„Panna młoda” Odc. 82 – streszczenie
Samochód sunął spokojnie przez poranne ulice. Światło dnia odbijało się w przedniej szybie, rozmywając kontury świata na zewnątrz. Melih prowadził pewnie, skupiony na drodze, z rękami mocno opartymi na kierownicy. Na tylnym siedzeniu Sinem siedziała wyprostowana, z dłońmi splecionymi na kolanach, jakby wciąż nie była pewna, czy powinna zabrać głos.
W końcu przerwała ciszę.
– Mine była wczoraj przeszczęśliwa – powiedziała cicho, ale z wyraźnym ciepłem w głosie. – Naprawdę. Nie mogła przestać się uśmiechać. Dziękuję ci jeszcze raz.
Melih rzucił krótkie spojrzenie w lusterko.
– Nie ma za co – odpowiedział spokojnie. – Bardzo chciała pojechać na ten obóz. Wystarczyło to zobaczyć. – Na moment zawiesił głos. – Może w ten sposób trochę naprawiłem swój błąd.
Sinem pokręciła lekko głową.
– To nie ty popełniłeś błąd – powiedziała, spuszczając wzrok. – To ja. Chciałeś zrobić coś dobrego, a ja… zraniłam cię. Byłam niesprawiedliwa. Zła i niegrzeczna.
Zamilkła na chwilę, jakby trudno było jej wypowiedzieć kolejne słowa.
– Proszę, nie bierz tego do siebie.
Melih westchnął cicho, ale na jego twarzy nie było gniewu — raczej zmęczona wyrozumiałość.
– Naprawdę się tym nie przejmuję – odparł. – Wystarczył mi uśmiech Mine. Kiedy ją zobaczyłem, wszystko inne przestało mieć znaczenie.
Te słowa zawisły w powietrzu, łagodne, ale szczere.
Sinem uniosła wzrok i spojrzała przed siebie, przez szybę, jakby próbowała coś zrozumieć.
– Powinnam była sama na to wpaść – powiedziała z nutą żalu. – Jak to możliwe, że nie pomyślałam o czymś tak prostym?
Melih uśmiechnął się lekko, niemal niewidocznie.
– Myślę, że byś wpadła – odpowiedział spokojnie. – Po prostu nie miałaś odwagi.
Na chwilę zapadła cisza.
– Przy tych wszystkich okolicznościach to normalne – dodał ciszej.
Sinem odetchnęła głęboko.
– Ja tylko… nie chcę nikogo ranić – przyznała. – Nie chcę, żeby ktoś był przeze mnie smutny albo zdenerwowany.
Melih spojrzał przed siebie, a jego głos nabrał innego tonu — spokojnego, ale głębszego, jakby mówił nie tylko do niej, ale i do samego siebie.
– Spędziłem wiele lat na statku – zaczął. – I nauczyłem się jednej rzeczy. Morze nigdy się nie uspokaja, dopóki burza nie minie.
Na moment zacisnął mocniej dłonie na kierownicy.
– Każdy statek ma swojego kapitana. Jeśli załoga zaczyna się wahać, podważać decyzje… statek dryfuje. Ale jeśli wszyscy mu ufają i robią to, co trzeba, dopiero wtedy można bezpiecznie dopłynąć do brzegu.
Zerknął w lusterko, prosto na nią.
– Mine jest twoją córką. To ty jesteś jej kapitanem.
Sinem patrzyła na niego uważnie, jakby każde słowo zapadało w niej głęboko.
– Rób to, co uważasz za słuszne – dodał łagodniej. – Nawet jeśli nie wszystkim się to spodoba.
Na jej ustach pojawił się delikatny, niepewny uśmiech.
***
Salon tonął w miękkim świetle wpadającym przez wysokie okna. Kryształowe żyrandole rozpraszały je na setki drobnych refleksów, które tańczyły po jasnych ścianach i ciężkich, eleganckich zasłonach. Wszystko wyglądało spokojnie, niemal dostojnie — jakby w tym miejscu nie było miejsca na gniew ani groźby.
