Panna młoda odc. 116: Cihan karmi Beyzę na oczach Hancer!

Beyza pozwala się karmić Cihanowi.

„Panna młoda” Odc. 116 – streszczenie

Cihan usiadł przy łóżku Beyzy, ciężko opierając łokieć o kolano. Przez chwilę tylko na nią patrzył — blada, osłabiona, z włosami rozsypanymi na poduszce wyglądała niemal bezbronnie. A jednak coś w tej ciszy nie dawało mu spokoju. Nachylił się bliżej.

— Tak mnie karzesz? — zapytał cicho, ale w jego głosie pobrzmiewało napięcie.

Beyza odwróciła ku niemu twarz. Jej spojrzenie było zmęczone, lecz uważne.

— To nie ma z tobą nic wspólnego — odpowiedziała spokojnie. — Pogodziłam się już z tym, że kochasz Hancer.

Cihan zmarszczył brwi.

— Więc dlaczego to robisz? — dopytał, wyraźnie poruszony. — Nie jesz, nie pijesz… Dlaczego robisz to sobie? I swojemu dziecku?

Na moment zapadła cisza. Beyza zamknęła oczy, jakby zbierała siły, po czym ciężko westchnęła.

— Właśnie dlatego — wyszeptała. — Nadal nie potrafisz nazwać go naszym synem… — Otworzyła oczy i spojrzała na niego z bólem. — To nasze dziecko, Cihanie. Tak samo moje, jak i twoje.

Jej głos zadrżał, a w kącikach oczu pojawiły się łzy.

— Wiem, że nasze drogi się rozchodzą… Rozumiem to. Ale to nie znaczy, że przestaje boleć. — przełknęła ślinę, próbując opanować emocje. — Przechodzę przez to sama. Każdego dnia. To… to jak koszmar, z którego nie mogę się obudzić.

Cihan patrzył na nią w milczeniu, wyraźnie poruszony.

— Dlaczego robisz to sobie? — powtórzył ciszej. — Nigdy cię nie zostawię. Jesteś matką mojego dziecka… Co mam zrobić, żebyś w to uwierzyła?

Beyza lekko pokręciła głową.

— Nie obwiniam cię — powiedziała łagodniej. — To nie chodzi tylko o Hancer. Chodzi o wszystko… o lata, które minęły, o to, co było między nami. — odwróciła wzrok. — To zbyt wiele naraz. Nie potrafię tego unieść.

Zacisnęła palce na kocu, jakby szukała w nim oparcia.

— Muszę się do tego przyzwyczaić. Daj mi trochę czasu… — dodała cicho. — To naprawdę nie ma nic wspólnego ani z tobą, ani z powrotem Hancer. Po prostu… nie mogę udźwignąć tego ciężaru.

Zamilkła na chwilę, po czym odwróciła się do niego plecami i wtuliła twarz w poduszkę.

— Chciałabym teraz odpocząć… jeśli pozwolisz.

Cihan zawahał się jeszcze przez moment, jakby chciał coś powiedzieć, ale ostatecznie tylko skinął głową. Wstał powoli i bez słowa wyszedł z pokoju, cicho zamykając za sobą drzwi.

Zapadła cisza.

Beyza leżała nieruchomo jeszcze przez kilka sekund.

A potem… powoli otarła łzy — zbyt szybkim, zbyt pewnym ruchem jak na kogoś pogrążonego w rozpaczy.

Na jej ustach pojawił się cień uśmiechu.

Zimnego. Pełnego satysfakcji. Jak po dobrze odegranej roli.

***

Cihan wrócił do sypialni powoli, jakby każdy krok kosztował go więcej, niż powinien. Drzwi zamknęły się za nim cicho, niemal bezgłośnie. W pokoju panował półmrok, rozświetlony jedynie miękkim światłem lampy stojącej przy łóżku.

Hancer nie spała.

Stała przy łóżku, z dłońmi splecionymi nerwowo na wysokości brzucha, jakby od dłuższej chwili czekała właśnie na ten moment. Gdy tylko go zobaczyła, zrobiła krok w jego stronę.

— Co z Beyzą? — zapytała od razu, z wyraźnym napięciem w głosie. — Czy czuje się lepiej?

Cihan przetarł dłonią kark i odwrócił wzrok, jakby szukał odpowiednich słów.

