzu mieszkania, jakby próbowała złożyć w całość wszystkie elementy tej układanki. Serce wali jej w piersi.

– Nie widziałyśmy się od dawna… – zaczyna ostrożnie. – Odkąd wyprowadziłaś się z domu. Martwiłam się… chciałam sprawdzić, czy wszystko u ciebie w porządku.

Beyza patrzy na nią uważnie. W jej oczach pojawia się błysk zrozumienia.

Więc jednak… – myśli. – Śledziłaś go. Masz wątpliwości. I bardzo dobrze.

Na jej ustach pojawia się lekki, wyrachowany uśmiech.

To moja szansa.

Nagle jej wyraz twarzy łagodnieje. Robi krok do przodu i obejmuje Hancer, jakby były dawnymi przyjaciółkami.

– Dobrze, że przyszłaś – mówi ciepło. – Nie stój w drzwiach. Wejdź.

Zaskoczona Hancer pozwala się wprowadzić do środka.

Drzwi zamykają się cicho za jej plecami.

Beyza odwraca się, a na jej twarzy pojawia się cień uśmiechu – chłodnego, przemyślanego.

W jej głowie plan jest już gotowy.

I właśnie zaczyna go realizować.

***

Hancer i Beyza siadają naprzeciw siebie na jasnej, miękkiej kanapie. Między nimi zapada krótka cisza – ciężka, pełna niedopowiedzeń. Beyza splata dłonie na kolanach i pochyla lekko głowę, jakby zbierała się na odwagę.

– Kochana… – zaczyna miękko, niemal czule. – Jesteś taka troskliwa. Naprawdę. Nawet się nie spodziewałam, że mnie odwiedzisz.

Unosi wzrok na Hancer, a w jej oczach pojawia się wilgoć.

– Odkąd wyprowadziłam się z rezydencji, nikt się mną nie zainteresował. Ciocia nie odwiedziła mnie ani razu, a Sinem nawet nie zadzwoniła. – Jej głos lekko drży. – A ty… ty przyszłaś.

Hancer przygląda jej się uważnie, marszcząc brwi.

– Oczywiście… wygląda na to, że wszystko wiesz – dodaje Beyza ciszej, z nutą znaczącego zawahania.

– Co wiem? – pyta Hancer, coraz bardziej zaniepokojona.

Beyza unosi brwi, jakby była szczerze zdziwiona.

– Myślałam, że Cihan ci powiedział…

– Co powinien mi powiedzieć?

Na ustach Beyzy pojawia się ledwie dostrzegalny cień uśmiechu. Teraz jest już pewna.

Powoli kładzie dłoń na brzuchu.

– Jestem w ciąży.

Słowa zawisają w powietrzu.

Hancer zamiera. Jej spojrzenie na moment traci ostrość, a oddech staje się płytszy.

– Naprawdę…? – wydobywa z siebie po chwili. – Jesteś w ciąży? Ale… przecież… jesteś rozwiedziona.

– Tak – odpowiada spokojnie Beyza. – To było dla mnie równie wielkie zaskoczenie. Nie wiedziałam o tym, kiedy się rozwodziliśmy.

Hancer przełyka ślinę.

– To… to naprawdę szokujące.

– Właśnie dlatego dziwi mnie, że Cihan nic ci nie powiedział – dodaje Beyza, uważnie obserwując jej reakcję.

Hancer spuszcza na moment wzrok.

– Myślę, że nie chciał mnie tym obciążać. To przecież twoja sprawa. Który to miesiąc?

– Trzeci.

Krótka cisza.

– Przepraszam, że pytam… – Hancer unosi na nią spojrzenie – ale czy ojciec dziecka wie?

Beyza zaciska usta, a w jej oczach pojawia się cień gniewu.

– Wie. I niech będzie przeklęty.

– Nie chce dziecka?

– Chce… – odpowiada gorzko. – Ale nie chce mnie. To jeden z tych mężczyzn, którzy chcą być ojcami tylko wtedy, kiedy im wygodnie. Resztę czasu spędzają z innymi kobietami.

Hancer prostuje się gwałtownie.

– Co za człowiek! – mówi z oburzeniem. – A Cihan? Na pewno próbował coś zrobić. Pomóc ci.

Beyza milknie na moment, jakby rozważała każde słowo.