A jednak napięcie dało się wyczuć od pierwszej chwili.
Mukadder siedziała wyprostowana na kanapie, spokojna, opanowana. Przed nią, na niskim stoliku, stał zaparzacz z pokrzywą. Z precyzją nalała słomkowego naparu do dwóch delikatnych filiżanek, a potem jedną z nich podała Hancer.
Dziewczyna usiadła naprzeciwko, spięta, z dłońmi zaciśniętymi na kolanach. Przyjęła filiżankę, ale nie podniosła jej od razu.
– Pij – powiedziała Mukadder łagodnie, z cieniem uśmiechu.
Hancer przełknęła ślinę.
– Ja… nie mam ochoty. Dziękuję – odpowiedziała cicho. – Lepiej proszę powiedzieć, po co mnie pani wezwała.
Uśmiech Mukadder nawet na moment nie zniknął.
– Nie odmawiaj – odparła miękko. – Przygotowałam tę herbatę własnymi rękami. Z dobrego wychowania powinnaś się napić… nawet gdyby była trucizną.
Słowa zawisły w powietrzu ciężkie jak ołów.
Palce Hancer zadrżały. Powoli uniosła filiżankę. Porcelana lekko zadźwięczała o spodek. Zbliżyła ją do ust, zawahała się… i tylko musnęła wargami brzeg. W końcu wzięła maleńki łyk — tak ostrożny, jakby naprawdę obawiała się, że każdy kolejny może być ostatnim.
Odstawiła filiżankę na kolana. Mukadder obserwowała ją uważnie.
– Wiedziałam, że tak będzie – powiedziała w końcu, z szerokim, niemal serdecznym uśmiechem. – Chciałam tylko się upewnić. I nie pomyliłam się.
Pochyliła się lekko do przodu.
– Natychmiast pobiegłaś do Cihana. Ze skargą. Nic nowego.
Hancer uniosła głowę.
– Pani Mukadder, nic mu nie powiedziałam – zaprotestowała szybko. – Sam znalazł te tabletki.
– Oczywiście… sam – powtórzyła kobieta z ironią. – Powiedz jeszcze, że bardzo ci przykro.
Jej głos nagle stwardniał.
– Gdybyś naprawdę tego nie chciała, twój mąż nigdy by się o tym nie dowiedział. Naprawdę chciałam ci pomóc… – zawiesiła głos. – Żebyś nie została z niczym, kiedy fascynacja Cihana minie.
Przez moment wyglądała niemal na szczerą.
– Ale nie będę kłamać. Bardziej chciałam pomóc sobie. Żeby nie zmuszać się do ostrzejszych kroków.
Jej spojrzenie zrobiło się zimne.
– Nadal tego nie rozumiesz, prawda? Nie chcę ani ciebie, ani dziecka, które mogłabyś urodzić. Twoje potomstwo nie ma miejsca w tej rodzinie.
Każde słowo uderzało w Hancer jak cios.
– A jeśli – Mukadder uśmiechnęła się lekko – jakimś cudem zajdziesz w ciążę, to dziecko i tak się nie narodzi. Dopilnuję tego.
Ręce Hancer zaczęły drżeć tak bardzo, że nie była w stanie utrzymać filiżanki. Szybko odstawiła ją na stolik i podniosła się z miejsca.
– Gdzie idziesz? – zatrzymał ją spokojny głos Mukadder. – Jeszcze nie skończyłam.
Hancer odwróciła się tylko częściowo.
– Do swojego pokoju – odpowiedziała szorstko, walcząc z drżeniem głosu.
– Uciekaj – rzuciła Mukadder z lekkim rozbawieniem. – Chowaj się. Nawet jeśli zamkniesz się na sto zamków, i tak znajdę do ciebie drogę.
Jej wzrok powędrował do filiżanki.
– Na przykład… przez herbatę.
Hancer zesztywniała. Powoli spojrzała na jasny napar.
– Co… co w niej jest? – zapytała cicho, z rosnącym przerażeniem. – Co mi pani dała?