— Nie wiem, Hancer… — odpowiedział ciężko. — Pierwszy raz widzę ją w takim stanie.

Podszedł bliżej łóżka, oparł dłoń o jego krawędź i przez chwilę milczał.

— Mówi, że to minie… że potrzebuje czasu. Ale… — zawahał się — coś mi tu nie pasuje. Gdyby to była ta dawna Beyza, już by mnie zaatakowała, zrobiła awanturę, obwiniła o wszystko. A teraz… — Pokręcił głową. — Wygląda, jakby naprawdę się poddała. Jakby chciała się zamknąć w swoim bólu.

Hancer przyglądała mu się uważnie. W jej oczach nie było jednak współczucia — raczej czujność.

Pamiętała to spojrzenie. Ten ledwo zauważalny uśmiech.

Wiedziała, co widziała.

— Może… — zaczęła ostrożnie, dobierając słowa — może ona po prostu próbuje zwrócić na siebie uwagę?

Zapadła cisza.

Cihan odwrócił się gwałtownie. W jego oczach pojawiło się coś ostrego — gniew, którego nie próbował nawet ukryć.

— Wiesz w ogóle, co mówisz? — zapytał chłodno. — Beyza jest w ciąży.

Zrobił krok w jej stronę.

— Mówię ci, że pierwszy raz widzę ją w takim stanie. Nie krzyczy, nie walczy… zaakceptowała wszystko. To nie jest gra, Hancer. Ona potrzebuje czasu.

Jego ton złagodniał tylko odrobinę, ale wciąż był twardy.

— A my potrzebujemy cierpliwości.

Hancer nie odpowiedziała. Jej twarz pozostała spokojna, ale w spojrzeniu pojawiła się twardość.

Cihan odetchnął głęboko i odwrócił się w stronę drzwi.

— Idź się połóż — rzucił już ciszej. — Ja i tak dziś nie zasnę. Pójdę popracować.

Nie czekając na odpowiedź, wyszedł z pokoju.

Drzwi zamknęły się za nim.

Hancer została sama.

Przez chwilę stała bez ruchu, wpatrując się w puste miejsce, w którym jeszcze przed momentem stał Cihan. Potem powoli opuściła ręce i ciężko westchnęła.

— Ona nie cierpi… — wyszeptała do siebie.

Na jej ustach pojawił się gorzki cień uśmiechu.

— Ona gra.

I to tak, że nawet Cihan zaczyna w to wierzyć.

***

Nazajutrz Cihan natrafił na opakowania leków uspokajających. Już sam ich widok wzbudził w nim niepokój — coś tu było nie tak. Nie chcąc działać pochopnie, umówił się z Hancer na spotkanie z Yasemin. Spotkali się w parku, w cieniu rozłożystego drzewa, gdzie panowała pozorna cisza, przerywana jedynie szelestem liści.

Cihan bez słowa podał Yasemin torbę z lekami.

— Beyza źle się czuje — powiedział poważnie. — Skonsultowała się z lekarzem przez Internet i dostała to. — Zawahał się — Czy ona może to brać… w ciąży?

Yasemin zajrzała do środka, a jej twarz niemal natychmiast stężała.

— Te leki nie są zalecane kobietom w ciąży — odpowiedziała stanowczo. — Owszem, zdarzają się wyjątki, ale tylko w bardzo poważnych przypadkach… kiedy stan psychiczny kobiety naprawdę tego wymaga.

Cihan zmarszczył brwi.

— Nie ma innego rozwiązania? — zapytał. — Bez chemii? Może terapia, rozmowa ze specjalistą…

Yasemin spojrzała na niego uważnie, jakby ważyła słowa.

— Powiem ci coś szczerze — zaczęła spokojnie. — To jest twój obowiązek. Na ten moment to ty powinieneś być dla niej największym wsparciem. Można powiedzieć… jej terapeutą.

Po tych słowach odwróciła się do Hancer. Jej spojrzenie złagodniało.

— Nie patrz tak, Hancer — powiedziała ciszej i ujęła jej dłoń. — Wiesz, że cię kocham. Ale w tej sytuacji musimy postawić na pierwszym miejscu Beyzę. A właściwie… dziecko, które nosi pod sercem.

Hancer skinęła głową, bez sprzeciwu.

— Oczywiście. Nawet przez moment nie pomyślałam inaczej.