– Co miał zrobić? – wzdycha. – Nie zmusi go przecież do ślubu. Ale… muszę przyznać, że Cihan bardzo mnie wspiera. Odkąd dowiedział się o ciąży, przychodzi niemal codziennie.

Na twarzy Hancer pojawia się cień ulgi.

Więc to dlatego… – myśli. – Dlatego był taki zdystansowany. To nie zdrada, tylko odpowiedzialność.

– Nie mam nikogo poza nim – dodaje cicho Beyza.

– A twój ojciec? – dopytuje Hancer. – Co on na to?

– Dla niego to wstyd – odpowiada bez wahania. – Próbuje się z tym pogodzić, ale… nie jest mu łatwo.

Hancer marszczy brwi.

– Wstyd? Dlaczego? Przecież to dziecko twojego byłego męża.

– Może i tak, ale ja jestem rozwiedziona i mieszkam teraz z ojcem. W jego świecie to nie do przyjęcia.

Hancer spuszcza wzrok, wyraźnie poruszona.

– To naprawdę trudne – mówi cicho. – Nie wiem nawet, co powiedzieć.

Po chwili unosi głowę i patrzy na Beyzę z autentycznym współczuciem.

– Ale jedno wiem na pewno. Nie jesteś sama. Jestem przy tobie. Jeśli mogę w czymkolwiek pomóc, powiedz tylko.

Beyza patrzy na nią przez chwilę w milczeniu.

– Jest jedna rzecz – mówi w końcu. – Nikomu nic nie mów. Chcę to rozwiązać sama. W ciszy.

W oczach Hancer pojawia się niepokój.

– Co masz na myśli?

– Proszę… nie pytaj.

– Beyzo… – jej głos drży – chyba nie chcesz zrobić czegoś… czego później będziesz żałować?

Beyza odwraca wzrok, zaciskając palce.

– A co mi zostało? – mówi cicho. – Ojciec dziecka mnie nie chce, a mój własny ojciec się mnie wstydzi… Powiedz mi, jakie mam wyjście?

Hancer patrzy na Beyzę z niedowierzaniem, jakby nie była w stanie przyjąć jej słów.

– Jak możesz tak myśleć, Beyzo? – pyta cicho, ale stanowczo. – Jak możesz chcieć skrzywdzić niewinne dziecko?

Beyza odwraca wzrok, zaciskając dłonie na kolanach.

– A co jeszcze mogę zrobić? – odpowiada drżącym głosem. – Powiedz mi, czy mam wybór? Nie dam rady wychować go sama… To mnie przerasta.

– Nie jesteś sama – Hancer pochyla się ku niej, a jej głos mięknie. – Masz ciocię, Sinem… masz Cihana. Masz też mnie. Znajdziemy jakieś rozwiązanie. Tylko proszę… nie rezygnuj z tego dziecka.

Beyza unosi na nią spojrzenie, w którym miesza się rozpacz i bunt.

– A ty? Co byś zrobiła na moim miejscu? – rzuca nagle. – Gdyby Cihan nie chciał dziecka… gdybyś musiała wrócić do domu brata z rosnącym brzuchem? Wiesz, co mówiliby ludzie? „Rozwiodła się, zaszła w ciążę z kimś innym i wróciła, bo wszyscy ją odrzucili”.

Hancer na moment milknie, poruszona, ale zaraz kładzie dłoń na jej ramieniu.

– Nie rób sobie tego, Beyzo – mówi łagodnie. – Nie patrz na siebie oczami innych. Zawsze istnieje jakieś wyjście. Tylko… nie podejmuj decyzji, której nie da się cofnąć.

Beyza przymyka oczy, jakby walczyła sama ze sobą.

– Istnieje rozwiązanie… – szepcze. – Tylko jedno.

Hancer natychmiast się prostuje.

– Jakie?

– Muszę odejść… razem z nim.

Słowa spadają jak cios.

– Co ty mówisz?! – Hancer chwyta ją za rękę, przerażona. – Beyzo… czy ty chcesz…? Chcesz odebrać sobie życie? Nie wolno ci nawet o tym myśleć! Słyszysz mnie? Nie waż się!

Beyza opuszcza głowę.

– Jak mam żyć, skoro krzywdzę własne dziecko, Hancer? – jej głos łamie się pod ciężarem emocji.

Hancer ściska jej dłonie mocniej.