Mukadder podniosła się niespiesznie. Podeszła bliżej.
Na jej ustach znów pojawił się ten sam, niepokojący uśmiech.
– Herbata powodująca niepłodność – powiedziała spokojnie. – Teraz mam już pewność, twoje geny nigdy nie połączą się z genami mojego syna.
Świat na moment zawirował przed oczami Hancer.
– Dlaczego? – wyszeptała, a w jej oczach pojawiły się łzy. – Co ja pani zrobiłam? Za co mnie pani tak nienawidzi?
Mukadder patrzyła na nią jeszcze przez chwilę, a potem nagle sięgnęła po swoją filiżankę i wypiła wszystko jednym haustem.
– Żartowałam – powiedziała lekko. – To tylko herbata z pokrzywy.
Odstawiła filiżankę.
Jej uśmiech jednak nie zniknął — przeciwnie, stał się jeszcze bardziej niebezpieczny.
– Na razie.
Zbliżyła się o krok.
– Idź. Opowiedz wszystko Cihanowi. Zobaczymy, co się wtedy stanie.
To wystarczyło.
Hancer odwróciła się i niemal wybiegła z salonu, jej kroki były szybkie, nierówne, pełne paniki.
Mukadder powoli opadła na kanapę. Oparła się wygodnie, splatając dłonie na kolanach.
W jej oczach nie było ani cienia wahania.
***
Gabinet Yasemin był jasny i uporządkowany — sterylny spokój miejsca kontrastował z napięciem, które Cihan wniósł ze sobą, wchodząc do środka. Zamknął drzwi nieco zbyt gwałtownie, jakby chciał odciąć się od wszystkiego, co zostało na zewnątrz. Bez słowa podszedł do biurka i ciężko opadł na krzesło naprzeciwko lekarki.
Pochylił się, opierając łokcie na kolanach, i przez chwilę milczał, przecierając dłonią czoło.
– Co się stało? – zapytał w końcu, podnosząc wzrok. – Dlaczego kazałaś mi przyjechać natychmiast? Co masz mi do powiedzenia o Beyzie?
Yasemin przyglądała mu się uważnie, jakby ważyła każde słowo.
– Nie jest mi łatwo to powiedzieć… – zaczęła powoli. – To jednocześnie dobra i zła wiadomość. I… dotyczy również ciebie. Bardziej, niż myślisz.
Cihan zmarszczył brwi, coraz bardziej zniecierpliwiony.
– Yasemin, nie mów zagadkami – uciął ostro. – Mnie i Beyzy nic już nie łączy. Wiesz o tym.
Lekarka pokręciła głową.
– Właśnie w tym rzecz… Łączy was coś, czego nie da się tak po prostu przekreślić. Coś trwałego. Głęboko zakorzenionego.
Cihan wyprostował się gwałtownie.
– O czym ty mówisz? – w jego głosie pojawiła się ostrość. – Jaka więź?
Yasemin sięgnęła po teczkę leżącą na biurku. Przez ułamek sekundy zawahała się, po czym spojrzała mu prosto w oczy.
– Beyza… jest w trzecim miesiącu ciąży.
Słowa uderzyły jak cios.
Cihan zamarł. Twarz mu pobladła, jakby nagle odpłynęła z niej cała krew. Przez chwilę wyglądał, jakby nie był w stanie złapać oddechu. Oparł się ciężko o krzesło, dłonią znów przesuwając po czole.
– Cihanie… wszystko w porządku? – zapytała Yasemin ciszej.
Nie odpowiedział od razu. W końcu potrząsnął głową, jakby próbował odrzucić to, co właśnie usłyszał.
– Jak to w ogóle możliwe…? – wydusił. – Przecież… tylu specjalistów mówiło, że Beyza nie może mieć dzieci. Ty też to wiesz. To… niemożliwe.
Podniósł głos, jakby chciał przekonać nie tylko ją, ale i samego siebie.
– To musi być pomyłka. Test się pomylił!