— I dobrze — odparła Yasemin. — Ona nosi w sobie nowe życie. Cały ciężar odpowiedzialności spoczywa teraz na niej. A jednocześnie… jest sama. To bardzo trudne połączenie.

Zamilkła na chwilę, po czym ponownie spojrzała na Cihana.

— Problem nie polega na tym, czy ona coś do ciebie czuje. Problem w tym, że czuje się odrzucona i samotna — powiedziała wyraźnie. — I właśnie dlatego robi to sobie.

— Ale ja jej ciągle powtarzam, że będę przy niej… — zaprotestował Cihan. — Że jej nie zostawię.

— Wiem — przerwała mu łagodnie, ale stanowczo. — Tylko że twoje wsparcie jest… formalne. Obecność to nie tylko słowa i obowiązek. Skup się na niej naprawdę.

— Zrobiłbym wszystko dla mojego dziecka — odpowiedział z naciskiem. — Nie uciekam od odpowiedzialności.

— Nie wątpię — odparła. — Ale teraz liczy się to, co robisz, nie to, co deklarujesz. Rodzice powinni przejść przez ciążę razem, nawet jeśli nie są już parą.

Spojrzała na niego uważniej.

— W zeszłym tygodniu kazałam jej zrobić testy podwójne i potrójne. Czy już je zrobiła?

Cihan zawahał się.

— Nie wiem…

Yasemin uniosła brwi.

— Nie wiesz?

Cihan spuścił wzrok.

— Bo się tym nie interesujesz — dodała spokojnie, ale bezlitośnie trafnie.

— Yasemin… wiesz, co się wydarzyło. Dużo się działo…

— I dlatego nie mogłeś poświęcić jej chwili uwagi? — weszła mu w słowo. — Bo miałeś własne problemy? Hancer była przy tobie cały czas.

Po chwili znów spojrzała na Hancer.

— Nie miej mi za złe, ale ty też ponosisz część odpowiedzialności.

Hancer nie zaprzeczyła. Jej milczenie było bardziej wymowne niż słowa.

— Nie szukamy winnych — powiedział stanowczo Cihan. — Powiedz nam, co mamy zrobić.

Yasemin skinęła głową.

— Dobrze. Zacznij od podstaw. Bądź z nią szczery. Pokaż jej, że naprawdę akceptujesz to dziecko… wasze dziecko. Daj jej powód, żeby chciała być silna.

Na chwilę zamilkła, po czym dodała łagodniej:

— Spacery. Wspólny czas. Proste rzeczy. Zabierz ją nad morze, na świeże powietrze… To działa lepiej niż niejedna terapia.

Spojrzała na niego uważnie.

— Kupiłeś już coś dla dziecka?

Cihan pokręcił głową.

— Nie było okazji…

Na twarzy Yasemin pojawił się cień zawodu.

— Wcale mnie to nie dziwi — powiedziała cicho. — A wiesz, że nawet drobiazg ma znaczenie? Jedna para malutkich bucików… i już pokazałbyś jej, że nie jest sama.

Jej głos złagodniał jeszcze bardziej.

— Czasem wystarczy jeden gest. Jeden szczery krok. I kobieta potrafi zapomnieć o całym bólu.

Spojrzała na niego prosto w oczy.

— Tylko jeden.

***

Cihan i Hancer zatrzymali się przy niskim ogrodzeniu, za którym rozciągał się widok na spokojną zatokę. Poniżej kołysały się łodzie zacumowane w porcie, a dalej, aż po linię horyzontu, ciągnęło się bezkresne, błękitne morze. Ciepły wiatr poruszał liśćmi drzew, rzucając na ścieżkę miękkie, drżące cienie. Panowała tu cisza, jakby świat na chwilę zwolnił, pozwalając im złapać oddech.

Hancer oparła dłonie o metalową siatkę i przez chwilę w milczeniu patrzyła przed siebie.

— Yasemin ma rację, Cihanie — powiedziała w końcu cicho. — Musisz poświęcić Beyzie więcej uwagi.

Cihan oderwał wzrok od morza i spojrzał na nią uważnie.

— A ty? — zapytał, z nutą niepewności. — Nie będzie ci z tym źle?

Hancer lekko pokręciła głową, jakby już dawno pogodziła się z tą myślą.