– Jesteś w trudnej sytuacji, to prawda… ale to nie ty mówisz, tylko strach. I hormony. Daj sobie czas. Proszę. Nie jesteś sama, rozumiesz?

Podnosi się nagle.

– Poczekaj, przyniosę ci wody.

Kiedy Hancer znika w kuchni, Beyza prostuje się powoli. Jej twarz momentalnie tężeje, a w oczach pojawia się chłodny błysk.

– Nie jesteś taka naiwna, jak myślałam… – mruczy pod nosem. – Ale wystarczająco wrażliwa, żeby uwierzyć.

Po chwili Hancer wraca ze szklanką wody i podaje ją Beyzie, siadając tuż obok. Beyza upija kilka łyków, po czym wzdycha ciężko.

– Mówisz rozsądnie… naprawdę – zaczyna cicho. – Rozumiem to wszystko, ale moje serce mówi coś zupełnie innego. Czasami… boję się samej siebie. Kiedy myślę, że mogę skrzywdzić własne dziecko… każdy mój oddech wydaje mi się grzechem. Nie mogę spojrzeć na siebie w lustrze…

Jej głos załamuje się, a łzy spływają po policzkach.

Hancer obejmuje ją ramieniem i delikatnie masuje jej dłoń.

– To minie. Obiecuję ci. Przetrwasz to – mówi z przekonaniem. – Porozmawiam z Cihanem. Nie pozwolę, żebyś została z tym sama. Znajdziemy wyjście. Ja i on będziemy przy tobie.

Na moment zawiesza głos.

– Gdybyś nie odeszła z rezydencji tak nagle… wiedziałabym wcześniej. Nie byłabyś sama. Dlaczego właściwie odeszłaś?

– Pokłóciłam się z ciocią – odpowiada Beyza krótko. – Nie mogłam tam dłużej zostać.

– Może to dziecko wszystko zmieni – mówi Hancer z nadzieją. – Może stanie się powodem, żebyście się pogodziły… żebyś wróciła. Tutaj jesteś sama. W rezydencji byłoby ci łatwiej. Przynajmniej na jakiś czas.

Beyza kręci głową.

– Nie mogę tak po prostu wrócić. Nie po tym, jak wyszłam, trzaskając drzwiami.

– Rozumiem. – Hancer ściska jej dłoń. – Ale pamiętaj, że masz mnie. O każdej porze. Dzień czy noc… wystarczy jeden telefon.

Beyza patrzy na nią przez chwilę, jakby naprawdę była wzruszona.

– Dziękuję. To wiele dla mnie znaczy.

– Zawsze będę przy tobie – odpowiada Hancer cicho. – Ale obiecaj mi jedno. Nie zrobisz krzywdy ani sobie, ani swojemu dziecku.

Beyza uśmiecha się lekko, niemal łagodnie.

– Jesteś wyjątkowa, Hancer. Dobra, czysta. Dobrze. Obiecuję.

Hancer przyciąga ją do siebie i obejmuje.

Nie widzi jednak, jak za jej plecami twarz Beyzy zmienia się na ułamek sekundy.

Kąciki jej ust unoszą się w chłodnym, zwycięskim uśmiechu.

***

Hancer stoi pośrodku sypialni, wyprostowana, jakby od dawna czekała na tę chwilę. Gdy drzwi się otwierają i do środka wchodzi Cihan, jej serce przyspiesza, ale nie cofa się ani o krok.

– Czekałam na ciebie – mówi cicho.

Cihan zatrzymuje się w progu, marszcząc brwi.

– Dlaczego? Stało się coś?

Hancer przez moment milczy, jakby ważyła każde słowo.

– Stało się… ale to nic, o czym byś nie wiedział.

Na twarzy mężczyzny pojawia się napięcie.

– Co to znaczy?

– Dzisiaj byłam u Beyzy.

Cihan zamiera. Przełyka ślinę, a jego spojrzenie twardnieje.

– Co zrobiłaś? – pyta, z trudem panując nad głosem.

– Nie musisz już niczego ukrywać – odpowiada spokojnie Hancer. – Beyza powiedziała mi wszystko.

Cihan blednie.

– Co masz na myśli…?

Nie kończy zdania.

Hancer nagle podchodzi bliżej. Wspina się lekko na palce, obejmuje go za szyję i składa delikatny pocałunek na jego policzku.