Yasemin westchnęła cicho.
– Rozumiem twoją reakcję. Ja też byłam w szoku – przyznała. – Ale wyniki są jednoznaczne. Wczoraj miałam wolne. Beyza zrobiła test w domu, a potem przyszła tutaj, żeby go potwierdzić. Moja pielęgniarka pobrała krew. Sprawdziłyśmy wszystko dokładnie.
Zamilkła na moment.
– Nie ma mowy o błędzie.
Cihan wpatrywał się w podłogę, jakby próbował poukładać rozsypujące się myśli.
– Czy… takie rzeczy w ogóle się zdarzają? – zapytał ciszej.
– Rzadko – odpowiedziała spokojnie Yasemin. – Ale po długim leczeniu niepłodności… czasem zdarzają się niespodzianki.
Oparła dłonie na biurku.
– Pytanie brzmi: co teraz zrobisz?
Cihan zamknął oczy na krótką chwilę. Gdy je otworzył, było w nich zmęczenie i coś jeszcze — ciężar odpowiedzialności.
– Nie wiem… – przyznał cicho.
Yasemin spojrzała na niego uważnie.
– Nadal nie powiedziałeś Hancer o Beyzie?
Cihan pokręcił głową.
– Nie.
W gabinecie zapadła krótka, napięta cisza.
– Musisz jej powiedzieć – powiedziała stanowczo. – Jak najszybciej. Nie możesz tego odkładać.
Cihan zacisnął szczękę.
– Wiesz, że chciałem mieć dziecko – powiedział, z trudem dobierając słowa. – Ale… zacząłem nowy rozdział z Hancer. Jak mam jej to teraz wyjaśnić?
Yasemin złagodniała.
– To będzie dla niej trudne – przyznała. – Bardzo trudne. Ale jeśli naprawdę cię kocha… spróbuje to zrozumieć.
Pochyliła się lekko w jego stronę.
– Najgorsze, co możesz zrobić, to milczeć. Prawda i tak wyjdzie na jaw. A wtedy będzie tylko boleśniej.
Cihan siedział nieruchomo, jakby każde jej słowo wbijało się w niego coraz głębiej.
– Musisz powiedzieć jej prawdę, Cihanie – dodała cicho, ale stanowczo.
***
Salon tonął w ciepłym, eleganckim świetle. Jasne sofy, dopracowane detale, świeże kwiaty — wszystko sprawiało wrażenie harmonii.
Beyza siedziała wyprostowana na kanapie, z błyskiem ekscytacji w oczach. Obok niej Yonca, spokojna, czujna. Naprzeciw — Nusret, oparty wygodnie, ale z uważnym, chłodnym spojrzeniem.
– Yasemin na pewno już powiedziała Cihanowi – stwierdził spokojnie, jakby omawiał ruch w dobrze rozegranej partii.
Beyza uśmiechnęła się szeroko.
– Chciałabym zobaczyć jego twarz w tej chwili – powiedziała z wyraźną satysfakcją. – Ten moment, kiedy wszystko do niego dociera.
– Spokojnie – odparł Nusret. – Zobaczysz ją na własne oczy. Wystarczy chwilę poczekać.
Jakby na potwierdzenie jego słów, rozległ się dźwięk dzwonka. Wszyscy troje zamarli na ułamek sekundy.
– To Cihan? – szepnęła Beyza.
– Tak szybko? – Yonca uniosła brwi.
Nusret uśmiechnął się pod nosem.
– Przyjechał szybciej, niż myślałem. Nasz plan działa perfekcyjnie. Idź. Otwórz.
Beyza wstała natychmiast i ruszyła w stronę drzwi.
Otworzyła.
Cihan stał w progu — spięty, z twarzą napiętą od gniewu. Jego spojrzenie było twarde, przenikliwe. Nie powiedział „dzień dobry”. Nie zawahał się ani na chwilę. Po prostu wszedł.
– Musimy porozmawiać – rzucił ostro.
Beyza cofnęła się o krok.