— Nie myślę o Beyzie — odpowiedziała spokojnie. — Myślę o twoim synu. Nie mogę z nim rywalizować. — Spojrzała mu w oczy — Cokolwiek robisz… robisz to dla niego. I ja to rozumiem. Wróciłam do tego domu, wiedząc, jaka jest sytuacja. Jeśli chodzi o mnie… nie ma problemu.

W jej głosie nie było goryczy — tylko cicha, dojrzała zgoda.

Cihan przez chwilę milczał, jakby ważył jej słowa. Potem zrobił krok w jej stronę i objął ją, przyciągając do siebie.

— Wiem, jak wiele kosztowało cię to, żeby to powiedzieć — wyszeptał. — I właśnie dlatego… dziękuję ci.

Hancer przymknęła oczy, wtulając się w niego, jakby na moment chciała zatrzymać cały ciężar świata poza tym uściskiem.

Cihan delikatnie uniósł dłoń i dotknął jej policzka. Ona odpowiedziała ciepłym, spokojnym uśmiechem.

Stali tak przez chwilę, w ciszy, z widokiem na morze — jak dwoje ludzi, którzy wiedzą, że przed nimi jeszcze długa droga… ale tym razem nie będą iść nią osobno.

***

Beyza uparcie odmawiała jedzenia przy innych, budując wokół siebie obraz słabości i wyczerpania. Tylko ona wiedziała, że to starannie wyreżyserowana gra — zamknięta w swoim pokoju, podjadała ukradkiem słodycze, dbając, by nikt jej na tym nie przyłapał.

Teraz siedziała w miękkim fotelu, blada i pozornie bez sił, gdy Cihan przysunął do niej stolik z talerzem gorącej zupy.

— Spróbuj chociaż trochę — powiedział łagodnie, pochylając się nad nią. — Dla siebie… i dla dziecka.

Beyza uniosła na niego zmęczone spojrzenie, ale zanim odpowiedziała, jej wzrok przesunął się ponad jego ramieniem.

Drzwi były uchylone.

A w nich stała Hancer.

Nieruchoma. Zaskoczona. Patrząca.

W oczach Beyzy coś błysnęło — szybka, chłodna kalkulacja.

To był moment.

Powoli opuściła wzrok, jakby nagle straciła resztki sił, i lekko poruszyła dłonią.

— Ręce mi drżą… nie utrzymam łyżki — szepnęła słabo, idealnie odgrywając bezradność.

Cihan natychmiast zareagował.

— W takim razie ja ci pomogę.

Usiadł bliżej, nabrał zupy i ostrożnie podsunął ją do jej ust.

Beyza przyjęła pierwszy kęs.

I dopiero wtedy, unosząc lekko powieki, spojrzała prosto na Hancer.

Na jej ustach pojawił się cień uśmiechu — krótki, niemal niewidoczny, ale wystarczająco wyraźny, by zranić.

Dokładnie taki, jaki zaplanowała.

Hancer poczuła, jak coś ściska ją w środku. Zacisnęła szczękę, odwróciła się gwałtownie i odeszła, stukając obcasami o podłogę głośniej, niż zamierzała.

Cihan odłożył łyżkę, zaniepokojony jej reakcją.

— Zaraz wrócę — rzucił krótko i ruszył za nią.

***

Znalazł ją w sypialni. Stała przy łóżku, napięta, z ramionami skrzyżowanymi na piersi.

— Hancer… co się dzieje? — zapytał, zamykając za sobą drzwi.

Odwróciła się powoli.

— Ze mną? Nic. — Jej głos był chłodny. — Może lepiej zapytaj, co dzieje się z tobą.

Cihan zmarszczył brwi.

— Jeśli chodzi ci o Beyzę, próbowałem tylko przekonać ją, żeby coś zjadła.

Hancer spojrzała na niego z niedowierzaniem.

— Karmiąc ją własnymi rękami?

— Nie miała siły — odpowiedział stanowczo. — Jest przygnębiona, źle się czuje. Po prostu jej pomogłem. Nic więcej. Sama słyszałaś Yasemin. Powiedziała, że mam być dla niej wsparciem.

Hancer pokręciła głową, a w jej oczach pojawił się błysk gniewu.

— Przygnębienie to tylko wygodna wymówka. Jak możesz tego nie widzieć? Beyza doskonale wie, co robi. Wykorzystuje sytuację!