Cihan nieruchomieje.

– Wybacz mi… – szepcze Hancer, a w jej głosie słychać skruchę. – Przepraszam. Bardzo żałuję. Nie uwierzyłam ci… zwątpiłam w ciebie. Zraniłam cię. Proszę, wybacz mi, Cihanie.

Mężczyzna patrzy na nią, wyraźnie zdezorientowany.

– Co to ma znaczyć?

– Kiedy zacząłeś się ode mnie oddalać, pomyślałam, że jest ktoś inny – mówi szybko, jakby chciała wyrzucić z siebie wszystko naraz. – Śledziłam cię… widziałam, jak wchodzisz do tego mieszkania. A potem… znalazłam zdjęcie USG w twojej kieszeni.

Jej głos lekko drży.

– Myślałam… różne rzeczy przychodziły mi do głowy. Ale prawda okazała się inna. To mieszkanie twojego wujka. Chodziłeś tam, bo Beyza została sama… porzucona przez swojego byłego męża, z dzieckiem pod sercem.

Cihan spuszcza wzrok. Na jego twarzy pojawia się cień wstydu – ciężar słów, które trafiają prosto w niego.

– To dlatego mówiłeś o problemach rodzinnych – dodaje Hancer ciszej. – Przepraszam, że ci nie ufałam. Naprawdę.

Zapada cisza.

Nagle twarz Cihana twardnieje. Wszystkie emocje chowają się za dobrze znaną maską gniewu.

– Nie mogę uwierzyć, że to zrobiłaś! – jego głos nagle podnosi się.

Hancer drga, ale nie cofa się.

– Masz prawo być zły – mówi spokojnie. – Ale teraz najważniejsza jest Beyza. Musisz znaleźć jej byłego męża, porozmawiać z nim. Ona jest na skraju… Czuje się samotna. Ufa tylko tobie. Nie możemy jej zostawić.

Robi krok bliżej.

– Zabierzmy ją do rezydencji. Niech tu zostanie. To jedyne rozsądne rozwiązanie.

– Hancer, dość! – wybucha Cihan, tracąc panowanie nad sobą. – Jak śmiesz mnie śledzić i grzebać w moich rzeczach?!

Jego spojrzenie staje się lodowate.

– Czy nic do ciebie nie dociera?! Powiedziałem, że to sprawa rodzinna! Że masz się nie wtrącać! Czy tak trudno było po prostu poczekać?!

Każde jego słowo uderza w nią jak policzek.

– Powiedziałbym ci wszystko. Dziś. Jutro. W swoim czasie! – dodaje ostro.

Hancer milknie. W jej oczach pojawia się ból, ale nie protestuje.

Cihan odwraca sytuację – zamiast tłumaczyć się ze swoich kłamstw, przerzuca winę na nią.

W tej ciszy nagle rozlega się trzask drzwi. Do środka wchodzi Mukadder, wyraźnie poruszona podniesionymi głosami.

– Co się tu dzieje?! – pyta ostro, rozglądając się między nimi. – Słychać was w całej rezydencji!

– Mamo, nie wtrącaj się – rzuca Cihan przez zęby.

– Uspokój się – odpowiada chłodno. Podchodzi do niego i kładzie mu rękę na ramieniu. – Chodź ze mną.

Nie czekając na odpowiedź, wyprowadza go z pokoju.

Zanim zniknie za drzwiami, rzuca Hancer długie, pogardliwe spojrzenie – zimne i pełne osądu.

Drzwi zamykają się. Hancer zostaje sama.

I nie jest już pewna, czy naprawdę zrozumiała prawdę.

***

Cihan ciężko opada na krzesło za biurkiem. Palce zaciska na krawędzi blatu, jakby próbował utrzymać w ryzach emocje, które buzują w nim z każdą sekundą. Jego szczęka jest napięta, a spojrzenie twarde, lecz w głębi kryje się coś więcej — chaos, którego nie potrafi opanować.

Mukadder podchodzi do niego bez słowa. Nalewa wodę do szklanki, a następnie podaje ją synowi, uważnie mu się przyglądając.

– Napij się, synu.

Cihan nawet nie patrzy w jej stronę.

– Nie chcę, mamo – rzuca szorstko.

Mukadder marszczy brwi i odkłada szklankę na biurko.