– Co się stało? – zapytała, udając zaskoczenie. – Dlaczego przyszedłeś?
– Yasemin do mnie zadzwoniła – odpowiedział bez wahania. – Wiem o dziecku.
Na jej twarzy pojawiło się teatralne niedowierzanie.
– Naprawdę? Jak mogła ci powiedzieć?
W tym momencie z salonu wyszli Nusret i Yonca.
– Co tu się dzieje? – odezwał się Nusret niskim, chłodnym tonem, zatrzymując się naprzeciwko Cihana. – Pomyliłeś adres? Co robisz w moim domu?
– Yasemin powiedziała mu o ciąży – wtrąciła Beyza.
Nusret zmarszczył brwi, udając oburzenie.
– Dlaczego w ogóle poszłaś do niej? – zwrócił się do córki. – Czy w tym mieście nie ma innych lekarzy?
Beyza westchnęła teatralnie.
– Skąd miałam wiedzieć, że powie mu przede mną? Istnieje coś takiego jak tajemnica lekarska. Każdy pacjent ma prawo do prywatności. – Jej głos stał się ostrzejszy. – Powinnam ich pozwać.
– Yasemin zrobiła to, co należało – uciął Cihan. – To ja powinienem był się dowiedzieć pierwszy.
Zrobił krok w stronę Beyzy.
– Dlaczego mi nie powiedziałaś?
– Gdybym chciała, żebyś się dowiedział, przyszłabym do ciebie – odpowiedziała chłodno.
Cihan zesztywniał.
– Co to znaczy? – jego głos podniósł się. – Chciałaś ukryć przede mną dziecko? Jak mogłaś? To moje dziecko!
– Uważaj na słowa, chłopcze – przerwał mu ostro Nusret. – Jakim ty jesteś ojcem? Nieobecnym.
– Wujku…
– Nie nazywaj mnie tak! – huknął. – Jestem człowiekiem, którego wyrzuciłeś ze swojej firmy. Nic dla ciebie nie znaczymy. Ani moja córka, ani jej dziecko.
W tym momencie Beyza nagle zachwiała się, przykładając dłoń do czoła.
– Beyza… – Yonca natychmiast podbiegła do niej i objęła ją ramieniem. – Usiądź.
Poprowadziła ją na kanapę.
– Wystarczająco ją już skrzywdziłeś – kontynuował Nusret, patrząc na Cihana z pogardą. – Zniszczyłeś to małżeństwo. Daj jej chociaż spokojnie przejść ciążę.
Zrobił krótką pauzę, po czym dodał z jadem:
– Poza tym… czy ty nie jesteś już żonaty? Twoja matka nie znalazła ci nowej kobiety? Idź do niej. Zajmij się swoim życiem i zostaw moją córkę w spokoju.
Cihan milczał przez chwilę, walcząc ze sobą. W końcu spojrzał na Beyzę.
– To jeszcze nie koniec – powiedział twardo. – Porozmawiamy.
– Wynoś się – rzucił Nusret. – Niczego od ciebie nie chcemy. Nawet twojego nazwiska. Zostaw ją w spokoju.
Cihan odwrócił się bez słowa. Zatrzymał się jeszcze na moment w drzwiach.
– Wrócę – powiedział, nie patrząc na nikogo. – I porozmawiamy… sami.
Drzwi zamknęły się za nim.
Cisza trwała tylko sekundę. Beyza uniosła głowę. Na jej twarzy pojawił się powolny, szeroki uśmiech. Yonca odwzajemniła go natychmiast.
Nusret spojrzał na nie z satysfakcją.
– I co mówiłem? – rzucił spokojnie. – Sam przyszedł. Nawet nie musieliśmy długo czekać.
Oparł się wygodniej.
– Ale to dopiero początek.
Beyza spojrzała na Yoncę z wdzięcznością.
– Dziękuję – powiedziała cicho. – Dzięki tobie odzyskam swoje małżeństwo.