— Hancer, przestań! — jego głos nagle się zaostrzył. — To ty kazałaś mi z nią rozmawiać, przekonać ją do jedzenia. A teraz robisz mi wyrzuty?

— Bo wtedy nie znałam prawdy! — odpowiedziała natychmiast. — Teraz ją znam. Poprosiła cię o pomoc tylko dlatego, że mnie zobaczyła. Chciała, żebym to widziała.

Cihan zrobił krok w jej stronę, wyraźnie zirytowany.

— Wystarczy! — uciął ostro. — Poniżasz siebie i mnie!

***

Mukadder, słysząc podniesiony głos Cihana dochodzący z korytarza, zatrzymała się na moment i uniosła kącik ust w wyraźnym, zadowolonym uśmiechu. W jej oczach błysnęła satysfakcja. Bez pośpiechu ruszyła w stronę pokoju Beyzy i weszła do środka, jakby od dawna czekała na tę chwilę.

— Na górze rozpętała się prawdziwa burza — powiedziała z lekką nutą rozbawienia, podchodząc do niej i czule gładząc ją po włosach. — Krzyki słychać aż tutaj.

Beyza opuściła wzrok, przybierając maskę skruchy.

— To przeze mnie… — szepnęła cicho, splatając dłonie na kolanach. — Nie miałam siły. Poprosiłam Cihana, żeby mnie nakarmił… Hancer to zobaczyła i… nie wytrzymała.

Mukadder usiadła naprzeciwko niej, wygodnie opierając się w fotelu. Jej twarz rozjaśnił chłodny, zadowolony uśmiech.

— I bardzo dobrze — odparła spokojnie. — Niech się kłócą. To tylko przyspieszy to, co i tak nieuniknione. — Jej spojrzenie przesunęło się na pusty talerz. — A ty… zjadłaś. I to jest najważniejsze. Niech idzie na zdrowie mojemu wnukowi.

Beyza westchnęła ciężko, jakby każdy oddech sprawiał jej trudność.

— Nie mogłam odmówić… Cihan nalegał. Choć mdłości wciąż mnie męczą, zjadłam trochę… ale to i tak było dla mnie za dużo.

Mukadder pochyliła się lekko w jej stronę, a jej głos stał się bardziej stanowczy.

— Musisz jeść i pić. Dla dziecka. Mój wnuk musi być silny i zdrowy — powiedziała twardo, jakby nie dopuszczała sprzeciwu.

— Wiem… — Beyza zawahała się, unosząc na nią spojrzenie. — Ale oni znowu się pokłócili przeze mnie. Cihan może zacząć mnie o to obwiniać…

Mukadder prychnęła cicho, niemal z pogardą.

— Obwiniać ciebie? — powtórzyła z niedowierzaniem. — Cihan myśli tylko o swoim synu. Jeśli ma kogoś winić, to niech spojrzy na tę dziewczynę. To ona jest problemem.

Beyza przygryzła wargę, udając niepewność.

— A jeśli Hancer spróbuje go przekonać, żeby się wyprowadzili? Jak to wytrzymamy? Te kłótnie… ten chaos…

Mukadder wyprostowała się powoli, a w jej oczach pojawił się chłodny błysk determinacji.

— Nie zdąży — powiedziała cicho, ale stanowczo. — Pozbędziemy się jej wcześniej.

Beyza natychmiast nachyliła się ku niej, zainteresowana.

— Co masz na myśli, ciociu?

Mukadder uśmiechnęła się tajemniczo, splatając dłonie na podołku.

— Mam plan. — Jej głos był spokojny, ale kryła się w nim obietnica czegoś znacznie groźniejszego.

***

Melih podjął decyzję, że już najwyższy czas się ożenić. Poprosił matkę oraz siostrę, by znalazły dla niego odpowiednią kandydatkę.

Powyższy tekst stanowi autorskie streszczenie i interpretację wydarzeń z serialu Gelin. Inspiracją do jego stworzenia były filmy Gelin 84.Bölüm i Gelin 85.Bölüm dostępne na oficjalnym kanale serialu w serwisie YouTube. W artykule zamieszczono również zrzuty ekranu pochodzące z tych odcinków, które zostały użyte wyłącznie w celach informacyjnych i ilustracyjnych. Wszystkie prawa do postaci, fabuły i materiału źródłowego należą do ich prawowitych właścicieli.

Podobne wpisy