– Co się stało? – pyta, coraz bardziej zaniepokojona. – Co cię tak wyprowadziło z równowagi? Czy ta dziewucha znowu coś zrobiła? Mówiłam ci, ona nie jest dla ciebie. Prędzej czy później doprowadzi cię do obłędu.

Cihan gwałtownie podnosi głowę.

– Mamo, dość! – jego głos jest ostry jak brzytwa. – Hancer nie jest niczemu winna. To ja… ja jestem winny. Rozumiesz? Sam do tego doprowadziłem. Jestem zły na siebie, nie na nią!

Mukadder cofa się o krok, zaskoczona jego wybuchem.

– Synu… co ty mówisz? – jej głos łagodnieje, ale w oczach pojawia się niepokój. – Czy ty jesteś przy zdrowych zmysłach?

Cihan przeciera twarz dłonią, jakby chciał zetrzeć z niej ciężar ostatnich wydarzeń.

– Nie wiem, mamo… – mówi ciszej. – Naprawdę nie wiem, co mówię.

– W takim razie powiedz mi jasno – nalega. – Co się stało? Nie strasz mnie.

Zapada krótka cisza. Cihan powoli opuszcza wzrok.

– Beyza… jest w ciąży.

Mukadder zamiera.

– Co…? – jej głos drży. – Jest w ciąży?!

Cihan nie podnosi głowy. Ledwie zauważalnie kiwa nią na potwierdzenie.

W jednej chwili twarz Mukadder rozjaśnia się euforią. Unosi ręce ku górze.

– Mój wnuk! – niemal szepcze, jakby bała się spłoszyć tę wiadomość. – Mój wnuk wreszcie przyjdzie na świat… Boże, dziękuję Ci… doczekałam tego dnia…

Jej wzrok nagle wraca do syna. Radość ustępuje zdziwieniu.

– Ale… dlaczego ty tak wyglądasz? – pyta ostrożnie. – Czy coś jest nie tak? To… nie jest chłopiec?

– Jest, mamo – odpowiada cicho Cihan. – Będziesz miała wnuka. Tak jak zawsze chciałaś.

Mukadder uśmiecha się szeroko, ale po chwili jej spojrzenie staje się przenikliwe.

– Widzisz? To znak od Boga – mówi z przekonaniem. – Wybrał Beyzę ponownie, żeby przedłużyła nasz ród. Pobłogosławił nas.

Jej ton nagle twardnieje.

– Czy to dlatego Hancer się z tobą pokłóciła? Nie chce rozwodu? Zaraz z nią porozmawiam!

Odwraca się gwałtownie w stronę drzwi, ale Cihan natychmiast wstaje i ją zatrzymuje.

– Mamo, stój! – jego głos jest stanowczy. – Hancer nie wie… że to moje dziecko.

Mukadder patrzy na niego, jakby nie dosłyszała.

– Jak to nie wie?

– Myśli, że to dziecko byłego męża Beyzy – wyjaśnia Cihan, zaciskając pięści.

Zapada ciężka cisza.

– Więc na co jeszcze czekasz? – wybucha Mukadder. – Powiedz jej prawdę! Rozwiedź się z nią i wróć do Beyzy! To jedyne właściwe rozwiązanie!

– Nie! – Cihan niemal krzyczy. – Nigdy!

Jego oczy błyszczą gniewem.

– Moje serce należy do Hancer. I nikt… nikt mnie od niej nie oddzieli.

Mukadder patrzy na niego z niedowierzaniem, jakby nie poznawała własnego syna.

– Synu, opamiętaj się! – mówi ostro. – Będziesz miał syna! Twojego syna! A ty stoisz tu, jakbyś usłyszał wyrok!

– Mój syn jest dla mnie ważny – odpowiada Cihan, ciszej, ale z naciskiem. – Bardzo ważny. I nie zostawię go. Uznam go, zajmę się nim… zrobię wszystko, co trzeba.

Unosi wzrok.

– Ale nie wrócę do Beyzy. Powiedziałem jej to jasno.

– Więc pozwolisz, żeby mój wnuk urodził się poza małżeństwem?! – Mukadder aż podnosi głos. – Nigdy na to nie pozwolę! Rozwiedziesz się z Hancer!