***
Wieczór powoli osiadał na rezydencji, wypełniając ją ciszą i przytłumionym światłem lamp. W sypialni panował porządek niemal nienaruszony — szerokie łóżko z jasną narzutą, elegancka toaletka, miękki dywan. Tylko atmosfera była ciężka, jakby ściany same przeczuwały nadchodzące słowa.
Drzwi otworzyły się cicho.
Cihan wszedł do środka, trzymając w dłoni złożoną kartkę. Papier był już lekko pognieciony — jakby od dłuższego czasu ściskał go zbyt mocno. Wyniki nie pozostawiały wątpliwości: Beyza, dwunasty tydzień ciąży.
Hancer odwróciła się w jego stronę.
Przez chwilę patrzyli na siebie w milczeniu. Ona — z niepewnością i nadzieją jednocześnie. On — z napięciem wypisanym w każdym rysie twarzy.
W końcu zrobiła krok do przodu.
Powoli, jakby bała się, że jeden gwałtowny ruch wszystko zburzy, uniosła ręce i objęła go za szyję. Jej dłonie zatrzymały się na jego karku, ciepłe i delikatne.
– Przepraszam – powiedziała cicho, niemal szeptem. – Wybacz mi.
Cihan zamknął oczy. W gardle poczuł bolesny ucisk.
Nie mogę ci tego zrobić… — przemknęło mu przez myśl. — Jesteś zbyt niewinna. Zbyt czysta, żeby wciągać cię w to wszystko…
Jego palce zacisnęły się mocniej na kartce. Papier zaszeleścił cicho, gniotąc się pod naporem dłoni.
Hancer wciąż patrzyła mu w oczy, szukając w nich odpowiedzi, przebaczenia… czegokolwiek. Nie zauważyła nawet tego drobnego gestu.
Cihan powoli uniósł ręce. Na moment zawahał się — jakby to był ostatni punkt, z którego mógł jeszcze zawrócić.
A potem delikatnie, lecz stanowczo zdjął jej dłonie ze swojej szyi.
Nie spojrzał na nią. Odwrócił się i ruszył w stronę drzwi.
– Cihan…? – jej głos zadrżał.
Nie zatrzymał się. Nie odpowiedział.
Drzwi zamknęły się cicho, zostawiając po sobie jeszcze większą pustkę.
Hancer została sama pośrodku pokoju. Jej dłonie opadły bezwładnie wzdłuż ciała. Przez chwilę stała nieruchomo, jakby nie do końca rozumiała, co właśnie się wydarzyło.
Łzy napłynęły jej do oczu, rozmazując obraz. Zacisnęła powieki, próbując je powstrzymać.
– Nie zasłużyłam na to… – wyszeptała łamiącym się głosem.
Jej palce zwinęły się w pięści.
Ale tym razem nie było w niej gniewu.
Tylko ból.
***
Gabinet Cihana tonął w ciepłym, przytłumionym świetle lampy. Na ścianie wisiał obraz wzburzonego morza, statki walczące z falami zdawały się niemal wychodzić z ram — jakby odbijały to, co działo się w jego wnętrzu. Na biurku leżały równo ułożone dokumenty, model żaglowca i zamknięty laptop. Tylko jedna rzecz burzyła ten porządek — pognieciona kartka w jego dłoni.
Cihan siedział ciężko na krześle, pochylony do przodu.
– Z jednej strony dziecko, o którym marzyłem – powiedział cicho, bardziej do siebie niż do kogokolwiek. – A z drugiej ty…
Zacisnął mocniej palce.
– Jedyna kobieta, którą naprawdę kocham.
Przymknął oczy.
– Nie mogę cię dotknąć, Hancer, dopóki nie powiem ci prawdy.
Ciszę przerwało ciche pukanie.
Cihan nie podniósł głowy.
– Proszę.
Drzwi uchyliły się powoli. Do środka weszła Hancer. Miała na sobie lekką, różową sukienkę, która miękko poruszała się przy każdym kroku. Zatrzymała się naprzeciwko biurka, ściskając dłonie.