– Mamo! – przerywa jej ostro. – Ile razy mam to powtarzać? Nie rozwiodę się z nią. I Hancer nie dowie się o tym od ciebie. Nie powiesz jej ani słowa. Jasne?

Mukadder zaciska usta.

– Jak długo zamierzasz to ukrywać?

Cihan bierze głęboki oddech.

– Nie będę ukrywał w nieskończoność. Najpierw porozmawiam z Beyzą, a potem sam powiem wszystko Hancer. Usłyszy prawdę ode mnie. Od nikogo innego.

Nie czekając na odpowiedź, odwraca się i rusza do drzwi. Jego kroki są szybkie, zdecydowane.

Rozmowa dobiegła końca.

***

Hancer siedzi na skraju łóżka, pochylona, z dłońmi splecionymi na kolanach. Jej ramiona drżą lekko przy każdym cichym oddechu, a łzy spływają po policzkach, znacząc ślady na delikatnej skórze. Wpatruje się w podłogę, jakby próbowała tam znaleźć odpowiedzi, których nikt nie chce jej dać.

Drzwi uchylają się bezszelestnie.

Do środka wchodzi Sinem. Zatrzymuje się na moment, widząc stan Hancer, a jej twarz natychmiast mięknie. Podchodzi powoli i siada obok niej na łóżku, ostrożnie ujmując jej dłoń.

– Hancer… co się stało, kochanie? – pyta łagodnie. – Wszystko w porządku?

Hancer unosi wzrok. Jej oczy są zaczerwienione, pełne bólu.

– Cihan… jest na mnie bardzo zły… – mówi łamiącym się głosem.

– Dlaczego? – dopytuje Sinem, marszcząc brwi.

– Popełniłam błąd… – Hancer ociera policzek drżącą dłonią. – Nie powinnam go śledzić. Nie powinnam go podejrzewać… ale nie spodziewałam się aż takiej reakcji.

Sinem przygląda jej się uważnie.

– Może nie chodzi tylko o to? Jesteś pewna?

Hancer kręci głową.

– Rozmawialiśmy o Beyzie i nagle… po prostu wybuchł.

Na imię Beyzy twarz Sinem natychmiast tężeje.

– O co chodzi z Beyzą?

Hancer bierze głęboki oddech.

– Beyza… jest w ciąży.

Sinem blednie. Jej palce mimowolnie zaciskają się na dłoni Hancer. Przez chwilę milczy, jakby próbowała poukładać myśli.

– Skąd to wiesz? – pyta w końcu cicho.

– Powiedziała mi dzisiaj, kiedy byłam u niej – odpowiada Hancer. – Jej były mąż nie chce do niej wrócić. Nie chce się z nią ożenić. Została sama. Mieszka u ojca i czuje się tam jak obca… jak ciężar.

Jej głos znów drży.

– Było mi jej tak strasznie żal… – dodaje. – Jest zupełnie sama.

Sinem cofa lekko rękę. Jej spojrzenie staje się chłodniejsze.

– Hancer… dlaczego się w to wtrącasz? – mówi spokojnie, ale stanowczo. – Co cię to obchodzi? Niech Beyza robi, co chce.

Hancer prostuje się gwałtownie, jakby te słowa ją zabolały.

– Jak możesz tak mówić, Sinem? – jej głos jest cichy, ale pełen niedowierzania. – Ty… zawsze taka dobra i wrażliwa. A teraz mówisz mi, żebym się odwróciła plecami?

Sinem wzdycha ciężko.

– Bo Beyza nie jest taka, jaką ją widzisz – odpowiada. – Nie lubię mówić o kimś za plecami, ale kiedyś próbowałam się do niej zbliżyć. To ona trzymała mnie na dystans. Zawsze. To nie ja zbudowałam ten mur.

Patrzy Hancer prosto w oczy.

– Jest dumna. Arogancka. Zawsze patrzy na innych z góry. Nie zależy jej na nikim poza sobą.

Hancer kręci głową, nie zgadzając się.

– Nie… – szepcze. – Dzisiaj widziałam kobietę, która płakała. Nie za sobą, tylko za swoim dzieckiem.

Jej oczy znów wypełniają się łzami.

– Posłuchałam swojego sumienia – dodaje cicho. – Chciałam jej tylko pomóc. Nic więcej.

Zapada cisza. Sinem patrzy na nią długo, ale nic nie mówi.