– Już mnie nie kochasz? – zapytała cicho, a jej głos lekko zadrżał. – Źle zrozumiałam to, co było między nami?
Cihan uniósł wzrok. Przez chwilę patrzył na nią w milczeniu, potem powoli wstał.
– Co to za pytanie?
Hancer zrobiła krok bliżej.
– Zdjąłeś moje ręce ze swojej szyi. – Jej oczy zaszkliły się. – Odwróciłeś się i odszedłeś bez słowa. Dlaczego ktoś zrobiłby coś takiego bliskiej osobie? Powiedz mi.
Cihan odwrócił się plecami, jakby nie był w stanie znieść jej spojrzenia.
Chciałbym, żeby to było takie proste… Powiedzieć ci wszystko… i po prostu cię przytulić.
Hancer nie pozwoliła mu uciec. Chwyciła go za ramię i obróciła w swoją stronę.
– Czy to, co było między nami, zniknęło? – zapytała, patrząc mu prosto w oczy. – Czy mur, który zburzyliśmy… znowu wrócił? Co się stało, Cihanie? Dlaczego się ode mnie odsunąłeś?
– Hancer… – westchnął ciężko. – Za bardzo na mnie naciskasz.
– Nie ma już miejsca na chłód między nami – odpowiedziała stanowczo.
Powoli uniosła dłoń i dotknęła jego policzka. Jej palce były ciepłe, delikatne, pełne tęsknoty.
– Dzięki tobie byłam w siódmym niebie – wyszeptała. – To byłoby okrutne, gdybyś teraz po prostu się odwrócił i odszedł.
Cihan zacisnął szczękę.
– Porozmawiamy o tym później, dobrze?
Na ułamek sekundy w jego oczach przemknęło zawahanie — jak echo słów Yasemin, które usłyszał dziś rano: „Nie odkładaj już niczego na później.”
– Nie – pokręciła głową Hancer. – Porozmawiamy teraz.
Zrobiła kolejny krok bliżej.
– Czy to przez te tabletki? – zapytała nagle. – Te, które dała mi twoja matka? Karzesz mnie za to? Tyle razy mówiłam, że to nie moja wina.
Jej głos drżał coraz bardziej.
– Jesteś niesprawiedliwy. Proszę, zakończmy to napięcie między nami.
Cihan odwrócił głowę, niezdolny spojrzeć jej w oczy.
– Hancer, przestań – rzucił ostrzej. – Za dużo się ze mną kłócisz.
W jej spojrzeniu pojawił się ból, ale nie ustąpiła.
– Nie kłócę się – powiedziała cicho, ale stanowczo. – Walczę o nasze małżeństwo.
Zbliżyła się jeszcze bardziej.
– I będę walczyć, dopóki nie powiesz mi prawdy. Czy nie obiecaliśmy sobie, że będziemy razem na dobre i na złe? Czy to było kłamstwo?
Podniosła wzrok, szukając w nim odpowiedzi.
– Powiedz mi, co się dzieje, i rozwiążmy to razem. Bez względu na wszystko… chcę być z moim mężem.
Jej głos złagodniał.
– I chcę, żeby mój mąż był ze mną.
Powoli oparła głowę o jego pierś, jakby to było najbezpieczniejsze miejsce na świecie.
Cihan jednak pozostał nieruchomy.
Sztywny. Chłodny.
Jakby każda jego emocja została zamknięta głęboko pod powierzchnią — tam, gdzie ona nie mogła już sięgnąć.
Powyższy tekst stanowi autorskie streszczenie i interpretację wydarzeń z serialu Gelin. Inspiracją do jego stworzenia były filmy Gelin 58.Bölüm i Gelin 59.Bölüm dostępne na oficjalnym kanale serialu w serwisie YouTube. W artykule zamieszczono również zrzuty ekranu pochodzące z tych odcinków, które zostały użyte wyłącznie w celach informacyjnych i ilustracyjnych. Wszystkie prawa do postaci, fabuły i materiału źródłowego należą do ich prawowitych właścicieli.