Hancer powoli wstaje. Przez chwilę stoi nieruchomo, jakby chciała coś jeszcze powiedzieć, ale ostatecznie rezygnuje.

Odwraca się i wychodzi. Drzwi zamykają się cicho.

A w pokoju zostaje tylko ciężar niewypowiedzianych słów.

Hancer i Sinem siedzą na łóżku, zwrócone do siebie twarzami. Hancer jest bardzo smutna, poruszona.

***

Derya szybkim krokiem zbliża się do niewielkiego sklepu Cemila. Słońce odbija się w szybie drzwi, a wnętrze tonie w półcieniu, przesiąkniętym zapachem farb i chemikaliów. Już ma nacisnąć klamkę, gdy nagle zamiera.

Z wnętrza dobiega głos jej męża.

– Mówię ci… to dla mnie koniec. Mam już dość.

Derya cofa rękę, jakby sparzyła się o metal. Serce zaczyna jej bić szybciej.

– Co…? – szepcze do siebie, przyciskając dłoń do ust. – Co on mówi…? Skreślił mnie…

Przysuwa się bliżej ściany, ostrożnie zaglądając przez uchylone drzwi. Cemil siedzi przy biurku, pochylony nad dokumentami, z telefonem przy uchu. Na jego twarzy pojawia się lekki, niemal czuły uśmiech — uśmiech, którego Derya dawno u niego nie widziała.

– Nowe życie, nowe obowiązki… – ciągnie spokojnym tonem. – Właśnie dlatego od niej odchodzę. Nie zrozum mnie źle, nie ma żadnych wad. Dba o wszystko… o dom, o mnie… Ale ja się zmieniłem. Naprawdę. Nie wiem, jak inaczej ci to powiedzieć.

Derya czuje, jak ziemia usuwa jej się spod nóg.

– Zobaczyłem w tobie coś… światło – dodaje Cemil ciszej. – Jeśli chcesz, możemy się spotkać.

Jej oczy rozszerzają się z niedowierzania. Palce zaciskają się na framudze drzwi.

– Bądź przeklęty… – syczy pod nosem. – Zostawiasz mnie dla innej? Dla jakiejś młodej siksy?

Oddycha płytko, próbując powstrzymać narastające łzy.

– I jeszcze się uśmiechasz… – dodaje z goryczą. – Jakbyś rozmawiał z kimś wyjątkowym…

W jej spojrzeniu pojawia się chłód.

– Dobrze – szepcze. – Zobaczymy, jak długo będziesz się uśmiechał.

Cemil kończy rozmowę, odkłada telefon i bez pośpiechu zaczyna porządkować papiery. Po chwili wstaje, wychodzi i zamyka sklep.

Derya szybko cofa się za ścianę, żeby jej nie zauważył. Gdy mężczyzna idzie drogą, rusza za nim w pewnej odległości, stawiając kroki cicho, niemal bezszelestnie.

– Nie uciekniesz mi… – mruczy pod nosem. – Zobaczę, z kim się spotykasz.

Cemil idzie pewnym krokiem, jakby dokładnie wiedział, dokąd zmierza. Po chwili zatrzymuje się przy zaparkowanym na poboczu samochodzie. Drzwi pasażera otwierają się.

Derya przyspiesza, chcąc zobaczyć, kto siedzi za kierownicą.

Ale jest za późno.

Cemil wsiada do środka, drzwi zatrzaskują się z głuchym trzaskiem, a samochód natychmiast rusza i znika za zakrętem.

Derya zatrzymuje się na środku chodnika, oddychając ciężko.

– Uciekł mi… – mówi przez zaciśnięte zęby.

Jej twarz twardnieje, a oczy błyszczą gniewem.

– Połamię ci ręce, Cemilu… – syczy. – Zobaczysz.

Powyższy tekst stanowi autorskie streszczenie i interpretację wydarzeń z serialu Gelin. Inspiracją do jego stworzenia były filmy Gelin 60.Bölüm i Gelin 61.Bölüm dostępne na oficjalnym kanale serialu w serwisie YouTube. W artykule zamieszczono również zrzuty ekranu pochodzące z tych odcinków, które zostały użyte wyłącznie w celach informacyjnych i ilustracyjnych. Wszystkie prawa do postaci, fabuły i materiału źródłowego należą do ich prawowitych właścicieli.

Podobne wpisy